Kapliczka w Bażynach a społeczny wymiar nauki

bazynykapliczka

Gdziekolwiek jestem w terenie, na badaniach ekologiczno-entomologicznych, zawsze robię zdjęcia kapliczkom i przydrożnym krzyżom. Zazwyczaj nie mam za wiele czasu, tylko przechodząc, bez wyczekiwania najlepszego momentu i korzystnego światła. Są to zdjęcia dokumentacyjne. Te małe formy architektoniczne są niezwykle urokliwe, są znakiem lokalnego życia, prowincjonalnej historii (nie mniej ważne niż wielkie bitwy czy wielka polityka). A na Warmii kapliczki są bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu, głęboko zakorzenionym historycznie.

Za każdym obiektem kryje się lokalna, długa historia losów ludzkich. Przechodząc robię zdjęcia, ale nie mam czasu porozmawiać, zapytać, posłuchać. Przecież mimo przerwanej ciągłości po 1945 r. z każdą kapliczką czy przydrożnym krzyżem wiążą się codzienne losy ludzkie. Chciałbym tym opowieści posłucha albo poczytać.

Dlatego z wielką radością i zaciekawieniem kupiłem książkę Stanisława Kuprjaniuka i Iwony Liżewskiej pt. „Warmińskie kapliczki” (wydane przez Borrussię w 2012 r.). W założeniach jest to katalog wszystkich kapliczek. Jest ich 1333. Ale autorzy dokonali wyboru, nie uwzględnili kapliczek powstałych po 1945 r. oraz kapliczek cmentarnych (w sensie upamiętnienia pochowanych). Nie jest więc to wszystko, co zobaczyć można w krajobrazie Warmii. Ale wybór jest precyzyjny. Wszystkiego zapewne nie da się zrobić o razu. Zostaje pole dla innych.

Katalog jest chyba pierwszym takim opracowaniem (wraz z płytą CD z dodatkowymi zdjęciami kapliczek). Zawiera dokładną lokalizację i zdjęcia. Ale i tak czuję duży niedosyt. Informacje o kapliczkach są bardzo skromne.

Weźmy na przykład kapliczkę w Bażynach (fot. wyżej). W katalogu oznaczona jest numerem 63. I nic więcej się nie można dowiedzieć. Ani kto i dlaczego ją ufundował, ani co się wokół niej działo, także w czasach najnowszych. To wszystko wymaga spisania i udostepnienia innym. Jest ogromne pole do działania nauki społecznej.

Kapliczki są dobrym przykładem do rozwoju nauki obywatelskiej, społecznej, zarówno z zakresu architektury jak i etnografii (co warto przypomnieć w roku Oskara Kolberga). Moje zdjęcie wykonane w 2014 r. przedstawia kapliczkę już odnowioną. W katalogu widoczna jest ruina (zdjęcie zrobione kilka lat wcześniej). A więc ktoś w ostatnich latach ją wyremontował. Sama więc informacja fotograficzna jest dokumentacją naukową (faktograficzną), umożliwiającą odczytanie zmian. Przydałby się jeszcze rekonesans wśród ludności miejscowej, aby zgromadzić dużo więcej informacji i faktów, związanych z tą kapliczką.

Nauka ma wymiar społeczny także i w tym wymiarze, że wyniki obserwacji udostępnia się innym. Dzięki temu wiedza ma charakter kumulatywny. Jak więc zapisywać efekty pracy badań społecznych? Przecież nie uda się raczej w fachowych publikacjach.

Rozwiązaniem jest internet. Wiele osób podróżując (nie tylko po Warmii) robi zdjęcia, zbiera informacje ustne oraz literaturowe, a potem umieszcza na swoim blogu. Są też strony internetowe gmin, parafii, lokalnych stowarzyszeń. To forma gromadzenia informacji. Kolejnym pomysłem może być Wikipedia, gdzie zarówno zdjęcia kapliczek jak i zebrane informacje o nich mogą być umieszczane we wspólnym, społecznym repozytorium wiedzy.

Nauka społeczna może rozwijać się także w zakresie faunistyki, w szczególności entomologii. Zdjęcia konkretnych gatunków, wraz z miejscem i datą, mogą być przydatne zwłaszcza w odniesieniu do gatunków rzadszych lub zmieniających zasięgi występowania. Nauka społeczna to wiele par oczu, aparatów fotograficznych i nóg, które zaprowadzą w każdy zakamarek Polski. Odonatolodzy już wykorzystują te możliwości na Facebooku.

Internet jest dobrym miejscem do dokumentowania obserwacji, zbieranych przez hobbystów i naukowych wolontariuszy. Naukowcem może być każdy. Nie trzeba mieć dyplomów. Wystarczy nauczyć się swoistej metodologii – rzetelności i jasnego opisu. A wtedy można dołączyć do dużych zespołów, zbierających na prawdę ważne i wartościowe informacje, z których tworzone są ważne i potrzebne syntezy.

*  *  *

Przykład fotobloga, poświęconego kapliczkom warmińskim: http://kapliczki.blogspot.com/

Spotkanie z jadowitym bagnikiem oko w oko

Praca terenowa, poza różnymi niewygodami, ma także i ten plus, że zawsze coś ciekawego się spotyka. Podczas przeszukiwania brzegów rzeki Pasłęki w poszukiwaniu wylinek ważki trzepli zielonej (Ophiogomphus cecilia) natknąłem się na bardzo dużego pająka. Odrobina strachu i radości z niezwykłego spotkania.

Wylinki wspomnianej ważki w celach monitoringowych najlepiej szukać (wypatrywać) z wody (od strony wody). Trzeba więc wejść do rzeki i przeszukiwać roślinność wodną i nadwodną, gałęzie, nadbrzeżne drzewa, niezarośnięty brzeg. A że czasem rzeka Pasłęka jest głęboka przy samym brzegu, to brodzi się niemalże po same pachy w wodzie. Świat wtedy wygląda zupełnie inaczej, z zupełniej innej perspektywy. I dlatego dostrzega się zupełnie inne rzeczy niż w czasie spaceru brzegiem, nad wodą. Patrzy się nie z góry, ale od dołu. Wzrok niemalże nad lustrem wody. Widać liczne nory bobrów lub tylko ich wyjścia na lądowe żerowiska. Widać wiele owadów, innych bezkręgowców, roślinność wodną.

W takich właśnie poszukiwaniach ważkowych ostatnio natknąłem się na bardzo dużego pająka. Tak wielkiego jeszcze nie widziałem. Był większy niż pająki krzyżaki jesienią. Ledwo zdążyłem zrobić zdjęcie, a on czmychnął. Po prostu zniknął, zapadł się jak kamień w wodę. Nie wiem czy zanurzył się pod wodę, czy schował między nadbrzeżnymi turzycami. Był na prawdę szybki.

Już wcześniej słyszałem o dużym, nadwodnym pająku, zwanym kłęboszem. Dysponując jedynie zdjęciem i własną pamięcią, postanowiłem poszukać i dowiedzieć się co też widziałem. Teraz jest dużo łatwej niż za czasów mojej młodości. Jest po pierwsze dużo więcej książek z dobrymi ilustracjami. Ale jest przede wszystkim internet. Można poszukać opisów gatunków, poszukać zdjęć lub po prostu wrzucić zdjęcie na odpowiednie forum, nawet w portalach społecznościowych, a ktoś bardziej doświadczony podpowie i pomoże.

Dzięki szybkiej i łatwej komunikacji internetowej nauka nabiera coraz bardziej społecznego charakteru. Po pierwsze staje się coraz bardziej dostępna (trafia pod strzechy). Komunikacja między niszowymi specjalistami i hobbystami staje się łatwa i możliwa. Szybko i łatwo można „znaleźć igłę w stogu siana”. Internet unieważnił niektóre przysłowia… Po drugie daje możliwość uczestnictwa w badaniach naukowych i dokumentowaniu wielu osobom, tak zwanym wolontariuszom. Nauka obywatelska. Nie tylko naukowcy ale i wolontariusze, hobbyści, uzupełniają powszechnie dostępne repozytoria wiedzy o przyrodzie, różnych gatunkach, zjawiskach. Powstają najprzeróżniejsze encyklopedie i społeczności z nimi związane. Prowadzą obserwacje i odnotowują stwierdzenia tak jak typowi naukowcy.

I właśnie dzięki takiemu społecznemu wymiarowi nauki dość szybko zidentyfikowałem mojego pająka. Po samym zdjęciu nie da się pewnie rozpoznać gatunku, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa był to bagnik nadwodny (Dolomedes plantarius) znany także jako kłębosz nadwodny (a w starszych opracowania także jako łakun). Jest jeszcze drugi, podobny gatunek (tego często widywałem nad wodami, ale raczej z daleka) – bagnik przybrzeżny, kłębosz przybrzeżny (Dolomedes fimbriatus), ale jak widać na zdjęciu u mojego pająka nie widać bocznych, białawych pasów. Ponadto miejsce spotkania i siedlisko bardziej wskazują na bagnika nadwodnego.

Bagnik nadwodny (Dolomedes plantarius) to pająk z rodziny darownikowatych (Pisauridae) osiągający wielkość do 2,5 cm (głowotułów wraz z odwłokiem), a wraz z odnóżami – 7-8 cm. Samice, jak to zazwyczaj u pająków bywa, są nieco większe od samców. Bagnik nadwodny jest zazwyczaj koloru brązowego (grafitowo-brązowego) z niewielkimi biało-kremowymi kropkami. Białe pasy po bokach ciała, tak charakterystyczne dla bagnika przybrzeżnego, są bardzo słabo widoczne lub ich brak. Tak jak to dobrze widać na zdjęciu „mojego” kłębosza.

Bagnik nadwodny, jak dobrze oddaje to jego nazwa, jest związany z bagnami i ze zbiornikami wodnymi, jeszcze silniej niż bagnik przybrzeżny (ale skąd nazwa kłębosz lub łakun?). Spotkać można go nad brzegiem lub na powierzchni rowów melioracyjnych, stawów, starorzeczy i jezior. Zawsze wśród bogatej roślinności wodnej i szuwarowej. Potrafi poruszać się po powierzchni wody a w razie zagrożenia potrafi zanurkować i skryć się pod wodą. Być może i mój bohater szybko zanurkował pod wodę, gdy chciałem zbliżyć aparat fotograficzny by zrobić lepsze zdjęcie. Pod wodą wydaje się metalicznie srebrny, a to za sprawą pęcherzyków powietrza, pokrywających jego owłosione ciało. Podobnie jak pająk topik.
Mimo, że silnie związany jest z wodą, to nie można go spotkać w opracowaniach, dotyczących wodnych bezkręgowców – choć wykazywany jest tam pająk topik. Może dlatego, że pająk topik buduje podwodne dzwonowate schronienia, a bagnik tylko okazjonalnie nukuje?

Bagnik nadwodny – nazwa dobrze oddaje siedlisko życia, związane z „bagnami” i przybrzeżnymi strefami zbiorników wodnych. Bagnik – niczym nazwa jakiegoś starodawnego demona słowiańskiego. Pająk ten żywi się wodnymi owadami, małymi rybkami, kijankami, małymi żabkami. Nie buduje sieci łownych lecz poluje aktywnie. Bagnik nadwodny uważany jest za gatunek bardzo rzadki. Ale może dlatego, że jest podobny do bagnika przybrzeżnego i z nim mylony? Może jest jednak częstszy niż myślimy, tylko brakuje obserwatorów w terenie, którzy go wypatrzą i odnotują jego obecność w różnych miejscach i regionach? Gatunek ten zasiedla Europę i Azję, ale w wielu regionach Europy Zachodniej już wyginął. U nas także jest nieliczny. Umieszczony został wśród gatunków zagrożonych wyginięciem w międzynarodowej Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych (IUCN Red List of Threatened Species).

Bliskie spotkanie z bagnikiem nadwodnym zawsze jest ekscytujące. Zwłaszcza jeśli ma się świadomość, że jego szczękoczułki z łatwością przegryzą ludzką skórę. Stanowczo odradzam próby schwytania go w rękę. Jego ukąszenia ciężko się goją, a jad powoduje silne, trwające kilka dni zatrucie organizmu, objawiające się bólem głowy, biegunką i wymiotami. Wędkarze nazywają to „wędkarskim kacem”. Ukąszenie bagnika jest podobno boleśniejsze niż ukąszenie pająka krzyżaka.
Na szczęście dla zdrowia ludzi (a na nieszczęście dla nauki) bagnik jest bardzo płochliwy. Szybko ucieka lub chowa się pod wodę, zanim my go zobaczymy. Do ukąszeń dochodzi przypadkiem, gdy niechcący przyciśniemy go ręką (np. schowanego w zakamarkach łodzi wędkarskiej).

Nauka to dzielenie się wiedzą, przede wszystkim na wolnej licencji. Z efektów pracy naukowców wszyscy powinni swobodnie i bezpłatnie korzystać. Bo nauka powinna służyć przede wszystkim ludzkości.

O tym, jak spałem pod mostem

Ostatnie badania terenowe przywiodły mnie do miejsc, które odwiedzałem w czasie studiów. Coraz więcej jest takich sentymentalnych odwiedzin. Widać, że jestem tutejszy i zakorzeniony. Nawet spałem pod mostem…

A było to tak. Jeszcze jako student włączyłem się do badań hydrobiologicznych Katedry Ekologii i Ochrony Środwiska na rzece Pasłęce. Potem powstała  z tego moja praca magisterska o chruścikach rzeki Pasłęki. Jeździłem więc jako student i uczestniczyłem w badaniach terenowych. Któregoś razu, na stanowisku koło Ornety, pod mostem na rzece Pasłęce (koło Stolna), spotkaliśmy jakieś norki na gliniastej skarpie. Ktoś powiedział, że to pszczoła porobnica murarka (pszczoła z grupy samotnych). Jako ciekawy student, postanowiłem później sprawdzić i rozpoznać to stanowisko. Sama pszczoła jako gatunek była ciekawa i stanowisko chyba mocno na północ wysunięte. Nie ma co gdybać, trzeba to dokładniej sprawdzić. Spakowałem plecak … i pojechałem. To był początek lat 80. XX wieku.

Dotarłem autobusem lub pociągiem (?) do Ornety. Tam nawet znalazłem jakiś hotelik zakładowy czy inny, zapytałem się o nocleg. I dalej chyba powędrowałem pieszo. Kilka kilometrów. Może podjechałem na stopa, nie pamiętam. W każdym razie dotarłem nad rzekę Pasłękę i przepiękny most (kolejowy zniszczony i częściowo rozebrany). Szukałem w różnych miejscach i znalazłem gniazda domniemanej porobnicy murarki. Jedno rozkopałem… i zastałem dziwne schronienia, zbudowane z liści. Kilka  larw zakonserwowałem. Dzisiaj wiem, że to była pszczoła miesierka, ale wtedy nie miałem pojęcia co to jest, byłem przekonany, że to właśnie porobnica murarka. Publikacji się nie udało napisać (ani zrelacjonować na konferencji), bo nie oznaczyłem zebranego materiału. Teraz byłoby znacznie łatwiej z konsultacjami, wtedy nie było internetu a informacji było tyle, co na lekarstwo.  Została przygoda wyprawy badawczej…

Wrócić przed zmierzchem nie było jak. Autobusów już nie było. Na szczęście przezornie wziąłem ze sobą śpiwór (doświadczony wyprawami turystycznymi oraz udziałem w letnich obozach koła naukowego). Postanowiłem przespać się pod mostem. Chronił od deszczu (brać namiot byłoby zbyt ciężko). Noc na odludziu, z głosami przyrody. Trochę strasznie, ale cóż robić. Nauka wymaga wyrzeczeń… i przygody. A młodość lubi przygody.

Na drugi dzień, skoro świt, po turystycznym, terenowym śniadaniu rozpocząłem podróż powrotną. Chyba udało mi się zabrać autobusem. Po trzydziestu latach niewiele w pamięci zostaje. Tylko najważniejsze fragmenty.

W czerwcu br. odwiedziłem Pasłękę i ten most ponownie. Trochę przez przypadek, bo w do innego, wcześniej wytypowanego miejsca nie udało się dotrzeć polnymi drogami. Tym razem pobyt był krótki, z transportem i bez przygód. Czego innego szukałem, ani chruścików ani pszczół. Ale na brzegu zauważyłem fragment po gnieździe miesierki (chyba, bo nie było czasu na dokładne oględziny). Widać albo deszcz wypłukał, albo jakiś zwierz rozkopał. Bo przecież chyba nie kolejny, młody człowiek, badający tajniki przyrody?

W każdym razie, w młodzieńczych latach zaliczyłem spanie pod mostem. Wiązało się ono nie z bezdomnością a z naukowymi wyprawami. Z przygodą odkrywania niezbadanego. W prawdziwej nauce zawsze odkrywa się coś nowego, nieznanego, niezbadanego. Pozostaje przygoda, bez konieczności spania pod mostem.

Przypomniałem sobie te chwile, bo odwiedziłem to samo miejsce, tym razem w ramach badań, związanych z biomonitoringiem. a pszczoła miesierka przypomniała mi się a propos niedawno rozpoczętymi działaniami na rzecz przywracania siedlisk pszczół samotnych (hotele dla pszczół).

Morał z tej opowieści taki, że warto na studiach kierować się pasją poznawczą, brać udział w różnych projektach, działaniach czy autentycznych badaniach, a nie tylko chodzić na zajęcia i odrabiać lekcje. A dla mnie, jako pracownika morał taki, żeby więcej zadań realizować metodą projektu i nauczania problemowego. Bardziej przybliża to do realnego życia i rynku pracy. Uczy rozwiązywania konkretnych problemów… i jest przygodą!

O wiankach, nocy świętojańskiej i bioróżnorodności

Rostock_466Ostatnio Adam Wajrak napisał ciekawy artykuł o niezwykłej i unikalnej na skalę europejską wartości naszej przyrody i bogactwie gatunkowym (czytaj „Kraj zielonych katedr” ). Obyśmy w ramach szybkiej modernizacji rolnictwa nie zatracili tego co ważne i takie cenne.

W ostatnią niedzielę były „zielone świątki” a niebawem mazurska palinocka (kupalnocka) czyli noc świętojańska. Oba święta w warstwie etnograficznej kojarzą mi się z pleceniem wianków… oraz bioróżnorodnością (czytaj tekst o bylicy i jeszcze jeden).
Na co dzień nie uświadamiamy sobie jak bardzo różnorodność biologiczna wpływa na nasze życie. Otaczające nas gatunki są bo są. Zawsze były i będą. Jakieś tam chwasty, zielsko czy robactwo – samo się lęgnie po polach.

Kiedy w czasie wakacyjnych wyjazdów podziwiamy lub tylko obserwujemy różnorodne krajobrazy, to dostrzegamy ich odmienność, ale nie bardzo wiemy na czym polegają różnice. Jest po prostu jest jakoś inaczej. Kiedy w latach 90. ubiegłego wieku, w ramach współpracy z Uniwersytetem Kaliningradzkim i wymianą studentów biologii na praktyki wakacyjne oraz z wyjazdami badawczymi na Torfowisko Celau, odwiedzałem Obwód Kaliningradzki, to widziałem jakiś inny krajobraz. Ni to pola ni ugory. Niby uporządkowany ale jakiś zaniedbany przyrodniczo krajobraz rolniczy. Te same dawne Prusy, ale ostatnie kilkadziesiąt lat innej kultury rolnej i innego gospodarowania przyniosło widoczną zmianę. Trudno było jakoś konkretnie nazwać te różnice i odnieść do różnorodności biologicznej, ale przy całościowym oglądzie były one wyraźne.

Potem była współpraca z Uniwersytetem w Rostocku, wspólne badania i praktyki studencie, najpierw w Drozdowie w Parku Krajobrazowym Doliny Narwi, potem w Okolicach Ełku oraz wspólny spływ rzeką Łyna przez Rezerwat Las Warmiński. Dla mnie ta przyroda była oczywista i „oswojona”, Niemcy się zachwycali. W 2005 pojechaliśmy do Meklemburgii, aby w ramach przedmiotu ekologia jezior pracować metodą projektu (PBL – problem based learning). W Friedlishswale zbieraliśmy materiały entomologiczne i hydrobiologiczne (w studenckich grupach polsko-niemieckich). Na miejscu był niezbędny sprzęt badawczy i klucze do oznaczania (przywiezione z Uniwersytetu w Rostocku do tej zaaranżowanej stacji terenowej), więc wyniki opracowywane były na miejscu. Na zakończenie studenci przygotowali krótkie raporty i prezentacje z wynikami badań. Wszystko w ciągu 10 dni. Praca była przeplatana wspólnymi posiłkami, zakupami, zabawami i dyskusjami.

Podróżując przez Meklemburgię podziwiałem krajobrazy. Niby tak jak u nas, krajobraz pojezierny, rolniczy i leśny, ale coś było jednak inaczej. Nie bardzo wiedziałem na czym polega różnica. Niby widziałem, ale nie dostrzegałem. Zbliżała się akurat Noc Świętojańska. Wraz z polskim studentami pomyśleliśmy, że może by wykorzystać dawną kupalnockę do wspólnej zabawy i opowiedzieć o dawnych zwyczajach słowiańskich (w Meklemburgii zwiedziliśmy skansen z dawnego słowiańskiego osadnictwa). Przygotowując się do wieczornej zabawy zaczęliśmy pleść wianki (zdjęcie u góry). I tu się sprawa rypła.

Wianków pleść nie umiem, ale postanowiłem pomóc studentkom w zebraniu kwiatów (sygnalizowały, że kwiatów znaleźć nie mogą). I wtedy spostrzegłem różnicę w krajobrazie i bioróżnorodności. Po prostu nie było z czego upleść wianków, ewidentnie brakowało kwitnących roślin zielny, prawie same trawy. Ani na polach ani w lesie. Teraz dopiero widziałem różnice w bioróżnorodności. W końcu jakoś te wianki udało się upleść a najładniejsze kwiaty to były z wiciokrzewu.

Dlaczego w Meklemburgii, tam gdzie byliśmy, brakowało chabrów, rumianków i wielu innych pospolitych u nas roślin zielnych? To chyba skutek chemizacji i mechanizacji rolnictwa. Nie przetrwały miedze, nie przetrwały „nieużytki” z polnymi chwastami i leśnym kwieciem. Krajobraz był zbyt uporządkowany a za mało dziki. Szybkimi krokami i my do tego stanu zmierzamy, stosując coraz więcej pestycydów i ujednolicając krajobraz. Zniknęły już w wielu wsiach krowy i konie na pastwiskach. Inne maszyny uprawiają ziemię.

W czasie tego pobytu odwiedziliśmy także Bionic Park, znakomicie dydaktycznie pokazujący różne zjawiska przyrodnicze. Dawny ogród zoologiczny został zamieniony na … park zwierząt rodzimych. Już nie lwy, tygrysy czy żyrafy, ale wilki, jelenie, dziki itd. Tam też po raz pierwszy zetknąłem się z różnymi „hotelami dla zapylaczy”. Teraz i u nas się one pojawiły jako przyrodnicza konieczność.

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z przyrodniczego bogactwa  naszej krainy. Z tego, że dużo u nas wilków, bobrów, łosi, bocianów, żurawi i całej gamy kwitnących roślin. To nie tylko piękno ale także coraz bardziej rozpoznawalna marka regionu. Może piramid egipskich nie mamy, ale mamy coś unikalnego, o co warto dbać. Ale najpierw trzeba dostrzec.

Podróże w czasie i przestrzeni kształcą i pozwalają zauważyć niepowtarzalne piękno Warmii, Mazur i Powiśla. Kultura z przyrodą mocna się splata.

Co robi ciołek w olsztyńskiej kwiaciarni ?

sowinskiMałe jest piękne i niezwykłe, choć nie rzuca się w oczy. To piękno dla koneserów i wytrawnych podglądaczy rzeczywistości. Dostrzeganie małego piękna wymaga spostrzegawczości i wiedzy. Ale przecież na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza, przez szkiełko tego, co już o świecie wiemy.

Ciołek, to określenie raczej pejoratywne, oznaczające fajtłapę, kogoś nierozgarniętego. Pierwotnie odnosiło się do rocznego byczka. Ale ciołek to także nazwa chrząszcza z rodziny jelonkowatych (Lucanidae). Ciołek, ciołek matowy lub ciołek czarny (Dorcus parallelipipedus), pod takimi nazwami znany jest ten owad. A dlaczego obecność jakiegoś chrząszcza na ścianie kwiaciarni w centrum Olsztyna miałaby być jakąś sensacją? A bo to mało robactwa wokoło? Może to jakiś szkodnik?

Nie, nie jest to szkodnik ale owad rzadki i typowy dla naturalnego lasu. Umieszczony został na czerwonej liście zwierząt zagrożonych wyginięciem z kategorią VU (narażony na wyginięcie). Jest także gatunkiem prawnie chronionym w Polsce. Dziwić i zachwycać może to, że taki niezwykły gatunek spotkać można w środku miasta. Przyzwyczaiłem się do tego, że w środku Olsztyna usłyszeć można klangor żurawi, że na rzece Łynie przy zamku gniazduje tracz nurogęś, że bobry są w centrum miasta (na moim osiedlu też), że lisy spotkać można na Starówce. To duże zwierzęta. Na owady mało kto zwraca uwagę.

Sensację wypatrzyć mogą wytrawni podglądacze przyrody. A do takich należy Mateusz Sowiński, namiętnie fotografujący małe stworzenia, spotykane w Olsztynie i okolicach. Kilka dni temu na Facebooku zamieścił zdjęcie ciołka matowego (zdjęcie u góry) wraz z niezwykłą informacją: „Tego osobnika spotkałem, jak siedział sobie spokojnie na zewnętrznej ścianie kwiaciarni… w centrum Olsztyna! Przyznam, że nigdy nie widziałem tego gatunku w moim mieście, a kwiaciarnia to zdecydowanie ostatnie miejsce, na którym bym go szukał, a tu proszę. Skąd on się tam wziął? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia. Może ktoś go przypadkiem tam zawlekł, może przyjechał z kimś samochodem… a może i mamy w naszym mieście takich właśnie, dzikich, ale za to sympatycznych mieszkańców (…). Jeśli miał bym na coś narzekać, to jedynie na to, że znów trafiła mi się samiczka!”. Owad siedział na ścianie kwiaciarni, znajdującej się na ul. Partyzantów. Rzeczywiście dość nietypowe miejsce.

Być może ciołek w środku Olsztyna znalazł się przypadkiem, przywieziony w ściętych drzewach. Może po prostu wypadł z przejeżdżającej ciężarówki wiozącej drewno? A może pochodzi z pobliskiego starego cmentarza, gdzie drzew dziuplastych, próchniejących nie brakuje? Może dolina Łyny, przecinająca Olsztyn, jest korytarzem ekologicznym, przez który migrują i wnikają do miasta gatunki typowe dla lasów. Być może obecność ciołka jest oznaką poprawy stanu ekologicznego środowiska i pobliskich lasów? Pytania, które natarczywie domagają się odpowiedzi.

Okazuje się, że gatunek ten spotkać można także w Iławie, bo jak napisał na Facebooku Piotr Kłonowski „Bodajże we wtorek idąc przez centrum Iławy również udało mi się na takiego osobnika natrafić.” Synurbizacja, czyli ewolucyjne przystosowywanie się gatunków do życia w warunkach miejskich nie jedno ma imię. Tym bardziej, że my sami zmieniamy to środowisko miejskie na bardziej przyjazne do życia dla człowieka i dzikiej przyrody.

Cóż to za chrząszcz ten ciołek, że wzbudza sensację w mieście? To bliski krewniak powszechnie znanego z książek (w naturze w Polsce bardzo rzadko spotykanego) jelonka rogacza. W Polsce żyje 7 gatunków z tej rodziny. Pośród nich ciołek. Cechą typową rodziny jelonkowatych (Lucanidae) jest dymorfizm płciowy – samce mają powiększone żuwaczki. Największe żuwaczki, przypominające poroże jelenia, ma jelonek rogacz (stąd i jego nazwa). Samce ciołków nie mają tak wydatnych żuwaczek, ale większe niż u samic i łatwo je rozpoznać.

Owady dorosłe ciołka ubarwione są czarno ubarwione z szaromatowym (grafitowym, jak powiedziałyby kobiety, bardziej wrażliwe na kolory) odcieniem. Stąd jego polska nazwa: ciołek matowy lub ciołek czarny. Dorosłe osiągają wielkość 18-32 mm, czułki są kolankowate z długim trzonkiem i grzebykowatą buławką. Pojawiają się od maja i czerwca (czasem spotkać je można już pod koniec kwietnia) a występują do września. W ciągu dnia owady są mało ruchliwe. Wydają się ospałe, niczym studenci o poranku. Dlatego może nadano im nazwę „ciołek” (nierozgarnięta fajtłapa). W ciągu dnia kryją się w szczelinach kory lub pod kawałkami drewna. Aktywne są w godzinach popołudniowych, wieczorem i w nocy, wtedy fruwają i się odżywiają sokiem, wypływającym z drzew, rzadziej innym pokarmem roślinnym. Często spotkać je można przy żółtych nadrzewnych „hubach”, owocnikach grzyba żółciaka siarkowego (Laetiporus sulphureus). Podobno jest to grzyb jadalny. Ciekawe jak smakuje i jak go się przyrządza (głodnemu grzyb na myśli).

Ale wróćmy do ciołka. Larwy są grube, białawo-żółtawe z ciemną głową (brązową), pędrakowate, zgięte w kształcie litery C, żerują w próchniejących drzewach liściastych a ich rozwój trwa 3-4 lata. Larwy rozwijają się w próchniejących pniakach i kłodach klub w pniach starych, chorych dębów, buków, jesionów, wiązów, wierzb i lip, czasami także drzew owocowych, sosen i modrzewi. Rozwijają się w zmurszałym drewnie dlatego szkód leśnych nie powodują lub szkody te są nieznaczne. Nie jest wiec szkodnikiem nawet dla leśników. Ciołek matowy preferuje silnie spróchniałe kłody oraz pniaki bukowe i dębowe.

Jelonka rogacza widziałem tylko w zbiorach entomologicznych oraz spotkałem we Francji. W pobliskim Rezerwacie Las Warmiński udało mi się spotkać inny gatunek z tej rodziny, zaklińca (Platycerus). Ciołka kilkakrotnie spotykałem w Parku Krajobrazowym Pojezierza Iławskiego oraz w lasach różnych części Polski. W Olsztynie nie widziałem, ale informacja i zdjęcie Mateusza Sowińskiego spowodowała, że teraz jeszcze uważniej będę się przyglądał naszym braciom mniejszym. Przygoda jest w zasięgu ręki…

Ciołek matowy jest gatunkiem szeroko rozsiedlonym w kraju, poza wyższymi partiami gór. Jest saproksylobiontem (siedlisko butwiejącego, martwego drewna, takie jakie występuje m.in. w dziuplach starych drzew), związanym z martwymi lub zamierającymi drzewami liściastymi. Warunki takie panują w starych pierwotnych lasach. Gospodarka leśna, nastawiona na „produkcję desek” oraz swoiste pojęcie o estetyce i zdrowiu ekosystemów, przez ostatnie dziesięciolecia powodowała zanik siedlisk saproksylicznych w lasach. Wiązało się to ze spadkiem bioróżnorodności i zagrożeniem wymarciem wielu gatunków. Pośród nich jest i ciołek matowy. Jako gatunek chroniony wymaga czynnych zabiegów ochroniarskich. Obecnie zmieniło się nastawienie leśników do lasów. Powstają leśne kompleksy promocyjne. Las traktowany jest nie tylko jako uprawa drewna, ale także jako obiekt rekreacyjny oraz pełniący różnorodne usługi ekosystemowe.

Ale drzewa dziuplaste (i siedlisko martwego drewna) występują również w krajobrazach kulturowych. Na naszym terenie to właśnie przydrożne aleje, stare cmentarze, stare parki „zaniedbane” stanowiły bardzo ważne siedlisko zastępcze dla dużej grupy gatunków saproksylofagicznych. W miastach namiętnie wycinamy „chore”, próchniejące drzewa. Z ekologicznego punktu widzenia jest to działalność szkodliwa. Bioróżnorodność może być także markowym produktem turystycznym, więc przekładać się to może na zarobki i dochody mieszkańców, w tym przypadku Olsztyna. Stare drzewa nie są takie niepotrzebne jak to się nam często zdaje.

Także i ciołek matowy spotykany jest stosunkowo często w starych zadrzewieniach krajobrazów kulturowych.

Co robił ciołek w centrum Olsztyna? Czy owady żyją gdzieś wśród starych, próchniejących drzew? A może opisywany ciołek dostał się do Olsztyna przypadkiem, wypadł z samochodu przejeżdżającego ze świętym drewnem? Na razie pozostaje to zagadką. Warto tu jednak uczynić mała dygresję: próchniejące, stare drzewa nie są niepotrzebne. Nie są chore i nie trzeba ich czym prędzej wycinać (jak to zwykliśmy robić). Są one ważnym siedliskiem unikalnych gatunków. Przyrodnicze atrakcje dla turystów nie biorą się z polbrukowych chodników, równo przystrzyżonych trawników czy powycinanych drzew.

Ciołek matowy to niepozorny element dzikiej przyrody i pierwotnego lasu w centrum miasta. Przez takie „elementy” Olsztyn jest miejscem niezwykłym. Nie trzeba jeździć daleko by zobaczyć coś ciekawego i niezwykłego. Wystarczy patrzeć uważniej pod nogi. No i trzeba mieć trochę wiedzy by pośród „robactwa” rozpoznać gatunki rzadkie i niezwykłe. Przygoda w Olsztynie czeka tuż za rogiem. A myślę, że nie tylko w Olsztynie ale w całym, naszym regionie, nie bez powodu nazywanym siódmym cudem przyrodniczym świata.

Jeszcze na koniec kilka słów o rozmieszczeniu i problemach ochrony. Ciołek matowy jest gatunkiem Szeroko rozpowszechniony w Polsce (nie licząc obszarów górskich) Europa, Azja Mniejsza, Bliski Wschód. Szeroki zasięg geograficzny jest zapewne przyczyną lokalnego zróżnicowania, co znajduje swoje odbicie w fakcie wyróżniania kilka podgatunków. Ciołek miejscami występuje liczniej w innych miejscach całkowicie wyginął. W regionalizacji ekologiczno-faunistycznej ciołek jest gatunkiem wyróżniającym dla strefy bukowej (Pomorze, północna Wielkopolska, zachodnia część Warmii i Mazur). Objęty w Polsce ochroną gatunkową, jako gatunek wymagający ochrony czynnej. Zagrożeniem dla niego jest zanikanie starych, próchniejących drzew liściastych.

Głównym wyzwaniem ochrony ciołka matowego jest zachowanie różnowiekowej struktury drzew na obszarach leśnych i w zadrzewieniach (to zadanie dla leśników). Ale w miastach i w krajobrazie rolniczym jest wiele antropogenicznych zadrzewień i starych alei. Niekorzystnym zjawiskiem jest usuwanie leżących konarów, pni i kłód (bo mamy takie poczucie estetyki i traktujemy martwą materię jako coś niepotrzebnego i „chorego”, stąd trzeba jak najszybciej usunąć „z oczu”. Większość próchniejących pniaków czy starych, dziuplastych drzew jest usuwana, co skutkuje obniżeniem jakości bazy pokarmowo-lęgowej dla ciołka i innych gatunków saproksylobiontycznych. W związku z częstym zasiedlaniem przez ciołka środowisk antropogenicznych, np. alej, warto propagować pozostawianie starych zadrzewień przydrożnych, a w przypadkach konieczności ich wycięcia – nasadzać nowe w bliskim sąsiedztwie. Rewitalizacje parków np. w Olsztynie wiążą się z dużą wycinką starych (chorych w mniemaniu służ miejskich) drzew i uprzątania martwej materii. Dla ekologicznego zdrowia parków miejskich co innego jest ważne. Być może warto wprowadzić modę, aby w przydomowych ogródkach i na osiedlach, oprócz rabat z kwiatami pojawiać się zaczęły próchniejące kłody. Po budowie hoteli dla pszczół byłby to kolejny element poprawiania siedliskowego charakteru miasta. A wtedy wokół nas różnorodność biologiczna będzie dużo większa. Będzie co obserwować… i będzie to dodatkowa atrakcja turystyczna naszego miasta.

Miasto jako miejsce czynnej ochrony gatunków zagrożonych wyginięciem? A czemu nie, od razu byśmy zamieszkali niczym w parku krajobrazowym czy rezerwacie. Przecież tak niewiele trzeba i to bez uszczerbku dla naszej jakości życia.

zolcikasiarkowy1

(na fotografii grzyb żółciak siarkowy)

Bibliografia

  • Bellmann H., Owady. Spotkania z przyrodą. Multico, Warszawa
  • Dominik, J., Starzyk, J. R., Owady niszczące drewno. PWRiL, Warszawa 1983.
  • Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków. Tom 1. Muzeum i Instytut Zoologii PAN, 2004, Warszawa.
  • Sandner A., Owady. Zwierzęta Świata. PWN, Warszawa 1989.
  • Szujecki A., Entomologia leśna, tom II. Wyd. SGGW, Warszawa 1998.
  • Szujecki A., Ekologia owadów leśnych. PWN, Warszawa 1980.
  • Tyszko-Chmielowiec P. (red.). Aleje – skarbnice przyrody. Praktyczny podręcznik ochrony alej i ich mieszkańców. Wrocław, 2012
  • Zahradnik J., Przewodnik. Owady, Multico, Warszawa 1996.

Rozmowy przy lepieniu garnków i malowaniu butelek

Ostatnio miałem okazję w przestrzeni miejskiej pracować i dyskutować. Najpierw na Dniach Humany z Towarzystwem Naukowym Pruthenia, przy lepieniu garnków (filmik niżej), potem na pikniku naukowym UWM przy malowaniu butelek na olsztyńskiej Starówce (zdjęcie wyżej, fot. Anna Wojszel). Przy prostej pracy zawiązały się ciekawe dyskusje jak przy łuskaniu fasoli (w nawiązaniu do traktatu o łuskaniu fasoli).

Bez pośpiechu, z radością tworzenia oraz dyskutowania. Takich dyskusji w zabieganym życiu wyraźnie mi brakuje. Zwłaszcza na uniwersytecie. Nie mamy czasu dla siebie, by słuchać i rozumieć, bo gonimy za punktami i wyrabiamy wysokie normy. Tylko że w przysłowiowym międzyczasie coś ważnego nam umyka….

Praca i stół (spotkania w kawiarni naukowej lub tak zwane spotkania kuluarowe na konferencjach naukowych) dają czas na zastanowienie się. Cisza nie jest przeszkodą, nie „boli”, nie trzeba jej na siłę wypełniać słowami, tak jak to się dzieje na seminariach i oficjalnych spotkaniach. Bo tam mówienie jest celem. Cisza boli i wymusza zapełnianie jej na siłę mówieniem… nawet jak się nie ma nic do powiedzenia. Cisza przeszkadza i jest jak syrena alarmowa (powiedz coś, bo nikt nie mówi).

Przy wspólnej pracy czy biesiadowaniu można milczeć. Sensem jest praca lub bycie razem przy stole. Słowa padają wtedy, gdy ma się coś do powiedzenia. Przy pracy się mówi, opowiada lub śpiewa. Ale można milczeć.

Kiedyś, jak znam z opowieści moich dziadków, śpiewano przy pracy. Wspólnie śpiewano. Teraz rzadko śpiewamy razem. Tylko słuchamy elektroniki lub czasem jak w karaoke dodajemy swoje dźwięki do tego, co wycieka z głośników. Namiastka śpiewania (tego dawnego, społecznego, wspólnotowego). Wodzirejem nie jest człowiek obok nas ale głos z taśmy, radia czy innego odtwarzacza. Siłą rzeczy nie reaguje na sytuację tu i teraz.

Dyskusje, opowieści i śpiew przy prostej pracy wymagają ponownego odkrycia. Świat się zmienił, wyrzuceni zostaliśmy do zupełnie nowej przestrzeni, którą dopiero musimy oswoić i ucywilizować. Potrzebne jest we współczesnym mieście tworzenie przestrzeni publicznej i sytuacji do głębszego życia społecznego. Nie jesteśmy już społeczeństwem agrarnym. Rytmu spotkań nie wyznacza praca na roli i wokół roli. Mechanizacja spowodowała, że prace wykonujemy samotnie z maszynami a nie z ludźmi. Gdzie kiedyś kosiło zboże, rwało len, zbierało ziemniaki, darło pierze, szatkowało kapustę kilkunastu ludzi, obok siebie wykonując pracę, teraz jeden człowiek robi to w klimatyzowanym ciągniku lub kombajnie. Towarzyszy mu radio, smartfon czy jakaś empetrójka. Chodzimy ze słuchawkami na uszach (jeszcze bardziej nawykowo izolując się od ludzi… których potrzebujemy i pragniemy kontaktu z nimi jak powietrza). Towarzyszy nam muzyka odtwarzana a nie tworzona na miejscu z innymi ludźmi.

Podobniej jest z opowieściami, budowanymi słowami.
Być może dlatego potrzebne są różne warsztaty, pikniki edukacyjno-rozrywkowe, z lepiem garnków, malowaniem butelek, uprawianiem ogródka, budowaniem hoteli dla pszczół, lepieniem pierogów, grupowym wędrowaniem po regionie. Uczyć się i poznawać świat przez działanie i proste czynności. Rozmowa pojawia się w trakcie. Oddzielona zbawienną ciszą i endorfinami, wydzielającymi się w czasie pracy i radości kreatywnego tworzenia rzeczy drobnych.

W nowym świecie ponownie musimy odkryć dawne sposoby działania i życia społecznego. Mimo, że wiele się zmieniło dawne potrzeby ludzkie pozostają takie same.

Eko-innowacje w produkcji energii a problem oddziaływania turystyki na środowisko

ekoinnowacjePod koniec maja miałem przyjemność uczestniczyć w bardzo interesującej konferencji, zorganizowanej przez samorząd województwa warmińsko-mazurskiego. Tematem były eko-innowacje technologiczne w produkcji energii. Siedząc na skraju miasta i na skraju lasu w budynku Centrum Wdrażania i Promocji Innowacji Warmińsko-Mazurskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, uświadomiłem sobie, że nawet na dalekiej prowincji widać dziejącą się na naszych oczach trzecią rewolucję technologiczną. Jest strach przed zmianą (tak jak zawsze w takich przypadkach), bo nic już nie będzie takie jak dawniej. Ale jest także nadzieja na rozwój regionu.

Były ciekawe wykłady, dla mnie bardzo pouczające, była też dyskusja, której osią stało się zastanawianie czy te eko-innowacje są dobre czy złe dla inwestorów. Czy zainteresowanie biznesu energią odnawialną wynika z opłacalności czy tylko z faktu, że ktoś daje dopłaty?

Zmiany niewątpliwie zachodzą. Żeby się dobrze do nich przygotować, to trzeba poznać i zrozumieć także globalne i długofalowe trendy. Przygotować się, by nie dać się zaskoczyć. Surowce tradycyjnej energetyki, takie jak gaz czy ropa naftowa niebawem się skończą (jakieś 40 lat). Sytuacja polityczna, nieprzewidywalna jak się okazuje, może sprawić, że kurek z gazem znacznie szybciej zostanie zakręcony (sytuacja w Rosji). W takim kontekście dyskusja nad innowacjami technologicznymi wydaje się jak najbardziej aktualna i potrzebna. Czy w naszym regionie zainwestujemy czy raczej pojawiać się będą dziewiętnastowieczne bunty tkaczek? Czy będziemy wśród liderów czy raczej zacofanych maruderów?

Czy OZE (odnawialne źródła energii) to szansa czy zagrożenie dla naszego regionu? Osobiście uważam, że jest to dla nas ogromna szansa. Szansa zarówno dla turystyki jak i biogospodarki. Elektrownie węglowe są daleko a my znajdujemy się na „końcu druta” – dlatego energia elektryczna jest u nas droga (droższa niż w innych regionach, może poza Podlasiem).

Przecież nie wszystkie inwestycje są opłacalne. Przykładem niech będą stadiony budowane na olimpiady – czasem koszty utrzymania są potem wyższe niż zyski z użytkowania. Takie inwestycje nie są nam potrzebne. Czy eko-innowacje należą do takich? Czy wszystkie OZE niosą takie same szanse i zagrożenia?

ekoinnowacjecbeoCzęsto używanymi słowami na wspomnianej konferencji była kogeneracja (rzadziej trigeneracja) i prosumpcja. Ze zdziwieniem dowiedziałem się, że są u nas już gminy (np. Kisielice), które mogą być już samowystarczalne energetycznie. Skutkiem trzeciej rewolucji technologicznej jest gospodarka rozproszona, nie tylko w zakresie produkcji energii. Te zmiany wpływają na pozostałe działy gospodarki jak i nasze życie codzienne i styl życia.

Ekoinnowacje są szansą na nowoczesną prowincję, na współtworzenie marki regionu (lub wspieranie tej marki). Chyba, że prześpimy szansę i dobry czas. Ekoinnowacje to szansa na rozwój i jednocześnie promocja. Warmia i Mazury to region, gdzie może być wysoki komfort życia i wysoka jakość życia. Aby to jednak osiągnąć, potrzebny jest dialog i to wielopłaszczyznowy. Coraz bardziej rozpoznawalną marką regionu jest turystyka i żywność. I oby stała się także energetyka odnawialna, w tym wspierana miejscowymi badaniami naukowymi, tworzącymi innowacje (a nie kupowanie gotowych technologii z zewnątrz).

Niezwykle ciekawy dla mnie był wykład profesora Janusza Gołaszewskiego z UWM (a jednocześnie dyrektora Centrum Badanie Energii Odnawialnej). Profesor mówił o turystyce i energetyce ze źródeł odnawialnych. Obie te gałęzie: turystyka i energia odnawialna, z natury są lokalne. Zarówno w zakresie produkcji jak i tworzenia odpadów. Koniecznością jest więc zrównoważony przemysł turystyczny, wykorzystujący OZE. Profesor wskazywał na konieczność wdrożenia zasad gospodarki cyrkulacyjnej oraz wskazywał na niszowy produkt turystyczny, związany z OZE. I ja się z takim podejściem w pełni zgadzam.

Unia Europejska jest światowym liderem w wykorzystaniu różnych źródeł energii odnawialnej. Turystyka potrzebuje energii. Gospodarka turystyczna cechuje się ciągłym i wyraźnym wzrostem w skali globalnej. Ale jednocześnie turystyka odpowiedzialna jest za emisję ok. 5 % gazów cieplarnianych. Najwięcej produkuje ich transport samolotowy. Można więc przypuszczać, że wraz ze wzrostem świadomości ekologicznej bogatych społeczeństw na znaczeniu będzie rosła turystyka lokalna. To właśnie szansa dla naszego regionu. A jeśli stworzymy i będziemy umieli ją pokazywać – to tak jak dzieje się  już w niektórych regionach – nowoczesne eko-technologie same w sobie będą atrakcja turystyczną (pomijając fakt wspierania promocyjnego marki regionu).

W skali świata turystyka to 9% PKB – jest więc o co zabiegać. Jednocześnie rozwój turystyki niesie określone zagrożenia (np. wzrost potrzeb energetycznych, wzrost zużycia wody, ilości odpadów itd.).

Z konferencji wróciłem zadowolony i mocno zainspirowany.

ekoinnowacje2015

O tym, jak zostałem hotelarzem

Zmęczony szybkim życiem w mieście od dawna marzy mi się "ucieczka" na wieś, na prowincję. Marzyło mi się, że założę sobie pensjonacik i z tego będę żył (bo przecież z malowania butelek i słoików nie da się wyżyć, ani z badań naukowych). Kontakt z przyrodą, ciche życie na prowincji z komarami (i chruścikami też!), zdrowe jedzenie i życzliwie przyjmowani goście. Pranie, sprzątanie, gotowanie, pielenie grządek – spokojna praca z efektami szybko zauważalnymi… Slow life, slow food i czas dla przyjaciół, którzy by przyjechali w odwiedziny.

No i zostałem (prawie) hotelarzem. Prawie czyni różnicę. Hotel dla owadów. Lokatorzy czynszu nie będą płacić – odpracują w naturze, zapylając kwiaty (a biedronki zjadając mszyce i wykonując inne funkcje ekosystemowe). Taka praca wymyka się fiskusowi, ale jest niezwykle potrzebna. Nie wszystko da się przełożyć na pieniądze. Na dodatek pozostałem w mieście…

Bo ten hotel dla owadów ma przede wszystkim wymiar edukacyjny. Po pierwsze ilustruje problemy przyrodnicze (bioróżnorodność, funkcjonowanie ekosystemów, zarządzanie zasobami środowiska), po drugie problemy społeczne (nie wszystko co ważne daje się wymierzyć finansowo). I w końcu jest to element kształcenia problemowego (PBL, problem based learning), którą to metodę od dawna wykorzystuję i rozwijam.

Niedawno studenci biologii, w ramach przedmiotu "ochrona środowiska" wykonali kilka takich "hoteli" i umieścili w ogrodzie obok szklarni (czytaj więcej). Teraz będzie coś na dla przyszłych roczników oraz dla studentów nowo otwieranego kierunku "dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze". Projekt jest rozwojowy i będę szukał kolejnych partnerów do współpracy.

Działania celowe czy rytualne

Obserwując różnorodne aktywności wokół mnie, od wielu lat, zastanawia mnie nieefektywność czy nawet absurdalność wielu z nich. Tak jakby ludzie bezrozumni byli. Ale problem nie w braku umiejętności czy rozumu ale w dwu różnych strategiach. Pierwsza to działania nakierowane na cel, drugie to działania rytualne. Wrastanie w te odmienne tradycje zaczyna się już w szkole, w procesie edukacji.

Wszystko zaczyna się od celu, czy jest on świadomy (świadomie wybierany). Działania ukierunkowane na cel zaczynają się od planowania i definiowania celu, czyli "po co". Rozmyślania zaczynają się od uświadamiania, odkrywania, precyzowania celu. Świadomość celu jest jak latarnia morska, mimo błądzenia, potknięć, kierunek jest znany. Ewaluacja i ocena efektywności (czy się udało i na ile) to porównywanie rezultatów z celem. Jest jak z podróżą do celu (nie ile kilometrów przeszedłem, ale czy doszedłem tam gdzie chciałem). Działania podejmuje się, żeby złapać króliczka.

Inaczej jest działaniami rytualnymi. Tu chodzi o to, żeby gonić króliczka. Działania rytualne to naśladownictwo, powierzchowne naśladownictwo. Podglądamy pielgrzyma, który idzie (ale celu i sensu nie dostrzegamy, bo nie pytamy). Naśladownictwo to… chodzenie. Działamy po to, żeby działać a pozornie (z oddalenia) wydaje się takie samo. Przecież idziemy, tak samo przebieramy nogami.

W działaniach rytualnych trudniej o ewaluację. Bo do czego odnosić skuteczność? Działania są po to, by zmęczyć. Uznamy te rytualne czynności za wartościowe… gdy się napracujemy lub gdy widzimy pot na czole swoich uczniów czy podwładnych.

Pierwszy przykład – praca dyplomowa. Jaka powinna być? Częste pytanie ze strony studentów – ile powinna mieć stron. To nawyk działań rytualnych, kiedy uznamy, że jest dobra czyli jak długo mamy chodzić? Dlaczego tak? Bo nie jest znany cel (nawet jeśli jest zapisany, to tylko jako figura stylistyczna a nie wyznacznik działań). Działanie nastawione na cel – wtedy, gdy w pracy jest rozumiany przez piszącego cel, a on stara się ten cel zrealizować. Liczba stron jest pochodną działań, zmierzających do celu. Pozwolę sobie znowu na porównanie podróżnicze: jeśli celem jest dojść z Olsztyna do Butryn, to wyjdzie chyba z 17 km. Do innej miejscowości wyjdzie inna odległość (jeśli więcej wcale nie znaczy że praca lepsza). Ale nie odległość mierzona kilometrami przesądza o wartości pracy. Inaczej z pisaniem rytualnym (ile trzeba przejść kilometrów, napisać stron).

Czasem można usłyszeć, że porządna praca doktorska czy magisterska powinna sama stać na półce (czyli być gruba). Jeśli studentów, uczniów itd. uczymy pisania "rytualnego"…. to piszą większą czcionka, stosują szersze marginesy czy drukują na papierze o grubszej gramaturze.

Drugi przykład – zapełnianie czasu zajęć (wkład, ćwiczenia). Wymyślamy zajęcia czy słowa, aby wypełniać czas do dzwonka. Treść bywa wtedy nudna, bezsensowna, mącąca, a studenci czują się jak niewolnicy na plantacji bawełny (zaczyna się już szkole). Zarówno uczniowie jak i studenci uczą się odnaleźć w tym rytualne. Potrafią dobrze pozorować pracę. Bo chcą jakoś przetrwać….

Przykład trzeci – różnorodne mniejsze i większe projekty. Z definicji powinny być nakierowane na cel… ale bywają działaniami rytualnymi. Ktoś po prostu naśladuje powierzchownie czynności, nie próbując najpierw przemyśleć sensu. Skutki widzimy na co dzień w wielu miejscach, zarówno w postaci bezsensownych (niewygodnych, nieużytecznych, niefunkcjonalnych) rozwiązań architektonicznych itd. To nie ludzie są głupi… To są po prostu działania rytualne a nie nakierowane na cel. Ułatwić komunikację czy… zbudować drogę? Pozornie to to samo….

Dlatego tak ważna jest edukacja. Na studiach z całą pewnością powinno być więcej projektów i metody nauczania problemowego (PBL). Od jakości kształcenia potem zależy nasze codzienne życie.

ps. A ilustracja wyżej? Jest tylko ilustracją, bo mi się podobało. Naśladuję ładne wpisy blogowe – tam też są ilustracje :).

O upałach i drzewach, których już nie ma

Wczoraj byłem w Pasłęku, z wykładem dla młodzieży licealnej. Dzień zapowiadał się upalnie. Przed ósmą rano zawitałem na dworcu Olsztyn Zachodni. Kiedyś, przy trzecim peronie (na zdjęciu z lewej strony) rosły przepiękne drzewa. Było cudnie, był cień. Kiedy niedawno remontowano ulicę (Nowa Artyleryjska, duma inwestycyjna miasta), wszystkie wycięcto. Teraz jest jak na patelni – żadnego cienia. Nawet rano słońce prażyło niemiłosiernie. A upały dopiero się zaczynają….

Dlaczego wycięto? Bo być może utrudniały prace budowlane. Ale zieleni nie odbudowano. Co więcej, sam projekt jest niefunkcjonalny i komiczny. Projektant narcystycznie myślał o sobie, zabrakło mu wyobraźni i empatii. Jest znacznie więcej fuszerek niż tylko brak zieleni.

Obok peronu, przy ulicy jest przystanek autobusowy. Ale nie ma jak do niego dojść – trzeba zupełnie naokoło, dwa razy przechodząc przez tę samą, ruchliwą ulicę (a kilkaset metrów dalej jest podziemne przejście… prowadzące do nikąd). Nie ma zejścia z peronu na ten przystanek, a od wyjścia z przydworcowego tunelu nie ma chodnika. Więc trzeba dwukrotnie przechodzić przez ulicę. Strasznie to niewygodne i niefunkcjonalne. Chciałbym poznać nazwisko projektanta. Anonimowo jest przeklinany codziennie przez wielu pieszych i oczekujących na peronie podróżnych… Po co wycinano drzewa, skoro nie na tak chodnika (a jest miejsce). A skoro jest miejsce na zieleń, to czemu drzewem nie zasadzono? Za 20-30 lat byłby znowu cień.

Prognozy zapowiadają upalne lato. Zapewne znowu pojawia się kurtyny wodne, dające wytchnienie mieszkańcom. Wolałbym jednak, aby troska władz miasta była bardziej perspektywiczna i długofalowa. Nie byłyby potrzebne kurtyny, gdyby były dające cień drzewa. Zieleń miejska poprzez transpirację nawilża powietrze. I to zupełnie za darmo i samoistnie. Ale drzewa należą do takich "urządzeń", że nie da się ich "postawić" raz dwa. Trzeba mieć wyobraźnię, by posadzić i czekać na rezultat przynajmniej kilkanaście lat. Wycina się łatwo. Odzyskać zieleń jest bardzo trudno.

W czasie upałów i letniej spiekoty marzą mi się władze miejskie z wyobraźnią, empatią…. Podróże kształcą? Bezwarunkowo!