Sztuka uzupełnia wiedzę naukową, jest innym ale komplementarnym sposobem opowiadania o świecie. Jest także sposobem poznawania świata w jego różnych zawiłościach i wymiarach. Komunikować się można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe (czasem wykwintnie napuszone) słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem. Od zarania swoich dziejów ludzie żyli, pracowali i dyskutowali we wspólnocie. Język (mowa) uwolnił ręce od komunikacji (gesty) i od tego czasu można było się częściej i więcej komunikować.
Piszę publikacje naukowe lub publicystykę popularnonaukową, wygłaszam referaty, przygotowuje graficznie postery naukowe, prowadzę dyskusje kuluarowe oraz internetowe. Ale czasem maluję….. Maluję butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne, pozornie zbędne, produkt nadmiernej i jednorazowej konsumpcji. Przywracam im sens i znaczenie. Malowałem stare dachówki. Teraz przyszła pora na kamienie. Jak nasi przodkowie, tyle że nie w jaskiniach ale na trawniku.
Odzwierciedleniem dwoistości poznania jest nasz mózg. W uproszczeniu lewa półkula nazywana jest akademicką, prawa artystyczną – od funkcji, za jakie są odpowiedzialne. Do efektywnej pracy trzeba zatrudnić obie półkule mózgowe. Gdy jedynie sama pracuje półkula akademicka, to druga, ta artystyczna, nudzi się i przeszkadza rozmyślaniem o niebieskich migdałach. Nauka łączy się ze sztuką i wzajemnie uzupełnia. Nawet w poznaniu naukowym potrzebna jest analiza i synteza. Naukowa skrupulatność i artystyczna innowacyjność to wie strony tego samego „medalu”. Sztuka dla naukowca nie jest tylko hobbystycznym odpoczynkiem ale i psychiczną higieną. Jest intelektualną rozgrzewką do innowacyjności. Myśl potrzebuje czasu, pośpiech nie ułatwia pracy. Gra wstępna w postaci przygotowania narzędzi, pisania, przepisywania, pozwala dojrzewać myślom. Jeśli wszystko automatyzujemy i komputeryzujemy… brakuje czasu na „grę wstępną”, na spokojne dojrzewanie myśli. Piszemy szybciej publikacje, ale wcale nie znaczy, że pojawia się więcej dojrzałych myśli. Wspólne malowanie butelek, starych dachówek czy zwykłych polnych kamieni jest formą wspólnotowego wykorzystania przestrzeni publicznej. W zasadzie powrotu do tej przestrzeni, niegdyś obecnej w każdym wymiarze. Pozamykaliśmy się w swoich domach, ogrodziliśmy się wysokimi płotami czy monitorami komputerów. Patrzymy na ekrany a nie na siebie.
Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza, tak jak do wolności i kreatywności. Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. Nauka i sztuka posługuje się innym językiem ale obie opowiadają o tym samym świecie. Bo świat jest całością. W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegamy nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno. Piękno ujawniania się zwłaszcza w teoriach naukowych.
Motywem mojego malowania jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne i przemijające. Motywem jest także tworzenie sytuacji sprzyjających odzyskiwaniu przestrzeni publicznej (odzyskiwaniem z nieuzasadnionego zawłaszczenia i utraty funkcji). Podstawowym surowcem malarskim są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji: szklane butelki i słoiki (zbędne opakowania). Butelki i słoiki zbieram w dzikich zakątkach przyrody Warmii i Mazur, porzucone w lesie czy wyrzucone do jeziora i rzeki. Tam są rażącym śmieciem, dysonansem. Pomalowane i umieszczone w innej przestrzeni powracają do harmonii. I do sensu. Tak samo kompozytor układa różne dźwięki w całościową, spójną a przez to piękna kompozycję. Poszczególne dźwięki same w sobie niewiele znaczą, dopiero w kontekście całości uwidacznia się piękno i harmonia. Podobnie i naukowiec (a może uczony?) układa luźne fakty w całościowa teorię. Z tej szerszej perspektywy widać piękno.
Zebranym „śmieciom” próbuję nadać nową wartość. Zarówno poprzez malowane motywy przyrodnicze jak i wspólne tworzenie w przestrzeni publicznej. Ostatnio maluję także na starych dachówkach, pozyskanych ze starych domów i budynków gospodarczych, ocalonych przed wyrzuceniem „w krzaki” czy wykorzystywaniem jako gruz do zasypywania „dziur w ziemi” (źródlisk, małych zbiorników okresowych, leśnych wykrotów).
Od ubiegłego roku maluję także na polnych kamieniach. Jest to filozoficzny podtekst nadawania sensu rzeczom zbędnym ale także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym. To próba nadawania nowej ważności i wartości. Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom. Malowanie jako forma opowiadania o filozofii. Nie poprzez uczone traktaty ale proste czynności dnia codziennego. Malowanie butelek, dachówek czy kamieni ma służyć ulepszaniu świata. Jest jak chasydzka przypowieść, która za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, dachówka czy kamień, opowiada o rzeczach ważnych i większych – za pomocą części pokazuje całość.
Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą, sztuką, miłością nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. To swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się), obserwowany jest zarówno w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim, jak i w świecie realnym (przykładem może być bookcrossing). Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji. A im bardziej wolna jest wiedza (np. na licencji creative commons) tym szybciej i łatwiej przynosi korzyści społeczne i ekonomiczne.
Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią „jak żyć by być szczęśliwym”. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.
W wymiarze osobistym malowanie jest relaksem i wyjściem poza wąskie ramy życia zawodowego. Od niedawna próbuję połączyć malowanie z … budowaniem z gliny hoteli dla owadów. Wspólna praca, lepienie z gliny i dyskusje z archeologami o dawnych technologiach. Odkrywanie świata, który teoretycznie już zaginął. Teraz wydobywany z niepamięci. A przy okazji tworzenie siedlisk przyjaznych dla ginących gatunków. Praca jest nam potrzebna, bo nadaje sens życiu. Nie zawsze musi to być praca zawodowa i zarobkowa. Jeżeli praca sensu nie daje, to jest nam tylko potrzebna do zarabiania pieniędzy. Życie dla samych pieniędzy jest marne. Malowanie kamieni w przestrzeni publicznej czy budowanie z gliny i trzciny domków dla owadów nie przynosi prostych i wymiernych zysków. Ale na pewno ma sens. I na pewno buduje kapitał ludzki. W dalszej perspektywie podnosi jakość życia i najpewniej korzystnie wpływa na gospodarkę. Ale trzeba patrzeć dalej. Efekt ekonomiczny jest tylko skutkiem a nie celem samym w sobie.
W sobotę wybieram się do Parku Centralnego w Olsztynie, by w czasie śniadania na trawie malować kamienie. Farby mam, a kamień znajdę po drodze.
Czytaj też:


W Dzień Dziecka i święto Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie budowaliśmy hotel dla pszczół. Pierwszym, zauważonym mieszkańcem nowo zbudowanego hotelu dla samotnej (owadziej) matki była borówka brunatna. Przynajmniej tego owada udało się zauważyć. Tak, tak, borówka to owad. A tylko przypadkiem ma nazwę taką jak czarne jagody borówkami zwanymi. Przyleciała, zobaczyła i odleciała, jeszcze w trakcie budowy (zobacz 

Urodziny warto godnie uczcić. A skoro są urodziny uniwersytetu to i świętowanie musi być jakieś niezwykłe. Uniwersytet to wspólnota uczących i nauczanych – a więc zrobić coś razem. Przy okazji będzie to nauka przez działanie. Nie tylko opowiadanie na wykładach ale wspólne działanie. Były dyskusje przy malowaniu niepotrzebnych i wyrzuconych butelek oraz słoików, było malowanie dachówek, rozpoczęło się malowanie kamieni… to teraz pora na lepienie z gliny. I wcale nie garnków tylko hoteli dla samotnych pszczół. Coś w stylu domu samotnej, owadziej matki. A skoro przy pracy będą i naukowcy i studenci, to dyskusja może być ciekawa.
Współpraca środowiska akademickiego z małymi i średnimi przedsiębiorstwa regionu kolejny raz zaowocowała (taka mała innowacja). Tym razem w formie tajemnej mapy, odnalezionej w lochu starego zamku ewentualnie w dziupli starego drzewa, gdzie wcześniej mieszkał Kłobuk. Ilustruje krzepnącą sieć współpracy wielu różnych podmiotów ale będzie przede wszystkim przydatna dla turystów lubiących przygodę.
Nie ma lekko, człowiek siwiejący a uczyć się trzeba. I wcale nie mam na myśli tylko faktu, iż jadę na warsztaty bentologiczne uczyć się oznaczać muchówek (Diptera), żyjących w polskich wodach. W tam zwanym międzyczasie doszkalam się w trybie wieczorowym w zakresie korzystania z wolnych zasobów w dydaktyce akademickiej. Z tej okazji po raz pierwszy w życiu wziąłem udział w webinarium o Otwartych Zasobach Edukacyjnych. Dzisiaj to już czwarty raz w ramach cyklu, na który się z własnej woli zapisałem.
Mówić (komunikować) można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem. Piszę publikacje, na konferencjach naukowych wygłaszam referaty, wystawiam postery naukowe, prowadzę dyskusje kuluarowe oraz internetowe. Ale czasem maluję…. pod słońcem prowincji, w cieniu lipy, dębu lub kasztanowca, na trawniku. Maluję butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne. Przywracam im sens i znaczenie. Bez wykwintnie uczonych słów. Teraz przyszła pora na kamienie, bo one na tej ziemi już długo leżą. Są napływowe, tak jak my wszyscy. Przybyły z lodowcem ze Skandynawii. Albo przyjechały ciężarówką na budowę z górskich kamieniołomów. Są i leżą.
A jakie są argumenty za obowiązkowymi wykładami na uczelniach wyższych? Przeglądając różne internetowe dyskusje znalazłem i takie uzasadnienie, chyba najważniejsze.
W piękny majowy czas miałem okazję odwiedzić Garbno. Jadąc pociągiem widziałem rozległe pola kwitnącego rzepaku. Wielkie monokultury z różnymi uprawami, a w krajobrazie wiatraki. Energia odnawialna zakorzenia się w naszym regionie. Żałuję, że zdjęć nie zrobiłem, bo widok z okien pociągu był przepiękny. W tym krajobrazie wielkich pól z rzadko porozrzucanymi zadrzewieniami, rzeczkami i zbiornikami wodnymi, wiatraki wprowadzają mozaikę siedliskową. I w gruncie rzeczy ładnie wyglądają, wkomponowując się w antropogeniczny krajobraz. Tuż pod wiatrakiem nie ma upraw, są po prostu ugory… z dużą ilością chwastów. Czyli dużą różnorodnością biologiczną kwitnących roślin i korzystających z tych roślin owadów. I to ekologa, entomologa, przyrodnika cieszy. Kusi, żeby zbadać dokładniej. Może i niebawem się wybiorę. Po badaniach nad różnorodnością biologiczną upraw wierzby (dla celów energetycznych – energia z biomasy) teraz przydałoby się sprawdzić jak farmy wiatrowe wpływają na bioróżnorodność.
Zaproszenie do Garbna przyjąłem z sentymentem. Usłyszałem z ust starszych osób piękny zaśpiew wileński. Jakbym wrócił do dzieciństwa. Temu środowisku jestem coś winien. Znam ten region przygraniczny, zamierający, kiedyś z rozpitymi PGRami, teraz wyludniający się i zamierający. Szansę upatruję w turystyce i energii odnawialnej. Bo energia odnawialna daje prace tu na miejscu a pieniądze nie są drenowane na Śląsk (energia elektryczna z węgla kamiennego). Z kolei turystyka opiera się na dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym, na aktywnym wypoczynku i dziedzictwie kulinarnym, na rękodziele (w tym sztuce niebanalnej i profesjonalnej) itd. W nawiązaniu do przeszłości jechałem z pomysłem… maści do latania. Brzmi bajkowo, ale za tym się kryje pomysł na produkt regionalny.