Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 2. Studium przypadku

Jeśli nie masz odwagi spojrzeć na problem, to nie czytaj. Jeśli chcesz żyć w iluzjach – też nie czytaj. Z racji prowadzonego przedmiotu (autoprezentacja) często zaglądam do różnych artykułów i poradników, dotyczących wystąpień publicznych. Niedawno przeglądałem artykuł, w którym autor zachęcał do uczenia się trudnej sztuki wygłaszania referatów. Cytuję z pamięci jak autor zachęcał: „zapewne pamiętasz nudne wykłady z uczelni (tylko rzadko trafiają się dobre), ale nie bierz z nich przykładu.” Trudno o gorszą reklamę uniwersytetów. Ale widać autor bazuje na swoich doświadczeniach i odwołuje się do doświadczeń czytelników. Skąd się taka opinia bierze? Przecież w uczelniach gros czasu poświęcamy na komunikację międzyludzką, na przekazywanie wiedzy. Więc umiejętność dobrego mówienia i pisania powinniśmy mieć opanowane do perfekcji. A przecież to nie nas podają jako przykład dobrych wystąpień. Dlaczego? Tak, dużo mówimy… ale czy efektywnie i z sensem? A jeśli nie, to dlaczego?

phpwykladKontynuuję rozważania o sensie obowiązkowych (dla studentów) wykładów na uczelniach wyższych. Studium przypadku ze szkoleniem BHP (każdy co jakiś czas przez to przechodzi, więc łatwo jest mi się odwołać do własnych doświadczeń czytelnika). Aha, skoro tekst będzie długi i rozpisany na części, to warto i w tym miejscu to powiedzieć: wykłady jako forma kształcenia są potrzebna na uniwersytecie, mogą być lepsze i bardziej efektywne. Wprowadzanie obowiązkowej obecności nie jest dobrą metodą podnoszenia ich jakości, wręcz przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych.

Zatem wróćmy do tematu, bazując na studium przypadku. Opowiem teraz o szkoleniu BHP, pt. „szkolenie okresowe pracowników”. (czytaj część 1 – wprowadzenie). Miałem okazję poczuć się jak student i wykorzystać nawet niekomfortową sytuację do refleksji i ukierunkowanej obserwacji… by zrozumieć lepiej całe zjawisko. I tymi refleksjami się dzielę, mocno zachęcając do dyskusji. Dlaczego bywa nudno na wykładach? Świadomie przeżywałem to „studium przypadku”, by przemyśleć i z czymś konkretnym włączyć się do dyskusji o obowiązkowych wykładach.

BHP, rzecz potrzebna do życia, wiem. Bo czasem się coś wydarzy a nie wiadomo jak się zachować i stoi się jak słup soli. Chciałbym wiedzieć i umieć. A mimo to szedłem jak na skazanie, jak student w poniedziałek na wykład o 7. rano. Trzeba być, odbębnić, bo obowiązkowe i jest lista obecności. Tak jak kiedyś na „wojsku” (w dawnych czasach szkolenie wojskowe, raz w tygodniu), też czuliśmy się jak na durnych, obowiązkowych zajęciach, trzeba jakoś przeżyć ten dzień wyjęty z życiorysu… No więc mam okazję poznać problem z drugiej strony pulpitu wykładowego.

Motywacja: lista i przymus. Czasem trzeba przymusić „bo studenci są głupi i nie wiedzą co dobre„? Ujawnia się tu stosunek do drugiego człowieka, to jak patrzymy na świat i na ludzi…)? Ale skoro mus… to od razu wewnętrzny sprzeciw, bunt i ukierunkowywane przekonywanie się, że to nie ma sensu, że bzdura (odnotować w pamięci wszystko to, co „udowadnia” bzdurę”). Ukierunkowana aktywność mózgu na wyszukiwanie dowodów, że to bzdura (wyszukiwanie wszystkich potknięć i utwierdzanie się w pierwotnym nastawieniu). Refleksja: zła motywacja, złe nastawienie (przez wcześniejsze doświadczenie, lub przekazane przez kogoś innego) negatywnie wpływa na uwagę i zapamiętywanie. Jest to selektywne zapamiętywanie. Nawet tendencyjne.

Na wykładach z autoprezentacji mówię o znaczeniu emocji? O tym, że przynajmniej na początku ważne są emocje a nie treść. Bo przecież nie zawsze i nie wszyscy przychodzą „gotowi”, dobrze zmotywowani i przychylnie nastawieni. To emocje decydują o tym, co, ile i jak do nas dociera. Tak, to prawda. Teraz tego doświadczam na sobie… Zła legenda, to złe emocje już na starcie. Wypadałoby je jakoś zneutralizować i odwrócić. Ale trzeba najpierw o tym wiedzieć i uświadomić sobie taką konieczność. Zaczynamy słuchać emocjami. Nawet na wykładach „gra wstępna” jest potrzebna.

Czasem trzeba przymusić? Ryzykowne, bo przymus wyzwala złe emocje i złe nastawienie (dystansowanie się). Lepiej byłoby, gdyby sam student wybierał (sam podejmuje decyzję, że będzie obecny, z własnej woli). Jeśli sami wybieramy… to od razu lepiej emocjonalnie się do treści nastawiamy (przecież nie mogliśmy wybrać głupio). Tak jest ze wszystkim, z wyborem (narzuceniem) współmałżonka, książki, dania w restauracji itd. Przymus to złe rozwiązanie. Lepsze rozwiązane jest wtedy, gdy student wybiera sam. USOS i system boloński teoretycznie to umożliwia. Ale my poprawiamy i ograniczamy wybór, często sprowadzając co atrapy wyboru (byle „na papierze” dobrze wyglądało, w razie kontroli, akredytacji itd.). Obłuda i samooszukiwanie się, jak w socjalizmie. Bo student mógłby wybierać nie tylko przedmioty ale także porę roku, semestru, tygodnia, a nawet wykładowcę. Dlaczego wykłady na tej samej uczelni nie miałyby odbywać się wspólnie dla wszystkich wydziałów? Powiedzmy zoologia: kilka ofert z kilku wydziałów czy kilku kierunków (UWM na kilka wydziałów przyrodniczych, wiele kierunków). Czyli tak jak jest teraz, ale studenci nie mogą wybierać z pełnej oferty, tylko z tej „swojej” (ograniczony „wybór” jak w sklepie w stanie wojennym, jest ocet i można wybrać: kupisz lub nie). Jeśli nie pasuje w poniedziałek na wydziale A, to może w środę na wydziale B? Dałoby się pogodzić konieczność dorabiania i studiowania. Albo jeśli nie odpowiada Iksiński to może wybierze Ygrekowskiego? Jakich informacji i jak dostarczyć studentowi, żeby mógł świadomie wybierać? Czy odważymy się na pełny wybór? A jeśli nie wybierze nas tylko „konkurencję”?

Wróćmy do studium przypadku ze szkoleniem BHP. 5 godzin wykładów (szkolenia). No to będę oceniał tak, jak student w ankiecie ewaluacyjnej. Skoro zostałem zmuszony, to nie będzie litości – odwzajemniam się, negatywne nastawienie owocuje. Być może tak lub podobnie myślą (czują) studenci na naszych wykładach.

Mam okazję być studentem. Usiądę z tyłu, daleko od prelegenta (żeby w spokoju robić, to co chcę). Na sali jakieś 60 osób, rozrzuceni po całym pomieszczeniu, ze skłonnością raczej dalej niż bliżej…. Hmmm, to tak jak nasi studenci. Skąd to podobieństwo? Zaczęło się. Kierownik szkolenia przedstawił cel wykładów: przypomnieć naszą wiedzę i zapoznać z nowościami (zmianami). Czyli przypominanie z niewielką dozą nowości. I na to ma być aż 5 godzin zegarowych? Samodzielnie przeczytałbym w pół godziny (i z rozmów w kuluarach, w czasie przerwy wynika, że takie przekonanie jest powszechne u uczestników…). Nie jest to zbyt motywujące. Ale na plus zapiszmy dwie rzeczy: podanie celu szkolenia i wyjście z mikrofonem do publiczności (bez siedzenia za komputerem i pulpitem). Wyraźnie (i dobre) szukanie kontaktu z publicznością. Jest zapowiedź testu i o której godzinie (ci, którzy chcą wyrwać się po podpisaniu listy, będą wiedzieli, kiedy wrócić). Ludzki wykładowca, na pewno zyskał trochę sympatii. To na początek szkolenie dobre rozwiązanie. Na ile starczy?

Było więc bez wprowadzenia, bez wstępu, w którym zawarta byłaby motywacja: dlaczego słuchać i do czego to się może przydać. Przecież nie każdy musi być dobrze zmotywowany „przed”. Od razu do sedna sprawy, cel szkolenia i treść. Odwoływanie się do korzyści słuchacza jest ważnym elementem: spowodować, by chciał słuchać. Mówię o tym na swoich wykładach. A teraz mam możliwość doświadczać… Emocje i motywacja to ważna rzecz. Czuję to na sobie i widzę po sali. Warto przeznaczyć na początku trochę czasu na przekonanie i zmotywowanie, na wywołanie dobrych emocji….

Na początek dobra wiadomość, że teraz takie szkolenie raz na 6 lat a nie co 5 lat (gdzieś w tle wyczuwalna atmosfera, że sami prowadzący czują, że to szkolenie nie jest lubiane, że słuchacze chcą od razu czmychnąć, więc jest próba obłaskawiania – w części skuteczna). Jest puszczona lista obecności, każdy może się wpisać. Jak sprawdzić, by nikt się nie dopisał nie będąc na szkoleniu? Pod koniec zajęć każdy do ręki dostaje test do rozwiązania – a więc tylko tyle egzemplarzy, ile osób na sali. Jest więc weryfikacji liczby…. ale czy mógł ktoś przyjść za kogoś i odbębnić? Mógł. A czy czasem nie robią tak studenci na wykładach? Przymus prowokuje to nieuczciwości… dopisywania do listy (można przetrzymywać listę, by wykładowca dostał dopiero na koniec i nie mógł zweryfikować), obecności osób podstawionych, wyjść po podpisaniu, np. w czasie przerwy itd. I tak przez zły system wspomagamy kształcenie niewłaściwych postaw. Czy potem możemy się dziwić temu rozdźwiękowi między tym co w papierach i tym co w rzeczywistości? Uczymy się jak sprytnie robić, żeby w papierach się zgadzało….. Skutki w gospodarce są widoczne. Papier wszystko przyjmie. I na co dzień, w rzeczywistości uniwersyteckiej (jak i pozauniwersyteckiej) sporo rzeczy robimy tylko, by w papierach było ładnie… Takie jest to nasze uniwersyteckie kształcenie z licznymi pozostałościami po fasadowym picu realnego socjalizmu…

Wróćmy do naszego studium przypadku. Mam wrażenie, że prowadzący czują lub wiedzą (z poprzednich szkoleń), że słuchacze nie chcą tu być i traktują jako zło konieczne. A i czy my nie mamy takich odczuć? Sprzężenie zwrotne emocji… Ta drobna, obopólna niechęć jest wyczuwalna. Zróbmy więc tak, byśmy sobie życia nie utrudniali, musimy (dwie strony) to odbębnić, więc odbębniajmy. A czy takiej gry nie robimy na salach wykładowych? Tak szczerze. Dlaczego tak robimy (czasem, jedni więcej, inni mniej)? Bo i wykładowca jest do czegoś przymuszony, bo jest kontrolowany i bardziej „boi” się reakcji zwierzchności niż reakcji studentów?

Po zapowiedzi pierwszy wykład, prawnika. Stoi za pulpitem, pod ekranem. Postawa gorsza niż kierownika zapowiadającego szkolenie. Na ekranie dużo tekstu. Młody człowiek, chyba po prawie. Fatalny sposób prezentowania treści, średnia przeciętna. Nie jest to mówienie od publiczności tylko realizowanie programu. Czyli tego, co ma zapisane na slajdach. Czasem czyta, czasem (na szczęście) komentuje. Po godzinie sala „odleciała”, słychać szum, rozmowy, skupienie niewielkie. Początkowa życzliwość w słuchaniu (tych co słuchali, bo znaczna część sali zajęła się swoimi sprawami, laptopami, telefonami i esemesami, poprawianiem notatek czytaniem książek w czytników ebooków). W sumie tak samo jak na wykładach zachowują się studenci. Zwłaszcza na tych nudnych. Nudnych ze względu na formę a nie potencjalną treść.

Wróćmy na wykład, który trwał chyba półtorej godziny, bez przerwy (strach przerwę robić, bo jeszcze nie wrócą, gdy lista już podpisana). Norma akademicka. Stał w koncie, za biurkiem, za monitorem, czasami czytał tekst z monitora. Dlaczego tak? Bo nasze sale wykładowe, jako Polska długa i szeroka, są źle przygotowane (zaprojektowane). Projektował ktoś, kto nie miał pojęcia o procesie komunikacji międzyludzkiej i języku ciała. Na pewno kształcił się na uczelni wyższej i w ogromnym uproszczeniu, to myśmy go tego (nie)nauczyli. A wykładów pewnie było dużo, i to obowiązkowych. Zawsze jest jakieś biurko, pulpit i „emocjonalna” barykada. A skoro barykada, to po drugiej stronie jest wróg. Jeśli prezentacja, to wykładowca chcąc mieć podgląd z monitora, musi stać za komputerem. Czasem usiądzie i wtedy w ogóle go nie widać. Jak lektor w starym kinie….

Włączyłem tablet. Eduroam nie działa. Czyli standard („w papierach” zapisane że jest). Może brak mobilnego internetu jest po to, żeby studenci na wykładach nie korzystali? Mają swój, w telefonach. Tak jak i ja mam. Żadna przeszkoda. A co tam na szkoleniu? Prelegent komentuje. Już lepiej się słucha (bo czytanie slajdów na prawdę nie wygląda dobrze). Prezentacja głównie pokazuje na ekranie tekst, czasem zbyt małą czcionką, ilustracje są jak na lekarstwo. Jestem wzrokowcem, do mnie bardziej docierają i przemawiają obrazy niż literki. Czasem pojawiają się ozdobniki, ale tylko przeszkadzają w przeczytaniu treści. Zdradza duża nieporadność i brak warsztatowego przygotowania (myślę o przygotowaniu prezentacji w Power Poincie). I co z tego, że ten młody człowiek na studiach miał zapewne dużo informacji podawanych na wykładach (może w taki sam sposób, więc tylko reprodukuje styl)? Nie nauczono go przygotowywać prezentacji i mówić do ludzi (a nie tylko realizować program w obecności ludzi). Sami żeśmy tak wykształcili. Cierpimy.. i dobrze nam tak! Czy dziwić się potem opiniom z poradników, którą zamieściłem na wstępie tego wpisu blogowego?

„Jedźmy dalej” – widać, że prelegent w tej roli nie czuje się najlepiej. A czy my na swoich wykładach czasem się tak nie czujemy? Czujemy, że jest coś źle, ale brniemy dalej, realizujemy, „jedziemy dalej”, bo trzeba…. A może nie trzeba? A może można inaczej? Tak jak wspomniałem, może można zacząć od lepszej i bardziej dostosowanej do słuchania sali wykładowej (tworzyć dobre warunki)? Żeby nie wchodzić w złe, utarte koleiny. Żeby oświetlenie sali było wygodne (a nie jest, trzeba kombinować, żeby było dostatecznie przyciemnione, aby było widać prezentację, i dostatecznie jasno, by można było notować). I może warto skupić się na umiejętnościach naprawdę ważnych dla absolwenta. Jak się okazuje, każdy może się znaleźć w roli prelegenta. I co wtedy, z bólem i niesmakiem zanudzać? Samemu źle się czuć?

„Jedźmy dalej”, słucha się z nudów. I zawsze coś ciekawego się wyłowi. Gdyby nie obecność, toby dawno robiło się coś innego. Dlatego e-learning jest tak trudny. Trzeba ciągle utrzymać motywację uczącego się. Bo jak się znudzi, to wyłączy…. I nie zobaczy tego, co byłoby dla niego ważne, przydatne, wartościowe. Zanudzająca forma zabijać może nawet najlepszą treść. Dbajmy więc o formę. I kształćmy studentów w zakresie komunikacji międzyludzkiej, wygłaszania referatów, przemówień publicznych. To na prawdę ważne. Przekonuję się właśnie w tej sytuacji szkolenia BHP, potraktowanej jako studium przypadku. Wielu nauczycieli akademickich doświadcza to na własnej skórze… Bo każdy musi iść na jakieś szkolenie zawodowe lub behapowskie. Nudzimy się i cierpimy? Sami sobie ten los zgotowaliśmy…

Oj, padł ważny komunikat z ust prelegenta „To na pewno będzie w teście” – odwołanie się do korzyści słuchaczy, „słuchaj, bo to będzie na egzaminie”… Jakaś forma mobilizowania (ale w sumie jest to uczenie się dla stopni, ocen, dla egzaminu a nie dla wiedzy potrzebnej w życiu). Ważne ale nie wystarczające, bo jeśli tylko tak motywujemy, to powiedzenie „zakuć, zaliczyć, zapić, zapomnieć” staje się zbyt często praktykowane. Dlaczego zapić? By łatwiej zapomnieć…zbędne i niepotrzebne informacje, tak jak wyrzucanie śmieci do kosza. Niebawem wielkie juwenalia – Kortowiada.… czas totalnego zapominania. Bo jest wiedza jednorazowa, potrzebna do przejścia przez bramkę, przez „ważny” egzamin… żeby dalej być studentem (danina, podatek, haracz). I tylko do tego potrzebna, Zapominanie jest nam w życiu potrzebne. Bez niego nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

cdn.

(czytaj część pierwszą)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s