Ważka z własnego ogródka czyli żagnica sina

zagnica_sinaOgródek lub nawet tylko kawałek trawnika to nasze przyrodnicze okno na świat. Szczególnie w okresie wakacji. W ogródku można hodować kwiaty i warzywa. Można wystawić karmik (zimą) dla ptaków lub powiesić na drzewie budkę lęgową dla ptaków czy nietoperzy. Ale można uprawiać i hodować bioróżnorodność.

Ogródki działkowe, czy przydomowe ogródki (lub tereny zielone w mieście), coraz mniej wykorzystujemy do produkcji żywności. Coraz bardziej stają się miejscem rekreacji. Praca jest przyjemnością a dodatkową nagrodą jest obcowanie z przyrodą. Można patrzeć jak w ekran telewizora.

Zmiana funkcji (nawet tylko częściową) sprawia, że nasze ogrody wyglądają inaczej.
W ogrodach stawiamy hotele dla pszczół, domki dla biedronek, tworzymy motylarnię. Dla urozmaicenia budujemy małe oczka wodne. I patrzymy co w ich żyje. Nie trzeba kupować złotych rybek, owady same przylecą. Najczęściej nie wiemy o ich obecności. Ale gdy larwy wychodzą na rośliny lub na brzeg, by się przeobrazić w owada doskonałego, to ze zdziwienie otwieramy oczy. Aż chce się siąść nad wodą i obserwować.

Powyższe zdjęcie przysłała mi p. Magda Markiewicz z Marcinkowa. Zafascynowało ją to, że z ogrodowego oczka wodnego w dniu 23 czerwca wyszło wiele ważek. Jedną uwieczniła na zdjęciu.
To żagnica sina (Aeshna cyanea) zwana także żagnicą większa, żagnica błękitną lub żagnica okazała. Na zdjęciu jest samiec, jeszcze w barwach „młodzieńczych”. Po jakimś czasie nabierze typowych kolorów – zielone plamy a niektóre niebieskie. Ja już w pełni wybarwioną żagnice sina sfotografowałem w Stawigudzie jakiś czas temu (zobacz).

Larwy żagnicy sinej rozwijają się w różnorodnych wodach stojących i wolno płynących. Chętnie zasiedlają małe oczka wodne, także te w ogrodach przydomowych, zbiorniki w żwirowniach czy piaskowniach. W pełni zasługuje na miano ważki ogrodowej.

Ale nie tylko nad wodą można spotkać dorosłe ważki. Są drapieżnikami i polują na inne owady czasem daleko od zbiorników wodnych. Żagnica sina lubi żerować na leśnych polanach.

Jak podają autorzy „Atlasu rozmieszczenia ważek w Polsce”, żagnica sina jest gatunkiem szeroko rozprzestrzenionym w naszym kraju i bardzo pospolitym. Jest gatunkiem eurytopowym czyli o szerokich preferencjach ekologicznych. W niektórych małych oczkach ogrodowych może wystąpić nawet masowo. Wtedy przyjemność z obserwowania przeobrażających się ważek jest ogromna. Ważki odlatują a zostają po nich tylko wylinki. Dorosłe zobaczyć można od połowy czerwca aż do listopada.

Dorosłe żagnice sine zjawiają się nad zbiornikami pojedynczo. Patrolujące samce przebywają nad wodą jakiś czas, po czym odlatują. Na ich miejsce pojawia się kolejny samiec. Samce w okresie rozrodczym są terytorialne i agresywne w odniesieniu do innych samców.
Zaślepione amorami i wypatrujące samic są łatwe do obserwowania i fotografowania. Nie są zbyt płochliwe, same podlatują na wyciągnięcie ręki. Wystarczy siąść w fotelu i obserwować. Nawet, jeśli ważka się zbliża, to nie zamierza nas atakować. Ważki odżywiają się innymi owadami i nie polują na ludzi. Zbliżają się z ciekawości. Nic nam nie zrobią. Może wzbudzają niepokój bo są duże: osiągają długość 7-8 cm. Ale gdzież im do karbońskich przodków. Praważki z tamtego okresu osiągały rozpiętość skrzydeł do 80 cm! Czyli były dziesięć razy większe.

Zapłodniona samica od razu składa jaja, wkłuwając je w różne rośliny wodne i wodno-błotne: pływające, z liśćmi pływającymi po powierzchni, szuwarowe (wystające z wody) oraz mchy torfowce. Larwy do rozwoju potrzebują dwóch lat, w tym czasie liniejąc około 10 razy. Larwy mogą przetrwać krótkotrwałe wyschnięcie zbiornika, zakopując się w wilgotnych piasku, mule lub zalegających na dnie butwiejących liściach.

Nic tylko siąść nad wodą i obserwować bioróżnorodność, z kawą czy herbata u boku, książka do czytania lub… mobilnym internetem, by poczytać o wazkach na blogu.

Ważki najlepiej podglądać i fotografować o poranku lub wieczorem. W południe są bardzo ruchliwe.

Czy minimaliści zagrażają gospodarce ?

21993178_10212770450209468_592272843031090900_o

Minimalizm to z jednej strony filozofia a z drugiej styl życia, który się coraz bardziej upowszechnia. Czego chcą minimaliści? Mniej konsumować. Zasadne jest więc pytanie czy minimaliści zagrażają gospodarce, poprzez zmniejszanie konsumpcji? Tak, ale tylko gospodarce, opartej na liniowym wzroście i rosnącej konsumpcji. Taka gospodarka jest zagrożeniem dla biosfery, dla ludzkości i dla…. ekonomii. Kryzys środowiskowy ostatnio mocno łączy się z kryzysem ekonomicznym.

Minimalizm jest elitarny. Na razie. Po co bezproduktywnie marnować energię i życie na niepotrzebną konsumpcję? Przecież te surowce i energię oraz ludzki wysiłek skierowany mógłby być na sensowniejsze cele, np. kolonizację kosmosu (chociażby budowa stacji na Marsie itd.)
Nowy trend: alterglobalizm, minimalizm, ruch zielonych… wcale nie jest taki nowy. Wystarczy przypomnieć sobie ruch franciszkański i w. Franciszka z Asyżu. To poszukiwanie nowego i… odnajdowanie starych wzorców.

Skutkiem upowszechniania się minimalizmu może być więcej demokracji i decentralizacja, więcej relacji a nie tranzakcji, więcej człowieka niż niewolniczego narzędzia produkcyjno-konsumpcyjnego. Przesyt rzeczy w świecie konsumpcji. Minimaliści chcą więcej dawać, mniej mieć.
Świat potrzebuje zmiany. Albo powrotu do korzeni. Wolniejsze życie to także przywrócenie głębszego życia społecznego i odbudowywanie relacji społecznych. Jednym słowem w pewnych aspektach powrót do przeszłości…

„Bądź zmianą którą pragniesz ujrzeć w świecie”

M. Gandhi

A ja dodam: zmienianie świata rozpoczynaj od siebie. Szkoda czasu na pośpiech

Podsłuchujący kelnerzy, zaufanie społeczne i …. edukacja

haczykskobel

Media żyją skutkami podsłuchów w ekskluzywnych restauracjach, z udziałem samych pracowników tych punktów gastronomicznych. Zgadzam się z wypowiedzią ministra Sienkiewicza – oczywiście mam na myśli sens i całość wypowiedzi, a nie pojedyncze słowa czy zdania wyrwane z kontekstu. Państwo jest skuteczne, gdy działa jako całość. Gdy bierze górę indywidualny egoizm lub gdy brakuje umiejętności współpracy – to tylko fikcja i kupa kamieni. Ale sens tej wypowiedzi można odnieść do każdej instytucji. Wielokrotnie już pisałem o deficycie umiejętności pracy zespołowej (nie w grupie, obok siebie ale w spójnym zespole, razem). Tej kompetencji powinniśmy uczyć ciągle, na przykład metodą projektów. Bo jak się okazuje jest to ważniejsze od prostych informacji „do wykucia”.

Pazerność jednostek uderza w całą grupę zawodową, bo podważa zaufanie do niej. Nagrywanie i podsłuchy w restauracji dokonywały jednostki, ale konsekwencje spadną na wszystkich. Wniosek z tego taki, że o jakość środowiska, rzetelność, solidność muszą dbać wszyscy. Bo to jest w interesie całej grupy zawodowej. Dotyczy to wszystkich grup zawodowych, także środowiska akademickiego. Prypmitywny darwinizm społeczny jest kiepską receptą na życie indywidualne czy społeczne. Wspólnotowość a nie kły i pazury buduje dobrobyt społeczeństw.

Ale wróćmy do restauratorów. Ich biznes opiera się na zaufaniu społecznym. Na zaufaniu, że oferują dobre jedzenie a nie podrabiane, że kelner nie pluje do zupy itd. A jeśli lokal oferuje pokoje dla VIP-ów, do że nikt nie podsłuchuje, nie przeszkadza, namolna prasa nie nachodzi, nie szpieguje i nie kantuje. Przecież za tę dyskrecję w konsumpcji płacą więcej. Cena powinna być odbiciem jakości. Grupa podsłuchująca władzę (i innych biznesmenów) to indywidualne, egoistyczne interesiki „przedsiębiorczych” restauratorów lub ich personelu. Teraz mleko się wylało i trudno będzie odbudowach zaufanie, obroty na pewno spadną, zyski zmaleją. Wszystkich, a nie tylko winnych i wykrytych.

Trzeba dbać o etos zawodu i jakość kadr. Pogoń za chwilowym sukcesem to brak odpowiedzialności. Mój znajomy, prowadzący pensjonat często powtarza, że zdobyć klienta (np. reklamą – a kto teraz ufa reklamie?) to nie sztuka. Sztuka, żeby klient przyjechał ponownie. I żeby polecał innym. To tak zwana „propaganda szeptana”. Do tego potrzebna jednak jakość, solidność i zadowolenie klienta. Reklama jest ulotna i krótkotrwała. Solidność daje efekty powoli, ale za to na długo.

Jednorazowość jest zmora naszych czasów: jednorazowe torby w sklepie, jednorazowe lodówki (na 3 lata), chwilowy zysk egoisty. Kultura jednorazowości i egoizmu. Tabloidalne skandale dla chwilowego zainteresowania i zwiększenia nakładu (a więc i zysku z reklam). Bo w tej aferze kompromitują się nie tylko niektórzy restauratorzy, ale i tygodnik Wprost. Straci całe środowisko.

Restauratorzy długo odrabiać będą straty, wynikające z utraty zaufania. Ale niech to będzie kolejna nauka dla innych grup społecznych i całego państwa: o jakość i solidność trzeba nieustannie dbać i samemu kontrolować jakość także kadr. Weryfikacja zewnętrzna bywa bolesna.

Czego uczyć studentów? Szybkiego zapamiętywania (wkuwania, przyswajania treści) czy umiejętności pracy zespołowej, poczucia odpowiedzialności, solidności i rzetelności? Pewno jednego i drugiego ale w sensownych proporcjach.

Zatoczek rogowy czyli pospolitość, piękno i kreatywność

zatoczekrogowy1

Pomysłowość lokalna, bazująca na lokalnej bioróżnorodności bywa zaskakująca. I niepowtarzalna. Muszle mięczaków, wykorzystywane jako ozdoby, nie są nowością. Wiele takich pamiątek przywozimy z dalekich krajów. Cudze chwalimy, swojego nie znamy. Chyba, że pojawią się osoby kreatywne.

W czasie pikniku naukowego UWM i malowania bioróżnorodności na szkle, do mojego stolika przysiadła się młoda kobieta. Moją uwagę, zwrócił jej niezwykły wisiorek. Na cieniutkiej żyłce zawieszona była muszla pospolitego ślimaka wodnego, zatoczka rogowego. Gatunek niby banalny, ale w bardzo oryginalnej formie wykorzystany jako biżuteria. Genialne w swojej prostocie i wykorzystanie lokalnej bioróżnorodności. Może to znakomity pomysł na pamiątkę z wakacji z Warmii i Mazur?

Zatoczek rogowy (Planorbarius corneus) to największy krajowy ślimak wodny (należy do rodziny Planorbidae) i jeden z największych ślimaków Polski. Wysokość muszli dochodzi do 16 mm, średnica do 4 cm. Barwa muszli: od oliwkowej do brązowej lub jeśli pokryta mułem lub porośnięta glonami – ciemnoszara i czarna. Muszla jest prawoskrętna.

zatoczekrogowy3Jest to gatunek u nas bardzo pospolity (żyje w Europie i na Syberii). Licznie występuje w eutroficznych i zarośniętych niewielkich zbiornikach wodnych, starorzeczach, jeziorach (w strefie litoralowej), wolnopłynących rzekach nizinnych, rowach melioracyjnych. W krainie tysiąca jezior i krajobrazie pojeziernym jest to typowy i charakterystyczny gatunek. Tak samo jak kormoran. Ale kormoran, przez częste popkulturowe wykorzystywanie, stał się co nieco kiczowaty jako pamiątka z wakacji. Warto być może więc schylić się i spojrzeć pod nogi, by z pozornej banalności wydobyć lokalne piękno i regionalną unikalność.

Zatoczek rogowy czasem spotykany jest w zbiornikach okresowych. Potrafi przeżyć nawet kilkumiesięczne okresy wyschnięcia zbiornika. Tak jak wiele innych mięczaków jest pokarmem wielu ptaków a także chrząszczy wodnych z rodziny kałużnicowatych (np. kałużnicy, dużego, czarnego chrząszcza a w stadium larwalnym namiętnie zjadającego ślimaki wodne).

Dawniej zatoczek rogowy nazywany był także: płaskozwit rogowiec. Natomiast ślimaki z rodzaju zatoczek (Planorbarius syn. Planorbis) w dawnych książkach figurowały pod nazwami: kołotoczek, płaskozwit, stoczek, zatoczek. Dawniej, z muszli krajowych małży wyrabiano guziki. W epoce plastiku i fabrycznej taśmy, dawne rękodzieło zanikło. Tylko w skansenach i muzeach spotkać można guziki z masy perłowej (z muszli szczeżui czy skójki). Ale jakoś nie słyszałem o gospodarczym wykorzystywaniu zatoczka rogowego. Być może wraz z rzęsa wodną trafiał do koryt z karmą dla kaczek na wsi.

W hodowlach akwaryjnych spotyka się osobniki zatoczka rogowego albinotyczne, o czerwonej barwie – kolor wynika z prześwitywania przez muszlę czerwonej hemolimfy. Krew zawiera hemoglobinę, co jest rzadkością wśród bezkręgowców. Muszla takich ślimaków jest delikatniejsza niż tych ze zbiorników naturalnych.

Jadąc nad morze zbieramy bursztyn i muszelki mięczaków morskich. A czy potrafimy dostrzec piękno pospolitego zatoczka rogowego? I czy potrafimy z tego „niczego” zrobić ozdoby i pamiątkę regionalną z wakacji? Do tego potrzeba kapitału ludzkiego i artystycznej wyobraźni. Mądrej głowie dość dwie słowie.

Laska z płaskim brzuchem z krainy świtezianek

wazkaMłodość zazwyczaj skupia się na urodzie. Płaski brzuch, a jak nie to depresja. Skojarzyło mi się z to bohaterem dzisiejszego wpisu. A może raczej bohaterką. Ważką płaskobrzuchą. A skoro płaski brzuch to laska. I owa „młodzieżowa laska” zaobserwowana została nad mocno zmeliorowaną Lepacką Strugą, w towarzystwie świtezianki dziewicy (Calopteryx virgo). A co z ta depresją? Ważka płaskobrzucha po łacinie zwie się Libellula depressa… Tytuł jest już więc chyba wyjaśniony.

Meliorować czy nie meliorować, oto jest pytanie. Z takim pytaniem do odpowiednich instytucji zwracają się inne instytucje a w odpowiedzi partycypują ekolodzy (czyli na przykład ja). Mają zbadać jaki jest stan, jakie zachodzą procesy i co się stanie po bagrowaniu uregulowanej rzeczki (bardziej rowu melioracyjnego), a co stanie gdy nie będzie bagrowania. Zarówno w kontekście bliskich zmian siedliskowych jak i dalszych efektów ekosystemowych.

Za sprawą szekspirowskich pytań meliorantów powróciłem w okolice Łomży. Powróciłem, bo już wcześniej kilkakrotnie tam bywałem. Już jako student przyjeżdżałem na badania i na obozy naukowe do Drozdowa, potem na obozy naukowe ale już ze studentami jako opiekun, także we współpracy z Uniwersytetem w Rostocku. Spenetrowałem teren od Piątnicy aż o Wiznę, koncertując się na pięknej dolinie Narwi i Łomżyńskim Parku Krajobrazowym Doliny Narwi. Wtedy szukałem przede wszystkim chruścików oraz innych owadów wodnych.

Tym razem w okolice Łomży przyjechałem w zupełnie innym celu, aby poszukiwać gatunku „naturowego” – skójki gruboskorupowej (Unio crassus). Rzeczonej skójki w Lepackiej Strudze nie spotkałem, ale spotkałem inne gatunki. Na przykład ważkę płaskobrzuchę.

Ważka płaskobrzucha, (Libellula depressa) należy rodziny ważkowatych (Libellulidae, podrząd ważek różnoskrzydłych). Samce ubarwione są na niebiesko (zdjęcia niżej), natomiast samice są złoto–żółte, z wiekiem brązowiejące (zdjęcie u góry). Ciało opisywane ważki mają krępe i spłaszczone. Długość ciała dochodzi do 4,8 cm, a rozpiętość skrzydeł do 8 cm. Larwy znoszą krótkotrwałe susze, zakopując się w wilgotnych warstwach dna. Larwy nie są łatwe do zaobserwowania bowiem zwykle kryją się, zagrzebując się w mule. Mogą przeżyć nawet w małych kałużach lub koleinach na drodze, przeczekując okres wyschnięcia zbiornika wodnego. Rozwój larwalny trwa dwa lata. Imagines (owady doskonałe) zobaczyć można fruwające od maja do połowy lipca.

Ważka płaskobrzucha zasiedla małe, słabo zarośnięte przez roślinność wodną zbiorniki, np. glinianki, piaskownie, żwirownie. Zasiedla szerokie spektrum wód stojących i płynących, preferując siedliska znajdujące się we wczesnych stadiach sukcesji. Najliczniej w wodach płytkich, nasłonecznionych, unika wód kwaśnych. Gatunek pospolity w całej Polsce, szeroko rozprzestrzeniony, rzadszy w głębi kompleksów leśnych. Zatem meliorowana i bagrowana rzeczka, wolno płynąca pośród łąk, jest dobrym dla niej siedliskiem.

Bezkręgowce są bardzo dobrym obiektem do badań monitoringowych i badań oddziaływania inwestycji na środowisko. Związane są z małymi siedliskami, łatwo identyfikowanymi w terenie. Co innego duże ssaki czy ptaki – te mają strefy życia znacznie większe, często obejmujące cały krajobraz (miejsce gniazdowania, żerowania, przeloty). Ale bezkręgowce, w tym owady są relatywnie bardzo słano poznane i mało jest specjalistów, potrafiących je obserwować i rozpoznawać. Dlatego bada się zazwyczaj ptaki czy nietoperze, choć z takich analiz wiele nie wynika.

Bezkręgowce wymagają badań, aby poznać biologię i ekologię wielu tysięcy gatunków (a więcej wiemy tylko o części z nich) oraz aby poznać ich relacje w aspekcie ekosystemowym. Wtedy zarządzanie zasobami środowiska będzie miało bardziej sensowne podstawy.
Póki co trzeba czekać na młodych, którzy zainteresują się nie tylko ważkami z płaskim brzuchem ale i wieloma innymi bezkręgowcami. Do odkrywania, opisywania i interpretowania zostało bardzo dużo. Dla wielu osób na wiele lat starczy pracy….

Umieć dostrzegać piękno i sens

10644569_10204445932101718_4589371217384504821_n

Piękno jest w nas. Świat postrzegamy w dużym stopniu przez pryzmat własnego wnętrza. Dla jednych to są jakieś stare, zardzewiałe kołki i druty, jakaś kiczowata prowizorka. Ktoś inny, w tym starym, zaniedbanych, kiczowatym fragmencie dostrzeże sens i piękno. Jeden będzie wyszydzał niby brzydotę, kicz i ludzką bezmyślność, inny dostrzeże, przemijanie czasu, piękno i celowość. Te same rzeczy dla jednych są powodem by kpić i wyszydzać innych, dla drugich są powodem by dostrzegać wartość, starania, przemijanie, ludzkie historie. To my decydujemy kim chcemy być dla siebie i dla innych i jakie emocje wzbudzać w innych ludziach….

Szukanie sensu i piękna nie jest łatwe. Nie wystarczy patrzeć, trzeba jeszcze dostrzegać a nawet odkrywać. Ten sam świat dla jednych jest jak szklanka do połowy pusta, dla innych jest szklanką w połowie zapełnioną. To czego nie rozumiemy, nazywamy głupim….

Artyści, dziennikarze i naukowcy szukają tego samego… dla siebie i dla innych.

Czarcie jajo czyli dlaczego przez owady tak cuchnie w lesie

Sromotnik1

Nie od dzisiaj wiadomo, że owady wadzą i to na różne sposoby. Spacerując po lesie czy parku, oganiając się od komarów, bąków, much i meszek, możemy wyczuć brzydki zapach, podobny do padliny i miodu. Na próżno będziemy się rozglądali za martwymi zwierzętami. Bezwstydny zapach to sprawa czarciego jaja. A wszystko przez owady. Oczywiście w ewolucyjnym kontekście.

Bezpośrednim sprawcą brzydkiego zapachu jest grzyb co bezwstydnie wygląda i jeszcze gorzej pachnie (delikatnie rzecz ujmując). Istna sromota.
A rozprzestrzenianiu się tej sromocie sprzyjają owady. I to bardzo aktywnie.

Kwiaty mają piękne barwy i ładnie pachną, aby zwabiać owady (przenoszące niechcący pyłek). Człowiek jako okazjonalny owocożerna również lubi zapach kwiatów. A z nektaru także korzystamy – za pośrednictwem pszczół, którym miód podbieramy. Rośliny zwabiają owady nektarem i informują kolorami. Nektar jest „zapłatą” za pomoc w roznoszeniu pyłku i ułatwianiu zapłodnienia krzyżowego.

A ponieważ nie wszystkie owady lubią to samo, niektóre organizmy „pachną inaczej”. Przykładem jest grzyb sromotnik bezwstydny, pospolity w naszych lasach, z daleka go już wyczuwamy po zapachu. Zazwyczaj czujemy a nie widzimy. Nieprzyjemny zapach – przypominający nieco padlinę – zwabia muchy, które roznoszą zarodniki grzyba. Nieprzyjemny zapach zwabia owady, które zazwyczaj pokarmowo gustują w odchodach czy padlinie. Z zarodnikami na swoim ciele i tak potem polecą w miejsce, które dla grzyba będzie bardzo dobre do dalszego rozwoju – jest on bowiem saprofitem. Nie tylko więc dyspersja (rozprzestrzenianie) ale i roznoszenie do siedlisk najbardziej sprzyjających rozwojowi. Tak więc ten brzydki dla człowieka zapach ma swój biologiczny sens. Po prostu muchom i ludziom… grzyby pachną inaczej.

Sromotnik bezwstydny, zwany także sromotnikiem cuchnącym, przez jednych uważany jest za grzyb niejadalny ze względu na nieprzyjemny zapach. Inni jednak ten grzyb nie tylko jedzą ale i uważają za ludowy medykament. Wszystko zależy od wieku i fazy wzrostu grzyba. Jadalne jest tak zwane czarcie jajo (stadium początkowe owocnika, częściowo schowane (zagłębione) jeszcze w glebie, jajowatego kształtu, wielkości ok. 3-5 cm.
Swego czasu mój znajomy, Białorusin, który wiele lat przeżył na Syberii (nie ze swej woli), podarował mi takie „czarcie jajo”, które razem znaleźliśmy na leśnej wycieczce. Polecił umieścić w słoiku i zalać wódką lub spirytusem. Miał to być medykament na różne dolegliwości. Już niestety nie pamiętam na co.

Może w tym syberyjsko-białoruskim przepisie zachowały się jakieś dawne, szamańskie wierzenia i etnograficzna magia? Bo przecież w jaju tkwi witalna siła.
Dlaczego czarcie jajo? Bo tylko z diabelskiego jaja wykluć może się taka sromota, gorsząca i bezwstydna. Las jest dziwny i tajemniczy. Jak nie wyrastają palce umarlaka, to prącie z czarciego jaja. Nic dziwnego, że nasi przodkowie zaludniali go magicznymi siłami i groźnymi demonami. A dla tych, którzy z wyższością patrzą na „ciemnotę i zabobon: naszych przodków proponuję wybrać się w nocy do lasu, samemu i bez latarki. Zdać się tylko na odgłosy i zapachy. Będzie obco i strasznie. A wyobraźnia dopełni reszty…

Widziałem natomiast w internecie przyrządzone czarcie jaja, smażone na patelni. A więc da się zjeść, trzeba tylko umieć przyrządzić. Albo być bardzo głodnym lub ciekawym nowych doznań. Muchom z całą pewnością smakuje dojrzały owocnik. W fazie czarciego jaja sromotnik bezwstydny nie wydziela jeszcze woni padliny, podobno w smaku przypomina rzodkiew. Po przekrojeniu „jaja”, widoczny jest charakterystyczny zarys owocnika, okrytego galaretowatą warstwą. Warstwa galaretowata nie nadaje się do zjedzenia. Podobne „jaja” mają trujące muchomory, ale w przekroju inaczej wyglądają. Niemniej z uwagi na możliwość śmiertelnego zatrucia odradzałbym kulinarne eksperymenty z czarcim jajem sromotnika cuchnącego.

Wróćmy jednak do naszego sromotnika bezwstydnego. Dlaczego taka nazwa? Bo kształt dojrzałego owocnika bardzo przypomina ludzkie prącie. Tak stać w lesie bezwstydnie obnażonym? Istna sromota. Naukowa nazwa łacińska dobrze to oddaje – Phallus impudictus. Można spotkać się także z innymi nazwami zwyczajowymi: sromotnik śmierdzący, sromotnik wstydliwy, panna-bedka, słupiak cuchnący, smardz cuchnący. Ostatnia nazwa bierze się zapewne stąd, ze objedzona przez muchy główka przypomina kształtem smardze, jednak silny zapach padliny ułatwia rozróżnienie tego gatunku od jadalnych smardzów. Lokalnie nazywany jest także śmierdziakiem, śmierdziuchem, śmierdzielem, smrodnikiem, smrodziuchem, jajczakiem.

Sromotnik bezwstydny występuje w lasach cienistych i wilgotnych (spotkać go można od maja do listopada), w lasach liściastych i mieszanych, głównie bukowych i grabowych oraz borach sosnowych. Spotkać go można nawet w parkach i ogrodach. Jest to gatunek u nas pospolity.
Jak już pisałem, młode owocniki kształtem przypominają jajo, częściowo ukryte pod ziemią. W tym stadium można byłoby pomylić go z purchawką. Wyrośnięty owocnik przypomina wyglądem smardze. Dorasta na wysokość do kilkunastu centymetrów. Białawy trzon zakończony jest zielonym kapeluszem-główką. Trzon jest walcowaty, porowaty, łamliwy i pusty w środku. Kapelusz też jest porowaty, często przykryty białą „błonką” niczym zwiewna, dystyngowaną chusteczką..

Z tej samej rodziny sromotnikowatych  do sromotnika bezwstydnego podobny jest sromotnik fiołkowy (Phallus hadriani) oraz sromotnik woalkowy (Phallus duplicatus). Znacznie mniejsze i nie tak nieprzyjemnie pachnące są mądziaki, np. mądziak psi. Ale wygląd mają równie penisowaty. Z tej samej rodziny sromotnikowatych (Phallaceae) dotarł do Polski z Australii okratek australijski, przypominający czerwoną rozgwiazdę.

Tak jak koniom i zakochanym siano pachnie inaczej, tak i w przyrodzie sromotniki bezwstydne muchom i ludziom pachną inaczej. A wszystko przez owady i ich koewolucji z grzybami. Można powiedzieć, że to grzyby bezwstydnie wykorzystują muchy do roznoszenia zarodników, a więc współuczestnictwa w rozmnażaniu. Wspomniany okratek australijski w tym celu czasem wykorzystuje człowieka. Bowiem do Europy dostał się wraz z żołnierzami australijskimi, którzy przybyli do Francji w czasie pierwszej wojny światowej. I na bucie jednego były zarodniki tego grzyba. No cóż, trzeba czasem uważać, w co się wdepnie, bo skutki mogą być nieobliczalne i dalekosiężne.

Można przy okazji zadać sobie pytanie jak to się stało, że rośliny ewolucyjnie wytworzyły kolorowy, pachnący kwiat z nektarem? Czy kwiatowy nektar jest jakimś ewolucyjnym naśladowaniem soków owocowych, do których wcześniej owady przylatywały? Odkrywanie tajemnic świata ożywionego może być niezwykle pasjonujące.

I jeszcze jedno pytanie, co wspólnego ma sromotnik bezwstydny z muchomorem sromotnikowym? W sensie taksonomicznym nie mają nic wspólnego, ale jeden sromotnie śmierdzi (i wygląda), drugi sromotnie truje. A żeby się ludziom owe sromoty nie myliły, zmieniona została polska nazwa muchomora – obecnie, by uniknąć nieporozumień, nazywa się on muchomor zielonawy. Czy zmiana nazwy się przyjmie i czy pomoże?

Czy uniwersytet nie szuka swojej tożsamości ?

Mądrych ludzi warto posłuchać lub poczytać. Nawet jeśli się różnią zasadniczo poglądami, to potrafią dyskutować, a dyskusja jest inspirującą dla innych. Nie gorszy, a uczy. W Tygodniku Powszechnym z dnia 8 czerwca 2014 r. znalazłem spisaną rozmowę takich mądrych ludzi, pt. "Michnik Boniecki dialog" (Redaktor naczelny "Gazety Wyborczej" i redaktor senior "TP" szukają równowagi między Palikotem a Rydzykiem. Mówią o prawdzie przyciągającej mocą samej prawdy i o tym, że trzeba bać się nihilizmu, a nie gender.).

Chciałbym nieco sparafrazować jedno zdanie Adama Michnika "Uniwersytet nie szuka tożsamości, bo nie ma na to czasu." Zmodyfikowałem zgodnie z moimi odczuciami (i inspiracją po lekturze). Od wielu lat na uniwersytecie jesteśmy zapracowani, zasypani drobnymi, administracyjnymi sprawami i prawie nie znajdujemy czasu by dyskutować i poszukiwać własnej tożsamości. W drobiazgach gubimy istotę rzeczy. Świat się zmienia, a my tego nie zauważamy. Nie mamy czasu zatrzymać się by naostrzyć piłę, lub jak w czasie wędrówki nie znajdujemy czasu by się zatrzymać i sprawdzić na mapie czy aby idziemy w dobrym kierunku.

Nie dyskutujemy i nie pooszukujemy tożsamości dlatego że się pogubiliśmy czy dlatego, że nie odczuwamy potrzeby?  Brak zarówno chęci, woli jak i sprzyjającej przestrzeni publicznej do takich zasadniczych debat. To znaczy teoretycznie takie miejsca są, tyle tylko, że stoją zazwyczaj puste….

Brak czasu czy brak potrzeby… na te niezbędną dyskusję?

O tym, jak powstaje kapliczka i o tym czym jest kicz

Kapliczki, krzyże, figury, są nieodłącznym elementem wiejskiego krajobrazu Europy. Niejednokrotnie proste w formie, czasem przebijające prymitywizmem, ale przecież niezwykle autentyczne i prawdziwe. Kryjące losy i codzienne życie zwykłych, prostych ludzi. Po latach dawne, nieudolne w formie i prymitywne ekspresje znajdowały uznanie w muzeach. Tak jak malarstwo Nikifora. Z większym szacunkiem odnosimy się do tego co stare (lub okrzyczane przed media i ekspertów). To co współczesne niejednokrotnie odbieramy jako kicz. Plastikowe kwiaty czy kolorowe wstążki, upiększające krzyże mogą czasem wydawać się kiczowatym bezguściem. Ale są czymś autentycznym, prawdziwym i żywym a nie zasuszonym, muzealnym eksponatem. Są emanacją zwykłego życia (dlatego kibicuje Włochom, którzy wywieszają swoje pranie z majtkami i bielizną na ulicach a władze niektórych miast próbują im tego zabronić, bo ponoć drażni turystów). Czy wymagać, aby wszyscy byli wielkiej klasy artystami? A poza tym, gusty i poczucie piękna jest chyba czymś względnym….

Dla mnie ten ludowy „kicz” jest piękny w swej prawdziwości i autentyczności.
Tradycja narasta latami i codziennością życia. To, czego poszukuję w roku Oskara Kolberga, to nie tylko martwych eksponatów ale autentycznych i żywych procesów. Podobnie jak w ochronie przyrody nie chodzi jedynie o ochronę obiektów lecz głównie o ochronę procesów ekologicznych i ewolucyjnych.

Sanktuarium w Świętej Lipce (jak i Łąkach Bratiańskich) także zaczęło się, o ile pamiętam, od zwykłej kapliczki czy figury, zawieszonej na drzewie. Ludyczna prostota w formie ale w procesie autentyczność. Dopiero potem, rozrosło się w piękne barokowe sanktuarium, budowane przez lata i z wieloma przygodami. Teraz może zachwycać barokowym bogactwem. Przyciąga rzesze turystów, niekoniecznie tylko religijnych pątników. W samej religijnej duchowości nic się nie zmieniło. Dla osób patrzących z boku, jedynie pod kątem estetycznym, krajobrazowym czy architektonicznym, zmieniło się wiele – od folkowego (ludycznego) prymitywizmu do wysokiej sztuki.

Z zaskoczeniem w wieku XXI, w środku wojewódzkiego miasta, obserwuję powstawanie kapliczki. Z całą gamą kiczu, plastikowej tandety, ale jednocześnie z autentyzmem, który wzrusza i wszystko wybacza (w zakresie estetyki). Mam na myśli figurę Chrystusa (tzw. bożamęka), która stoi na skrzyżowaniu al. Warszawskiej i ul. Jagiellończyka w Olsztynie. A obok niej zupełnie niedawno pojawiła się kapliczka, zawieszona na drzewie. Tandeta?

A wszystko zaczęło się na początku XVIII wieku. Pomnik „Boża Męka” z polskim napisem „Idź za mną” jest świadectwem epidemii dżumy z lat 1708-1710. W przeszłości i obecnie funkcjonują także inne nazwy: „Figura Chrystusa Niosącego Krzyż”, „Pomnik Chrystusa klęczącego”, „Figura Idź za Mną”, „Posąg Bożej Męki”. W 1708 roku Olsztyn spłonął podpalony przez Szwedów. I jak to bywa w czasie zniszczeń wojennych i przemarszów obcych wojsk, wkrótce potem wybuchła epidemia dżumy. Wiele osób zmarło, a miasto się znacznie wyludniło. Zmarło wtedy co najmniej 2 tysiące olsztynian. A wtedy to było malutkie miasteczko. W dwóch wsiach, należących wówczas do Olsztyna: Sądytach i Wsi Miejskiej, wymarła cała ludność. Teraz jest to obszar Lasu Miejskiego. Sądytami zainteresowali się archeolodzy, odnajdując dawny gród obronny Prusów. Udało się także odszukać pozostałości średniowiecznej wsi Sądyty.

Ci, którzy przeżyli ogień, wojnę i zarazę wznieśli figurę „Boża Męka” jako ofiarę i zadośćuczynienie za grzechy mieszkańców Olsztyna. Bo nieszczęścia uważano za gniew Boży. Sam pomnik Chrystusa cierpiącego miał być przestrogą dla przyszłych pokoleń. Wykonany z kamienia i pomalowany (w jaskrawych kolorach), na podobieństwo figur z warmińskich kościołów. Najczęściej wiejskie, przydrożne kapliczki nieudolnie naśladowały to, co ich twórcy widzieli w kościołach (a nie stać było ich na zapłacenie uznanym artystom czy rzemieślnikom). Kiedyś rzeźbili sami figury (tak, jak potrafili wiejscy amatorzy nieobeznani w sztuce), teraz kupują gotowe gipsowe czy plastikowe w sklepach (oryginalności i wyrafinowanej sztuki w tym niewiele….).
Czasem jednak więcej autentyzmu w ubogim, ludowym kiczu niż w wielkopańskiej i bogatej w formie sztuce. Wszystko zależy od tego, jak patrzymy i co dostrzegamy. Jedni widzą marmur (drogi, nie każdego stać!), drogich mistrzów (cenne finansowo działa sztuki), inni dostrzegają uczucia i ludzkie troski. Nie da się tego spieniężyć.

Początkowo figura ustawiona była poza murami miasta. Miasto się rozrastało, poza średniowieczne mury. Później w tym miejscu powstał plac targowy, zwany Targiem Końskim. Obecnie jest to Plac Roosvelta, z pięknym pałacykiem, należącym do banku i fastfoodem McDonald’s.
Figura stałaby pewnie w tym miejscu do dziś, gdyby nie polskojęzyczny napis. W wyniku antypolskich działań Niemców w 1937 roku pomnik został usunięty z Targu Końskiego i przeniesiony na obecne miejsce przy zbiegu obecnych ulic Warszawskiej i Jagiellończyka. Wtedy było to poza miastem, gdzieś na uboczu. Polski napis miał nie razić oczu nowego państwa niemieckiego i nowej nacjonalistycznej ideologii.

Miasto się rozrastało, a figura z obrzeża znalazła się w obrębie miasta. Na szczęcie stała nieco na uboczu i nie raziła partyjnych władz socjalistycznej Polski. Tak jak się to stało z inną zabytkową rzeźbą religijną – by nie narażać na „przykre ideologicznie” widoki pierwszego sekretarza, została wyrzucona na śmietnik (już wtedy była zabytkiem, ale niesłusznym ideologicznie, symbolem ciemnoty i zabobonu).

Boża Męka stała na uboczu, w mieście, ale ciągle ktoś się nią opiekował, pojawiały się kwiaty, czasem naturalne, czasem plastikowe, czasem paliły się świeczki.
W 2007 roku oficjalnie opiekę nad figurą zaczęło sprawować pobliskie Gimnazjum nr 6 (mieszczące się przy ul. Jagiellończyka 32). W tym też roku pomnik został odnowiony. Realizacji podjęło się Gimnazjum we współpracy z Centrum Edukacji Obywatelskiej a fundusze na renowację przekazał prezydent Olsztyna.

Chyba rok temu, w czasie gdy po mieście oprowadzałem Francuzów, zauważyłem wiszący na cokole mało estetyczny baner z podobizną Jana Pawła II. Cel zapewne szczytny, ale tandetne wykonanie, niczym baner reklamowy, trochę mnie raził (co tam trochę, nawet bardzo). No cóż, nie wszyscy mają takie same gusty. Po jakimś czasie ów baner zniknął, albo konserwator zabytków interweniował, albo sam pomysłodawca się zreflektował.

W tym roku pojawiła się mała kapliczka i pieniek z odręcznie wypisaną intencją. Tak jak dawniej często są świeże kwiaty, płoną lampki. Najwyraźniej dzieje się tu coś autentycznego, prawdziwego, systematycznego. Prowincjonalnego.

Obok figury, w niezrozumiałych (nieznanych) dla mnie powodów ludowej ekspresji kultu maryjnego powoli pojawia się kapliczka (jako proces przybywania kolejnych elementów). Żywy i autentyczny proces. Może kiedyś przybierze znacznie piękniejszą w formie emanację? Wykonaną ze szlachetniejszych surowców (ale to zawsze więcej kosztuje)? Niezależnie od formy trudno dostrzegalna duchowość pozostanie taka sama.

Wyśmiewać się i krytykować cudze, intymne relacje z duchowością? I to w roku Oskara Kolberga? Byłoby to urąganie zarówno wrażliwości duchowej zwykłych ludzi jak i dokumentacyjno-obserwującemu procesowi badawczemu. Kusi, by poznać, opisać, zrozumieć. Mimo, że na pierwszy rzut oka wydaje się kiczem i tandetą. Pobieżne i powierzchowne obserwowanie może mylić.

Kapliczki na Warmii nie są tylko zabytkiem. Tych starych, powstałych przed 1945 rokiem, skatalogowano 1333. Ale w samym Olsztynie są całkiem nowe (nie ujęte w katalogu), tak jak kapliczka na nowym osiedlu Brzeziny, czy kapliczka koło Hotelu Kopernik. Obie są bardzo gustowne, estetyczne i wierne tradycji warmińskiego stylu i krajobrazu. W Olsztynie jest kilka wiejskich kapliczek, które wchłonęło rozrastające się miasto i kilka…. „wiejskich” kapliczek, które niedawno wybudowali mieszkańcy, w nawiązaniu do krajobrazowej tradycji regionu i żywych, autentycznych praktyk duchowych (religijnych). Dostrzegam przede wszystkim autentyzm, znacznie ciekawszy i ważniejszy niż sporadyczny kicz… Bo to, co dziś uznajemy za kicz, przyszłe pokolenia uznają być może za arcydzieła. Tak jak greckie, antyczne rzeźby (oryginalnie były malowane i odziewane w szmaty).

Wyśmiewamy się z tego, czego nie rozumiemy. A czy mamy szansę zrozumieć w pospiesznej i powierzchownej turystyce, szybkiego zaliczania obowiązkowych punktów programu z przewodnika, sens artefaktów które oglądamy? Wolniej znaczy pełniej. Zatrzymać się, pokontemplować, porozmawiać. Wtedy widzimy znacznie więcej. I to co uważamy za głupie, nagle zyskuje prawdziwą treść.

Pisanie bloga – dlaczego warto?

Pisanie jest jak rozmowa, w której można poznać siebie. To, co mówimy jest ulotne, pamiętamy bardziej reakcje słuchaczy i słowa dyskutantów, niż swoje. Z pisaniem jest nieco inaczej. Możemy ponownie czytać swoje słowa (myśli) i je analizować. To tak, jakbyśmy nagrywali na dyktafon swoje wypowiedzi, a potem je odsłuchiwali.

Pisanie bloga w pewnym sensie jest rozmową z samym sobą, publiczną rozmową. Pisanie pamiętnika do szuflady jest już bardziej intymną rozmową, bo nie musimy „cenzurować” wypowiedzi. Pisanie na blogu jest w dużym stopniu wypowiedzią publiczną, liczymy że ktoś to czyta i może zareagować. Więc włączamy autocenzurę. Dokładnie tak, jak w dyskusjach publicznych. Hamulce społeczne działają. Ale każdą treść można ująć sensownie, bezkonfliktowo (żeby sąd nie musiał rozstrzygać).

Internet i blogi dały możliwość głosu wielu osobom, do tej pory milczącym. Podobnie jak wynalazek druku zmienił świat, tak i media elektroniczne zmieniają społeczności ludzkie. Mniej czytamy książek? Być może, ale za to znacznie więcej piszemy publicznie. Jak jeszcze żadne pokolenie dotąd.

Internetowy blog po części jest jak rozmowa, bo reakcje słuchaczy mogą pojawiać się w komentarzach, już od momentu opublikowania. A więc bardzo szybko. Zupełnie tak samo, jak w rozmowie. Ale czasem pojawiają się dopiero po długim czasie, co jest typowe dla pisanej literatury czy dziennikarstwa.

Blog może mieć formę intymnego pamiętnika – wtedy, gdy piszemy ale nie udostępniamy go innym (zamknięta forma). Zupełnie tak samo jak z dawnymi, papierowymi dziennikami czy pamiętnikami. Liczymy, że dopiero po latach ktoś przeczyta. A dlaczego elektroniczny blog może być wygodniejszy od papierowego pamiętnika? Bo nie trzeba go wozić ze sobą, bo można pisać w dowolnym miejscu i na dowolnym urządzeniu. Wygodne jest więc dla mobilnych.

W takim intymnym, niepublicznym blogu-pamiętniku możemy dowoli się wyżalić na świat i na ludzi (nie ukrywając nazwisk), możemy relacjonować wydarzenie dnia (przecież jesteśmy wyjątkowi, i wszystko co się wokół na dzieje jest ważne i niezwykłe…), zapisywać motywy swoich decyzji, opisywać emocje, wzloty i upadki. Jeśli retrospektywnie zerkniemy do takich zapisków, to mogą nam pomóc zrozumieć samych siebie. O ile oczywiście będziemy mieli odwagę na samokrytykę… by z dystansem spojrzeć jeszcze raz na niektóry wydarzenia, decyzje, sukcesy itd.

Pisać więc warto, bo pisanie wspomaga procesy myślowe. A czytać także warto. Także i to, co sami wcześniej napisaliśmy.