Czarodziejem (wiedźmą) może być każdy człowiek…

czarodziejem_mozebyc_kazdyWiedźmy to te które wiedzą. Tak piszą współcześni propagatorzy (kreatorzy) czarostwa i czarownic. Główny argument opiera się na zbieżności słowa wiedźma i wiedza. „Czarownica to ta, która robi czary, wiedźma to ta, która wie. Czarownica zajmuje się magią, wiedźma to po prostu mądra kobieta.” Pięknie brzmi ale to współczesna kreacja, nie oparta na źródłach i przeszłości. Wymyślanie bytów od nowa. Może być z tego literatura piękna jak u Tolkiena czy Sapkowskiego. Byleby charakter gatunku literackiego był jasny.

Mnie jednak bardziej pociąga odszukiwanie dawnego znaczenia. Taka kulturowa podróż w czasie (wyżej fragment z książki o Huculszczyźnie). Do świata, którego już nie ma.

Słowo czarownica wywodzi się już wprost od czarowania (czynienia). A jak jest w języku angielskim? Witch. Nijak to nie jest podobne do knowledge (wicca, wicce kojarzy mi się z wizją, ale to tylko współczesne skojarzenia). Ale na analizy językowe nie będę się silił, bo za słabo znam język angielski i tamtejszą kulturę. W każdym razie, z tego co wyczytałem i przedstawiłem w poprzednich wpisach na temat wiedźm, wynika, że wiedźmy i czarownice wśród Słowian były uosobieniem czegoś złego, demonów lub półdemonów (czasem ludzi) zło czyniących, szkodzący, przed którymi zabezpieczano się na różne sposoby. Na określenie osób pomagających, np. leczących lub zdejmujących złe czary, uroki (bo dawniej choroby rozumiano jako rzucenie uroku czy działanie demonów) w Słowiańszczyźnie używano innych słów: lekarz, wracz, szeptucha, prymywnik, znachor, uzdrowiciel.

Wywodzenie wiedźmy od wiedzy ma swoje uzasadnienie w praindoeuropejskim słowie veda – wiedza. Ale także odnoszące się do widzenia. Bo w jakimś sensie wiedza to to co widzimy. Niemniej z odnoszeniem się do przeszłości zawsze jest trudno. Zmienia się język – my z naszym rodakami ze średniowiecza mielibyśmy ogromne trudności w porozumieniu się. Nie tylko ze zrozumieniem słów ale i znaczenia tych słów.

Trochę przydatnych informacji można odszukać w innych językach, korzystając z Wikipedii. Na przykład w rosyjskiej Wikipedii możemy wyczytać: „Ве́дьма (ст.-слав. вѣдьма — «та, что обладает ведовством, знанием» от ст.-слав. вѣдати — «знать, ведать»; также вештица, волшебница, колдунья, чаровница) — женщина, практикующая магию (колдовство), а также обладающая магическими способностями и знаниями. Слово «ведьма» имеет такжеругательное и саркастическое значение.”  Tu wyraźnie wiedźma powiązana jest z wiedzą. Ciekawe są jednakże i inne określenia na wiedźmę, czarownicę, w tym wieszczyca. W rosyjskiej Wikipedii jest i hasło poświęcone męskiej „czarownicy” czyli czarownikowi. Jednym z określeń jest wiedun. Czyli męska wiedźma: „Колдун, чародей, ведун, маг, волшебник (первоначально заклинатель, заговариватель) — человек, практикующий магию для воздействия на людей или природу, либо для получения знания или мудрости посредством сверхъестественных явлений. По некоторым представлениям, он обладает особыми сверхъестественными силами от рождения либо вследствие договора с нечистой силой. Женщину, занимающуюся колдовством, на Руси во многих местах звали «ведьмой». Согласно судебным документам XV—XVIII веков, во время так называемой «охоты на ведьм», колдунов, как и ведьм, преследовали и казнили, в том числе, сжигали на кострах. Это происходило как в Западной Европе, так и в Русском государстве”.  

W ukraińskiej Wikipedii jest podobnie, a propos wiedźmy. Więcej jest jednak uwagi poświęcone zabieraniu mleka krowom, słoniny świniom i jajek ptakom domowych. Jednym słowem szkodnica i zło czyniąca zwykłym ludziom. „Відьма — жінка з надприродними силами, які вона використовує, на думку загалу, на шкоду людям. Основними вмінням відьом в Україні вважалися: здатність до переверництва; вміння відбирати молоко у корів, вовну в овець, яйця в домашньої птиці та сало у свиней; позбавляти людей урожаю та робити їх вовкулаками; насилати хвороби; псувати продукти; відьма може також керувати погодою: наслати град, посуху, тощо. Навіть наснившись, відьма може призвести до прикрощів.”

I jeszcze kilka zdań, dotyczących etymologii słowa wiedźma (w ukraińskiej Wikipedii), z naciskiem nie tylko na wiedzę ale i przewidywanie czyli wróżenie, wieszczenie: „Слово «відьма» має давньоруський корінь «вѣдъ», що пов’язаний із значеннями «відати», «знати», «провидіти». В санскриті «veda» означає «священне знання». Тобто можна припустити, що в давнину слово відьма не мало однозначно осудливого значення, та означало жінок що зберігали таємне, сакральне знання. На правобережній Україні археологи знайшли глиняні фігурки жінок-«чародійок», які викликають «небесну воду».”

W białoruskiej Wikipedii tak napisano o wiedźmie: „Ведзьма — паводле народных уяўленняў, жанчына, якая служыла нячыстай сіле і нібыта валодала звышнатуральнымі здольнасцямі. Паводле павер’яў, ведзьма знешне не адрозніваецца ад звычайных жанчын, аднак можа патаемна насылаць хваробы, псаваць ураджай, шкодзіць жывёле і г.д.”

Mitem jest jednak twierdzenie, że złe traktowanie wiedźm zaczęło się dopiero w czasach chrześcijańskich. Nasi słowiańscy, pogańscy jeszcze przodkowie, również negatywnie odnosili się do wiedźm i czarownic. Trudno współcześnie zrekonstruować te dawne wierzenia (i przyczyny prześladowań czarownic – ludzi uznanych za czarownice). Zastanawia tylko często powtarzanie się m.in. szkodzenia przez zabieranie mleka krowom (oprócz innego szkodzenia) i podmienianie dzieci. Powiązanie z bydłem mlecznym wskazywałoby na praindoeuropejskie korzenie i być może wiązało się w jakiś sposób ze złym bożkiem lub demonami, na usługach sił ciemności.

Arabski kupiec żydowskiego pochodzenia podróżujący w XII wieku przez Ruś  opisał rytuał pławienia czarownic przez miejscową społeczność, po którym dokonano spalenia wiedźm na stosie. To były dopiero początki chrześcijaństwa na Rusi i raczej stare zwyczaje mocno jeszcze były zakorzenione wśród ludu. Arabski kupiec odnotował zapewne pogańską, starszą tradycję karania za czary i świętokradztwo, mającej analogie u innych pogańskich ludów indoeuropejskich. Raczej chodziło ukaranie za zło (nieurodzaj, suszę, głód, choroby) lub za zło rytualne (dla zapewnienia pomyślności i w ramach pomocy dobremu bóstwu w walce z siłami zła). Ślady tych dawnych wierzeń zachowały się w zwyczajach Nocy Świętojańskiej, plecenia wianków z bylicy, palenia ogni itd., a więc odczynianiu, gdy czarownice miały największą moc działania.

Jeszcze w XIX wieku i na początku XX w zapomnianych zakątkach Słowiańszczyzny uważano, że każdy może być czarownikiem-czarownicą (cytat wyżej). Wierzono w moc słowa i wypowiadanych zaklęć. Dzięki którym można było komuś zaszkodzić. I dziś tak czynimy… tyle, że wypisując anonimowo oszczerstwa w Internecie, pisząc donosy do SB (dawniej) lub urzędu skarbowego (współcześnie) lub pracodawcy obmawianego….

I na koniec obszerny fragment artykułu Marcina Stańczuka pt. „Radomskie czarownice”  „Na radomskiej wsi do czasów współczesnych zachowały się relikty wiary w istnienie czarownic. Przed II wojną światową posądzano je o rzucanie uroków na ludzi, zwierzęta i rośliny, zabieranie krowom mleka oraz spowodowanie, że krowy dają mleko z krwią. Pojawiały się w ludzkiej postaci lub jako ropuchy. Kobieta chcąca stać się wiedźmą musiała poddać się rytuałowi podczas którego szła nad rzekę zarośniętą rokiciną [gatunek krzewiastej wierzby; rokita – s.cz.], kładła sobie skopek od mleka na głowie i wzywała diabła Rokitę oddając mu ciało i duszę. Czart zrywał kobiecie pojemnik z głowy, a wtedy zyskiwała ona umiejętność czarowania. Paradoksalnie włościanie bronili się przed wiedźmami dzięki stosowaniu czarów lub po prostu używali wobec nich przemocy, np. bili miotłą ropuchy próbujące wejść do domu, a potem rozpoznawali kobiety będące czarownicami po opuchniętej twarzy. [zważywszy na powszechną dawniej przemoc fizyczną wobec kobiet  – „jak chłop baby nie bije to jej wątroba gnije” – to nie trudno było znaleźć we wsi kobietę z siniakami pod okiem czy w innym miejscu. Gdy zbiegło się to z biciem ropuchy… to i czarownica się szybka znajdowała.. – s.cz.]. Chłopi, mimo odrazy i lęku, zwracali się do czarownic w przypadku cięższej choroby, zaginionej rzeczy, zamiaru zaszkodzenia wrogowi lub „zadania” komuś miłości. Zanim rozpętało się „polowanie na czarownice”, w średniowieczu [tu autor nie ma racji, polowanie na czarownice zaczęło się w oświeceniu i później, a więc po średniowieczu  – o tym napiszę innym razem s.cz.]  wiedźmy posiadały wyższy status społeczny. Wykorzystywano ich siłę w sprawach rangi państwowej. Wiedźma Kazi dawała rady czeskim wojom przed bitwą, a w 1209 roku przed wojskiem Władysława Laskonogiego podążała czarownica wróżąc o wyniku odsieczy oblężonej Lubuszy, czerpiąc wodę przetakiem. Kościół prawosławny nie tępił czarostwa w tak dużym stopniu, dlatego jeszcze w połowie XVII wieku wiedźmy magicznie wspierały wojsko kozackie Bohdana Chmielnickiego.” W tym ostatnim przypadku zapewne nie chodziło o tajną broń rzucania uroków co być może wróżenia, wieszczenia a tym samym pomoc w planowaniu wojny. Wspomniane przykłady ze średniowiecza także wiążą się z wróżeniem, wieszczeniem.

Więcej na temat wiedź i czarownic (wcześniej już napisane):

Niżej fragmenty z Huculszczyzny W. Szuchiewicza

czary_przywizanie

czary_wdowa

wiedzma_z_podkowami

Produkować z troską o Ziemię, żywić z troską o konsumenta

W połowie października miałem okazję uczestniczyć w konferencji pt. „Produkować – z troską o Ziemię. Żywić – z troską o Konsumenta”, zorganizowaną przez Departament Rozwoju Obszarów Wiejskich i Rolnictwa Urzędu Marszałkowskiego woj. warmińsko-mazurskiego,  pod patronatem Marszałka Województwa Warmińsko-Mazurskiego Gustawa Brzezina. Na spotkanie w Osadzie Danków (urocze miejsce) w Wielimowie k. Miłomłyna, przyjechali przedstawiciele z trzech województw.

Spotkałem osoby, które znałem tylko internetowo. W realu można dużo owocniej podyskutować. I zaplanować działania w przyszłości. Posłuchałem o rolnictwie ekologicznym i niezwykłych lekcjach muzealnych. Zdziwiło mnie to, że zapotrzebowanie na produkty zdrowej, ekologicznej żywności jest dużo większe niż możliwości produkcji. Co prawda jest sporo gospodarstw ekologicznych i tradycyjnych ale mało jest przetwórców. Być może dobrym rozwiązaniem byłoby sprzedawać żywność ekologiczną… na miejscu. Do tego potrzeba nowych inicjatyw i współpracy. A na rozwój obszarów wiejskich są pieniądze (PROW 2014-2020). Rozmówcy podkreślali, że łatwe pieniądze się skończyły, Teraz pora na innowacje (czyli trzeba ruszyć szarymi komórkami).

Być może wsparciem dla żywności wysokiej jakości będą inkubatory przetwórstwa lokalnego. Skoro certyfikowanie produktów jest kosztowne i daje mało korzyści niewielkiemu producentowi, to być może szansą są produkty tradycyjne. Te potrzebują tworzenia legendy produktu.

Niezwykle dla mnie ciekawym było wystąpienie o działaniach kucharza … w muzeum (Wilanów). Interaktywne muzeum i rekonstrukcja kulinarna wraz z odtwarzaniem dawnych smaków. Muzea wyglądają już inaczej. Można w nić zjeść. I wcale nie chodzi o zaspokojenie głodu. Chodzi o pogłębioną podróż w przeszłość. I poznawanie starych odmian roślin i ras zwierząt. To także dobry pomysł dla regionalnego dziedzictwa kulinarnego, kulturowego i przyrodniczego. By sami turyści przyjechali do nas i do producentów ekologicznej żywności. Aby się to jednak udało, potrzeba współpracy, współpracy i innowacyjności. Bo w turystyce nie chodzi o samo jedzenie i spanie. Potrzebna jest także niebanalna przygoda.

Nad Kanał Elbląski nie pojechałem tylko posłuchać i w kuluarach podyskutować. Przygotowałem krótki referat o zupie z pokrzyw, zakopiańskiej litworówce i maści czarownic do latania. A do prezentacji przygotowałem degustację. Bo same słowa i obrazy nie przemawiają tak dobitnie jak własne doświadczeni. Chciałem pokazać namacalny przykład współpracy nauki z gospodarką (małymi, rodzinnymi firmami) oraz opowiedzieć o Wimlandii. Czyli o budowaniu legendy marki i wspieraniu lokalnej produkcji .

Z pomysłami i inspiracjami wracam na uczelnię, by podzielić się ze studentami (już w tym tygodniu, bo po co odkładać?). Opowiedzieć i spróbować od razu pomysły zrealizować. By studentom przekazywać nie tylko informacje (wiedza) ale stwarzać okazję do działania i nabierania doświadczenia w rzeczywistej pracy (współpraca z przedsiębiorstwami).

Szczotecznica szarawka czyli o włochatym pięknie z lasu

14720519_1791093964464066_2238146974936171502_nZazwyczaj gąsienice uważamy za brzydkie a motyle (stadium imago) za piękne. Ale w przypadku szczotecznicy szarawki jest chyba odwrotnie. Motyle (ćmy) są szarobure i nie zwracają na siebie większej uwagi. Natomiast gąsienice się przepięknie żółte i włochate. I jedno i drugie służy obronie. Szara barwa motyli ułatwia im ukrycie się na pniu drzew. W rejonach uprzemysłowionych, gdzie powietrze jest bardziej zapylone i zadymione (a więc wszystko przykryte kurzem i szarzyzną) wśród szczotecznicy przeważają osobniki szare. W środowisku czystym – forma bardziej jasna. Czyli tak, jak wyglądają pnie drzew. Fruwający dowód na darwinowskie przystosowanie się. Być niewidocznym, aby uniknąć zauważenia przez drapieżnika. Jak na ćmy przystało aktywne są w nocy. I tutaj owłosienie motyli dorosłych ułatwia ukrycie się przez echolokacją nietoperzy. Z kolei gąsienice są bardzo widoczne. Ale jednocześnie pokryte licznymi włoskami. Te gęste włoski „zniesmaczają” posiłek ewentualnym większym drapieżnikom (ptaki). Kolor jaskrawy działa ostrzegawczo – „jestem niesmaczny i trujący, poniechaj mnie„.

Nie ma obrony uniwersalnej – na jednych działa, na innych nie. Przyroda jest niezwykle złożona. Każda potwora znajdzie swojego amatora…

Szczotecznica szarawka (Calliteara pudibunda syn. Dasychira pudibunda) jest motylem nocnym z rodziny brudnicowatych (Lymantriidae), okrytych złą sławą szkodników leśnych. Akurat szczotecznica szkodnikiem dużym nie jest, bo jak się za nadto rozmnoży to masowo choruje na krystalicę (choroba wirusowa – przegęszczenie ułatwia dyspersję patogenów, tak jak u ludzi).

Szczotecznica jest gatunkiem euroazjatyckim, występującym w całej Polsce (poza wyższymi położeniami górskimi). Zasiedla lasy liściaste, parki i ogrody miejskie, czyli miejsca gdzie znajdzie roślinę żywicielską (pokarm dla larw). Rozpiętość skrzydeł motyla waha się w granicach 40-65 mm, czyli jest sporawy. Wielkość uzależniona jest od odżywiania się gąsienicy. Bo owady w stadium imago nie rosną. Więc co się najedzą za młodu, to mają w dorosłości (w tłustych fałdach ciała). Niektóre gatunki nawet „zapominają” o jedzeniu a jedyną czynnością, której się oddają to rozmnażanie. Wspomnę tylko choćby o jętkach.

Wracając do dorosłych szczotecznic – samiec jest mniejszy, bardziej brązowy i ma grzebieniaste czułki (pomagają wychwycić feromony i odszukać samicę). Samica jest bardziej krępa i ma czułki nitkowate. Pierwsze pokolenie motyli pojawia się w maju i czerwcu. Czasami pojawia się drugie pokolenie – w sierpniu i wrześniu. Gąsienica odżywia się i rośnie do zimy. Zimuje w stadium poczwarki.

Samica składa na korze drzew liściastych (dęby, buki, leszczyna) łącznie do około 400 jaj. Wylęgające się gąsienice wędrują w kierunku gałęzi i odżywiają się liśćmi. „Nadgryzione”, uszkodzone liście opadają na ziemię. Po tym leśnicy poznają ich obecność (gdy są w większej liczbie – mowa oczywiście o motylach a nie liściach). W trakcie masowych pojawów (zwanych gradacją) można zaobserwować gąsienice pełznące po ziemi, poszukujące innych drzew. Zaniepokojone, młode gąsienice zasnuwają się przędzą, starsze – zwijają się i spadają na ziemię. Gdy mija zagrożenie szybko powracają do żerowania. Młodsze stadia gąsienic, tak jak u wszystkich bruzdnicowatych, dzięki bogatemu owłosieniu, mogą być przenoszone przez wiatr z jednego drzewa na drugie. Taka dodatkowa forma dyspersji (skrzydeł brak, a nóżki krótkie…).

Gąsienice są wielobarwne, na stronie grzbietowej mają cztery kępki żółtych włosków (nie licząc pojedynczych włosków, rozrzuconych po całym ciele). Z tyłu ciała gąsienicy widoczny jest pędzelek czerwonych włosków. Urody dodają czarne plamy na ciele. Piękne za młodu.

Fotografia autorstwa:  Jutta Bündgen

Oprócz tworzenia nowego środowiska edukacyjnego ważne jest danie większej swobody nauczycielom

13938084_10209145314263335_1274680588851801573_oW systemie edukacji na każdym poziomie dokonuje się duża zmiana. Powolna ale głęboka. Na co dzień zapominamy, że żyjemy w czasach trzeciej rewolucji technologicznej. To nie tylko Internet i rozproszone źródła energii odnawialnej. To także głęboka przebudowa całego społeczeństwa. Świat zmienia swoje szkoły, stworzone w epoce drugiej rewolucji przemysłowej. Tymczasem reforma proponowana przez obecne władze (PiS) nie tylko nie odpowiada na wyzwania współczesności ale cofa nas do epoki węgla i stali. Do skansenu. Zmarnowana energia społeczna, zmarnowany czas, zmarnowane pieniądze…

Wydaje się, że oprócz tworzenia nowego środowiska edukacyjnego ważne jest danie większej swobody nauczycielom w doborze treści i formy nauczania. W pytaniu „minima programowe czy większa swoboda w doborze treści i formy realizacji dla nauczycieli” akcent trzeba przesunąć na drugi element. Z wolnością doboru metod edukacji wiąże się zaufanie do nauczycieli. Jeśli nie zaufamy, tak jak lekarzowi czy innemu fachowcowi, nie damy mu większej wolności. I zamęczymy nauczyciela nieustanną kontrolą i pisaniem sprawozdań. Nadmiar kontroli (i biurokracji) bierze się z nieufności.

Tworzenie nowej przestrzeni edukacyjnej i potrzeba większej wolności w nauczaniu dotyczy także uniwersytetów.

Osa saksońska co garnków nie lepi i obrywa za innych

osa_saksonskaOwadów jest dużo, zarówno gatunków jak i osobników. Często je spotykamy lecz nie zawsze dostrzegamy. A jak już zobaczymy, to chcielibyśmy wiedzieć co widzimy. Wiedza to taka rzeczywistość rozszerzona – dzięki niej dostrzegamy więcej niż widzą nasze oczy. Bo umieszczamy w kontekście i w relacjach z innymi zjawiskami i obiektami. Dzięki własnej wiedzy widzimy więcej. A gdy sami nie wiemy zawsze można zapytać. Współczesna technika poszerza nam krąg osób, które możemy zapytać. Jeszcze nigdy w historii ludzkości tak nie było. Mobilny internet poszerzył nasze możliwości poznawcze i przyspieszył zadawania pytań oraz uzyskiwanie odpowiedzi.

Kilka dni temu dostałem taki list (oczywiście elektroniczny, papierowe już rzadko przychodzą):

„Panie profesorze, czy mógłby Pan zidentyfikować gniazdo, które jest na budynku w Garncarskiej Wiosce. Czy to gniazdo kopułki wysmukłej czy gliniarza naściennego? Krzysztof Margo Nidzicka Fundacja Rozwoju NIDA

Otoczenie gniazda os umożliwia oszacowanie jego wielkości. To nie jest oczywiście ani gniazdo kopułki ani gliniarza naściennego. Dwa wymienione gatunki są osami samotnymi, budują z gliny dzbanuszkowate baryłeczki, w których gromadzą pokarm i składają jajo. Rozumiem, że zarówno kopułka jak i gliniarz, przez charakter swojego gniazda (gliniana konstrukcja), znakomicie komponowałyby się z charakterem Garncarskiej Wioski. Ot takie małe garnki, wykonane przez owady (ale nie wypalane w piecu),

Gliniarz naścienny (i jemu podobne) to „osy” samotnice, lepią z gliny baryłeczki – komórki dla jednej larwy. A w środku zapas jedzenia. Gliniarz akurat poluje na pająki (czytaj więcej o gliniarzu: Trąba wodna i gliniarz naścienny czyli rozważania o wyciąganiu wniosków z jednostkowych obserwacji,  O gliniarzu, co nielegalnie wdziera się do naszych domów,  O gliniarzu naściennym co zasłon się czepia i do laptopów zagląda) Gliniarz jest gatunkiem obcym u nas. Podobne baryłeczki gliniane buduje nasza rodzima wolnica czarniawa (Auplopus carbonarius), także z rodziny nastecznikowatych (z tej samej rodziny jest gliniarz naścienny). Gliniane komórki lęgowe buduje ponadto inna osa – oska maczugoroga (Celonites abbreviatus). I oczywiście rodzime kopułki (chyba 7 gatunków w Polsce), w tym kopułka wysmukła. Jej gliniana baryłeczka ma wielkość około 1 cm. Na zdjęciu widać gniazdo osy społecznej, najpewniej osy saksońskiej. Gniazdo jest wykonane z „papieru”, fragmentów zeskrobanego drewna. Bardziej szczękodzieło niż rękodzieło.

Osa saksońska jest gatunkiem pospolitym w Europie Środkowej i często dość licznym, jest jak na osy stosunkowo łagodna. Ale to ona najczęściej „obrywa” za inne, bardziej uciążliwe i agresywne osy. Niemniej to osa saksońska kiedyś mnie użądliła. Akurat w grupie kilku osób (ze studentami) byliśmy na badaniach terenowych w planowanym Obszarze Natura 2000 – Swajnie. Gdzieś w okolicy rzeki Kirsny szliśmy przez zarastające drzewami podmokłe łąki. Zobaczyliśmy stojącą ambonę myśliwską. Znakomite miejsce by wspiąć się i z góry rzucić  okiem na całą okolicę. Wszedłem pierwszy. Kilka osób wchodzących po lekko spróchniałej, drewnianej drabince, wprawiło w kołysanie całą ambonę. Gdy znalazłem się na górze usłyszałem charakterystyczne brzęczenie, spojrzałem do góry i pod daszkiem zobaczyłem gniazdo os. Osy już rozdrażnione i fruwające w zaniepokojeniu. Schodziliśmy bardzo szybko. I teraz byłem na końcu (pierwsi będą ostatnimi). Bałem się jedynie, aby w panice ktoś nie skakał z ambony czy z drabiny. Obyło się bez strat, ot każdy średnio dostał po jednym użądleniu. Nie było zbyt bolesne. Atak sprowokowaliśmy nieumyślnym rozkołysaniem konstrukcji.

Osa saksońska (Dolihovespula saxonica, podrodzina Vespinae – osy właściwe) spotykana jest dość często, także w osiedlach ludzkich. Preferuje tereny w miarę otwarte. Buduje gniazda w bardziej dostępnych miejscach niż inne osy (z rodzaju Paravespula) i nigdy pod ziemią. Zazwyczaj gniazda zakłada na strychach lub pod okapami dachów (tak jak na załączonym zdjęciu z Wioski Garncarskiej), rzadziej na gałęziach na drzewie. Osy saksońskie nie przylatują do słodyczy (sok, bułki z lukrem itd.) więc nie są dla ludzi uciążliwe. Ale ich gniazda są najbardziej widoczne. Zatem w czasie „plagi os” to najczęściej „obrywa” osa saksońska i jej dobrze widoczne gniazda. Prawdziwi winowajcy (np. osa dachowa czy osa pospolita (O osie dachowej, co za moim oknem mieszka) mają bardziej ukryte gniazda i unikają ludzkich interwencji. Na dodatek osa saksońska jest mniej agresywna od innych os społecznych, nawet w pobliżu gniazda. Najmniej winna a najbardziej obrywa. Jej życie nie jest łatwe – można często spotkać zaczęte, małe gniazda, nie ukończone. Świadczy to o licznych, nieskutecznych próbach założenia gniazda. Albo gnie „królowa” albo się „rozmyśla” i wybiera inne miejsce.

Podobne gniazda buduje osa średnia (Dolichovespula media) – ale umiejscawia je w terenie zakrzewionym, w miejscach półcienistych, ukrytych i blisko wody, rzadziej w osiedlach ludzkich. Osa średnia jest bardziej czarna w ubarwieniu (ale na załączonym zdjęciu widzimy tylko gniazdo).

Osa saksońska – jest osą społeczną – spotkać ją można od maja do września, buduje gniazda kuliste, lekko gruszkowate, z otworem na spodzie. W trakcie rozbudowy przyjmuje kształt bardziej wydłużony. Jest raczej niewielkie 10-15 cm średnicy, rzadko większe niż 20-30 cm średnicy. Wewnątrz znajduje się 3-5 plastrów z komórkami dla larw. Tak jak wszystkie u wszystkich os larwy karmione są owadami, np. gąsienicami motyli lub owadami dorosłymi (likwiduje owady szkodliwe, powinniśmy więc osy saksońskie otaczać opieką). Podobnie do innych os, osa saksońska odcina ofierze głowę, potem odwłok, a z tułowia przeżuwa mięśnie ofiary i taką mięsną papką karmią swoje larwy. Beznogie larwy wiszą głową w dół. Przytrzymują się ścianek specjalnymi zadziorkami, potem gdy nieco urosną, naciskiem tylnej części ciała.

Robotnice mają wielkość 11-14 mm, „królowa” – 15-18 mm, samce 13-15 mm. Samce pojawiają się jesienią. W tym czasie pojawiają się także młode samice. Zimują zapłodnione samice – przyszłe królowe (matki założycielki nowych gniazd z osią społecznością).

Do osy saksońskiej bardzo podobna jest osa leśna (Dolichovespula syvestris), ale żyje głównie w lasach i gniazda sytuuje w innych miejscach. Podobna jest także osa norweska (Dolichovespula norvegica). Do osy saksońskiej podobna jest także osa żółtoplama (Pseudovespula adulterina), którą czasem można spotkać w gniazdach osy saksońskiej. Bo pasożytuje na osach z rodzaju Dolichovespula, w tym naszej saksońskiej. Osa żółtoplama (płodna samica) wnika do gniazda osy saksońskiej i zabija „królową” (samicę składającą jaja), czasem królowobójstwo wykonują robotnice osy żółtoplamej. Nowa królowa składa jaja w gnieździe osy saksońskiej, a osierocone robotnice osy saksońskiej karmią i „wychowują” obce potomstwo.

Ps. Osy społeczne mają w nazwach dużo elementów germańskich, nasza osa saksońska, osa norweska i osa niemiecka zwana także dachową (Paravespula germanica). Ciekawe dlaczego? Przecież występują w dużych obszarach Europy. Może za sprawą opisujących je naukowców o korzeniach niemieckich?

Źródła informacji o osie saksońskiej:

  • Bellmann H., Owady. Wyd. Multico, Warszawa 2007.
  • Bellmann H., Błonkówki, Wyd. Multico, Warszawa 2011.
  • Kozłowski M. Owady Polski. Wyd. Multico, Warszawa 2008.
  • Zahradnik J., Przewodnik – owady. Wyd. Multico, Warszawa 1996.

dav

Zadomka polna

_DSC0285aCo się odwlecze to nie uciecze? Nieprawda, uciecze. Kilka miesięcy temu dostałem zdjęcia i zapytanie „co to jest? Czy są to karaluchy?”. Napisał ktoś, kto ma domek letniskowy i obawiał się, że zagnieździły się jakieś synantropijne karaluchy. Odłożyłem… i zapomniałem. Teraz nie mogę tego listu znaleźć. Zostały tylko zdjęcia i mgliste wspomnienia.

W powszechnej świadomości karaczany kojarzą się z brudem. Spośród karaczanów znamy przede wszystkim te, które spotykamy w domu. A więc prusaki, przybyszkę amerykańska czy karaczana wschodniego. A teraz różne gatunki egzotyczne, trzymane w insektariach jako zwierzątka domowe. Domowe prusaki nocą wychodzą i zjadają resztki organiczne. Ale na zdjęciu uwieczniony jest polski i warmińsko-mazurski karaluch (karaczan) – zadomka polna (Ectobius lapponicus). Nieco wielkością i w pokroju przypomina prusaka (Blattella germanica). A jeszcze bardziej swojego kuzyna – zadomkę leśną.

Zadomka polna jest naszym rodzimym karaczanem (owadem z rzędu karaczanów – Blattodea), żyje w zaroślach na skraju lasów. Jest gatunkiem pospolitym i zazwyczaj licznym, ale nie łatwo ją zobaczyć, bo jest płochliwa. Nie występuje w budynkach, w przeciwieństwie do prusaka (ten w Polsce poza budynkami nie występuje, tak jak przystało na gatunek synantropijny). Zadomka wbrew swej nazwie z domem nic nie ma wspólnego. Co najwyżej mieszka gdzieś za domem. Długość ciała wynosi 9-13 mm (samiec) i 6-11 mm (samica). Odznacza się zmiennym ubarwieniem ciała. Występuje od maja do września, w lasach, zaroślach, sadach i ogrodach. Samce przebywają na niskich roślinach – samice na ziemi (ty pójdziesz górą a ja doliną – chciałoby się zanucić). Gatunek pospolity ale nie tak łatwo go w przyrodzie zobaczyć. Nie występuje w budynkach. Są wszystkożerne.

A skoro żyje w zaroślach a nie w budynkach, to co zadomki robiły w domku letniskowym? Pierwszy etap synantropizacji (ewolucja)? Bardziej prawdopodobne, że przypadkiem się dostały. Nie są groźne. W domu nie przetrwają.

Czytaj także: O pluskwach i karaluchach z warmińsko-mazurskich pociągów, lasów i rzek

We współczesnym świecie celem jest powszechna umiejętność stosowania metody naukowej

13072704_10208273882078075_1650691603223784700_oWydaje się, że predyspozycje do myślenia naukowego są powszechne i naturalne, tak jak predyspozycje do pisania, czytania czy jazdy samochodem. Te predyspozycje ukształtowane zostały ewolucyjnie. Szkoła może więc tego nauczyć każdego – tak jak czytania, pisania i śpiewu – ale potrzebne jest podejście zindywidualizowane, bo ludzie różnią się wrodzonymi predyspozycjami oraz zróżnicowanym kapitałem społecznym i naukowym.

Jest tak jak z pisaniem i czytaniem, wszyscy potencjalnie mogą się nauczyć, ale są dzieci z różnymi dysfunkcjami. I wymagają one znacznie większego wysiłku dydaktycznego i wykorzystania innych metod pracy. Zapewne i w zdolnościach w myśleniu naukowych różnimy się w predyspozycjach.

A skoro we współczesnym świecie celem jest powszechna umiejętność stosowania metody naukowej, jako kompetencji zawodowej, to nie może być „selekcji naturalnej” i spisywania na straty dużego odsetka młodzieży. Nawet dyslektyk, autysta czy uczeń z ADHD musi nauczyć się nie tylko pisać i czytać, ale i stosować metodę naukową w poznawaniu świata. I rozumieć skąd się bierze wiedza w podręczniku oraz dlaczego w różnych podręcznikach mogą się znaleźć inne interpretacje, liczby, opisy tych samych zjawisk. Wysiłkiem edukacyjnym objęci muszą być wszyscy, zarówno ci z deficytami edukacyjnymi jak i osoby o niższym kapitale naukowym. Zadanie jest ambitne więc pozostaje tylko kwestia jak uczyć i rozwijać myślenie naukowe. I gdzie (w jakiej przestrzeni edukacyjnej).

Liczę, że wsparciem będzie systematyczny rozwój różnych form edukacji pozaformalnej. To chyba znak trzeciej rewolucji technologicznej (rozproszenie i decentralizacja).

ps. zdjęcie pochodzi z pikniku edukacyjnego w skansenie i malowania dachówek. Na pierwszym planie przepiękne prace Anny Wojszel. Studentki kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. 

Czy metoda naukowa jest potrzebna przeciętnemu człowiekowi

Program_nowy_Seminarium_licencjackiego_biotechnologia_2Nie każdy jest naukowcem więc po co mu znajomość metodologii naukowej? Nie ma tematów nienaukowych są tylko metody nienaukowe. Można więc zajmować się i UFO, astrologią i telepatią. W metodzie naukowej ważne są eksperymenty i falsyfikowanie hipotez, dociekliwość. We współczesnym świecie i w gospodarce zaawansowanych technologii, przy ciągle zmieniających się wynalazkach i warunkach pracy, metoda naukowa wraz z kreatywnością są ważnymi kompetencjami zawodowymi.

Magia, tak jak inżynieria (czy inne nauki stosowane), wpływa (próbuje) na zmianę rzeczywistości. Bazuje na pewnej wizji świata (model). W odróżnieniu jednak od inżynierii, medycyny, biotechnologi itd., z zasady nie poddawana jest weryfikacji, sprawdzeniu. Na przykład załączony na ilustracji sposób leczenie skrofułów, w magicznych wierzeniach Hucułów, (początek XX wieku, spisane przez Szuchiewicza), metoda druga, zaznaczona na niebiesko. Jeśli nie pomoże, to molfar, szaman, wiedun, znachor itd. powie, że dziewczyna nie była porządna. W tym przypadku owa „porządność” jest nieweryfikowalna. Ale nawet załączone sposoby huculskie można metodą naukową zweryfikować, po pierwsze w warstwie teoretycznej, po drugie eksperymentalnie. Tak jak mit o złotym pociągu pod Wałbrzychem. Wszelkie spekulacje przecięła koparka…

Metoda naukowa jest udoskonalonym procesem myślenia racjonalnego, które stosowali już nasi przodkowie. Nie jest więc jakimś nowym wynalazkiem. Została tylko ulepszona. Tak jak wszystko: kiedyś garnki lepiliśmy sami, ręcznie, od początku do końca. Teraz korzystamy z bardzo profesjonalnie wytwarzanej ceramiki przemysłowej, lepszej i tańszej. Ale jednocześnie zostaliśmy „oderwani” od procesu tworzenia (lepienie garnków) i przestajemy rozumieć skąd się biorą i jak powstają. Podobnie jest chyba z myśleniem naukowym – w szkole dostajemy gotowe „produkty” do przyswojenia i zapamiętania a w małym stopniu uczestniczymy w powstawaniu wiedzy. Dostajemy rybę a nie jesteśmy uczeni jak zrobić wędkę i za jej pomocą złowić rybę. W szkole przekazujemy wiedzę jako produkt (do zapamiętania) a nie uczymy nauki jako procesu – procesu dochodzenia do wiedzy metodami naukowymi.

Bliską koincydencję faktów gotowi jesteśmy wiązać zależnościami przyczynowo-skutkowymi. Na tym opiera się ludzka inteligencja. Jeśli kogut pieje przed świtem, skłonni jesteśmy uznać, że słońce wstaje, bo kogut zapiał. I w takiej hipotezie roboczej nie ma niczego złego. Teraz jednak powinna nastąpić weryfikacja eksperymentalna (lub poprzez ukierunkowane obserwacje). Jakiś czas temu znajomy napisał mi o motylu nocnym z rodziny zawisakowatych – o zmroczniku. Że spotkał go, a na drugi dzień wydarzyło się coś nieprzyjemnego. W paradygmacie szamańsko-magicznym można byłoby uznać owego zmrocznika za wiedźmę, która zjawiwszy się przyniosła nieszczęście. Ale przecież nawet najbardziej szalone czy absurdalne hipotezy można zweryfikować. Jednym słowem metoda naukowa przydaje się w życiu codziennym. Tak jak umiejętność czytania i pisania.

Metoda naukowa pozwoliła ludzkości osiągnąć niesłychany postęp technologiczny. Warto jednak przypomnieć, że metoda naukowa sprowadza się przede wszystkim do sposobu myślenia i weryfikowania hipotez a nie stosowanych przyrządów technicznych i specjalistycznej aparatury. Nie wystarczy więc wyposażyć szkoły w komputery i nowoczesny sprzęt laboratoryjny. Znacznie ważniejszy jest sposób myślenia, kształtowany nie tylko przez matematykę ale i przez nauki przyrodnicze (znaczenie eksperymentu).

Po przeczytaniu tylko jednego artykułu w gazecie o ezoteryce, astrologicznych horoskopach czy dowolnej teorii spiskowej od razu czujemy się ekspertami i możemy w tym magiczno-spiskowym świecie uczestniczyć, dyskutować, objaśniać (mamy poczucie sprawstwa i dostępu do tajemnicy – pokazując w telewizji zgniecione puszki i rozerwane parówki). Z wiedzą naukową najczęściej jest inaczej: wydaje się, że potrzeba wielu lat edukacji by móc zabrać głos. Tak więc „próg dostępu” jest dużo wyższy. Bo trzeba najpierw mozolnie zdobyć wiedzę i nauczyć posługiwać się specjalistycznym językiem. Podobnie z aparaturą naukową – trzeba nauczyć się obsługi i interpretacji uzyskiwanych pomiarów (rozumienia skąd się biorą i co oznaczają).

W kształceniu myślenia naukowego ważne jest przybliżenie do rzeczywistego odkrywania i ciągłe dostarczanie prawdziwych problemów, nawet z życia codziennego.To powinno być nie tylko na studiach ale i w szkołach. A tymczasem w naszych liceach poznikały pracownie chemiczne, fizyczne i biologiczne z prawdziwego zdarzenia (żeby młodzieży nic złego się nie stało?) a nauka sprowadza się do metod podających (głównie) i sprawdzania zapamiętanej wiedzy.

To duży wysiłek intelektualny i organizacyjny dla nauczycieli. To ogromne wyzwanie dla nauczycieli – muszą mieć czas samemu poznawać i w pełni uczestniczyć w nauce. Uczestniczyć a nie tylko obserwować. Sami temu nie sprostają, potrzebne jest instytucjonalne wsparcie środowiska akademickiego (uniwersytety dopiero do tego powoli dojrzewają) oraz powstania nowych instytucji, takich jak centra nauki, eksperymentatoria, żywe laboratoria, leśne przedszkola itd.

W kształceniu myślenia naukowego ważna jest współpraca świata naukowego (akademickiego) ze szkołami oraz instytucjami, takimi jak centra nauki oraz z samorządami. Bo to te ostatnie utrzymują finansowo instytucje edukacyjne.

Nowe wyzwania cywilizacyjne trzeciej rewolucji technologicznej wymuszają na nas tworzenie zupełnie nowego środowiska edukacyjnego. Przestrzeni, w której uczeń ale także student będzie mógł poczuć się uczestnikiem z poczuciem sprawstwa, gdzie będzie brał udział i miał możliwość aktywnej wypowiedzi. Tak rozumiana przestrzeń edukacyjna to nie są tylko obiekty (np. centra nauki, lokalne eksperymentatora czy powiatowe, pozaszkolne pracownie naukowe), ale także nauka obywatelska z udziałem wolontariuszy. Naukowcy powinni pokazywać łatwe możliwości uczestnictwa w zbieraniu danych. Żeby każdy poczuł się ważnym uczestnikiem naukowego odkrywania świata. A jest to nie tylko możliwe ale i z korzystne dla samych uniwersytetów – nauka obywatelska pozwala zebrać wiele rozproszonych danych np. dotyczących klimatu, ekspansji gatunków, zbierania danych etnograficznych itp.

Tak więc w edukacji muszą zajść kolejne duże zmiany. Ale akurat te, zaproponowane przez minister Zalewską, są ruchem wstecz ( i na dodatek zupełnie nieprzemyślanym logistycznie i programowo, co spotęguje tylko chaos w szkołach). Nie o takie zmiany chodzi i nie takie są potrzebne. Potrzebne są zmiany by powrócić do naturalnego człowiekowi procesu obserwowania i odkrywania świata a nie tylko przyswajania gotowych informacji. Potrzebne jest uczestnictwo w nauce jako procesie a nie tylko przyswajanie gotowego produktu, Przedmioty przyrodnicze są w tym procesie bardzo ważne.

Myślenie naukowe (metoda naukowa) jest ważną kompetencją zawodową w szybko zmieniającym się świecie i gospodarce opartej na wiedzy. W tym świecie, tworzonym przez trzecią rewolucję technologiczną, wymagane jest ciągłe przekwalifikowywanie się i kreatywność. Świat jest strasznie skomplikowany i na co dzień analizujemy, czy tego chcemy czy nie, ogromną ilość danych. Nowych danych, przy których rutyna zawodzi. Ćwiczenie krytycznego myślenia, właściwego metodzie naukowej, jest więc kompetencją niezwykle użyteczną.

Myślenie naukowe nie jest domeną jedynie naukowców jako wyspecjalizowanej grupy zawodowej, tak jak gotowanie nie jest zarezerwowane jedynie dla kucharzy z restauracji. Po co jest metoda naukowa zwykłemu zjadaczowi chleba? By poznawać rzeczywiste przyczyny zachodzących zjawisk i by działać skutecznie na co dzień, w domu i w pracy.

Magię można porównać do inżynierii – także (intencjonalnie) jest sposobem wpływania na rzeczywistość. Za pomocą zaklęć chcemy wpływać na zmianę biegu rzeczy, na przykład odgonić burzę z gradobiciem czy wyleczyć skrofuły za pomocą zamawiania – odgaszania węgli. O ile jednak w inżynierii (czy medycynie i biotechnologii) metodą naukową weryfikuje się wszystkie pomysły, hipotezy, interpretacje oraz sprawdza rezultaty, o tyle w magii skuteczności zaklęć nie weryfikuje się. Jeśli zaklęcie nie pomogło… to nie oznacza, że zaklęcia są nic nie warte (podobnie jest w różnorodnych teoriach spiskowych). Oznacza tylko, że może zaklęcie wypowiedziane było niewłaściwie lub w niewłaściwej formie. Ostatnio taki argument słyszałem w odniesieniu do znachorskiego leczenia chorób nowotworowych siłą woli. Nie pomaga? Znaczy to, że pacjent za mało wierzył w siłę znachorskiej magii – gdyby mocno uwierzył to by pomogło. Sama skuteczność owych znachorskich praktyk w ogóle nie jest poddawana weryfikacji.

O myśleniu naukowym i myśleniu magicznym

czary_uwodzenie

W tym roku akademickim na zajęciach ze studentami chciałbym więcej uwagi poświęcić metodzie naukowej. Będzie okazja na seminarium dyplomowym. Chciałbym się skupić bardziej na procesie niż produkcie. Bo nauka jest zarówno procesem jak i produktem. Metodologia naukowa wydawać by się mogła czymś oczywistym we współczesnym świecie. We wcześniejszych wpisach opisywałem etnograficznie wiedźmy i czarownice, przytaczając fragmenty z ludowego myślenia magicznego. To było na głębokiej prowincji, sto lat temu. Wydawać by się mogło, że to dawno i nieprawda. Gdy zerknąłem do zasobów internetowych, przypadkiem szukając jakieś informacji, przeraziła mnie liczba oferowanych pozycji ezoterycznych i magicznych. Sprawdziłem w księgarni – jest podobnie.

Znaczenie nauki i techniki wydaje się duże, zwłaszcza w wieku intensywnie rozwijającej się gospodarki, opartej na wiedzy, oraz społeczeństwa przesiąkniętego w życiu codziennym zaawansowaną technologią. Dodatkowo poziom wykształcenia jest wyższy niż kiedykolwiek wcześniej, nawet na poziomie uniwersyteckim. Dostęp do wiedzy, dzięki internetowi, jest niesamowity nawet w najdalszych wioskach i wioseczkach. Wydawać by się więc mogło, że po tak wielu latach edukacji i przy tak rozległym i codziennym kontakcie z pozytywnymi efektami myślenia naukowego, zainteresowanie nauką i jej rozumienie jest powszechne. Wystarczy jednak wybrać się do księgarni by doświadczyć rozczarowania. Pośród wielu regałów z książkami trudno wypatrzyć dział z literaturą popularnonaukową. Jeśli jest taka półka, to najczęściej sąsiaduje z religią lub ezoteryką. Co więcej, pozycje są wymieszane. Świadczy to po pierwsze o chyba relatywnie małym zainteresowaniu czytelników książkami popularnonaukowymi (a może za mało jest autorów piszący tego typu literaturę?) a po drugie o personelu, który nie umie praktycznie odróżnić książki naukowej czy popularnonaukowej od ezoterycznej, magicznej czy fantastycznej. Być może księgarze sugerują się jedynie tytułem. Osoba układająca książki na półce najpewniej ma wyższe wykształcenie. Nawet w księgarniach naukowych spotkać można dziwne książki nie na swoim miejscu.

Na dodatek popularne są w szerokich kręgach społecznych różnego typu ruchy antynaukowe, antyszczepionkowe, antyewolucyjne, zwolenników płaskiej Ziemi, grup negujących ocieplenie klimatu i innych sympatyków szerokiej gamy teorii spiskowych. Odbywają się zjazdy szeptuch i wcale nie w konwencji grup rekonstrukcyjnych czy spotkań etnograficznych. W moim odczuciu w ostatnich latach wyraźnie widać upadek autorytetu nauki. Zaczynam się zastanawiać czy można bezpiecznie żartować, bo … dowcip może być odbierany jako poważne i „naukowe” wywody. W domu powieszonego nie rozmawia się o szubienicy…

Wycofanie się myślenia naukowego widać w kulturze  –  dominacja fantazy nad science-fiction itd. Ale widać to także w życiu codziennym z ogromnymi wpływami różnorodnych pseudonaukowych teorii spiskowych czy dziwacznych praktyk „medycznych”. Współcześni guślarze operują innym językiem, w miejsce demonów wplatają pseudonaukowe wywody i niby-naukowe słownictwo. Co więcej, dyletanci i szarlatani zasiadają w państwowych komisjach orzekających w ważnych sprawa (np. lotniczych).

Niewątpliwy duży sukces nauki, widoczny w dynamicznym rozwoju technologii, z których korzystamy każdego dnia, oraz wysoki pozom wykształcenia społeczeństwa (duża liczba uniwersytetów oraz wysoki odsetek ludzi z wyższym wykształceniem) współistnieje z dużą skalą ignorancji. Skąd się biorą „wykształceni ignoranci” w społeczeństwie wiedzy i gospodarce opartej na wiedzy?

Z jednej strony myślenie naukowe (metoda naukowa) przynosi wymierne korzyści, z drugiej jest często odrzucana w myśleniu codziennym. Czy zatem myślenie naukowe jest naturalne dla człowieka czy też jest z dużym wysiłkiem kształtowane w edukacji i procesie kulturowej socjalizacji? Być może „naturalność” myślenia naukowego jest przyczyną pozornej ignorancji. Bo podobieństwo między myśleniem magicznym a naukowym łatwo wyprowadza człowieka na manowce. Być może magia jest łatwiejsza i bardziej przystępna. Wystarczy przeczytać jeden artykuł w gazecie, jedną książkę by poczuć się wtajemniczonym i zacząć zabierać głos. W sprawach naukowych, aby włączyć się do dyskusji… trzeba wielu lat lub wielu książek. By poznać fakty, teorie i język. Być może potrzeba większej liczby Europejskich Nocy Naukowych i temu podobnych pikników naukowych. Być może powinna wzrosnąć rola edukacji ponadnormalnej. Tym bardziej, że w przygotowywanej „reformie” edukacji znacząco się ogranicza i deprecjonuje przedmioty przyrodnicze…

Magia jest w zasadzie bardzo podobna do inżynierii czy medycyny – ma pozwalać człowiekowi wpływać na rzeczywistość, zmieniać ją. Lekarz przepisuje lekarstwa by wyleczyć chorobę, wróżka-uzdrowicielka wypowiada zaklęcia (np. odgasza węgle) także by uleczyć (wypędzić chorobę, złą energię itd.). Oba sposoby wynikają z wizji świata (paradygmatu, teorii), rozumienia przyczyn choroby. Proponowane kuracje są z tym związane. Jeśli uznać, że choroba wynika z rzucenia uroku, czaru… to trzeba odczynić, odczarować, zdjąć urok. Tak było kiedyś. Teraz w języku neoszamańskim pojawiają się różnego rodzaju energie i aury (niezdefiniowane) i temu podobne konstrukcje słowne. Pozornie to wygląda na naukę, bo przecież fizycy piszą o energii…

Dla przykładu na ilustracji wyżej jeszcze jeden fragment etnograficzny z Huculszczyzny, początek wieku XX. Sto lat temu. I do niedawna uważałem takie poszukiwania za niezwykle ciekawą przygodę etnograficzną, pozwalającą lepiej zrozumieć naszych przodków oraz znaczenie paradygmatu dla postrzegania rzeczywistości. Teraz dostrzegam podobne we współczesnym świecie. Wielka zagadka. Antropologiczna czy socjologiczna?

Uliczna inauguracja roku akademickiego

medycy_na_ulicy

Miałem umówioną wizytę u lekarza. A ponieważ było jeszcze trochę czasu postanowiłem pójść pieszo. Przez moją ulubioną starówkę. Najpierw usłyszałem muzykę. Myślałem, że to jakieś omamy. Potem zobaczyłem na ulicy kolumnę ludzi dość dziwacznie ubranych. Dziwacznie jak na XXI wiek. Szli Starą Warszawską. Dość szybko zorientowałem się, że to Wydział Nauk Medycznych. Ale w togi, nawiązujące stylistyką do Średniowiecza, ubrani byli nie tylko członkowie Rady Wydziału, ale i studenci. Szli z flagami na zamek, gdzie jak co roku odbywa się ślubowanie studentów. Wszak Mikołaj Kopernik był medykiem.

Prawie jak uliczny teatr, ludzie przystają, przyglądają się. Nie sposób studentów i kadry akademickiej nie zauważyć. Wielce sympatyczne i widowiskowe służące dobrej integracji Uniwersytetu z miastem i vive versa. Ale myślę, że ta wysmakowana celebra służy także i studentom. Mogą poczuć większą identyfikację z Wydziałem i Uniwersytetem. A głębsza identyfikacja to i większa motywacja do ciężkiej pracy.

Tylko pozazdrościć Wydziałowi Nauk Medycznych mądrego nawiązania do tradycji.