Bioróżnorodność prowincji na szkle i kamieniach malowana

kamien_muchowkaSztuka uzupełnia wiedzę naukową, jest innym ale komplementarnym sposobem opowiadania o świecie. Jest także sposobem poznawania świata w jego różnych zawiłościach i wymiarach. Komunikować się można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe (czasem wykwintnie napuszone) słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem. Od zarania swoich dziejów ludzie żyli, pracowali i dyskutowali we wspólnocie. Język (mowa) uwolnił ręce od komunikacji (gesty) i od tego czasu można było się częściej i więcej komunikować.

Piszę publikacje naukowe lub publicystykę popularnonaukową, wygłaszam referaty, przygotowuje graficznie postery naukowe, prowadzę dyskusje kuluarowe oraz internetowe. Ale czasem maluję….. Maluję butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne, pozornie zbędne, produkt nadmiernej i jednorazowej konsumpcji. Przywracam im sens i znaczenie. Malowałem stare dachówki. Teraz przyszła pora na kamienie. Jak nasi przodkowie, tyle że nie w jaskiniach ale na trawniku.

Odzwierciedleniem dwoistości poznania jest nasz mózg. W uproszczeniu lewa półkula nazywana jest akademicką, prawa artystyczną – od funkcji, za jakie są odpowiedzialne. Do efektywnej pracy trzeba zatrudnić obie półkule mózgowe. Gdy jedynie sama pracuje półkula akademicka, to druga, ta artystyczna, nudzi się i przeszkadza rozmyślaniem o niebieskich migdałach. Nauka łączy się ze sztuką i wzajemnie uzupełnia. Nawet w poznaniu naukowym potrzebna jest analiza i synteza. Naukowa skrupulatność i artystyczna innowacyjność to wie strony tego samego „medalu”. Sztuka dla naukowca nie jest tylko hobbystycznym odpoczynkiem ale i psychiczną higieną. Jest intelektualną rozgrzewką do innowacyjności. Myśl potrzebuje czasu, pośpiech nie ułatwia pracy. Gra wstępna w postaci przygotowania narzędzi, pisania, przepisywania, pozwala dojrzewać myślom. Jeśli wszystko automatyzujemy i komputeryzujemy… brakuje czasu na „grę wstępną”, na spokojne dojrzewanie myśli. Piszemy szybciej publikacje, ale wcale nie znaczy, że pojawia się więcej dojrzałych myśli. Wspólne malowanie butelek, starych dachówek czy zwykłych polnych kamieni jest formą wspólnotowego wykorzystania przestrzeni publicznej. W zasadzie powrotu do tej przestrzeni, niegdyś obecnej w każdym wymiarze. Pozamykaliśmy się w swoich domach, ogrodziliśmy się wysokimi płotami czy monitorami komputerów. Patrzymy na ekrany a nie na siebie.

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza, tak jak do wolności i kreatywności. Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. Nauka i sztuka posługuje się innym językiem ale obie opowiadają o tym samym świecie. Bo świat jest całością. W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegamy nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno. Piękno ujawniania się zwłaszcza w teoriach naukowych.

Motywem mojego malowania jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne i przemijające. Motywem jest także tworzenie sytuacji sprzyjających odzyskiwaniu przestrzeni publicznej (odzyskiwaniem z nieuzasadnionego zawłaszczenia i utraty funkcji). Podstawowym surowcem malarskim  są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji: szklane butelki i słoiki (zbędne opakowania). Butelki i słoiki zbieram w dzikich zakątkach przyrody Warmii i Mazur, porzucone w lesie czy wyrzucone do jeziora i rzeki. Tam są rażącym śmieciem, dysonansem. Pomalowane i umieszczone w innej przestrzeni powracają do harmonii. I do sensu. Tak samo kompozytor układa różne dźwięki w całościową, spójną a przez to piękna kompozycję. Poszczególne dźwięki same w sobie niewiele znaczą, dopiero w kontekście całości uwidacznia się piękno i harmonia. Podobnie i naukowiec (a może uczony?) układa luźne fakty w całościowa teorię. Z tej szerszej perspektywy widać piękno.

Zebranym „śmieciom” próbuję nadać nową wartość. Zarówno poprzez malowane motywy przyrodnicze jak i wspólne tworzenie w przestrzeni publicznej. Ostatnio maluję także na starych dachówkach, pozyskanych ze starych domów i budynków gospodarczych, ocalonych przed wyrzuceniem „w krzaki” czy wykorzystywaniem jako gruz do zasypywania „dziur w ziemi” (źródlisk, małych zbiorników okresowych, leśnych wykrotów).

Od ubiegłego roku maluję także na polnych kamieniach. Jest to filozoficzny podtekst nadawania sensu rzeczom zbędnym ale także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym. To próba nadawania nowej ważności i wartości. Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom. Malowanie jako forma opowiadania o filozofii. Nie poprzez uczone traktaty ale proste czynności dnia codziennego. Malowanie butelek, dachówek czy kamieni ma służyć ulepszaniu świata. Jest jak chasydzka przypowieść, która za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, dachówka czy kamień, opowiada o rzeczach ważnych i większych – za pomocą części pokazuje całość.

kamien_przesiekaNauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą, sztuką, miłością nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. To swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się), obserwowany jest zarówno w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim, jak i w świecie realnym (przykładem może być bookcrossing). Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji. A im bardziej wolna jest wiedza (np. na licencji creative commons) tym szybciej i łatwiej przynosi korzyści społeczne i ekonomiczne.

Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią „jak żyć by być szczęśliwym”. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

W wymiarze osobistym malowanie jest relaksem i wyjściem poza wąskie ramy życia zawodowego. Od niedawna próbuję połączyć malowanie z … budowaniem z gliny hoteli dla owadów. Wspólna praca, lepienie z gliny i dyskusje z archeologami o dawnych technologiach. Odkrywanie świata, który teoretycznie już zaginął. Teraz wydobywany z niepamięci. A przy okazji tworzenie siedlisk przyjaznych dla ginących gatunków. Praca jest nam potrzebna, bo nadaje sens życiu. Nie zawsze musi to być praca zawodowa i zarobkowa. Jeżeli praca sensu nie daje, to jest nam tylko potrzebna do zarabiania pieniędzy. Życie dla samych pieniędzy jest marne. Malowanie kamieni w przestrzeni publicznej czy budowanie z gliny i trzciny domków dla owadów nie przynosi prostych i wymiernych zysków. Ale na pewno ma sens. I na pewno buduje kapitał ludzki. W dalszej perspektywie podnosi jakość życia i najpewniej korzystnie wpływa na gospodarkę. Ale trzeba patrzeć dalej. Efekt ekonomiczny jest tylko skutkiem a nie celem samym w sobie.

W sobotę wybieram się do Parku Centralnego w Olsztynie, by w czasie  śniadania na trawie malować kamienie. Farby mam, a kamień znajdę po drodze.

Czytaj też:

Knapiatek, latarnia wróżki czy odwrócony kieliszek ?

Na świat patrzymy przez pryzmat tego, co już wiemy. Nasza wiedza ma charakter systemowy, i to co widzimy, dopasowujemy do schematu istniejącego już w naszej głowie. Musi pasować. Świat postrzegamy więc przez pryzmat naszego wnętrza. Ludzie patrzą na to samo, ale czasem co innego dostrzegają, inne wyławiają szczegóły, inaczej interpretują, to co widzą. Ta sama rzeczywistość… ale różne „wnętrza” patrzących na ten świat.

knapiatek

Jako entomolog dostrzegam więcej owadów i bezkręgowców wokół nas. Nie tyle wzrok jest wyczulony co umysł gotowy na dostrzeganie małych istot i śladów ich obecności. Gdy pokazać palcem, to i inni zobaczą. Ale trzeba opowiadać w znacznie szerszym kontekście. Bo patrząc na rzeczy nieruchome, poprzez system wiedzy, odczytujemy relacje między elementami, dostrzegamy procesy i to, co się wcześniej wydarzyło. Na przykład ślad pozostawiony na piasku. Jakaś kompozycja ziarenek, ale układająca się w jakiś wzór. Wzór, który poprzez pryzmat wiedzy potrafimy odczytać. Że to jest na przykład odcisk racicy jelenia. Wyobrażając sobie zwierzę, którego tu przecież nie widać, potrafimy ze śladu na piasku wyczytać znacznie więcej. Czy był to jeden osobnik czy więcej, czy stąpał powoli czy biegł itd.

Podobnie można odczytywać obecność bezkręgowców. Poprzez własną wiedzę dostrzegamy znacznie więcej niż rejestruje nasze oko. Niedawno byłem na warsztatach terenowych, zorganizowanych przez „Obywateli z Ekoinicjatywą”. Cudowne warunki przyrodnicze, na skraju lasu i nad jeziorem. Ośrodek wypoczynkowy. Zarówno w budynkach odczytywać można wieloletnią przeszłości, odtwarzać dawne przeznaczenie i zmiany formy użytkowania, jak i w otaczającej przyrodzie. Dostrzec można sukcesję ekologiczną i renaturyzację krajobrazu. Można dostrzec zmieniającą się w skali stuleci antropopresję.

Spotkanie ludzi to dzielenie się wiedzą i… wzajemne budowanie wewnętrznych, indywidualnych systemów wiedzy. W dialogu uczymy się patrzeć na otaczający nas świat. I uczymy się opowiadać. Rozmawialiśmy o hotelach dla pszczół i odtwarzaniu ginącego siedliska w postaci piaszczystych i gliniastych skarp. Zmienia się nasz sposób użytkowania krajobrazu wiejskiego oraz budowy domostw, stąd dla pewnej grupy owadów zaczyna brakować dogodnych siedlisk do rozmnażania się. Powstają za to inne. Spoglądając pod nogi zauważyłem na spotniej stronie belki (podest ze stolikami na wolnym powietrzu – wyposażenie pensjonatu nad jeziorem) jakiś dziwny a zarazem znajomy wytwór bezkręgowca (zdjęcie z końca maja obok). Gliniana kuleczka zwisająca ja cienkim trzonku. Gdzieś już coś takiego w książce widziałem. Może to gniazdo samotnej osy, albo pająka? Zrobiłem zdjęcie, by już na spokojnie w domu odszukać i zidentyfikować właściciela tego kokonu. Gdyby było widać gospodarza – czy to osę czy pająka – identyfikacja byłaby prosta i łatwa. A tak tylko ślad obecności.

Tajemniczy wytwór okazał się kokonem jajowym pająka knapiatka (prawdopodobnie to knapiatek brązowy Agroeca brunnea ). Inni nazywają latarnią wróżki, a jeszcze inni odwróconym kieliszkiem. Bo jednym kojarzy się z nimfami i wróżkami, innym z trywialną codziennością. Rodzaj knapiatek (Agroeca) to co pięć gatunków występujących w Polsce. Na pająkach się nie znam, tym bardziej na kokonach. Mogę tylko z dużym przybliżeniem pisać, że jest to knapiatek brązowy (bo najpospolitszy gatunek).

Knapiatek według jednych należy do rodziny aksamitnikowatych (Clubionidae), według innych do rodziny onniżowatych (Liocranidae). Skąd te różnice w przynależności systematycznej? Poszczególni naukowcy zwracają uwagę na inne szczegóły i inaczej interpretują filogenezę. W wyniku toczącej się dyskusji naukowej wprowadzane są zmiany, na zasadzie konsensusu. Wystarczy sięgnąć do publikacji z różnych lat by odnaleźć gatunek przyporządkowany do innych jednostek systematycznych. Sam gatunek się nie zmienia, zmienia się tylko nasz pogląd na jego powiązania z całym światem ożywiony.

Ale wróćmy do knapiatka brązowego. To nieduży pająk, o około 5-9 mm długości. Nie buduje sieci łownej, poluje w nocy. Dlatego nie maiłem szansy go zobaczyć. Chyba, żebym specjalnie nastawił się na obserwowanie knapiatków. Knapiatek brązowy żyje w lasach łęgowych, na skrajach lasów i na łąkach. Przemieszcza się głównie po dnie lasu, wśród mchów i ściółki. Samego pająka trudno spotkać, ale jego kokony są bardzo charakterystyczne i dlatego je najczęściej spostrzegamy.

Kokon zwany latarnią wróżki lub odwróconym kieliszkiem powstaje w czasie dwóch nocy. W czasie pierwszej nocy samica tka biały, dzwonowaty oprzęd i przytwierdza go na długiej nitce do rośliny, gałęzi, a w tym przypadku do drewnianej belki, leżącej tuż nad ziemią. Następnie w kokonie składa jaja. Kokon podzielony jest na dwie komory, jedna nad drugą. W pierwszej znajdują się jaja. W drugiej (na razie pustej) młode pajączki przebywają do czasu pierwszej wylinki. Jak w schronieniu. Czyli po pierwszej nocy kokon jest jedwabiście biały. W czasie drugiej nocy samica maskuje kokon grudkami ziemi i piasku. Wygląda jak gliniana kulka, dobrze maskując się w środowisku. W przypadku sfotografowanego kokonu samica musiała się nieźle nabiegać, bo od belki do najbliższego fragmentu gleby jest co najmniej kilkanaście centymetrów. A przecież musiała wiele razy przynosić po kawałeczku gleby, by zamaskować kokon. Napracowała się.

Z racji nocnego trybu życia tegoż pająka nie miałem okazji go zobaczyć. Jego obecność wynika z obecności kokonu z jajami. Ale są pilniejsi ode mnie obserwatorzy życia knapiatków. Są to pasożytnicze błonkówki z rodziny gąsienicznikowatych (Ichneumonidae). Samice tych błonkówek wyszukują kokony i przekłuwają pokładełkiem nie wyschnięty jeszcze oprzęd by tam złożyć swojej jaja. Wylęgające się młode błonkówki mają zgromadzony żywy pokarm (gąsienicznik nie musi się sam trudzić z łowieniem i gromadzeniem). Jak w spiżarni. Samica knapiatka prowadzi nocny tryb życia – błonkówki są aktywne zazwyczaj za dnia. Ale potrafią wyśledzić i rozpoznać pajęcze kokony, by złożyć tam swojej jaja. I muszą się spieszyć, zanim drugiej nocy samca pająka pokryje kokon grudkami ziemi.

Czy dobrze rozpoznałem latarnię wróżki i dobrze zinterpretowałem dostrzeżone ślady, tworząc opowieść o knapiatku? W zasadzie należałoby zabrać do analiz napotkany kokon, wypreparować i obejrzeć zawartość pod binokularem czy mikroskopem. Ale to równałoby się zniszczeniu mieszkających tam bezkręgowców. Niemniej, żeby móc stworzyć opowieść o życiu knapiatków, różni badacze musieli robić takie inwazyjne obserwacje przez wiele lat. Wiedza to suma obserwacji i dyskusji o tych obserwacjach, sumujących się w stale rozwijany i modyfikowany system. Wiedza (nauka) ma charakter kumulatywny – ciągle jej przybywa. Ale nie jest to tylko sumaryczne dodawanie, czasem polega na przearanżowaniu elementów tej wiedzy (przykładem są różne systematyki) i ułożenia nowego systemu. Wiedza jest jak przyroda wokół nas – następuje ciągła sukcesja ekologiczna i ewolucja zarówno gatunków jak i ekosystemów. Do budowania wiedzy indywidualnej jak i tej wspólnej potrzebne są obserwacje i eksperymenty (co wydaje się oczywistym dla każdego) ale i dyskusji. Najczęściej o dyskusji jako elemencie procesu poznania naukowego zapominany.

Zbliżają się wakacje i pora urlopowa z wypoczynkiem na łonie przyrody. Nie trzeba wozić ze sobą mikroskopu czy skalpela. Wystarczy położyć się w trawie lub na pomoście i obserwować. Długo i leniwie. W miarę upływu minut i godzin dostrzegać zaczniemy coraz więcej. A jak nie wiesz, co widzisz… zrób zdjęcie lub filmik (lub nagraj dźwięk itd.). Potem zasiądziesz przed komputerem i włączyć się w dyskusję o tym, jaki jest świat wokół nas. Dzielenie się wiedzą ubogaca nas jak i całą społeczność. Dzieląc się w dyskusji dostrzegamy znacznie więcej niż widza nasze oczy.

Borówka brunatna czyli pierwszy mieszkaniec hotelu dla pszczół samotnic

borowkabrazowaW Dzień Dziecka i święto Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie budowaliśmy hotel dla pszczół. Pierwszym, zauważonym mieszkańcem nowo zbudowanego hotelu dla samotnej (owadziej) matki była borówka brunatna. Przynajmniej tego owada udało się zauważyć. Tak, tak, borówka to owad. A tylko przypadkiem ma nazwę taką jak czarne jagody borówkami zwanymi. Przyleciała, zobaczyła i odleciała, jeszcze w trakcie budowy (zobacz zdjęcia z akcji budowania hotelu).

Chrząszcza z rodziny kózkowatych (Cerambycidae) rozpoznałem od razu. Nie sposób pomylić tego charakterystycznego wyglądu. Ale jaki to gatunek? Zrobiłem kilka zdjęć. Umieściłem w odpowiedniej grupie na Facebooku i dość szybko Mateusz Sowiński skorygował moje przypuszczenia (wcześniej szukałem w książkach i nieco inaczej typowałem, nie jestem specjalista od chrząszczy lądowych – warto się więc konsultować a w dobie internetu jest to niezwykle łatwe). Borówka brunatna (Tetropium castaneum), odmiana barwna o zupełnie czarnym ubarwieniu. Ten sam gatunek wspomniany Mateusz Sowiński w tym samym czasie obserwował w olsztyńskim Lesie Miejskim (drugi koniec miasta), ale inną odmianę barwną. Dobra pogoda to i chrząszczom zebrało się na amory (rójkę).

Co robił chrząszcz, żywiący się drewnem, w domku dla pszczół samotnic? Niewątpliwe zwabił go zapach świeżego drewna sosnowego, z którego wykonany był stelaż. Sądząc po biologii to raczej nie osiedli się w naszym hoteliku. Borówka brunatna – Tetropium castaneum (Linnaeus, 1758) ma także inne nazwy zwyczajowe: ściga lśniąca, ściga brunatna, borówka lśniąca, dawniej zwana także bornicą (borówka i bornica to od boru).

Borówka brunatna występuje w Europie północnej i środkowej oraz na Syberii, Mongolii i Japonii. Zasiedla w Polsce lasy iglaste. Przez leśników traktowana jest jako szkodnik uszkadzający drzewa i obniżający wartość drewna technicznego. Atakuje przede wszystkim świerk oraz sosnę. Zasiedla zarówno drzewa osłabione – żywe, jak i obumierające oraz martwe. Zasiedla drzewa świeżo ścięte, powalone i złamane np. prze wiatr. Nic dziwnego, że zapach drewna sosnowego zwabił tego owada. Najczęściej gatunek spotykany jest w drzewostanach starszych: 60-100 letnich.

Dorosłe chrząszcze sa barwy brązowej, ciemnobrązowej lub czarnej, lśniące, długości 8-19 mm. Chrząszcze dorosłe (imagines) spotyka się od maja do czerwca na osłabionych lub ściętych drzewach. Świerki rosnące na zbyt wilgotnym podłożu lub uszkodzone przez wiatr, mróz czy śnieg, w krótkim czasie są „dobijane” przez borówkę brunatną (na pochyłe drzewo każda koza skacze, w tym przypadku nawet kózka sześcionoga). Larwy osiągają długość 2,5 cm, z lekko rozszerzonymi segmentami tułowia, białe z ciemną głową. Chrząszcze dorosłe nie pobierają pokarmu. Ich jedynym zadaniem jest rozmnażanie: zapłodnienie i złożenie jaj. Zazwyczaj aktywne są o zmierzchu. Do nas borówka przyleciała w godzinach południowych. Kopulacja odbywa się na korze drzew. Jaja samica składa na dole pnia lub na strzale (tak pień nazywają leśnicy). Po kilku dniach wylęgają się larwy i zaczynają drążyć chodniki, wygryzając łyko i kambium (niewątpliwie nie służy to drzewu, zwłaszcza osłabionemu). Przed przepoczwarczeniem larwy wgryzają się głębiej, nawet do 5 cm w głąb drewna. Obniża to wartość użytkową drewna i dlatego leśnicy niechętnie patrzą na ten gatunek chrząszcza. Cykl rozwojowy trwa od roku do dwóch lat.

Źródła informacji o borówce brunatnej:

  • Jan Dominik, Jerzy R. Starzyk, Atlas owadów uszkadzających drewno, wyd. Multico, Warszawa 1998.
  • Jiri Zahradnik, Przewodnik Kózkowate, Multico, Warszawa 2001.

I na koniec jeszcze zdjęcie prawie gotowego hotelu. Prototyp, na pewno będzie dopracowywany. Bogatsi o zdobytą wiedzę, kolejne hotele dla pszczół zrobimy nieco inaczej. Oczywiście zachowamy glinę, bo o takie siedlisko nam chodzi: nie tylko trzcina ale i gliniane powierzchnie, przeznaczone dla konkretnych gatunków owadów.

hotelprototyp

Strasznie słaba Wasza strona ….

316163_2415769927005_1634050064_2304986_69315468_n

Co jakiś czas mailem lub przez Facebooka docierają do nie różne zapytania, np. o rekrutację, kierunki studiów itd. Pytają dalsi lub bliżsi znajomi a nawet nieznajomi (bo gdzieś przypadkiem mój adres znaleźli). Nie zawsze potrafię doradzić, bo sam się nie zawsze orientuję. Czasem przed odpowiedzią szukam na naszych stronach uczelnianych czy wydziałowych stosownych informacji. O słabości informacyjnej jak i promocyjnej stron www mówię w odpowiednich gremiach od lat. Raczej bez rezultatu. Więc już machnąłem ręką – nie jestem Don Kichotem. Założyłem blog wydziałowy i kierunkowy i staram się radzić sobie sam, tak jak potrafię… Przynajmniej w zakresie promocji. Odnosiłem wrażenie, że może tylko mi się coś w głowie przewraca (i oczekuję Bóg wie czego), że może wszystko jest ok.

Dzisiaj  było kolejne zapytanie o rekrutację. Akurat „nie jestem w temacie” więc odesłałem do strony głównej i wydziałowej (odpowiedniego wydziału). Taki dostałem komentarz: „Strasznie słaba Wasza strona jest pod względem informacyjnym (…) chodzi mi o strony wydziałów. Ciekawe czy jak napiszę maila na podany adres wydziału to ktoś mi odpisze?”. Narzekamy na brak studentów, przymierzamy się od lat, aby przyjmować studentów zagranicznych. Ale czy są strony angielskojęzyczne? Proszę sobie sprawdzić. Owszem, jest tu i ówdzie dużo wodotrysków, ale bardziej urzędniczych niż funkcjonalnych dla użytkownika z zewnątrz. Jak cię widza, takie kandydaci podejmują decyzje…

W sumie to szkoda „strzępić język”, bo i tak jest to wołanie na puszczy…. Co prawda w Warszawie powstała ciekawa firma i strona Science PR  z mottem „Komunikacja, która wspiera rozwój nauki”. Ale czy środowisko akademickie i naukowe dojrzało już do takich decyzji by zajmować się public relations w pełni profesjonalni? Komunikacja wspiera rozwój nie tylko nauki ale i uniwersytetu. Ale po pierwsze trzeba na prawdę chcieć się komunikować, po drugie ewaluować i usprawniać kanały informacyjne, dostosowując do wygody odbiorcy.

Budujemy kolejne hotele dla dzikich pszczół w Kortowie

11068271_10205838621958094_3419890893164511886_nUrodziny warto godnie uczcić. A skoro są urodziny uniwersytetu to i świętowanie musi być jakieś niezwykłe. Uniwersytet to wspólnota uczących i nauczanych – a więc zrobić coś razem. Przy okazji będzie to nauka przez działanie. Nie tylko opowiadanie na wykładach ale wspólne działanie. Były dyskusje przy malowaniu niepotrzebnych i wyrzuconych butelek oraz słoików, było malowanie dachówek, rozpoczęło się malowanie kamieni… to teraz pora na lepienie z gliny. I wcale nie garnków tylko hoteli dla samotnych pszczół. Coś w stylu domu samotnej, owadziej matki. A skoro przy pracy będą i naukowcy i studenci, to dyskusja może być ciekawa.

Międzywydziałowy kierunek dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze uruchomiony został w październiku 2014 r., gdy naukę rozpoczęli pierwsi studenci. Pierwszego czerwca, w dniu święta uniwersytetu warto przypomnieć współpracę Wydziału Humanistycznego oraz Wydziału Biologii i Biotechnologii (przy wsparciu innych wydziałów). Właśnie tego dnia odbędzie się akcja studentów kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, Instytutu Filozofii (Wydział Humanistyczny), Wydziału Biologii i Biotechnologii, Katedry Pszczelnictwa (Wydział Bioinżynierii Zwierząt), Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym UWM w Olsztynie i ludzi dobrych intencji. A tych ostatnich nie brakuje, np. leśnik Piotr Różański zobowiązał się dostarczyć kłodę próchniejącego drewna. Co ma próchniejący pień do hoteli dla pszczół? To także siedlisko dla ginących a pożytecznych owadów. W mocno zmienionym przed człowiek środowisku budujemy wyspy siedliskowe, umożliwiające rozwój wielu gatunkom owadów i innych bezkręgowców.

W Kortowie jest już kilka konstrukcji nazywanych hotelami dla pszczół samotnic. Niebawem mój licencjat zakończy prace dyplomową, dotycząca efektywności wykorzystania „hoteli” przez samotne pszczoły. Ale tym razem we współpracy archeologów, filozofów, biologów i entomologów powstaną konstrukcje gliniano-słomiano-drewniane, nawiązujące do dawnej architektury i do historii regionu. Będzie dużo gliny, więc dodatkowe siedlisko dla nieco innych gatunków owadów.

Mocno zaakcentowany będzie interdyscyplinarny dialog humanistów i przyrodników. Na przykład próbujemy nawiązać do dawnych Prusów. Uczymy się dodatkowo starych technologii obróbki gliny. Jak już się nauczymy to z przyjemnością zorganizujemy podobne akcje – edukacyjne pikniki w różnych miejscach naszego regionu. Działania prospołeczne w połączeniu z nietypowa edukacją.

W czasie zabawy połączonej z pracą w glinie i słomie (ci, którzy zechcą pomóc, najlepiej gdy przyjdą w krótkich spodenkach) można będzie porozmawiać z filozofami, archeologami, biologami, entomologami, ekologami. Uczone rozmowy przy lepieniu z gliny. A przy wyrabianiu gliny peeling dla stóp.  Można dołączyć, zapraszam. 1 czerwca 2015 w godzinach 10:00 – 15:00, w Kortowie, przed Biblioteką Główną UWM.

11168157_10205856968496746_4847414278391900767_n

A tak wyglądają naturalne, gliniaste skarpy na brzegu rzeki naturalnie płynącej (erozja nieuregulowanej rzeki). Tyle, że takich siedlisk prawie już nie ma. Za sprawą człowieka i jego zapędu do betonowania, prostowania, regulowania itd. To gdzie te biedne owady mają odchować potomstwo? Nasze gliniane hotele będą namiastką takich właśnie siedlisk. Utraconych siedlisk.

Dodatkowe informacje:

Tajemna mapa i dziedzictwo kulturowe regionu

intromapaWspółpraca środowiska akademickiego z małymi i średnimi przedsiębiorstwa regionu kolejny raz zaowocowała (taka mała innowacja). Tym razem w formie tajemnej mapy, odnalezionej w lochu starego zamku ewentualnie w dziupli starego drzewa, gdzie wcześniej mieszkał Kłobuk. Ilustruje krzepnącą sieć współpracy wielu różnych podmiotów ale będzie przede wszystkim przydatna dla turystów lubiących przygodę.

Owa tajemna mapa, która jest już w druku i niebawem wyjdzie na światło dzienne, to tylko zewnętrzna, materialna ilustracja rozwijającej się współpracy i odkrywania nie tylko lokalnej tożsamości, ale i odkrywania regionalnego dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. Poprowadzi ścieżką przygody, rękodzieła, lokalnej żywności, na nowo odkrywanych smaków i zapachów prowincji. Mapa tajemniczej krainy (nazwa jest jeszcze tajemnicą), która ścieżkami przygody poprowadzi każdego ciekawego turystę przez dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, z lokalnym rękodziełem, żywnością i wysokiej jakości, na nowo odkrywanymi smakami i zapachami prowincji.

Województwo warmińsko-mazurskie, region w którym dobrze się żyje na stałe lub w czasie krótkiego lub dłuższego wyjazdu. Slow life na uroczej prowincji. Cittaslow z piękną przyrodą w tle oraz unikalnym rękodziełem. Dziedzictwo odkrywanej tożsamości. Wędrówka przez smaki, zapachy, opowieści. Niebanalna przygoda.

Nazwa wspomnianej, na nowo odkrywanej krainy, to nazwa nieformalnej grupy drobnych przedsiębiorców z branży agroturystycznej, gastronomicznej, usług turystycznych, rękodzieła, lokalnych producentów żywności oraz środowiska naukowego. Łączy nas promocja lokalnej, prowincjonalnej kultury, zarówno w wystroju wnętrza jak i stylistyce oraz usługach. Wspieramy lokalnych twórców i lokalne rękodzieło. Poszukujemy współczesnej tożsamości regionalnej oraz zdrowego stylu życia – powolnego (slow life) stylu życia przyjaznego środowisku przyrodniczemu jak i zdrowiu człowieka. Stawiamy na jakość życia a nie pośpiech i niską cenę (niska cena najczęściej wynika z niskiej jakości surowców lub niewolniczej pracy). Preferujemy dobrą jakość i lokalną wytwórczości. Nawiązujemy do idei cittaslow i spokojnej prowincji, w której dobrze się żyje.

Weź mapę i odwiedź miejsca, które dla Ciebie na początek wybraliśmy (systematycznie takich miejsc na mapie będzie przybywało, bo wspólnie będziemy je odkrywali i kreowali). Nie folklor a folkloryzm. W przyszłości pojawią się nie tylko gadające dachówki, malowane kamienie, malowane przystanki czy maść do latania. Będzie więcej autentycznej i niebanalnej przygody. Do współpracy i współtworzenia już teraz zapraszam.

Posmakuj życia niebanalnego. Nie spiesz się w swojej podróży. Posiedź przy zielonym piecu i posłuchaj opowieści. I opowiedz nam o sobie. Bez wątpienia rodzi się nowa tożsamość regionalna, ale jak nazwać region o tak burzliwej historii i ciągłych zmianach? Odwoływanie się do przeszłości: Prusy, Prusy Wschodnie, Warmia, Mazury, itd. jest ułomne i samoograniczające. Nic dziwnego, że ciągle pojawiają się nowe propozycje. Naturalnym wydaje się odwołanie do dawnego dziedzictwa, do tradycji. Bo przecież tożsamość regionalna rodzi się z pamięci tego, co było. I tego co jest. Nasz region na przestrzeni wieków i tysiącleci był w obrębie różnorodnych tworów państwowych i pod wpływem różnych kultur i etnosów. Region wiecznych tułaczy. Pojawiają się ludzie… by po jakimś czasie dobrowolnie lub pod przymusem przemieścić się gdzieś indziej.

Teraz przybyłeś i Ty. Odkrywaj z nami tajemniczą ….. krainę. Cierpliwości, szczegóły niebawem

Chruściki, webinarium i praca domowa

Szklarska_Porba_wodospad_Kamieczyka_2Nie ma lekko, człowiek siwiejący a uczyć się trzeba. I wcale nie mam na myśli tylko faktu, iż jadę na warsztaty bentologiczne uczyć się oznaczać muchówek (Diptera), żyjących w polskich wodach. W tam zwanym międzyczasie doszkalam się w trybie wieczorowym w zakresie korzystania z wolnych zasobów w dydaktyce akademickiej. Z tej okazji po raz pierwszy w życiu wziąłem udział w webinarium o Otwartych Zasobach Edukacyjnych. Dzisiaj to już czwarty raz w ramach cyklu, na który się z własnej woli zapisałem.

Jutro cały dzień w podróżny, potem bez komputera gdzieś w górach, a tu zadali pracę domową i do niedzieli zrobić trzeba. Śpieszę się, bo nie wiem czy na tablecie by się udało. Spróbuję, ale strzeżonego … wiadomo.

W Karkonosze jadę by w krótkim doniesieniu opowiedzieć o chruścikach (Trichoptera) Sudetów, stanie poznania, typologii cieków i zgrupowań ze szczególnym uwzględnieniem Kotliny Kłodzkiej. Będzie to wspólny referat, mój i pana Marcina Przesmyckiego (Pracownia Laboratorium z siedzibą w Wałbrzychu, WIOŚ we Wrocławiu).

W kraju zabieramy się za monitoring wód i wykorzystanie do tego celu makrobentosu, ale ciągle potykamy się o braki w badaniach podstawowych. Bez nich się nie da, i jednym z celów referatu będzie nawoływanie do powrotu do badań podstawowych, do owej „pogardzanej” faunistyki (oby nie był to głos wołającego w puszczy).

Chyba nie obędzie się bez dużej bazy danych i współpracy on-line wielu osób (mam nadzieję że uda się w ramach projektu Spin-Lab). A na konferencji, w kontaktach bezpośrednich do takiej współpracy namawiać można. Może się uda. Przecież nie wszyscy do reszty zachorowali na punktozę. Mam przynajmniej taką nadzieję.

W referacie opowiem (i pokażę) o stanie poznania chruścików Sudetów, z uwzględnieniem danych opublikowanych oraz materiałów niepublikowanych, zebranych w ramach Państwowego Monitoringu Środowiska wód płynących w latach 2007-2011. Poszczególnym typom abiotycznym cieków przyporządkowano zgrupowania chruścików (to co się udało z materiału zebranego w 2008 r. w Kotlinie Kłodzkiej).

W zlewni Nysy Kłodzkiej w 2008 r. najliczniej reprezentowane były: Hydropsyche siltalai i Psychomyia pusilla. Do dominantów zaliczono: Rhyacophila nubila, Sericostoma sp., Hydropsyche instabilis, do subdominantów: Hydropsyche incognita, Hydroptila sp., Hydropscyhe pelucidula, Athripsodes albifrons, Chaetopteryx villosa. Najwyższą frekwencją na stanowiskach odznaczyły się: Psychomyia pusilla Hydroptila sp., Hydropsyche incognita i Polycentropus flavomaculatus. W ciekach zlewni Bystrzycy struktura dominacji i frekwencji były trochę inne, ale eudominantami były te same gatunki: Hydropsyche siltalai i Psychomyia pusila. Do dominantów zaliczono: Polycentropus flavomaculatus, Anabolia sp., Rhyacophila nubila, do subdominantów: Athripsodes bilineatus, Goera pilosa, Halesus digitatus. Największą frekwencją na stanowiskach odznaczyły się: Polycentropus flavomaculatus, Rhyacophila nubila, Hydropsyche siltalai. O czym świadczą te różnice? Opowiem w trakcie wystąpienie. I o tym, co jeszcze trzeba zrobić by z tych danych wydobyć referencyjne zgrupowania chruścików.

19 gatunków występowało w badanych ciekach obu zlewni. Tylko w zlewni Bystrzycy w próbach z 2008 r. stwierdzono: Cyrnus trimaculatus, Hydropsyche bulbifera, H. fulvipes i Potamophylax cingulatus. Tylko w zlewni Nysy Kłodzkiej występowały: Agapetus ochripes, Athripsodes albifrons, Brachycentrus subnubilus, B. maculatus, Drusus brunneus, Halesus radiatus, H. tesselatus, Lasiocephala basalis, Lepidostoma hirtum, Rhyacophila tristis, Silo graelsi, S. nigricornis, S. piceus, Stenophylax permistus. Różnice między ciekami obu zlewni w największym stopniu wynikały z różnić w uwzględnionych typach abiotycznych. Najwięcej stanowisk zaliczono do typu 4 i 8, pojedyncze stanowiska do typu 5, 6, 10, 16 i 18. Typu abiotyczne typami, a jakie znaczenie ma siedliskowa heterogenność w ciekach? Bardziej widoczna na moim pojezierzu, ale i w górskich ciekach też jest widoczna.

Analizowano skład gatunkowy oraz podobieństwa faunistyczne między różnymi typami abiotycznymi badanych cieków. Analizowano także podobieństwa faunistyczne między stanowiskami. Stwierdzono, iż grupowanie stanowisk na podstawie podobieństwa faunistycznego nie pokrywa się w pełni z typami abiotycznymi rzek. Wskazuje to, że na rozmieszczenie chruścików w ciekach Kotliny Kłodzkiej wpływają także inne czynniki siedliskowe. Największa liczba gatunków preferuje typ abiotyczny rzek numer 4 (potoki wyżynne krzemianowe z substratem gruboziarnistym) i 8 (małe rzeki wyżynne krzemianowe) – są to: Anabolia sp. (laevis/furcata), Hydropsyche incognita, Hydropsyche instabilis, Hydropsyche pellucidula, Hydropsyche siltalai, Hydroptila sp., Polycentropus flavomaculatus, Psychomyia pusilla, Rhyacophila nubila, Sericostoma sp. Są to głównie gatunki dominujące. Najmniejsza liczba gatunków, bo tylko dwa (Anabolia sp., Hydropsyche angustipennis) została rozpoznana w rzekach o typie abiotycznym nr 18 (potok nizinny żwirowy). Ale to wszystko to początek drogi, pierwsza przymiarka. Wszystkich danych jest dużó więcej – ponad 60 tys. lar chruścików z całej Polski, z wielu typów wód. Bez spółpracy się nie da.

U góry zmodyfikowana fotografia wodospadu Kamieńczyka. Autor: Platanacero,  tytuł zdjęcia: „Szklarska Poręba, wodospad Kamieńczyka”, źródło: Wikimedia Commons, licencja GFDL ver. 1.2 or CC-by-sa ver. 2.5, 2.0, and 1.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0-3.0-2.5-2.0-1.0), https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/4a/Szklarska_Por%C4%99ba%2C_wodospad_Kamie%C5%84czyka_1.jpg

Tekst i grafika niniejszego wpisu na licencji CC-BY-SA

ps. A gdzie praca domowa? Właściwy nauczyciel wie :).

Podwórkowy traktat o malowaniu kamieni – rzecz o slow science

kamienietumianyMówić (komunikować) można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem. Piszę publikacje, na konferencjach naukowych wygłaszam referaty, wystawiam postery naukowe, prowadzę dyskusje kuluarowe oraz internetowe. Ale czasem maluję…. pod słońcem prowincji, w cieniu lipy, dębu lub kasztanowca, na trawniku. Maluję butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne. Przywracam im sens i znaczenie. Bez wykwintnie uczonych słów. Teraz przyszła pora na kamienie, bo one na tej ziemi już długo leżą. Są napływowe, tak jak my wszyscy. Przybyły z lodowcem ze Skandynawii. Albo przyjechały ciężarówką na budowę z górskich kamieniołomów. Są i leżą.

Ta biedna ziemia rodzi kamienie na polach. Niby zawadzają, niby są niepotrzebna, ale można z nich coś zbudować. Nadać im nowy sens poprzez umieszczenie w nowym kontekście. Kontekst wiele zmienia.

Dlaczego ten traktat jest podwórkowy? Bo mam dystans do siebie i szacunek do prowincji, rozsiadłej między jeziorami, rzeczkami, laskami i piaszczystymi, ubogimi pagórkami. Bo teraz zbyt często siedzimy przed monitorami i klawiaturą zamiast na podwórkowym trzepaku. Bo kamienie najłatwiej znaleźć na podwórku. Małymi można pograć w klasy, na dużym można usiąść. A jedne i drugie można pomalować. Też na podwórku, ważne żeby z innymi ludźmi, bo to jest kontekst, który wiele zmienia.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. W tym drugim niczego nie wytwarza, utrzymuje jedynie stan. Stan estetyki, porządku i piękna. Przywraca to, czego potrzebujemy. Sensem tej pracy nie jest więc wzrost, produkcja, PKB ani nawet konsumpcja.

Nie jestem zawodowym filozofem ani zawodowym artystą. Jestem naukowcem (biologiem), który czasem opowiada o chruścikach, ważkach, ryżych zygmuntach, dzikich żółtych tulipanach, pokrzywie, gęsich piórach oraz maści do latania w kontekście biogospodarki i ochrony przyrody. Nie mam poletka z fasolą – nie powstanie więc traktach o łuskaniu fasoli. Ale mam farby. Kamienie leżą wokół. Nie trzeba ich kupować.

Za kilka dni jadę na konferencję bentologiczną (bentos to organizmy żyjące na dnie zbiorników wodnych, a więc i chruściki), przy okazji eksperymentalnie będę uczestniczył w malowaniu kamieni, jako formie prowokującej a zarazem uatrakcyjniającej rozmowy kuluarowe. Z kolei jesienią wybieram się na festiwal filozofii. I też chcę malować kamienie i zaprosić do tej czynności innych. Tym razem filozofów. Nie będziemy łuskać fasoli. Będziemy wspólnie malować kamienie. Mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Można milczeć. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha, a niektóre są takie mądre, że nawet mówiący ich nie rozumie.

Spotkamy się, by w prostej czynności przywracać sens i znaczenie rzeczom pozornie bezwartościowym. I ludziom. To nie będzie ani wykład ani komunikat ani referat. Nie będzie splendoru i oklasków. Ale będzie komunikacja międzyludzka, tak jak kiedyś przy prostej pracy na polu, czy w chałupie, gdy darto pierze, międlono len, szatkowano kapustę. W cyfrowym świecie brakuje nam doświadczenia wspólnotowości.

Malować kamienie i milczeć. Bo nie tylko słowem przekazujemy treści. To, co chcę zrobić w trakcie warsztatów bentologicznych i festiwalu filozofii, to wyjście poza schematy i utarte, akademickie rytuały. Poszukać nowego albo odszukać utracone. Nie potrzebuję auli (wystarczy trawnik, tak jak bezdomnemu), prądu, komputerów czy rzutnika multimedialnego. Nie potrzebuję punktów za rozdział w monografii pokonferencyjnej. To będzie slow science na prowincji. Powstaną popaćkane kamienie. I te kamienie kultury (bo jak pomalowane, to już troszkę kultury nabiorą) rzucimy na szaniec. Bo potrzebna nam swoista rewolucja w myśleniu o świecie, o konsumpcji i sensie.

Butelki, dachówki czy kamienie, przetworzone malowaniem lub ozdobione techniką decoupage, porozrzucane po parku czy trawniku będą jak wyspy na Archipelagu Kultury. Takowy powstał i się rozwija jako powiązanie kooperacyjne różnych instytucji województwa warmińsko-mazurskiego. Nie będąc ani dyplomowanym filozofem ani artystą chcę malować kamienie, bo jest to aktywne uczestnictwo w kulturze lokalnej i regionalnej. Każdy może. Marzy mi się uczestnictwo w kulturze możliwie szerokich kręgów społeczeństwa, w szczególności z prowincji, tych mieszkających daleko od szosy. Aktywne uczestnictwo jest bardziej efektywne w edukacji kulturalnej niż tylko bierne oglądanie, słuchanie, czytanie. Do tworzenia nie trzeba wielkich pieniędzy – potrzeba wyobraźni. Nie wiem o co jest trudniej we współczesnym świecie…

Takie malowanie na wsi mogłoby się wydawać imprezą ludyczną, popkulturową. Ale w milczącym malowaniu, z rzadka przerywanym krótka opowieścią, kryje się coś więcej. Kryje się przeciwdziałanie wykluczeniu w kulturze i sprzeciw wobec wykluczenia cyfrowego. Nie o cyfrowe kamienie chodzi, ale o pokazanie ich w internecie. Internet umożliwia dostęp do kultury nawet tym, którzy daleko mieszkają od filharmonii, teatru, BWA, galerii (ale nie tych handlowych), biblioteki i miejsc koncertowych. Ale muszą umieć wykorzystywać technologie cyfrowe by zobaczyć i by pokazać pracę swoich rąk i swoich myśli. By uczestniczyć w kulturze nie trzeba kończyć studiów, zdobywać przeróżnych fakultetów i renomowanych dyplomów. Wystarczy odwaga.

Może trudno to od razu dostrzec, ale dla mnie malowanie kamieni z ludźmi na podwórku lub na wsi to budowanie tożsamości kulturowej regionu, w oparciu o aktywność społeczną w środowiskach lokalnych oraz w nawiązaniu do globalnych zjawisk kultury, takich jak rozwój slow life czy citaslow – lokalnej kultury czasu wolnego. Dużo czasu mają młodzi ludzie, jeszcze więcej emeryci i bezrobotni. Tych dwóch grup jest u nas coraz więcej. Chodzi o sensowne wykorzystanie czasy wolnego by budować, tworzyć kulturę lokalną jako wsparcie dla przemysłu turystycznego w szerokim sensie. Wykreujmy, najpierw odważną myślą, potem realnymi działaniami Warmińsko-Mazurskie jako region ludzi niebanalnych, miejsce, gdzie dobrze się żyje na stałe lub tylko w czasie wakacyjnego wyjazdu, miejsce gdzie dobrze się tworzy. Miejsce autentycznej twórczości. Czy to artystycznej czy to filozoficznej czy to naukowej. Albo tej codziennej.

Malowanie kamieni narodziło się w ubiegłe wakacje na plenerze w Tumianach, gdy zabrakło blejtram. A w zasadzie zaczęło się znacznie wcześniej, gdy prof. Eugeniusz Geno Małkowski zainicjował akcje wspólnego malowania dużych obrazów.

A w niedalekiej przyszłości marzy mi się … Zlot czarownic czyli baby kręcą światem (a nie tylko miotłami). Takie wiejsko-prowincjonalne spotkanie Kół Gospodyń Wiejskich (i innych grup nieformalnych, na które patrzymy z odrobiną wyższości i wielkomiejskiej pogardy), najlepiej w Garbnie bo to Wzgórze Czarownicy (z języka staropruskiego laume + garbis). I w nawiązaniu do Elisabet Behm (światowej prekursorki wiejskich stowarzyszeń kobiet wiejskich), w nawiązaniu do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regonu (od roku jest nawet taki kierunek studiów na UWM). Przy okazji odbyłaby się światowa prapremiera nowej maści do latania jako potencjalnego produktu regionalnego. Nad taką maścią pracuję jak najbardziej poważnie (taka tam mała innowacja dla przemysłu spożywczego). Na wspomnianym zlocie byłaby część etnograficzna i historyczna, jakaś kulturalna oraz część biologiczna z odniesieniem do leczniczych właściwości roślin, jako surowca dla biogospodarki. Z energią odnawialną w tle (bo do kulturalnych odlotów trzeba energii, miejscowej a nie importowanej). Tytuł może trochę ludyczny, ale chodzi o coś znacznie głębszego z animacją społeczną w tle.

A tymczasem kupiłem farby, by pomalować kamienie.

O obowiązkowych wykładach Cz. 8. Podsumowanie. Kontekst całości

notatki_na_wykadzieA jakie są argumenty za obowiązkowymi wykładami na uczelniach wyższych? Przeglądając różne internetowe dyskusje znalazłem i takie uzasadnienie, chyba najważniejsze.

„Skoro dla braci studenckiej znawca tematu (czytaj wykładowca) przygotowuje wykład na najwyższym poziomie, zgodnie ze swoją wiedzą, popartą najnowszymi badaniami naukowymi w tej dziedzinie, a także często i praktycznym doświadczeniem, chcąc przekazać to, co w danej dziedzinie/dyscyplinie najcenniejsze i najważniejsze, to robienie łaski i zaszczycanie swoją obecnością na wykładach uważam za delikatnie mówiąc niestosowne.” Tak więc chcemy studentów na wykładzie bo sami się napracowaliśmy i oczekujemy uznania. Bo skoro ja się napracowałem to klient musi to kupić? Skoro górnik ciężko pracuje, albo rolnik, albo robotnik w fabryce samochodów i lamp naftowych, to musi być… interwencyjny skup towarów, nawet nikomu nie potrzebnych? Skoro się namęczyłem, to obecność na wykładzie i szacunek się należy jak psu kiełbasa? Czy na prawdę zaledwie na tyle (rozpaczliwych gestów)  stać środowisko akademickie? Nie sądzę. Myślę, że na wiedzę jest zapotrzebowanie. I na wykłady także.

„Wykłady są immanentnym składnikiem studiów. Za czasów moich studiów, bez wiedzy z wykładów nie sposób było zdać egzaminów. Sporo pytań odnosiło się do wiedzy najłatwiej a czasami jedynie dostępnej poprzez wykłady.” Czasy się zmieniły, pisałem w poprzednich wpisach. Obecnie wykłady nie są głównym źródłem informacji, bo komunikacja się zmieniła. Zmienił się kontekst i otoczenie edukacji. Pora do zauważyć.

Inny argument: mają chodzić, bo nie będą przygotowani na egzamin? Czy aby na pewno? I drugie pytanie: czy egzamin układamy pod wykłady (żeby chodzili), czy też wykłady i egzamin dostosowujemy, aby osiągnąć zaplanowany efekt kształcenia? „Dziwi mnie, że studenci poświęcają swój czas na protesty przeciwko obowiązkowym wykładom, których celem jest poszerzenie ich wiedzy, zamiast wymagać od uniwersytetu zmian, które rzeczywiście pomogłyby im w studiowaniu oraz dalszej karierze, tj. wyższe stypendia, lepsze warunki lokalowe, lepiej wyposażone biblioteki itd.” Czy na pewno wszystkie wykłady poszerzają wiedzę? Przykładowa wypowiedź studenta: „tylko 1 na 10 wykładów jest wartościowy”. To jest skala naszej jakości i studenckich oczekiwań. Przymuszaniem do wykładów (modyfikując regulaminy) niczego dobrego nie osiągniemy. Współczesna innowacyjna gospodarka oczekuje nie karnych, pruskich rekrutów tylko ludzi myślących, aktywnych, rozumiejących, kreatywnych. Pruski dryl nie jest metodą na kształcenie kadr dla gospodarki opartej na wiedzy. Odwoływanie się do przeszłości „bo kiedyś tak było i było dobrze” także jest nietrafionym anachronizmem. W ostatnich dziesięcioleciach wiele się zmieniło zarówno w technologii komunikacji jak i samym społeczeństwie.

No dobrze, w regulaminie zapiszemy, że obecność na wykładach jest obowiązkowa. Co osiągniemy? Dobre samopoczucie, że ktoś nas słucha? A czy będzie rzeczywiście słuchał czy tylko udawał, że słucha? Tak jak w szkole, pojawi się dużo zwolnień lekarskich i innych przypadków losowych. Jeśli niechciane i nudne, to zrodzi negatywne nastawienie do całego uniwersytetu. Jest problem, to fakt. Szukajmy jednak przyczyny. Szukajmy innych sposobów motywowania i pokazywania sensu (a czy aby sami ten sens znamy?).

W kilku odsłonach (część 1, część 2, część 3, część 4, część 5, część 6 i część 7) , analizowałem argumenty za i przeciw obowiązkowej obecności studentów na wykładach. Dla lepszego zobrazowania opisałem dwa przykłady (studium przypadku) ze szkoleniem pracowniczym oraz wykładem na konferencji. Chciałem w ten sposób pokazać jak to wygląda z drugiej strony i że nie zawsze osiągamy na wykładach to, co zamierzamy. Wykład może być odebrany jako zły nie dlatego, że jest na niskim poziomie, i nie dlatego, że studenci są leniwi i nie chcą się kształcić. Może wynikać z niedostosowania do kontekstu.

Wydaje mi się, że uczelnie wyższe potrzebują rzeczywistego wyboru zajęć oraz zwiększenia ilości ćwiczeń i zajęć praktycznych. A same wykłady potrzebują wspomagania materiałami e-learningowymi i cyfrowego zaplecza z repozytorium materiałów. Obecnie wykład służy nie tyle do przekazywania informacji (bo są efektywniejsze sposoby), co do pokazywania sensu studiowania w ogóle i danej dyscypliny w szczególności, do ułatwiania zrozumienia, pomocy w budowaniu konstruktu – indywidualnego systemu wiedzy (odwołując się dom konstruktywizmu). W końcu wykład to okazja do budowania więzi (przez bezpośredni kontakt – tu odwołuję się do konektywizmu jako koncepcji pedagogicznej).

Zamiast skupiać się na zapisach w regulaminie, a potem sprytnych sposobach na sprawdzanie listy obecności i zapobieganiu różnym fałszerstwom, skupmy się na efekcie kształcenia. Na celu oraz na misji uniwersytetu. Nie jest to łatwe, ale łatwo to już było. Nadeszły ciężkie czasu. Skupmy więc wysiłki na rzeczywistych efektach kształcenia a nie na biurokratycznej sprawozdawczości. I żeby wykłady były słuchane… trzeba mieć coś istotnego do powiedzenia. Czy mamy? Tak więc skupmy się na efektach kształcenia a nie na siłowym zaganianiu studentów na sale wykładowe. Jeśli już zwerbalizujemy pożądane efekty, to wtedy będziemy mogli pomyśleć jak je osiągnąć (jaka forma edukacji). Przy przykładowym (wykorzystanym jako studium przypadku) szkoleniu bhp aż prosi się o multimedialne materiały e-learningowe i ćwiczenia praktyczne. Być może warto w taki sposób pochylić się nad wszystkimi zajęciami. Lepsze jest wrogiem dobrego.

No tak, ale pojawia się problem biurokratyczny, który wyjaśnia dlaczego jest w ofercie uniwersyteckiej tak mało treści e-learningowych. Bo jak opracuję kurs e-learningowy, to tylko raz policzą mi godziny. Potem nie mam pensum i zostanę bezrobotny. A tak, zawsze mam godziny (tylko siłą muszę studentów zagnać do sali). Szkolenie bhp jest obowiązkowe, z podanym wymiarem godzin. Nie efektów, ale godzin. Godziny szkoleniowe łatwo policzyć, sprawdzić i wpisać do sprawozdania. Każda kontrola sprawdzi w papierach i będzie zadowolona.

Jak sprawdzać efekty? Z całą pewnością nie jest łatwo. Jakże łatwo nam sprawdzić obecność, a jak trudno sprawdzić efekty kształcenia! Łatwo można sprawdzić wiedzę faktograficzną, znacznie trudniej umiejętności i kompetencje miękkie. Widoczny jest więc w uniwersyteckiej codzienności prymat biurokracji i papierowej sprawozdawczości nad sensem i efektywnością. Dlatego nudzimy się na długim szkoleniu bhp, a studenci na wielu naszych zajęciach. W pewnym sensie jest to kwintesencja problemów kształcenia uniwersyteckiego. Trzeba zmienić cały system!

Potrzeba nam ogólnouniwersyteckiego szukania sensu: zrozumieć obecną sytuację, znaczenie edukacji we współczesnym społeczeństwie, uwarunkowanie komunikacji itd. Żeby skupić się na efektach kształcenia najpierw musimy je mądrze i trafnie sformułować. Jakie efekty uznać za ważne i jak je mierzyć (czy osiągnęliśmy zakładany rezultat?). Takiej dyskusji akademickiej najwyraźniej brakuje lub jest rachityczna i na obrzeżach. Gros wysiłku idzie i pozorowanie na papierze. Męczymy się sylabusami i wymyślaniem regulaminów z obowiązkowymi wykładami (i jak to sprawdzić), obmyślamy rozległe procedury. Wysiłek czasowy wielki… ale rezultaty nie dają nam najwyraźniej satysfakcji.

Co mi te blogowe rozmyślania dały? Pisanie i porządkowanie myśli dla mnie było owocne. Trochę się poukładało i mam pomysły na drobne zmiany w swoich wykładach i łączeniu z innymi formami dydaktycznymi. Zrobić to, co mogę w określonych ramach prawnych i organizacyjnych. Oczekując zmian systemowych mogę przecież zrobić choć trochę tam, gdzie ode mnie zależy.

Wzgórze czarownic pośród bagien czyli o energii odnawialnej i produkcie regionalnym

czarownicagilawyW piękny majowy czas miałem okazję odwiedzić Garbno. Jadąc pociągiem widziałem rozległe pola kwitnącego rzepaku. Wielkie monokultury z różnymi uprawami, a w krajobrazie wiatraki. Energia odnawialna zakorzenia się w naszym regionie. Żałuję, że zdjęć nie zrobiłem, bo widok z okien pociągu był przepiękny. W tym krajobrazie wielkich pól z rzadko porozrzucanymi zadrzewieniami, rzeczkami i zbiornikami wodnymi, wiatraki wprowadzają mozaikę siedliskową. I w gruncie rzeczy ładnie wyglądają, wkomponowując się w antropogeniczny krajobraz. Tuż pod wiatrakiem nie ma upraw, są po prostu ugory… z dużą ilością chwastów. Czyli dużą różnorodnością biologiczną kwitnących roślin i korzystających z tych roślin owadów. I to ekologa, entomologa, przyrodnika cieszy. Kusi, żeby zbadać dokładniej. Może i niebawem się wybiorę. Po badaniach nad różnorodnością biologiczną upraw wierzby (dla celów energetycznych – energia z biomasy) teraz przydałoby się sprawdzić jak farmy wiatrowe wpływają na bioróżnorodność.

Ale tymczasem wybrałem się do Garbna w zupełnie innym celu, z wykładem popularnonaukowym o racjonalnym gospodarowaniu energią i wodą – przyjaznym dla kieszeni, jakości życia i dla środowiska przyrodniczego. Inaczej mówiąc – ekologia z perspektywy gospodarstwa domowego. A jednocześnie nawiązanie do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regionu. Na zaproszenie Koła Gospodyń Wiejskich „Baby z Babieńca” wybrałem się do Garbna, do świetlicy wiejskiej. W spotkaniu uczestniczyła także młodzież gimnazjalna.

Zmieniły się nasze wsie, wypiękniały. Pamiętam takie wsie sprzed 30-20-15 lat. Zapyziałe, szare odrapane, z beznadzieją i tanim winem owocowym. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Ale pozostało duże bezrobocie, migracja zarobkowa, wyludnienie. Pamiętam ten region z dzieciństwa i wyjazdów wakacyjnych.

garbnowykladZaproszenie do Garbna przyjąłem z sentymentem. Usłyszałem z ust starszych osób piękny zaśpiew wileński. Jakbym wrócił do dzieciństwa. Temu środowisku jestem coś winien. Znam ten region przygraniczny, zamierający, kiedyś z rozpitymi PGRami, teraz wyludniający się i zamierający. Szansę upatruję w turystyce i energii odnawialnej. Bo energia odnawialna daje prace tu na miejscu a pieniądze nie są drenowane na Śląsk (energia elektryczna z węgla kamiennego). Z kolei turystyka opiera się na dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym, na aktywnym wypoczynku i dziedzictwie kulinarnym, na rękodziele (w tym sztuce niebanalnej i profesjonalnej) itd. W nawiązaniu do przeszłości jechałem z pomysłem… maści do latania. Brzmi bajkowo, ale za tym się kryje pomysł na produkt regionalny.

W Garbnie, nad rzeką Guber i prawobrzeżnym dopływem – Strugą Rawą, w 1328 roku powstała strażnica (zamek krzyżacki), przy zamku powstała osada, oficjalnie lokowana na sześciu włókach 11 lat później. Dawniej wieś nazywała się Lamgarben a swoją nazwę wzięła z języka dawnych Prusów. Garbis to wzgórze, natomiast lame oznacza bagna, moczary, teren podmokły (taki na pewno był w dolinie Gubra i wpadającej do niej strugi). Można byłoby więc pierwotną nazwę Laumygarbis, a od XV w Lamegarben, tłumaczyć ze staropruskiego jako Bagienne Wzgórze, Wzgórze Pośród Bagien (terenów podmokłych). Ale można także inaczej wywodzić nazwę, ze słowa laume, oznaczającego czarownicę. Laumygarbis oznaczałoby Wzgórze Czarownic. Łącząc obie interpretacje wymyśliłem Wzgórze Czarownic Pośród Bagien. A jedną z dygresji, w nawiązaniu do dawnego wykorzystania „chwastów” w życiu codziennym, było wspomnienie o maści do latania. Do produkcji owej maści używano m.in. bylicy pospolitej i tłuszczu z gęsi. Mamy więc pomysł na lokalny produkt kulinarny i etnograficzną zabawę w jednym. A z piór gęsich można zrobić… na przykład pióra do kaligrafii. Kolejny element lokalnej układanki i oferty turystycznej.

Fantazjuję z tą maścią do latania i etnograficznymi opowieściami? Obok Garbna są Tołkiny, i jak przekonują genealodzy niemieccy z tej miejscowości wywodzi się ród Tolkiena (przez Saksonię trafił do Wielkiej Brytanii), autora Władcy Pierścieni. Kolejny powód by odwiedzić te okolice i to przez turystę międzynarodowego. A niedaleko jest i … Smokowo. Garbno czyli Wzgórze Czarownic, Tołkiny z Tolkienem i Smokowo – same odloty. Maść do latania sama się narzuca. I przygoda, bazująca na kreatywności (kapitał ludzki), dziedzictwie kulturowym i dziedzictwie przyrodniczym.

Do Garbna na prelekcję przywiozłem swoją malowaną butelkę (motyw cykorii podróżnik) i malowany kamyk warmiński, z pleneru w Tumianach. Jako przykład rękodzieła. Panie z kół gospodyń wiejskich (z Garbna oraz z Babieńca) pokazały swoje rękodzielnicze prace, z papierowej wikliny, kwiaty z bibuły oraz kwiaty i choinki z kogucich piór. Te „baby” mają moc … tworzenia nie tylko rękodzieła ale i animacji życia społecznego. Sól tej ziemi. Zapomniane wioski ale z bogatą historią.

A propos Garbna to warto wspomnieć o mało znanej u nas postaci – Elisabet Boehm (1859-1943), z domu Steppuhn, z pobliskich Głowbit, która w 1880 została żoną Otto Boehma. Małżonkowie na stałe osiedli w Garbnie. Elisabet Boehm znana jest na terenie całych Niemiec jako założycielka Towarzystw Wiejskich Kobiet (Landwirtschaftlichen Hausfrauenverein), czyli jest prekursorką Kół Gospodyń Wiejskich i podobnych ruchów, także w USA. Można powiedzieć, że to miejscowa feministka, a więc w uproszczeniu „czarownica”. Uznaniem jej działań w ruchu kobiecym było przyznanie złotego łańcucha przez Uniwersytet w Królewcu oraz nadanie honorowego obywatela miasta Królewiec. W 1993 r. poczta niemiecka wypuściła znaczek z jej podobizną.

Okolica interesująca i piękna. Warto się wybrać. Następnym razem przyjadę rowerem. To znaczy rower zapakuję do pociągu, przyjadę do Korsz lub Tołkin, a dalej pozwiedzam w powolnym rytmie, w klimacie prowincji i cittaslow. By był czas na podziwianie lokalnego rękodzieła niebanalnych kobiet, zabytków z przeszłości i różnorodności biologicznej, kryjącej się w krajobrazie pojeziernym i cieniu turbin wiatrowych.

kaligrafia1

Zamieszczone fotki, od góry:

  •  Czarownica z Giław, zdjęcie podczas Kiermasu Warmińskiego w Bałdach
  •  Zdjęcie z wykładu w Garbnie (tuż przed rozpoczęciem)
  •  Kaligrafia, pisanie gęsim piórem (Niebieskie Piórko 2015)

Więcej o maści do latania i bioróżnorodności w garnku.

https://czachorowski.home.blog/2014/04/15/bylica-piwo-pieczona-ges-i-masc-do-latania/l

https://czachorowski.home.blog/2014/04/14/o-bylicy-plodnosci-przyprawach-kadzidle-i-starodawnym-srodku-na-robaki-i-na-wszy/

http://ro.com.pl/wakacyjne-przygody-z-jadalnymi-chwastami-i-mascia-do-latania/01140687