Bylica, piwo, pieczona gęś i maść do latania

Bylica pospolita to wszechstronnie wykorzystywana przez człowieka roślina, działająca zarówno przeciw złym duchom i czarownicom, jak i przeciw chorobom. A i na pobudzanie płodności też była przydatna.

Po poprzednim wpisie na temat bylicy pospolitej rozmawiałem ze znajomą z Mrągowa, p. Zofią Wojciechowską. Okazuje się, że temat jest bogatszy niż myślałem. Dowiedziałem się m.in. że mężczyźni zaszywali bylicę w odzieży, aby uzyskać większą moc życiową. Po prostu traktowano jako afrodyzjak lub jako magiczny amulet. I dowiedziałem się, że na Mazurach zwyczaje świętojańskiej nocy nazywano Palinocką. Wszak palono ogniska. W innych regionach zwyczaj ten nazywano Sobótką, Kupalnocką itd.

No cóż, bylica oprócz tego, że jest chwastem polnym, przyprawą, zielem, to dawniej była rośliną magiczną, odstraszającą między innymi demony wodne (o czym pisałem poprzednio). Znajomy hydrobiolog (Piotr Panek) skomentował to tak: „Taka bylica nad rzeką to dobra i w miarę stabilna rzecz do chwycenia się w razie poślizgnięcia, więc naprawdę chroni przed utopcami”. Fakt, ja również w terenie wodno-bagiennym nie jeden raz chwytałem się byle czego, by z błota się wydostać. W każdym razie na terenie Czech bylica była uważana przez lud (nie przez hydrobiologów) za silny środek przeciw demonom wodnym czyli topielicom, utopcom itd.

Zwyczaje się zmieniają, modyfikują. A po mojej głowie ciągle kołaczą się analogie między procesami żywymi a kulturą, analogie między ewolucją biologiczną i ewolucją kulturową. Ja oczywiście dopatruję się nie tylko analogii ale i systemowo-funkcjonalnej jedności, w kontekście ogólnej teorii systemów. Tak jak organizm w cyklu życiowych (niby ten sam, ale czasem całkiem inny, na przykład owady z przeobrażeniem) lub populacja czy gatunek w procesie ewolucji: jest ciągłość i następstwo, ale są i zmiany. Coś starego ulega redukcji, czasem modyfikacji i zmienia funkcję, czasem pojawiają się zupełnie nowe cechy i elementy, czasem wchodzi w relacje z innymi gatunkami (symbioza, pasożytnictwo). Podobnie jest z kulturą i zwyczajami, legendami, gusłami. Coś, co dziś traktowane jest na serio i dobrze wpisuje się w nasz paradygmat wiedzy o świecie, za jakiś czas może być memem cząstkowym, rudymentarnym, rytuałem nieco zmienionym, np., zabobonem, gusłami, dziecięcą zabawą. Trudno jest odtwarzać dawne zwyczaje i wierzenia, bo patrzymy na nie przez pryzmat współczesności i nieświadomie interpretujemy. Czasem koloryzujemy, ideologizujemy, rozbudowujemy. Niby stare a jednak w nowym wydaniu.

Zwłaszcza w roku Oskara Kolberga aż korci dokumentować i zapisywać różne praktyki, zwyczaje, zabawy, rytuały czy nawet zabobony. By ocalić o d zapomnienia a potem wykorzystać do analiz. Niniejsze zapiski nie roszczą sobie rygorystycznej metodologii naukowej dokumentacji. Są tylko inspirowanymi rozważaniami z pokaźnym dodatkiem subiektywizmu.

Bylicę pospolitą wiązano z szeroko rozumianą magią (ja bym powiedział, że jest to pozostałość po pierwotnym szamanizmie). Na pewno od bardzo dawna wykorzystywana była w pradawnym lecznictwie. W świecie chrześcijańskim bylica pospolita kojarzona jest z dniem Świętego Jana, czego wyrazem może być przekaz, funkcjonujący przed laty wśród mieszkańców wsi lubelskich, że Matka Boska użyła ziół bylicy i łopianu do połączenia z ciałem odciętej głowy św. Jana. Ale to z całą pewnością wtórna interpretacja, uzupełniająca i na nowo interpretująca dawne zwyczaje i przekonanie o duchowej mocy tego ziela.

Na co dzień bylicę zatykano w strzechy i ściany domów jako ochronę przed piorunami i pożarami. Mówiono też, że: „gdy bardzo grzmi i błyska się, kadzą bylicą po domach, bo bylica odpędza złe duchy, które wywołują burzę w powietrzu”. W innych regionach okadzano domy przed burzą. Nie uważajmy naszych przodków za głupców i że nie wiedzieli jak działa odgromnik. Skoro burzę w ich mniemaniu wywoływały złe moce, to i przeciw nim trzeba było zastosować moce magiczne. Bylica się do tego nadawała. A na pewno nie zaszkodziła.

Bylica pospolita spokrewniona jest w sensie biologicznej systematyki z bylicą piołunem. Ta ostatnia zawiera więcej olejków eterycznych, w części o właściwościach narkotycznych. Pity absynt powodował ponoć wizje z zieloną wróżką. Możliwe, że była to jednak alkoholowa delirka. Bylica pospolita dawała jednak kiedyś zupełnie inne odloty. Prawie jak na miotle.

Ale wróćmy do pospolitego, polnego czy leśnego chwastu, jakim jest bylica pospolita (Artemisia vulgarus z rodziny astrowatych). W języku ukraińskim określana jako niechworoszcz lub czornobyl, od której to nazwy podobno pochodzi nazwa miasta Czarnobyl. Miasta, które obecnie kojarzy nam się z katastrową elektrowni atomowej. W języku rosyjskim nosi także nazwę czornobylnik. Paradoksalnie u nas to bylica (bielica, biała bylina) a u wschodnich Słowian to czarna bylina. W każdym razie wykorzystywana także do wyrobu mioteł (czyli jesteśmy już o krok do latania na miotel, ale o tym dalej). Ja z dzieciństwa i wsi pamiętam miotły brzozowe. Ale bylicowe też by były praktyczne i łatwe do wykonania, choć nie tak trwałe jak brzozowe.

Bylica pospolica często wykorzystywana była do wicia wianków i bukietów, święconych w dniu Matki Boskiej Zielnej, co miało zwiększyć moc leczniczą tej rośliny, uznawanej za środek dobry na wszelkie niemal choroby, ale także moc chroniącą przed złem. Innym momentem zwiększającym moc bylicy była Noc Świętego Jana. Panu Bogu świeczka i diabłu ogarek. A czy i dziś wiele osób rytuałów kościelnych nie traktuje jako zabobonnych guseł? A przecież mamy XXI wiek. To oczywiście bardziej obrzędowość niż wiara. Ale człowiek w swych zachowaniach reprezentuje niezwykłe bogactwo. I to jest ciekawe do obserwowania, dokumentowania i analizowani. Zerwana w tym czasie bylica (czy to Matki Boskiej Zielnej, czy to Zielonych Światek, czy Nocy Świętojańskiej) używana była jako amulet ochronny, zarówno w noc świętojańską (dla ochrony przed czarownicami palono bylice w ognisku), jak i długo później. Poza legendarnym kwiatem paproci (a jak wcześniej pisałem w tej legendzie jest dużo prawdy, bo są „kwitnące” paprocie) bylica stanowiła jedno z najważniejszych ziół, chroniących przed urokami, wszelkimi bólami ciała, a jej działanie odnosiło się szczególnie do młodych kobiet. Dziewczyny, by zapewnić sobie trwałość urody i pomyślności w życiu, opasywały się bylicą trzykrotnie. Czyli była i na głowie w wianku, i na biodrach jako opaska. A czasem przywiązywana do uda, by miłość była gorętsza (ta cielesna, nie duchowa). Na Mazurach panowie wszywali ją sobie w ubranie.

Często zbierano bylicę razem z łopianem (a może z podbiałem?), który również słynął z ochronnych i uzdrawiających właściwości. Według dawnych podań z obu tych roślin przyrządzono wywar, który sprawił, że ucięta głowa św. Jana Chrzciciela przyrosła z powrotem do ciała.

Bylica pospolita jest światłolubna, rośnie na ubogich, suchych ziemiach, tak samo jak na bogatych glebach gliniastych. Dane z książek naukowych wskazują jednak na gleby eutroficzne. Występuje na terenach zaburzonych (w sensie ekologicznym) przydrożach (to naukowe określenie na miejsca przy drogach), miedzach, przypłociach, terenach kolejowych, a nawet hałdach i na przydomowych śmietniskach. W warunkach naturalnych spotyka się ją w łęgu topolowym.

Jak wyczytałem na różnych stronach internetowych, bylica pospolita dla plemion germańskich była najpotężniejszą (w sensie magicznym) ze wszystkich roślin magicznych. Nazywano ją Mugwurz (Muggert, Müggerk, angielskie mugwort) – Korzeń Władzy. Słowo pochodzi od mug=ogrzewać/wzmacniać. Inne określenia to saksońskie Wyrta Modor – Matka Korzeni lub Matka Przeznaczenia. Ta matka ziół, korzeń władzy, jest w anglosaskim zaklinaniu ziół przywoływana jako pierwsza takimi słowami: „Przypomnij sobie, Mugwurz, co obwieściłaś, co uroczyście ustanowiłaś. Imię Twoje Una, najstarsze z ziół, władzę masz przeciw trzydziestu i przeciw trzem. Władzę przeciw fruwającej truciźnie, władzę przeciw nieszczęściu, co przez kraj kroczy”. Cokolwiek by to znaczyło to brzmi dostojnie i groźnie.

W ziołolecznictwie stosuje się herbatkę z liści i kwiatów na regulację trawienia oraz likwidowanie katarów żołądka. Pije się trzy razy dziennie po pół szklanki. We wcześniejszym wpisie wspominałem o płodności (zbierana z siedmiu miedz) i budzeniu pożądliwości. Podobno dawniej bylica pospolita stosowana była jako środek uzdrawiający dla kobiet, bowiem miał zastosowanie do pobudzenia menstruacji. Napar lub wywar z bylicy był pity przy porodzie, alby usunąć łożysko lub nieżywy płód. W silnej, toksycznej dawce używano tego ziela, podobnie jak jałowca, do pozbycia się niechcianego dziecka (stosowana w nadmiarze może wywołać poronienie).

W XVI w. zielarz Otto Brunfels polecił wywar z bylicy w formie nasiadówki dla niepłodnych kobiet, ponieważ w jego mniemaniu czyści macicę, odprężą i ogrzewa. U nas na płodność bylica miała pomagać, gdy zbierana była z siedmiu miedz (ale nie doczytałem w jakiej formie stosowano – może także w formie nasiadówki?). Według średniowiecznego zielarza bylicę gotuje się w piwie i pije. Ciekawe jak takie piwo smakuje?

Z kolei wedle dawnych przepisów zapalenia jajników kurowano kąpielami nóg w wywarze z bylicy. Do moczenia nóg zapewne piwa już żałowano. W smaku bylica jest gorzka, ale wypita skutkuje odprężająco i rozgrzewająco podbrzusze. W średniowieczu (a może i wcześniej) bylica była wypróbowanym środkiem przeciw „wiązaniu sznura” (zaczarowanej impotencji) i „zamykaniu łona”” (oziębłość seksualna wywołana czarami). Jak widać magia w tamtych czasach mieszała się z medycyną. Taki był paradygmat. W obu wyżej wymienionych przypadkach chodziło o tak zwany czar zawiązania, który mógł zostać odczarowany dzięki mocy bylicy. Jeśli przypomnieć sobie zwyczaje sobótkowe Słowian i odganianie demonów przez wianki czy przepaski (lub okadzanie) z bylicy, to można dojść do wniosku, że towarzyszy człowiekowi ta roślina od dawna. Na tej podstawie można przypuszczać, że już u Prainfdoeuropejczyków była znanym i była magicznym zielem, związanym z płodnością i czarami (ochrona przed czarami).

W czasie przesilenia letniego ludy germańskie świętowały i to przez kilkanaście dni (Słowianie też świętowali swoje kupalnocki, ale nie wiem czy tak długo). Zbierano kwitnące zioła posiadające moc leczniczą i odporne na czary, takie jak: dziurawiec, arnika, rumianek, przywrotnik, chryzantemy. Na wzgórzach płonęły ogromne ogniska. U Słowian była to Noc Kupały, czy Palinocka. I Germanie i Słowianie tańczyli wokół ognia (po prawdzie to dyskotek z odblaskowymi kulami i halogenami jeszcze nie było, więc jak tu nie tańczyć wokół ogniska?). Przepasani gałązkami bylicy wplatali we włosy kwiaty i wianki z bluszczyka kurdybanka. Pary zakochanych, trzymając się za ręce, przeskakiwały przez płonące ogniska w drugą połowę roku. A przynajmniej na drugą stronę ogniska. Kto choć raz rozpalił na biwaku ognisku i siedział dłużej, do nocy, ten wie, że kusi skakanie przez ogień, niezależnie od pory roku. I nie trzeba do tego motywacji magicznej czy obrzędowej. Skoro jest ognisko, to kusi, żeby przeskoczyć. Ciut adrenaliny we krwi… od razu poprawi samopoczucie.

W sumie czerwcowe zabawy sympatyczniejsze są niż te współczesne sylwestrowe. Jest znacznie cieplej i spanie na gołej ziemi nie szkodzi. Gdy noc się kończyła, podobno wtedy do żaru dogasającego ognia wrzucano bylicę (lub wianki z bylicy, bo pewnie całe drewno zostało już zużyte) wypowiadając przy tym słowa: „Niech przeminie i spłonie z tym zielem całe moje nieszczęście!”. Dzisiaj skomentowali byśmy „upił się na smutno”. I podobno wierzono (albo teraz tak to interpretujemy lub neopogańsko kreujemy), że wraz z nim spłoną wszystkie nieczystości, wszystkie spowodowane przez czary cierpienia i choroby.

Skoro Noc Kupały wiąże się z płodnością, i skoro tym obrzędom towarzyszyła bylica, to nic dziwnego, że znaczeniowo roślina ta wiązana była z płodnością. Zarówno w wymiarze magicznym jak i zielarsko-medycznym. Podobno Germanie wierzyli, iż bylica przekazuje bogu piorunów również siłę erotyczną (przez co mocniej bije piorunami). Zgodnie z tym ta roślina daje się zastosować jako czar miłosny.

Ale z bylicy także wróżono. Było to „łamanie bylicy” u wschodnioniemieckich dziewcząt w noc świętojańską (czy inne ludy środkowoeuropejskie tak wróżyły, to nie wiem, ale pewnie zwyczaj zanotowano na Wschodnich Niemczech). Może była to jakaś wróżba, o której poprzednio pisałem (w poprzednim wpisie)? Czyli łamanie łodygi… ale jak to zinterpretować? Podobno te wschodnioniemieckie dziewczęta tak długo wpatrywały się nieruchomym wzrokiem przez gałązki ułamanej łodygi, aż otwierała się przed nimi magiczna strona świata i przed wewnętrznym okiem ukazywał im się ich przyszły narzeczony. Nie wiem co bardziej wizjom sprzyjało, sama bylica czy pragnienie i zakochane serce młodej dziewczyny? Dzisiaj zazdrościć możemy wspólnej, społecznej zabawy w przestrzeni publicznej. Już dużo rzadziej siedzimy wspólnie na trawie (lub gdziekolwiek), częściej w samotności przed komputerem, czytając różne horoskopy. Wpatrując się w ekran monitora by swoim mitycznym trzecim okiem zobaczyć swojego narzeczonego (narzeczoną). W młodym wieku dwie sprawy są najważniejsze: czy jestem kochany i czy potrafię kochać kogoś innego. A bylica, karty czy monitor to tylko akcesoria dodatkowa i wcale nie najważniejsze…

Aby zamknąć wątek miłosny, warto przypomnieć jeszcze jeden wyczytany w intrenecie dawny przesąd: miłość będzie bardziej namiętna (gorętsza), jeśli kobieta przywiąże sobie bylicę do uda.

Podobno dawniej na wsi bylicę zawieszano nad drzwiami lub pod powałą, aby ustrzec się przed uderzeniami pioruna. Ewentualnie okadzano dom lub całe obejście bylicą (na Ukrainie jako obrzęd chroniący przed burzą i piorunami). Wiszące ziele bylicy – skoro chroniło przed czasami i złymi mocami w czasie nocy świętojańskiej, to i w domu chroniło przed gradobiciem. Ponoć dawni rolnicy wtykali bylicę w ziemię w czterech kątach pola, co miało ochronić przed gradobiciem. Jeśli przyjąć, że burze i gradobicia sprowadzały złe moce, to przy takim interpretowaniu świata zabiegi te miały sens. Chroniły przed czasami, z których grad się brał. A nie przed samym gradem jako takim.

W tym zimowym czasie sporządzano ponoć maść na latanie. Oczywiście tylko czarownice, szamani i inne Baby Jagi. Choć był to okres, gdy gęsi konsumowano. Były dobrze podtuczone a trzymać przez zimę zbyt wiele inwentarza nie było warto. Aby sporządzić maść na latanie, składano w ofierze gęś (albo gąsiora, oczywiście ofiarę samemu zżerając, każdy pretekst do konsumpcji dobry i atmosferę doniosłą, jak w restauracji przy świecach czyniący). Zwierzę nacierano bylicą i wędzono. Bylicy dodawano również do pieczonych gęsi. Zwyczaj dodawania do pieczonych mięs brał się albo z potrzeby kulinarnej (teraz mamy bogatszy wybór przypraw i aromatycznych ziół), albo dodatkowo doprawiano to magiczną opowieścią. A czy my i dziś nie lubimy ubarwiać i ozdabiać tajemniczymi opowieściami różnych zwykłych czynności? Czyż słowo „magiczny” w XXI wieku nie jest namiętnie używane? Albo kultowy? W każdym razie goryczki i olejki eteryczne z bylicy pobudzają wydzielanie soków żołądkowych i żółci a tym samym poprawiają trawienie tłustej pieczeni.

Wracając do maści ułatwiającej lot. Tłuszcz z gęsi był roztapiany i gotowany z lulkiem czarnym, wilczą jagodą, szczwołem oraz innymi silnie trującymi ziołami. Jeśli nasmarowało się taką maścią, dusza odrywała się od ciała i odlatywała (nie wiem czy do tego potrzebna była miotła). Tradycja iście szamańska. Na Syberii jedzono w tym celu czerwone muchomory. Podany wyżej zestaw roślin też zapewniał efekty halucynogenne. A dozować trzeba było umieć, gdyż przedawkowanie groziło odlotem totalnym i nieodwracalnym (rośliny trujące). Możliwe, że słowo wiedźma pochodzi od wiedzieć. Wiedzieć ile, co i jak.

A gęś? Gęś jest smaczna i tyle. Można oczywiście dodać, że była prastarym symbolem zmniejszającej się i znowu zwiększającej siły słońca. Ale to może tylko poetyckie opowieści na długie wieczory w kurnej chacie, bez telewizora, długich brazylijskich seriali, miłości nad rozlewiskiem na dobre i na złe, bez internetu i książek przygodowych. W każdym razie dawniej wiedza o przyrodzie była dużo większa. Przeloty dzikich gęsi zapowiadały wiosnę, więcej ciepła i jedzenia oraz koniec mrocznej, chłodnej i głodnej zimy. Jesienny odlot gęsi wieszczył nadejście śniegu. Można więc przyjąć interpretację, że tłuszcz z pieczonej gęsi, wymieszany z wymienionymi wyżej trującymi ziołami, po nasmarowaniu się nim sprawiał, że szamani sami jakby stawali się dzikimi gęśmi. By polecieć do „tamtego świata umarłych” i przynieść cenne wieści z tej drugiej strony. I by zaradzić chorobie czy innemu nieszczęściu dzięki tak pozyskanej wiedzy „z drugiej strony”.

Szamanem nie jestem, ale sobie znanymi sposobami i rytuałami polecę do świata książek i za jakiś czas przylecę i napisze dalsza część rozważań o bylicy pospolitej, co wcale pospolitą nie jest.

Moja babcia namawiała nas, byśmy zjadali skrzydełka kurze, to nam wyrosną własne i będziemy fruwać (mój brat był potem szczerze zawiedziony, bo jednak skrzydła mu nie wyrosły). Zabobony? Nie, próba namówienia dziecka do jedzenia. A czy i dziś nie mówimy innych dziwacznych rzeczy: zjedz kaszkę, bo przyjdzie pan policjant i cię zabierze. Albo za zdrowie mamy, taty, babci i wszystkich krewnych.

 

Ilustracja u góry: Carl Axel Magnus Lindman – «Bilder ur Nordens Flora» Stockholm, źródło: Wikimedia Commons

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s