Dobry wykład źle odebrany. Czyli o obowiązkowych wykładach na uniwersytecie cz. 7.

Złożoność problemu jest duża (w dyskusji nad tym, dlaczego studenci nie chcą przychodzić na wykłady lub wykazują małą motywację do aktywności na zajęciach). Niech dla ilustracji posłuży drugie studium przypadku.

Rzecz dzieje się na ogólnopolskiej konferencji poświęconej dydaktyce akademickiej. Przyjechali tylko ci, którzy chcieli (i to raczej z dużą motywacją). Nikogo nie było z nagonki ani obowiązkowej obecności. Pełna dobrowolność. Prowadzący wykład dobrze się przygotował (bo to wykład zamawiany), napracował się. Z boku wyglądało na znakomite wykonanie. A jednak było wyczuwalne rozczarowanie. Wszystko powinno pójść jak najlepiej, ale jednak tak nie było w moim odczuciu (a po rozmowach kuluarowych z innymi uczestnikami konferencji mogę stwierdzić, że i inni myśleli podobnie). Było nawet oklaski. Pozornie więc wszystko było cacy.

ideatoriumpiotrWykład pt. „jak mówić by nas słuchali” miał Pan Piotr. Jak się można było zorientować – prowadzi warsztaty i szkolenie ze sztuki prezentacji (na pewno dla polityków). Wykład popołudniowy, ale zostałem specjalnie (rezygnując z kawy i przekąsek). Przyszedłem punktualnie, wybrałem dobre miejsce, bo temat mnie bardzo interesuje. O od kilkunastu lat prowadzę zajęcia i wykłady w podobnym temacie. Niby dużo wiem, ale zawsze czegoś nowego można się dowiedzieć i nauczyć. Motywacja była więc duża (w odróżnieniu od wcześniej opisywanego przykładu ze szkoleniem bhp) i duże zaciekawienie.

Pierwszy zgrzyt, prowadzący spóźnił się 5 minut, organizatorzy musieli szukać i wołać. O ile się spóźniają się uczestnicy (z przerwy kawowej) to jest to niezbyt sympatyczne ale akceptowalne. Przecież w dużym gronie zawsze się znajdą bardziej i mniej zainteresowani konkretnym tematem. Prowadzący w żadnym przypadku nie może się spóźniać na swój występ. Bo to jest oznaka lekceważenia słuchaczy (tak odbiera to słuchacz, ten swoisty język ciała). Na wstępie więc emocjonalny zgrzyt (złe wrażenie, malutkie, ale jednak).

Początek też nie najlepszy (choć był wstęp) – za dużo tekstu na slajdach (przynajmniej na początku), struktura wystąpienia bardzo schematyczna, powtarza zbyt często słowo „niezmiernie” – to zaczyna razić. Ale może dlatego, że wywołał swoim spóźnieniem złe wrażenie oraz jest to jednak wykład plenarny (a więc honorowe i prestiżowe miejsce, godzinny, a nie krótki referat). Duża część wystąpienia niezbyt zgodna z tytułem. Pojawia się więc zawód, i w konsekwencji zostały „nakręcone” złe emocje „czepiają się wszystkiego”. Być może i mówił o ciekawych sprawach, ale jednak niezgodnie z tytułem czyli oczekiwaniami słuchaczy. Wniosek z tego taki, że nawet dobry w mniemaniu wykładowcy (i kogoś z boku) wykład może być źle odebrany, bo zły język ciała na początku oraz zawartość niezgodna z opakowaniem (treść z tytułem).

Obiecywał aktywne uczestnictwo, ale pierwsza część to wykład (potem oczywiście aktywizacja była, i to całkiem udana). Chyba zbyt długo utrzymywało się rozczarowanie, co budowało i utrwalało nieprzychylne emocje. Poczucie zawodu i oszukania. Wystąpienie było dobre a nawet momentami bardzo dobre. Ale nie na temat zapowiedziany tytułem. I stąd poczucie zawodu u mnie, jako słuchacza (potem okazało się że u innych także).

Dobrym elementem wystąpienia pana Piotra to kontakt z publicznością, odgrywanie scenek, pytania do publiczności. Uczestnicy dobrze się wczuli w swoje, przydzielone role, publiczność była aktywna. Była jednak widoczna niezgodność realizowanych działań z wygłaszaną przez prelegenta treścią jak powinien wyglądać dobry wykład. Dobrze realizował kontakt z publicznością, aktywizował, ale w części teoretycznej nie wspomniał, że jest to cechą dobrego wykładu, że dzięki temu publiczność słucha (nie każdy powiąże te fakty i nie będzie wiedział co robić na wykładzie, by być słuchanym). Mówił natomiast, że na slajdach nie powinno być dużo tekstu, a na większości jego slajdów – było. Słuchacz trochę bardziej obyty z tematem może odnieść wrażenie, że prelegent przeczytał gdzieś w książce… ale nie rozumie, bo sam nie stosuje. Rozdźwięk między wygłaszanymi słowami a praktyką (kontekstowym językiem ciała). A czy nasi studenci czasem tak nie odbierają? „Coś przeczytał i nam mówi, a sam do końca nie rozumie„? I to się niestety da wyczuć.

Rozczarowałem się, bo tytuł inny niż zawartość (wykład z recyklingu, dostosowany do innego odbiorcy, najpewniej polityków, odświeżana kiełbasa, włożone w nowe opakowanie – takie odniosłem wrażenie). A czy i my, pracownicy uniwersyteccy czasem nie robimy podobnie? Stare slajdy lekko tylko podretuszowane, odświeżone i podawane jako nowe? To chyba da się wyczuć. I dlatego być może taka a nie inna jest reakcja naszych studentów na wykładach.

Niespójność wynika z wiedzy odtwórczej (pan Piotr jest młody, więc kiedyś treść zrozumie i będzie wiarygodny, musi tylko trochę poćwiczyć, musi zrozumieć te czytane treści i wtedy będzie profesjonalistą). Emocjami wyczuwamy autentyczność i wiarygodność i odróżniamy od wtórnej treści, przeczytanej i opowiadanej. W XXI w. każdy może sobie sam przeczytać. W uniwersyteckich wykładach chyba chodzi o coś innego, o autentyzm i wiedzę z pierwszej ręki (doświadczoną, przemyślaną, „przetrawioną”).

Wróćmy do konferencyjnego przykładu. Pan Piotr na samym początku mocno się biznesowo autoreklamował (dobre w biznesie tu trochę raziło, nie tylko mnie – jak się z rozmów późniejszych okazało). Przecież nie przyszedł szkolić polityków jak uwodzić mają wyborców. Publiczność była wcześniej znana prelegentowi, to konferencja dla nauczycieli akademickich. W sporej więc części rozczarowanie wynikało z niedostosowania formy i treści do konkretnej publiczności. Prelegent nie dostosował formy i treści do odbiorców – na sali byli eksperci a nie dyletanci. Dodatkowo spóźnił się, a potem przedłużał poza wyznaczony czas swoje wystąpienie. Kumulacja drobnych, nieprzychylnych emocji. I sumarycznie zły odbiór całości (mimo dobrych i wartościowych fragmentów).

Kolejny element, które mnie zraził, to część o języku ciała. W sumie błędy i trywialności. To nie jest tak, że pojedyncze gesty (zwłaszcza wyuczone) zmienią sposób odbioru. Że jeśli zrobimy piramidkę z dłoni, to wydamy sobie się wiarygodni. To tylko to pozory, bo jeśli gesty nie wynikają z wewnętrznego przekonania (są wyćwiczone), to odbieramy jako sztuczne i niewiarygodne. Może politycy na to nabiorą się (informacja o cudownych i prostych sposobach by przekonać do siebie publiczności), ale chyba nie wykładowcy akademiccy z dużą praktyką. Sadzę, że raczej prelegent sam tego nie rozumie i przekazuje wiedzę, świeżo co wyczytaną, ale jeszcze głębiej nie „przetrawiona”, nie sprawdzoną osobiście w praktyce i nie przemyślaną. Ten sam wykład, wygłoszony dla zupełnych laików, może byłby znakomicie odebrany a prelegent w opinii słuchaczy wydałby się mistrzem i ekspertem. Na sali jednak nie byli, początkujący z edukacją, laicy.

Było kilka dobrych i wartościowych momentów, z których skorzystałem. Ale złe wrażenie pozostało. Dowiedziałem się czegoś, ale złe wrażenie o prelegencie pozostało. Wniosek z tego wyciągnąć można taki, że nawet jak studenci się czegoś nauczą dobrego, to i tak mogą wykładowcę w ankietach źle ocenić, opierając się na emocjach i ogólnym wrażeniu, w tym przypadku rozbieżności między tytułem a treścią oraz niespójnością przekazu czy treścią trywialną dla konkretnych słuchaczy.

Od siebie dodam, że nie ma uniwersalnych regułek i schematów. Dużo zależy od kontekstu miejsca i czasu oraz konkretnej publiczności.

Jak więc oceniać efektywność dydaktyki akademickiej? Czy tylko wrażeniem „napracowania się” wykładowcy? Skoro się napracował, namęczył, doczytał, to „należy się” obecność studentów na wykładzie i docenienie! Mają być, nawet pod przymusem? Tak, tylko czy to, co otrzymują, jest im potrzebne? Czy widzą sens? Czy znamy kontekst całości i zewnętrznych uwarunkowań?

A tu początek całej dyskusji.

O obowiązkowych wykładach na uniwersytecie. Cz. 6. Test końcowy

bhp2wykladW poprzednich wpisach omawiałem studium przypadku, przykładowy kurs szkoleniowy, widziany z drugiej strony, z sali. Zbliżam się do końca tej analogii i kursu. Po 3,5 h zegarowej kolejna przerwa, 10 min., Po przerwie pojawia się pan Marek Świrski, zawodowy strażak. Najlepsza część szkolenia pod względem formy i skuteczności przekazywania informacji (hmm, dlaczego to ludzie spoza uniwersytetu błyszczą dobrą formą prezentacji?). Wyszedł zza pulpitu, blisko ludzi. Czyli zależy mu na mówieniu do ludzi i szuka kontaktu. Myszkę sobie wyciągnął daleko poza komputer, by zza pulpitu (od strony sali, nie mając podglądu na monitor) przewijać slajdy. Nawet jak sale są źle zaprojektowane, to zawsze można sobie jakoś poradzić, by ułatwić komunikację a nie ją utrudniać. Skupił się na najważniejszych aspektach, zadaje pytania, kierowane do publiczności na sali. Nawiązał dialog. O wiele lepiej się słucha. Już nie zaglądam do tabletu. Słucham. Pokazał filmik o gaśnicach. Ale jedna gaśnica stoi na biurku. Prawdziwy eksponat, coś realnego. Kolejny plus za komunikację. Padają trudne pytania z sali (niektóre w podtekście złośliwe, wynikające ze wstępnego, negatywnego nastawienia, o którym pisałem już wcześniej). Odpowiada z sensem i początkowe, negatywne nastawienie znudzonej publiczności wyraźnie się zmniejsza. Strażak mówi z głowy, sypie przykładami, ciągle próbuje pytaniami aktywizować. Najlepszy element całego szkolenia. Drugi filmik o gaszeniu płonącego oleju. Pytania o przepisy względem gaśnic. Nie trzyma się kurczowo przepisów, tylko wskazuje na sens i kontekst konkretnej sytuacji. Widać, że praktyk a nie biurokrata i wie, że przepisy interpretujemy względem kontekstu. Jest wiarygodny. Czuć, że wie o czym mówi, że to rozumie. „Jeśli nie ma innego wyjścia, to dlaczego nie pomóc” (to w kontekście niezbyt przepisowego użycia gaśnic). Z tej części szkolenia najwięcej zapamiętałem. Wiem dlaczego. Przez formę prezentowania treści.

Owszem z chęcią bym poćwiczył, ewakuację, gaszenie itd.

Na koniec szkolenia test sprawdzający, rozdany każdej osobie obecnej na sali. Głośne czytanie pytań. Czasem delikatna i dyskretna sugestia, która odpowiedź jest prawdziwa. Na sali głośnie komentarze i podpowiedzi poprawnych odpowiedzi. Bo uczestnicy chcą wypaść jak najlepiej (wzajemnie sobie pomagają). Ale jeśli się zastanowimy, to ten test jest fikcją. W papierach wszystko gra, ale przecież tak naprawdę niczego nie sprawdza. Pojawiły się chyba nawet dwa pytania o treści, które nawet na szkoleniu nie padły. Obie strony chcą już mieć to szkolenie z głowy, więc obustronne udawanie i przymykanie oka. Tak też jest niejednokrotnie na egzaminach, zaliczeniach ze studentami. Żeby wyglądało, swoisty teatr. Obie strony zostały przymuszone więc są dla siebie „ludzkie”.

Jaki sens jest tego testu? Może to sprytne sprawdzenie listy obecności? Bo dostają tylko osoby obecne na sali. Może to sposób na powtórzenie materiału, przecież wypełnianie testu z głośnymi podpowiedziami niczego nie sprawdza – ale przypomina, utrwala w dodatkowych emocjach. Nie sprawdza (ewaluacja) lecz może utrwala. To byłyby sensowne wytłumaczenia testu. Ale najpewniej ten test jest urzędowym pozorowaniem. Wyjdzie z tego testu, że uczestnicy znakomicie opanowali materiał. Łatwo będzie się „rozliczyć” ze szkolenia. Gdyby prowadzący zrobili prawdziwy test, z groźbą niezaliczenia, to by podniósł się bunt (co, jeszcze raz uczestniczyć w 5 h nudnego kursu?) – przecież to szkolenie było niechciane… i na niskim poziomie, było nudne. Przez analogię: jeśli studenci podnoszą sprzeciw w podobnych sytuacjach, to błędem byłoby interpretować, że wynika to tylko z lenistwa, że nie chcą się uczyć. Może nie chcą tylko wykonywać bzdurnej, niepotrzebnej pracy?

Zastanówmy się pięć razy, zanim zaczniemy oskarżać studentów o lenistwo, głupotę, brak ambicji. Może tylko praca, do której chcemy ich zmusić jest bezsensowna i nie daje perspektyw? Złej tanecznicy i falbana przeszkadza. Jeśli sale pustoszeją, to nie przymuszajmy do obecności ale solidnie zastanówmy się nad całym procesem dydaktycznym i misją uniwersytetu.

O obowiązkowych wykładach na uniwersytecie . Cz. 5 . Telefony, wielozadaniowość i brak uwagi

kalamarzTo, że ktoś sprawdza obecność na wykładzie, to jego sprawa, jego koncepcja. Powodów może być wiele. I nic mi do tego. Ale gdy próbuje się narzucić obowiązkowe sprawdzanie listy na wszystkich wykładach, to już mnie to obchodzi bo i mnie dotyczy. Chcesz, to sprawdzaj, ale dlaczego narzucasz innym (regulaminy, rozporządzenia itd.)?

Zapewne każdy pamięta czasy szkolne. Tam było codzienne sprawdzanie listy obecności. Ale w szkole są nieletni, za których nauczyciel i szkoła ponoszą odpowiedzialność. Sprawdzanie obecności na lekcji ma inny sens. Ponadto dla rozbrykanej młodzieży sprawdzanie listy obecności na początku lekcji niesie funkcję wyciszania i wprowadzanie swoistego ładu. Ale na studiach są już ludzie dorośli, nie ponosimy za nich odpowiedzialność jak za nieletnich. I nie są już tak młodzieńczo rozbrykani. Przenoszenie wzorców bez refleksji nie musi przynosić dobrych efektów.

Wielokrotnie sam sprawdzałem listę obecności na wykładach. W dużej grupie nie ma sensu odczytywać na głos, puszczałem listę. W ciągu blisko 30 lat pracy stosowałem oba rozwiązania: z listą obecności i bez. Wykłady uważałem i uważam za przywilej dla studenta. A zmuszony do wystawiana oceny z wykładów… wyznaczam prace do wykonania. Oceniam więc efekty a nie obecność. Czasem jest to projekt, wspólny, zespołowy, czasem indywidualna praca do napisania. Ciągle poszukuję. Wykłady z tym zadaniem są powiązane i spójne. W przedmiotach, składających się z wykładów i ćwiczeń, te pierwsze są wstępem do zajęć praktycznych. Próbuję tworzyć spójny moduł. Różnie się to udaje, bo zależy od współpracy z innymi prowadzącymi ten sam przedmiot. Na ćwiczeniach odnotowuję obecność, czasem dyskretnie. Ale zawsze obecność jest drugoplanowa. Najważniejsza jest wykonana praca. Czasem student jest chory, czasem ma innym powód. A czasem jest ale nic nie robi. Jest bo jest. Jest dorosły i odpowiedzialny sam za siebie. Ale praca ma być wykonana. Ocena wnika z efektów a nie obecności.

Czasem dalej sprawdzam obecność w różny sposób, by wiedzieć ilu (jaki procent) chodzi na wykłady i by sprawdzać, czy jest jakiś związek z obecnością na wykładach a osiągniętymi efektami kształcenia. Taktuję to jako element ewaluacji. Wzdrygam się jednak przed narzucaniem innym obowiązkowej, jednej koncepcji, umocowanej w regulaminie studiów. Bo cóż niby nam daje to sprawdzanie listy i obowiązkowa obecność studentów na wykładzie? Klimat koszarowy?

bhp2wykladOpisuję w kolejnych wpisach na blogu – jako studium przypadku – jedno szkolenie bhp. Szedłem na nie z określonym nastawieniem: że raczej będzie nudno tak jak do tej pory. Kolejnym celem była ukierunkowana obserwacja dlaczego niektóre wykłady są nudne a inne nie. I czy warto do takich przymuszać obowiązkową obecnością. Skupiając się na swoich reakcjach chciałem sprawdzić, co z takiego wykładu zostaje w głowie (taki mały eksperyment). A że wszyscy uczestniczymy od czasu do czasu w podobnych szkoleniach, to to wspólne doświadczenie może być płaszczyzną do dyskusji o sensie obowiązkowego uczestnictwa studentów na wykładzie. Moja uwaga na opisywanym szkoleniu była ukierunkowana. Wiedziałem jakich sygnałów szukać i je notowałem. Z tego, co do tej pory opisałem (część 1, 2, 3 i 4) wynika, że nie warto upierać się przy obowiązkowych wykładach. Więcej szkód niż korzyści. Owszem, jest problem ale próbujmy go rozwiązywać inaczej.

Dlaczego denerwuję się (choć staram tego nie okazywać), gdy studenci wychodzą z telefonem poza salę lub esemesują (widać jak pod ławkami coś tam klikają)? Bo odbieram to jako wyraz lekceważenia mówcy i oznakę braku zainteresowania. A przecież napracowałem się w przygotowanie i staram się na wykładzie… Na tym szkoleniu wychodziłem z sali by zadzwonić, podobnie jak kilka innych osób. . Wiem, że nie wynikało to z lekceważenia prelegenta. Po prostu są czasem sprawy pilne do załatwienia. Czy coś straciłem przez chwilowe opuszczenie sali? Nie. Wychodziłem, kiedy niewiele się działo a kilkuminutowa nieobecność nie zrobiłaby wielkiej wyrwy informacyjnej. Zakazać używania urządzeń tego typu (żeby nie esemesowali)? A może tak sobie coś notują? Robią zdjęcia jako notatki, może sprawdzają w internecie, np. Wikipedii pojęcie, słowo, które padło a nie rozumieją? Przecież ja tak już wielokrotnie na różnych wykładach naukowych i szkoleniach robiłem (i widziałem podobnie zachowujących się innych naukowców). Skoro nie rozumiem, to szybko sprawdzam w internecie. To na prawdę jest przydatne. I dlatego, że inaczej odczytujemy ten język ciała to zakazać używania telefonów i tabletów? A jak się nudzą na wykładzie, to przynajmniej chwilami robą coś innego i będą mieli słabsze poczucie straconego czasu. W konsekwencji mniej negatywnych emocji. Skoro są na sali, to można ich szybko przywrócić do stanu „słuchania i uważania”.

Wielozadaniowość jest współczesnym faktem, A skoro tak, to trzeba powtarzać niektóre treści (te najważniejsze elementy), bo może wyszedł, może rozmyślał o niebieskich migdałach itd. i mu uleciało z głowy. Skupmy się na osiągniętym efekcie a nie na treści, które chcemy powiedzieć. Nie jest ważne co zostało powiedziane – ważne jest to, co zostało usłyszane i zapamiętane. Wystąpienie ustne ma swoją logikę i specyfikę, różną od tekstu pisanego. Więc mówmy a nie czytajmy. A niestety zbyt częstą praktyką jest… czytanie slajdów. I do takich wykładów mamy zmuszać studentów zapisami w regulaminach?

Wróćmy na salę szkoleniową (siedziałem tam 5 h). Trzeba odcierpieć swoje. Coś zapamiętam. Jaka jest efektywność zapamiętywania na wykładzie? Średnio 5 %. Na tym szkoleniu na pewno, jeśli nie mniej. Niewiele zapamiętałem, mimo, że było ciekawsze momenty. Dlaczego godzimy się na tak małą efektywność? Czy można wykład czymś zastąpić? Ależ oczywiście, ćwiczeniami praktycznymi oraz e-learningiem. Nie każdy wykład ale dużą część na pewno. W tym konkretnym przypadku szkolenia pracowniczego na pewno można było większość treści zastąpić działaniami praktycznymi. Efekty kształcenia byłyby znacznie większe. Nie piszę tego, by roztrząsać i oceniać jakieś tam szkolenie. To jest przede wszystkim refleksja dla mnie i dla kadry akademickiej, dyskutującej nad obowiązkowością wykładów. Czy ma to sens? Czy nie lepiej dokonać gruntownej zmiany form dydaktycznych?

Co zamiast wykładów? Ćwiczenia. Przykład szkolenia bhp – pięć godzin wykładów. Wolałbym ćwiczenia z reanimacji, z gaszenia pożarów, z ewakuacji, wolałbym studium przypadku z praw pracowniczych itd. To nie są tylko moje odczucia – naukowo udowodniono, że wykłady podające są najmniej efektywną formą kształcenia. Ćwiczenia angażując, zwłaszcza te praktyczne, zwiększają efektywność zapamiętywani treści i nabywania umiejętności. Co z tego, że przeczytam książkę kucharską, nawet nauczę się jej na pamięć (żeby celująco zdać egzamin), jeśli nawet raz nie spróbuję ugotować zupy, ulepić pierogów? Wiem ale nie umiem. A czyż jednym z ważniejszych zarzutów co do naszej uniwersyteckiej edukacji nie jest czasem brak umiejętności zastosowania wiedzy u naszych absolwentów?

Moja obecność na szkolenie bhp ro równocześnie dodatkowa ewaluacja – praktycznie i na sobie sprawdzam prawdziwość tez, jakie wygłaszam w czasie swoich wykładów na temat referowania (autoprezentacja). Nawet nudny wykład można zmienić w coś przydatnego. Inaczej by człowiek zwariował. Być może podobnie czynią studenci. Na swój sposób.

Mija godzina szkolenia, sala rozmawia, ludzie robią coś innego i tylko momentami słuchają. W szkoleniu chodzi o czas pracy. Zanotowałem, bo to krótkie chwile uwagi. Ważne problemy, prawo pracy, obowiązki pracownika, zwolnienia itd. Tu dygresja. Bez wątpienia służba BHP jest potrzebna na uczelni. Ale czy jedyną formą kontaktu mają być szkolenia raz na 6 lat? A może inna, stała więź z wykorzystaniem portali społecznościach? A może tę uwagę odnieść do wykładów i zajęć uniwersyteckich?

Sama ważkość problemu nie wystarczy by utrzymać uwagę i zainteresowanie słuchaczy. Musi być też forma w dobrej jakości (forma przekazywania treści). Ja oczekuję jakości a nie bylejakości. Studenci zapewne też tego samego oczekują. Jeśli nie przychodzą na wartościowe wykłady, to przynajmniej w części jest to efekt złej przeszłości (doświadczeń z przeszłości). Wina zbiorowa i skumulowana. Dbajmy o całość, bo sami też tracimy.

Na Facebooku znajomy podesłał mi link do e-behapowca – do materiałów e-learningowych z bhp. A może taka forma byłaby lepsza? Tylko jak sprawdzić, czy student zapoznał się z treścią? Sprawdzenie listy obecności wydaje się prostszym sposobem… ale jakże iluzorycznym.

Wszystko można ciekawie opowiedzieć, trzeba tylko chcieć mówić do ludzi a nie w ich obecności realizować program (czytanie i omawianie). Jak się głębiej zastanowić, to tak realizować można program… bez studentów. Że nie jest motywujące? Że oczekujemy satysfakcji i oklasków na stojąco? Bo się napracowaliśmy, wiele godzin przygotowania (nie mówiąc o zdobywaniu stopni i stanowisk), to teraz oczekujemy godziwej zapłaty w formie obecności i uwagi studentów? Niby oczekiwania uzasadnione. Ale czy system jest dobry?

Po 1,5 h 15 minut przerwy. Wreszcie. A jak studenci mają cały dzień wykłady, to jak oni wytrzymują… nudne wykłady. Sam pamiętam, z czasów studenckich, jakże to było ciężko. Dowcipkowaliśmy, bo humor pozwala znieść nawet katusze.

Rozmowy kuluarowe w przerwie. Wreszcie można być aktywnym. Ciekawa wymiana poglądów. Horyzontalna wymiana informacji. Może to jest równie ważne? Stworzyć sytuację, w której studenci będą razem. Jak masa krytyczna uranu. Wchodzą w interakcje i sporo się uczą. Może więc więcej przerw, aby te interakcje horyzontalne realizowały się najpełniej? To tak jak z konferencjami naukowymi, w jednym miejscu zbierają się ludzie o określonych zainteresowaniach. Nie tylko referaty, ale właśnie te nieformalne rozmowy jakże bywają owocne, inspirujące i wartościowe. Nie można konferencji oceniać po samych referatach.

Po przerwie kierownik znowu dobrze rozpoczyna, wychodzi blisko do publiczności, podaje przykłady z uniwersytetu. Pokazuje stronę www działu BHP i co tam można znaleźć. To jest przydatne. Bo choć nic nie zapamiętałem z informacji, to wiem gdzie ich szukać. Wspomaganie wykładu materiałami z internetu (najlepiej własnymi lub bezpośrednio związanymi z tematem) to dobre uzupełnienie tradycyjnych treści wykładowych. Pomaga poruszać się w nadmiarze i gąszczu informacji. Nie wystarczy powiedzieć ”znajdziecie w internecie” – trzeba pokazać jak i gdzie. Bo zasoby internetowe są rozległe jak pradawna i nieprzebyta puszcza.

Ale potem znowu jest fatalnie. Kolejny prelegent pokazuje na ekranie dokumenty, pdf i word. Wiele razy już to widziałem: przewijanie dokumentów. To się nie nadaje do prezentowania na wykładzie. Na ekranie niewiele widać. Kwintesencja lenistwa i arogancji. To tak, jakby wstać i głośno powiedzieć „Nie chciało mi się niczego dla was przygotowywać, mam was w nosie i co mi zrobicie?” Skoro tak pokazuje ktoś dokument, to równie dobrze można było wysłać mailem i poprosić o przeczytanie. Na wykładzie, pokazując na ekranie, lepiej jest wybrać fragmenty i pokazać w dużym powiększeniu, by było widoczne z daleka. I by pokazać jak szukać w dokumencie albo co jest w tym dokumencie najważniejszego. Prelegent trzyma mikrofon nisko, prawie nic nie słychać. Mówi cicho i monotonnie. Słuchacz obecnie oczekuje czegoś więcej. A bywając na różnych spotkaniach uczelnianych i pozauczelnianych te błędy widzę nagminnie (źle trzymamy mikrofon, przewijanie dokumentów). Prelegent mówi cicho i siedzi schowany za monitorem. Kontakt, tak ważny dla komunikacji, mocno utrudniony.

Choroby zawodowe, o to coś, co wzbudza zainteresowanie, bo mnie dotyczy. Dotyczy słuchacza.

Jak prowadzić wykłady? Pokazywać sens i to, do czego wysłuchiwana wiedza może się przydać. W końcu wykłady (tak jak i inne bezpośrednie kontakty) służą budowaniu więzi. W tym przypadku więzi między kadrą a studentami oraz między samymi studentami. Dodatkowa funkcja ale jakże ważna dla całości procesu edukacji – tworzenie więzi. Wykład z pytaniami do sali, to także tworzenie więzi. I aktywizowanie słuchaczy. Być może potrzeba jest też dobra fabuła, opowieść, dowcip.

Kto korzysta z wykładów, nawet tych nudnych? Ci, którzy mają wizję świata i motywację (kolektywizm i konstruktywizm jako podstawa teoretyczna do interpretacji). Wiedza nie jest sumą informacji, jest konstruktem, i wiedza powstaje w relacjach z innymi. Ci, którzy mają już jakiś szkielet, system, który uzupełniają puzzlami, wiedzą lub doświadczeniem. Wykład w oderwaniu od reszty kształcenia może być niezrozumiały. Czyli korzystają ci, którzy wiedzą, czego chcą. Mają cel i motywację, mają z grubsza system wiedzy, który uzupełniają. A czy przed naszymi wykładami (co do których chcemy zmusić obowiązkowa obecnością) sprawdzany takie elementy u studentów?

Na wykładzie można odpocząć, Cisza, czas na refleksje (jak w czasie podróży), przymusowe odizolowanie od niektórych innych działań. Na pełnych obrotach nie da się przecież cały czas żyć. Tak i ja teraz korzystam, choć krzesełko nie jest najwygodniejsze do notowania.

Koniec dygresji. Wracamy do studium przypadku (bo tak pracuje mózg słuchacza, przemieszane treści, trochę usłyszy, trochę pomyśli o swoich sprawach, poczyta na smartfonie). Nawet jak na Ciebie patrzy, to i tak nie wiesz co się w jego głowie dzieje. Nie wymuszaj uwagi. Co najwyżej prowokuj do uwagi i słuchania.

Przewijanie dokumentów doc na ekranie przez godzinę. Makabra, Czas wypełniony, sensu niewiele. Umiem czytać, sam sobie przeczytam i to znacznie szybciej. Ba, sam sobie znajdę, bo wujek Google jest uczynny i wie dużo. Może tak myślą studenci na naszych wykładach? Wykład, który byłby słuchany, to taki, który niesie coś oryginalnego, autentycznego (wszak płacą na prawa autorskie, to do czegoś zobowiązuje), Coś nowego, wyjątkowego, dedykowanego tu i teraz. Tak jak na koncercie muzycznym. Przecież teoretycznie można przyjść na dużą salę a ktoś będzie puszczał piosenki z płyty. A na ekranie zdjęcie. Lub filmik. Totalny play back

Teraz blok z udzielaniem pierwszej pomocy. Ważna informacja na wstępie – gdzie są defibratory u nas na UWM. Potem filmik. Szukanie pliku (zdradza słabe przygotowanie). Filmik jest już lepszy niż ciche mówienie i pokazywanie tekstów na ekranie. Ale przecież filmik to ja mogę sobie obejrzeć w internecie, u siebie w domu. Wystarczyło w ramach szkolenia przysłać dokumenty do przeczytania (te, co pokazywali na ekranie), link do filmiku i nie marnowałbym czasu. Te uwagi to pewnie przez efekt negatywnego nastawienia, wywołanego przymusem…. (pisałem o tym wcześniej, w poprzednich wpisach z tym tematem związanych).

Filmik lepszy…. Ale przecież pierwszej pomocy to najlepiej nauczyć się przez ćwiczenia a nie słuchanie treści czy ogadanie filmów. Ba, znam takiego jednego gościa co prawie na wszystkich wykładach puszczał filmy. Już nie pracuje. Opinie studentów były chyba mocno negatywne (ale zwolniony z zupełnie innego powodu – zła dydaktyka u nas jeszcze nie pozbawia pracy…). Ćwiczenia praktyczne są znacznie efektywniejsze. Na pewno możliwe w mniejszych grupach. Ale sens edukacyjny większy. Z samego słuchania i oglądania niewiele zapamiętałem. Chciałbym się nauczyć. Taka była moja motywacja przed szkoleniem. I przeczuwałem, że to szkolenie tego mi nie da. Studenci także niejednokrotnie wiedzą, że dana tematyka jest im potrzebna do pracy po studiach, czy do życia. I przeczuwają, że dany wykład (wykładowca) im tej wiedzy nie da. Dlatego nie przychodzą. Siłą zaciągnąć na wykład (dla dobrego samopoczucia wykładowcy)? Wiedzy im od tego nie przybędzie. Od lat postuluje się o więcej praktyki i ćwiczeń. A my dalej zamęczamy w części niepotrzebnymi wykładami. Bo jest w siatce godzin i nic nie zrobisz. W małej grupie zamieniam formę na bardziej hybrydową. Bo niech to się w programie nazywa wykład, ale formę realizacji i metody to dobieram ja. Tyle wolności mam. I chcę z tej wolności korzystać.

Po filmiku kierownik szkolenie komentuje. To dobrze, bo skazuje, uzupełnia, ukierunkowuje. Przydałby im się kurs jak mówić i jak szkolić (przeszkolić szkoleniowców). Wiedzę na pewno mają ale nie potrafią przekazać w pełni efektywnie. Może z uniwersyteckimi pracownikami jest podobnie?  Dział BHP uniwersytetu powinien być wzorcowy jeśli chodzi o szkolenia. Bo buduje prestiż i renomę uniwersytetu. Każdy z nas jest współodpowiedzialny za wizerunek. A jak nas widzą, tak potem w internecie i gazetach komentują.

Na pewno coś z tego szkolenia wyniosłem. Tak jak i inni. Ale jest to niska efektywność kształcenia, pewnie w granicach 5%. Średnia przeciętna. Ale przecież uniwersytet powinien być liderem w zakresie edukacji w każdym względzie. Ja mam duże wymagania i oczekiwania wobec tej instytucji. Inaczej jej autorytet zwiędnie. Drugi filmik z płytki (pojawiają się napisy o zastrzeżonych prawach autorskich), ten tekst szybko miga bez wyjaśnienia. Jako słuchacz nie mam pewności czy prelegenci nie naruszają prawa. Zapewne jest to w ramach dozwolonego użytku, ale aż się prosi o taki komentarz i wyjaśnienie. W jakimś stopniu wiąże się to z prawami pracowniczymi i naszą codzienną praktyką. Sam bym w tym zakresie chciał się wielu rzeczy dowiedzieć… No cóż, jak zwykle doczytam sobie w internecie…

Drugi filmik o zawartości apteczki. A nie lepiej byłoby pokazać „na żywca”? Apteczka nie jest duża, w torbie się zmieści, przynieść łatwo. Że sala duża i 60 osób? W sam raz na krótkie szkolenia w małych grupach ćwiczeniowych. Byłoby więc kilka terminów, łatwiej więc dostosować czas w dniu pracy. Fakt, więcej pracy dla szkolących. A tak to puszczą filmik i zaliczone. I z głowy.

Filmik to ja sobie mogę obejrzeć w doku, w internecie. A jak pojawią się momenty mniej ciekawe lub mi znane, to ciach, przewijam i nie marnuję czasu. Skupiam się na tym, czego nie wiem. Kolejny argument za tym, że 5 h szkolenia jest stratą czasu (możliwe, że podobnie o naszych wykładach myślą studenci). Rozesłanie dokumentów i linków do filmów (nawet w zamkniętej grupie) i najwyżej 1 h szklenia załatwiłoby sprawę. Filmik jest o apteczne samochodowej. Bo do innych celów został kiedyś nakręcony. Czy nie lepiej zainwestować i wykorzystując zasoby UWM nakręcić filmik o apteczce w 100% dostosowany do naszych uniwersyteckich warunków i potrzeb? I nie byłoby problemów z prawami autorskimi. Zawiesić na stronie i raz na rok przypomnieć mailem, że jest. W dowolnej chwili obejrzałbym, zapewne wielokrotnie z dużo większą efektywnością zapamiętania.

c.d.n

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 4 . W walce o etat i godziny

kawaekonomiaNazbierało się sporo emocji przez lata, sporo dyskusji toczonych w różnych miejscach. Artykuł w Gazecie Wyborczej był kanalizatorem, wyzwalającym reakcję, a szkolenie bhp, wybrane jako studium przypadku (zobacz część 1, 2 i 3m), jest pretekstem i tłem by włączyć się do dyskusji w uporządkowany i pełniejszy sposób. Nie ten gniazdo kala, który mówi, a ten co mówić nie pozawala. Motywacją jest więc troska o jakość, bo wierzę, że można naprawić i zmienić na lepsze. Gdybym nie wierzył, to bym milczał, bo po co się wychylać niepotrzebnie i nadaremno?

Wcześniej pisałem o motywacji, analizując na konkretnym przykładzie punkt widzenia słuchacza (studenta). W skali krajowej –  jeśli nie globalnej – mamy problemy z motywacją do nauki wśród nowego pokolenia. Magister nie jest już wyraźnym społecznym awansem, pracy nie ma itd. Kiedyś magister w małym miasteczku to był ktoś! Teraz 50 % młodzieży ma wyższe wykształcenie. Być licencjatem czy magistrem to nie jest ekskluzywny klub elity. Nie daje takiego prestiżu tak wiele lat temu, jak za naszej młodości czy młodości naszych rodziców. Ten aspekt motywowania do zwiększonego wysiłku już nie działa z taką siłą jak kiedyś. Stąd warto szukać nowych form, np. zajęcia praktyczne, gry, grywalizacja, lepiej dostosowanych do nowego pokolenia. Nasi studenci są ukształtowani w innym świecie. Czy do Chińczyków nie lepiej mówić po chińsku? Przecież nie wszyscy Chińczycy być może znają angielski a tym bardziej polski. Nie bardzo uświadamiamy sobie to, że są na sali przedstawiciele innej kultury (subkultury) i że nieadekwatnie odczytujemy ich język ciała. Jeśli patrzą z swoje smartfony i wysyłają esemesy, to wcale nie muszą okazywać braku zainteresowania, ostentacyjną niechęć itd. Jeśli robią zdjęcia slajdów naszego wykładu lub nagrywają na dyktafon czy kamerę wideo, to wcale nie dlatego, żeby nas ośmieszyć, wrzucając tendencyjnie zmontowany filmik czy fotkę na YouTube czy Facebooka. Nasza frustracja z pustoszejących sal czy braku uwagi bierze się w części z niezrozumienia sytuacji. Czy denerwuje nas mlaskanie przy jedzeniu, jako oznaka złego wychowania? Mnie tak. Ale przecież są kultury, w których to właśnie mlaskanie i siorbanie jest oznaką dobrego wychowania i uznania dla gospodarza. Inny język ciała… Jeśli spotkam się z przedstawicielami owej innej kultury, dobrze żeby o tych różnicach wiedział. Inaczej źle odczytam niewerbalny komunikat i podejmę błędne decyzje czy działania.

Koniec dygresji. Wracamy do studium przypadku – bo tak pracuje mózg słuchacza na wykładzie czy prelekcji, trochę usłyszy, trochę porozmyśla, trochę pod ławką poczyta. Wszytko to jest razem wymieszane. Mówimy z szybkością ok. 100 słów na minutę, zapiszemy najwyżej 25 (teraz już wiesz dlaczego studenci nie są w stanie wszystkiego, słowo w słowo, zapisać na wykładzie, a zwalnianie tempa mówienia by dyktować… nie ma sensu w XXI wieku!). Mózg ludzki przetwarza informacje z szybkością 600-1000 słów na minutę. Tak więc nawet szybko mówiący prelegent nie jest w stanie całkowicie zaangażować mocy obliczeniowych mózgu słuchacza. Samym mówieniem na pewno nie, chyba że w grę wejdą emocje, sens i wyobraźnia. Dyktować? I tak wszystkiego słowo w słowo nie zapiszą. Nie jesteś prorokiem, Twoje słowa nie są tak cenne. A poza tym są dyktafony, kserokopiarki i serwisy typu Chomikuj.pl. Sam możesz przygotować dodatkowe treści i udostępniać on-line. Tak więc na sali wykładowej, oprócz krzesełek, tablicy, ekranu i rzutnika multimedialnego powinno być wi-fi. To nie jest fanaberia, to niezbędna, współczesna pomoc dydaktyczna. Niejednokrotnie chwalimy się nowoczesnością… ale czy mamy takie podstawowe wyposażenie? Działające!

Wróćmy do studium przypadku. Szkolenie 5 h zegarowych. Dydaktycznych to pewnie więcej. Długo. Można było dać materiały do przeczytania lub przygotować materiały e-learningowe. Skoro my, wykładowcy, tego oczekujemy od szkolenia pracowniczego, to czy nie oczekują tego samego nasi studenci od naszych wykładów? Behapowców ktoś rozlicza z wykonania szkolenia o określonej długości. Mniej lub bardziej świadomie skupiają się na wypełnieniu czasu. Nie stawiają sobie najpierw celu i zakładanych efektów kształcenia a potem nie zastanawiają jak i jakie dla tego efektu, przy konkretnych uwarunkowania, zastosować formy edukacyjne i ile potrzebują na to czasu. Nie, szkolenie ma trwać 5 h i czymś je trzeba zapełnić.

A czy my, uniwersyteccy wykładowcy, nie czynimy tak samo? Jesteśmy rozliczani z pensum (nie z efektów!!!). Chcemy mieć więcej godzin na przedmiot, bo to gwarantuje nam pracę a „duży” przedmiot z egzaminem daje poczucie ważności (jestem ważną personą i mam pracę). Wywalczone godziny zapełniamy treścią (najczęściej dobieramy wartościową treści, ale dalej jest to wypełnianie czasu treścią a nie dobieranie treści i czasu do założonych efektów). Nie zaczynamy od efektów. Nawet teraz, gdy wdrażane są Krajowe Ramy Kwalifikacji i wypełniamy sylabusy. W założeniach KRK stawiają nacisk na efekty. Od nich powinniśmy zacząć jakiekolwiek układanie planu (a wcześniej mocno zastanowić się, jakie efekty chcemy sięgnąć). Ale raczej dopasowujemy efekty do wywalczonych godzin niż godziny dostosujemy do zaplanowanego efektu. Bo rozliczani jesteśmy z pensum. Być albo nie być.. pracownikiem. Więc bez zmiany systemu niewiele się zmieni. Nikt pod sobą dołków nie będzie kopał… Chyba że jakiś szaleniec.

Chcemy mieć godziny, wywalczymy o nie na radzie wydziału różnymi argumentami o niezbywalnej potrzebie takiej czy innej wiedzy (przedmiotu)… a potem zmuszamy do obecności. Bo pusta sala byłaby kompromitująca, a przynajmniej niosąca dyskomfort… i jeszcze by nam ktoś te godziny zabrał… Zmuszamy do obecności, by tworzyć atrapę poczucia ważności, sensu i potrzeby naszego wykładu. Do tego konieczny jest egzamin – można postraszyć (zmotywować), że to będzie na egzaminie! Im trudniejszy egzamin, tym sami jesteśmy ważniejsi… legenda wydziału a nawet uniwersytetu, co poziom studentów trzyma. Jak kapral w wojsku, przeczołga po błocie, każe szczoteczką do zębów wyczyścić podłogę. Jest co przez lata wspominać.

Czy przyprowadzając konia do wodopoju można go zmusić do picia, nawet wciskając łeb w koryto? Z daleka będzie wyglądało, że pije, bo pysk w wodzie… Ale czy chodzi nam o tworzenie pozorów? Patrząc na codzienną praktykę niestety tak, skupieni jesteśmy na pozorach… bo ta strategia nam się opłacała i opłaca. System trzeba zmieniać od góry…. Ale i od środka. Przynajmniej mówić. Nie ten gniazdo kala co mówi, ale ten co mówić nie pozwala.

Wróćmy do naszego studium przypadku (szkolenie). W dużym stopniu jest to tworzenie pozorów i obustronne udawanie, swoista gra. Wiemy – obie strony – że musimy, więc staramy się – obie strony – nie utrudniać sobie nawzajem życia. To widać w trakcie tego szkolenia – wystarczy odrobina uważnej obserwacji. W jakimś stopniu podobną grę prowadzimy na obowiązkowych wykładach. Skoro regulaminem jesteśmy zmuszeni do sprawdzania obecności, to puszczamy listę. I udajemy, że nie widzimy nadmiernie dopisanych osób (chyba, że przekroczone zostaną granice przyzwoitości i dopuszczalnych w tej grze reguł). Prowadząc tę wysublimowaną grę dostosowujemy się do systemu, by nie oberwać po głowie. Dyskomfort z tego udawania pozostaje. Ale jest jeszcze inna możliwość: ten system można zmienić, on może być sensowny i logiczny i udział w zmienionym kształceniu może dawać nam satysfakcję… Czy znajdą się odważni, którzy to zechcą zmienić? Nie będzie łatwo. Po co się wychylać i marnować czas, który można przeznaczyć na robienie kariery? Tak więc kluczowe jest poczucie wspólnotowości i traktowanie uniwersytetu jako wspólnej wartości, wspólnego dobra. Włączając w to studentów. Bo nie są przedmiotem, są podmiotem. Może więc problem obowiązkowych lub nie wykładów, to element wizji świata i traktowania drugiego człowieka?

c.d.n

ps. Zdjęcie z Facebooka – dobrze oddaje to, że można zrobić inaczej, wbrew utartym schematom.

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 3. A jak to było dawniej?

stliknaulicyZa moich czasów – stanu wojennego i końcówki PRL- też wykłady były obowiązkowe. Były listy obecności puszczane po sali itd. I wtedy też niektórzy „truli” niesamowicie, inni mówili ciekawie, ich wykłady były wartościowe. Ale nawet na tych najlepszych bywały chwile krótsze lub dłuższe z nudnymi fragmentami. Zapewne 100% efektywności się nie osiągnie, ale warto ku temu podążać.

Można regulaminem studiów sprawić, aby student był na sali, ale nie, żeby jego mózg słuchał i robił to, co chcemy. Można konia, nawet siłą, przyprowadzić do wodopoju, ale nie można zmusić do tego, by napił się wody. Wstępna motywacja też jest ważna (pisałem o tym poprzednio). Jeśli przymus, to słuchacz emocjonalnie ustawia się okoniem, jeśli własny wybór, to ciut więcej pozytywnych emocji i większa motywacja. Czy owo „ciut” to rzecz warta zabiegów? Moim zdaniem warta jest starań.

Tak, kiedyś wykłady były obowiązkowe. Wtedy myśleliśmy „że tak musi być”. Teraz studenci mają wiedzę, że istnieje inny świat poza nudnymi wykładami.

„Jedźmy dalej” (powracam do studium przypadku, cz. 1 i cz. 2)… Prelegent odwołał się do szerszego kontekstu (a nie tylko omawianie regulacji prawnych), to sprzyja słuchaniu i zapamiętywaniu. Warto więc takie elementy na wykładzie co jakiś czas przywoływać. Na każdym wykładzie. Motywowanie do BHP, bo jest w przepisach, np. unijnych. Ani słowa, że to w naszym interesie, że te przepisy przecież powstały po wielu negatywnych doświadczeniach, by zapobiegać nieszczęściom i wypadkom, by minimalizować straty, by zapewniać interes pracownika lub pracodawcy. Czyli nie dlatego, że to jest dobre samo w sobie, ale tylko że przepisy to regulują? Zapamiętywać, bo to jest w przepisach? Przepisy się zmieniają…. A czy my jesteśmy tak propaństwowi, żeby przepis był nadrzędna wartością? Silniejszą motywacją jest poczucie sensu.

„Trzy lata na dochodzenie swoich roszczeń”. Odwoływanie się do przepisów a nie do sensu. Ludzie wewnętrznie zawsze i wszędzie poszukują sensu. W różnej skali. Warto im ten sens pokazywać. „Żeby państwa całkiem nie zanudzić” – czyli zdaje sobie sprawę z nudnej formy. Nie wie tylko, że można inaczej. Bo niby skąd? Sam się nudził na wykładach. I pewnie myśli, że trzeba mieć talent do mówienia. Że to musi być nudne bo taka jest istota rzeczy. Wykłady muszą być nudne….. zwłaszcza te z BHP. Hmm, przecież to nie jest prawda! Zawsze można lepiej, choć trochę. Przecież nawet to omawiane szkolenie jest lepsze w formie niż to, na których byłem 5 lat temu. Czyli da się. Wystarczy tylko chcieć zmian, chcieć się doszkalać. Czyli najpierw dostrzec problem i dobrze go zidentyfikować. A więc ponownie emocje i motywacja.

Wykładowca podaje przykłady „z życia”. Od razu sala bardziej słucha. Wtrąca się kierownik (element ożywczego dialogu) i podaje przykład choroby zawodowej, typowej dla środowiska akademickiego. Tak, to jest interesujące, bo mnie,  jako słuchacza, dotyczy. Słucham. I znowu kierownik wyszedł zza biurka „w salę”, nawet wchodzi między rzędy. Szuka kontaktu i od razu lepiej się słucha, bo czuć, że mówi do ludzi a nie do monitora. Oczywiście, nasze sale są źle architektonicznie i koncepcyjnie przygotowane do wykładów nie-nudnych. Można jednak choć trochę przełamywać te niesprzyjające okoliczności. Dobrze trzyma mikron (prelegent za nisko, stąd jest słabo słyszany). Prosta czynność a jak bardzo pomaga w uwadze i słuchaniu.

Dlaczego szkolenia bhp są (były?) synonimem nudnych szkoleń? Zły pijar i teraz trudno będzie odczarować złą opinię? Trzeba czasu i wysiłku. Uniwersytet to wspólnota i zbiorowa odpowiedzialność, jeden zanudzi… inni cierpią. Potrzeba więc świadomości dobra wspólnego i współpracy. Współpraca jest możliwa wtedy, gdy jest wzajemne zaufanie i bezpieczeństwo. Kiedy nie ma obawy, że inni mnie wygryzą, wykopią itd.

W analizowanym całym szkoleniu brak było wstępu dlaczego mielibyśmy słuchać, było bez mocnego odwołania się do korzyści słuchacza „co ja będę miał, z tego, że będę słuchał”? Można było też zastosować zaskoczenie „wiem, że uważacie że będzie nudno bo to tylko szkolenie bhp, ale ja was zaskoczę, tym razem nie będzie nudno! Tym razem będzie inaczej!”

Jeszcze jedna refleksja a propos obowiązkowości wykładów: skupić się na efekcie kształcenia a nie na formie. Może więc nie zawsze warto kruszyć kopie o te wykłady? Może przynajmniej część warto zamienić na ćwiczenia?  Czy zatem wykłady są potrzebne? Tak, bo żaden materiał multimedialny, żadna książka nie zastąpi bezpośredniego kontaktu z człowiekiem. O ile nie nudzi i jest autentyczny. Kontakt z człowiekiem to język ciała i emocje. Tego nie ma ani w książkach ani w internecie (najwyżej fragmentarycznie). Bo w bezpośrednim kontakcie możemy zarazić się emocjami, zaciekawieniem i wtedy, zmotywowani, zaintrygowani sami będziemy zgłębiali dane zagadnienie. Tyle tylko, że bezpośredni kontakt może być realizowany w formie wykładów lub… ćwiczeń i konwersatoriów.

Czy dostrzegamy, że świat się zmienia? Stosowanie regułek (zasad) ma sens ale tylko wtedy, gdy pasują do kontekstu. Raz zadziała, ale w innym kontekście nie zadziała. Nie jest winna „regułka” tylko umiejętność jej zastosowania w konkretnej sytuacji. Na wspominanym szkoleniu był też strażak i mądrze odpowiadał na pytania, np. czy można gasić człowieka gaśnicą z dwutlenkiem węgla itd. Wskazywał na cel i kontekst sytuacyjny. Było widać, że rozumie, a nie tylko wyczytał coś w książce i powtarza (czyta). Autentyzm był widoczny… i dlatego był słuchany. O wykładzie strażaka jeszcze napiszę.

Pora na kolejną dygresję jak to było kiedyś. Po wojnie prawie nie było książek, podręczników, nie było skryptów. Ocalała głównie wiedza w ludzkich głowach. Wtedy wykłady były głównym i podstawowym źródłem wiedzy. Dlatego trzeba było na nich być. I robić notatki, i wymieniać się notatkami, bo przecież jeden nie spamięta wszystkiego.  Ponad pół wieku później mamy biblioteki pełne książek. Co tam, jest internet i szybo można znaleźć wiele informacji, zwłaszcza tych starszych (z mobilnym internetem to nawet na smartfonie, pd ławką, w czasie wykładu). Studenci znają języki obce, nie to co kiedyś. Nie trzeba więc im opowiadać po polsku, co w zagranicznych książkach napisali. Jest nadmiar informacji a nie jej brak. Czyli zupełny inny kontekst. I dlatego wykłady pełnią zupełnie inną rolę, Już nie są podstawowym źródłem informacji (bo te szybko i łatwo studenci znajdują gdzie indziej). Ale wykłady mogą być objaśnieniem rzeczywistości, pokazywaniem co, gdzie i jak szukać, mogą w końcu pokazywać sens. Nie można bezrefleksyjnie powielać wzorów z przeszłości, bo wtedy się sprawdziły. Trzeba sprawdzić kontekst, czyli rozumieć istotę komunikacji i współczesne realia. A obecnie i student jest inny i dostęp do informacji jest inny.

Kiedyś wykłady były źródłem informacji (bo nigdzie indziej ich nie było lub były trudno dostępne), teraz mogą pomagać poradzić sobie w nadmiarze informacji, by szybko odszukać to, co wartościowe. Niby forma taka sama – ktoś coś mówi i coś pokazuje, ale to tylko powierzchowne podobieństwo. I nie chodzi o to, że pokazujemy na ekranie za pomocą komputerowej prezentacji, zamiast jak kiedyś pisać kredą po tablicy czy pokazywać pożółkłe „folijki”.

„O Boże znowu prezentacja” tak często studenci reagują i pod nosem komentują. Wyżej cenią profesorów bez prezentacji, tych którzy mówią ze swojego doświadczenia. Wniosek z tego taki, że celem wykładu wcale nie jest pokazywanie prezentacji multimedialnej (bo to robią wszyscy i nie jest żadną nowinką) i realizowanie programu, lecz żywy kontakt z autentycznym człowiekiem. Tego nie ma w książkach ani w internecie.

W obecnej sytuacji społecznej i informacyjnej być może wykład nie jest najlepszą formą przekazywania wiedzy. Może nie trzeba wprowadzać obowiązkowej obecności na wykładach tylko coś innego w systemie kształcenia zmienić? Bo, że coś nie działa, to wszyscy odczuwamy na własnej skórze. Kwestią dyskusyjną pozostaje to, co szwankuje i jak sytuację uzdrowić. Dlatego warto ten temat drążyć.

c.d.n.

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe? Cz. 2. Studium przypadku

Jeśli nie masz odwagi spojrzeć na problem, to nie czytaj. Jeśli chcesz żyć w iluzjach – też nie czytaj. Z racji prowadzonego przedmiotu (autoprezentacja) często zaglądam do różnych artykułów i poradników, dotyczących wystąpień publicznych. Niedawno przeglądałem artykuł, w którym autor zachęcał do uczenia się trudnej sztuki wygłaszania referatów. Cytuję z pamięci jak autor zachęcał: „zapewne pamiętasz nudne wykłady z uczelni (tylko rzadko trafiają się dobre), ale nie bierz z nich przykładu.” Trudno o gorszą reklamę uniwersytetów. Ale widać autor bazuje na swoich doświadczeniach i odwołuje się do doświadczeń czytelników. Skąd się taka opinia bierze? Przecież w uczelniach gros czasu poświęcamy na komunikację międzyludzką, na przekazywanie wiedzy. Więc umiejętność dobrego mówienia i pisania powinniśmy mieć opanowane do perfekcji. A przecież to nie nas podają jako przykład dobrych wystąpień. Dlaczego? Tak, dużo mówimy… ale czy efektywnie i z sensem? A jeśli nie, to dlaczego?

bhp2wykladKontynuuję rozważania o sensie obowiązkowych (dla studentów) wykładów na uczelniach wyższych. Studium przypadku ze szkoleniem BHP (każdy co jakiś czas przez to przechodzi, więc łatwo jest mi się odwołać do własnych doświadczeń czytelnika). Aha, skoro tekst będzie długi i rozpisany na części, to warto i w tym miejscu to powiedzieć: wykłady jako forma kształcenia są potrzebna na uniwersytecie, mogą być lepsze i bardziej efektywne. Wprowadzanie obowiązkowej obecności nie jest dobrą metodą podnoszenia ich jakości, wręcz przynoszą skutki odwrotne od zamierzonych.

Zatem wróćmy do tematu, bazując na studium przypadku. Opowiem teraz o szkoleniu BHP, pt. „szkolenie okresowe pracowników”. (czytaj część 1 – wprowadzenie). Miałem okazję poczuć się jak student i wykorzystać nawet niekomfortową sytuację do refleksji i ukierunkowanej obserwacji… by zrozumieć lepiej całe zjawisko. I tymi refleksjami się dzielę, mocno zachęcając do dyskusji. Dlaczego bywa nudno na wykładach? Świadomie przeżywałem to „studium przypadku”, by przemyśleć i z czymś konkretnym włączyć się do dyskusji o obowiązkowych wykładach.

BHP, rzecz potrzebna do życia, wiem. Bo czasem się coś wydarzy a nie wiadomo jak się zachować i stoi się jak słup soli. Chciałbym wiedzieć i umieć. A mimo to szedłem jak na skazanie, jak student w poniedziałek na wykład o 7. rano. Trzeba być, odbębnić, bo obowiązkowe i jest lista obecności. Tak jak kiedyś na „wojsku” (w dawnych czasach szkolenie wojskowe, raz w tygodniu), też czuliśmy się jak na durnych, obowiązkowych zajęciach, trzeba jakoś przeżyć ten dzień wyjęty z życiorysu… No więc mam okazję poznać problem z drugiej strony pulpitu wykładowego.

Motywacja: lista i przymus. Czasem trzeba przymusić „bo studenci są głupi i nie wiedzą co dobre„? Ujawnia się tu stosunek do drugiego człowieka, to jak patrzymy na świat i na ludzi…)? Ale skoro mus… to od razu wewnętrzny sprzeciw, bunt i ukierunkowywane przekonywanie się, że to nie ma sensu, że bzdura (odnotować w pamięci wszystko to, co „udowadnia” bzdurę”). Ukierunkowana aktywność mózgu na wyszukiwanie dowodów, że to bzdura (wyszukiwanie wszystkich potknięć i utwierdzanie się w pierwotnym nastawieniu). Refleksja: zła motywacja, złe nastawienie (przez wcześniejsze doświadczenie, lub przekazane przez kogoś innego) negatywnie wpływa na uwagę i zapamiętywanie. Jest to selektywne zapamiętywanie. Nawet tendencyjne.

Na wykładach z autoprezentacji mówię o znaczeniu emocji? O tym, że przynajmniej na początku ważne są emocje a nie treść. Bo przecież nie zawsze i nie wszyscy przychodzą „gotowi”, dobrze zmotywowani i przychylnie nastawieni. To emocje decydują o tym, co, ile i jak do nas dociera. Tak, to prawda. Teraz tego doświadczam na sobie… Zła legenda, to złe emocje już na starcie. Wypadałoby je jakoś zneutralizować i odwrócić. Ale trzeba najpierw o tym wiedzieć i uświadomić sobie taką konieczność. Zaczynamy słuchać emocjami. Nawet na wykładach „gra wstępna” jest potrzebna.

Czasem trzeba przymusić? Ryzykowne, bo przymus wyzwala złe emocje i złe nastawienie (dystansowanie się). Lepiej byłoby, gdyby sam student wybierał (sam podejmuje decyzję, że będzie obecny, z własnej woli). Jeśli sami wybieramy… to od razu lepiej emocjonalnie się do treści nastawiamy (przecież nie mogliśmy wybrać głupio). Tak jest ze wszystkim, z wyborem (narzuceniem) współmałżonka, książki, dania w restauracji itd. Przymus to złe rozwiązanie. Lepsze rozwiązane jest wtedy, gdy student wybiera sam. USOS i system boloński teoretycznie to umożliwia. Ale my poprawiamy i ograniczamy wybór, często sprowadzając co atrapy wyboru (byle „na papierze” dobrze wyglądało, w razie kontroli, akredytacji itd.). Obłuda i samooszukiwanie się, jak w socjalizmie. Bo student mógłby wybierać nie tylko przedmioty ale także porę roku, semestru, tygodnia, a nawet wykładowcę. Dlaczego wykłady na tej samej uczelni nie miałyby odbywać się wspólnie dla wszystkich wydziałów? Powiedzmy zoologia: kilka ofert z kilku wydziałów czy kilku kierunków (UWM na kilka wydziałów przyrodniczych, wiele kierunków). Czyli tak jak jest teraz, ale studenci nie mogą wybierać z pełnej oferty, tylko z tej „swojej” (ograniczony „wybór” jak w sklepie w stanie wojennym, jest ocet i można wybrać: kupisz lub nie). Jeśli nie pasuje w poniedziałek na wydziale A, to może w środę na wydziale B? Dałoby się pogodzić konieczność dorabiania i studiowania. Albo jeśli nie odpowiada Iksiński to może wybierze Ygrekowskiego? Jakich informacji i jak dostarczyć studentowi, żeby mógł świadomie wybierać? Czy odważymy się na pełny wybór? A jeśli nie wybierze nas tylko „konkurencję”?

Wróćmy do studium przypadku ze szkoleniem BHP. 5 godzin wykładów (szkolenia). No to będę oceniał tak, jak student w ankiecie ewaluacyjnej. Skoro zostałem zmuszony, to nie będzie litości – odwzajemniam się, negatywne nastawienie owocuje. Być może tak lub podobnie myślą (czują) studenci na naszych wykładach.

Mam okazję być studentem. Usiądę z tyłu, daleko od prelegenta (żeby w spokoju robić, to co chcę). Na sali jakieś 60 osób, rozrzuceni po całym pomieszczeniu, ze skłonnością raczej dalej niż bliżej…. Hmmm, to tak jak nasi studenci. Skąd to podobieństwo? Zaczęło się. Kierownik szkolenia przedstawił cel wykładów: przypomnieć naszą wiedzę i zapoznać z nowościami (zmianami). Czyli przypominanie z niewielką dozą nowości. I na to ma być aż 5 godzin zegarowych? Samodzielnie przeczytałbym w pół godziny (i z rozmów w kuluarach, w czasie przerwy wynika, że takie przekonanie jest powszechne u uczestników…). Nie jest to zbyt motywujące. Ale na plus zapiszmy dwie rzeczy: podanie celu szkolenia i wyjście z mikrofonem do publiczności (bez siedzenia za komputerem i pulpitem). Wyraźnie (i dobre) szukanie kontaktu z publicznością. Jest zapowiedź testu i o której godzinie (ci, którzy chcą wyrwać się po podpisaniu listy, będą wiedzieli, kiedy wrócić). Ludzki wykładowca, na pewno zyskał trochę sympatii. To na początek szkolenie dobre rozwiązanie. Na ile starczy?

Było więc bez wprowadzenia, bez wstępu, w którym zawarta byłaby motywacja: dlaczego słuchać i do czego to się może przydać. Przecież nie każdy musi być dobrze zmotywowany „przed”. Od razu do sedna sprawy, cel szkolenia i treść. Odwoływanie się do korzyści słuchacza jest ważnym elementem: spowodować, by chciał słuchać. Mówię o tym na swoich wykładach. A teraz mam możliwość doświadczać… Emocje i motywacja to ważna rzecz. Czuję to na sobie i widzę po sali. Warto przeznaczyć na początku trochę czasu na przekonanie i zmotywowanie, na wywołanie dobrych emocji….

Na początek dobra wiadomość, że teraz takie szkolenie raz na 6 lat a nie co 5 lat (gdzieś w tle wyczuwalna atmosfera, że sami prowadzący czują, że to szkolenie nie jest lubiane, że słuchacze chcą od razu czmychnąć, więc jest próba obłaskawiania – w części skuteczna). Jest puszczona lista obecności, każdy może się wpisać. Jak sprawdzić, by nikt się nie dopisał nie będąc na szkoleniu? Pod koniec zajęć każdy do ręki dostaje test do rozwiązania – a więc tylko tyle egzemplarzy, ile osób na sali. Jest więc weryfikacji liczby…. ale czy mógł ktoś przyjść za kogoś i odbębnić? Mógł. A czy czasem nie robią tak studenci na wykładach? Przymus prowokuje to nieuczciwości… dopisywania do listy (można przetrzymywać listę, by wykładowca dostał dopiero na koniec i nie mógł zweryfikować), obecności osób podstawionych, wyjść po podpisaniu, np. w czasie przerwy itd. I tak przez zły system wspomagamy kształcenie niewłaściwych postaw. Czy potem możemy się dziwić temu rozdźwiękowi między tym co w papierach i tym co w rzeczywistości? Uczymy się jak sprytnie robić, żeby w papierach się zgadzało….. Skutki w gospodarce są widoczne. Papier wszystko przyjmie. I na co dzień, w rzeczywistości uniwersyteckiej (jak i pozauniwersyteckiej) sporo rzeczy robimy tylko, by w papierach było ładnie… Takie jest to nasze uniwersyteckie kształcenie z licznymi pozostałościami po fasadowym picu realnego socjalizmu…

Wróćmy do naszego studium przypadku. Mam wrażenie, że prowadzący czują lub wiedzą (z poprzednich szkoleń), że słuchacze nie chcą tu być i traktują jako zło konieczne. A i czy my nie mamy takich odczuć? Sprzężenie zwrotne emocji… Ta drobna, obopólna niechęć jest wyczuwalna. Zróbmy więc tak, byśmy sobie życia nie utrudniali, musimy (dwie strony) to odbębnić, więc odbębniajmy. A czy takiej gry nie robimy na salach wykładowych? Tak szczerze. Dlaczego tak robimy (czasem, jedni więcej, inni mniej)? Bo i wykładowca jest do czegoś przymuszony, bo jest kontrolowany i bardziej „boi” się reakcji zwierzchności niż reakcji studentów?

Po zapowiedzi pierwszy wykład, prawnika. Stoi za pulpitem, pod ekranem. Postawa gorsza niż kierownika zapowiadającego szkolenie. Na ekranie dużo tekstu. Młody człowiek, chyba po prawie. Fatalny sposób prezentowania treści, średnia przeciętna. Nie jest to mówienie od publiczności tylko realizowanie programu. Czyli tego, co ma zapisane na slajdach. Czasem czyta, czasem (na szczęście) komentuje. Po godzinie sala „odleciała”, słychać szum, rozmowy, skupienie niewielkie. Początkowa życzliwość w słuchaniu (tych co słuchali, bo znaczna część sali zajęła się swoimi sprawami, laptopami, telefonami i esemesami, poprawianiem notatek czytaniem książek w czytników ebooków). W sumie tak samo jak na wykładach zachowują się studenci. Zwłaszcza na tych nudnych. Nudnych ze względu na formę a nie potencjalną treść.

Wróćmy na wykład, który trwał chyba półtorej godziny, bez przerwy (strach przerwę robić, bo jeszcze nie wrócą, gdy lista już podpisana). Norma akademicka. Stał w koncie, za biurkiem, za monitorem, czasami czytał tekst z monitora. Dlaczego tak? Bo nasze sale wykładowe, jako Polska długa i szeroka, są źle przygotowane (zaprojektowane). Projektował ktoś, kto nie miał pojęcia o procesie komunikacji międzyludzkiej i języku ciała. Na pewno kształcił się na uczelni wyższej i w ogromnym uproszczeniu, to myśmy go tego (nie)nauczyli. A wykładów pewnie było dużo, i to obowiązkowych. Zawsze jest jakieś biurko, pulpit i „emocjonalna” barykada. A skoro barykada, to po drugiej stronie jest wróg. Jeśli prezentacja, to wykładowca chcąc mieć podgląd z monitora, musi stać za komputerem. Czasem usiądzie i wtedy w ogóle go nie widać. Jak lektor w starym kinie….

Włączyłem tablet. Eduroam nie działa. Czyli standard („w papierach” zapisane że jest). Może brak mobilnego internetu jest po to, żeby studenci na wykładach nie korzystali? Mają swój, w telefonach. Tak jak i ja mam. Żadna przeszkoda. A co tam na szkoleniu? Prelegent komentuje. Już lepiej się słucha (bo czytanie slajdów na prawdę nie wygląda dobrze). Prezentacja głównie pokazuje na ekranie tekst, czasem zbyt małą czcionką, ilustracje są jak na lekarstwo. Jestem wzrokowcem, do mnie bardziej docierają i przemawiają obrazy niż literki. Czasem pojawiają się ozdobniki, ale tylko przeszkadzają w przeczytaniu treści. Zdradza duża nieporadność i brak warsztatowego przygotowania (myślę o przygotowaniu prezentacji w Power Poincie). I co z tego, że ten młody człowiek na studiach miał zapewne dużo informacji podawanych na wykładach (może w taki sam sposób, więc tylko reprodukuje styl)? Nie nauczono go przygotowywać prezentacji i mówić do ludzi (a nie tylko realizować program w obecności ludzi). Sami żeśmy tak wykształcili. Cierpimy.. i dobrze nam tak! Czy dziwić się potem opiniom z poradników, którą zamieściłem na wstępie tego wpisu blogowego?

„Jedźmy dalej” – widać, że prelegent w tej roli nie czuje się najlepiej. A czy my na swoich wykładach czasem się tak nie czujemy? Czujemy, że jest coś źle, ale brniemy dalej, realizujemy, „jedziemy dalej”, bo trzeba…. A może nie trzeba? A może można inaczej? Tak jak wspomniałem, może można zacząć od lepszej i bardziej dostosowanej do słuchania sali wykładowej (tworzyć dobre warunki)? Żeby nie wchodzić w złe, utarte koleiny. Żeby oświetlenie sali było wygodne (a nie jest, trzeba kombinować, żeby było dostatecznie przyciemnione, aby było widać prezentację, i dostatecznie jasno, by można było notować). I może warto skupić się na umiejętnościach naprawdę ważnych dla absolwenta. Jak się okazuje, każdy może się znaleźć w roli prelegenta. I co wtedy, z bólem i niesmakiem zanudzać? Samemu źle się czuć?

„Jedźmy dalej”, słucha się z nudów. I zawsze coś ciekawego się wyłowi. Gdyby nie obecność, toby dawno robiło się coś innego. Dlatego e-learning jest tak trudny. Trzeba ciągle utrzymać motywację uczącego się. Bo jak się znudzi, to wyłączy…. I nie zobaczy tego, co byłoby dla niego ważne, przydatne, wartościowe. Zanudzająca forma zabijać może nawet najlepszą treść. Dbajmy więc o formę. I kształćmy studentów w zakresie komunikacji międzyludzkiej, wygłaszania referatów, przemówień publicznych. To na prawdę ważne. Przekonuję się właśnie w tej sytuacji szkolenia BHP, potraktowanej jako studium przypadku. Wielu nauczycieli akademickich doświadcza to na własnej skórze… Bo każdy musi iść na jakieś szkolenie zawodowe lub behapowskie. Nudzimy się i cierpimy? Sami sobie ten los zgotowaliśmy…

Oj, padł ważny komunikat z ust prelegenta „To na pewno będzie w teście” – odwołanie się do korzyści słuchaczy, „słuchaj, bo to będzie na egzaminie”… Jakaś forma mobilizowania (ale w sumie jest to uczenie się dla stopni, ocen, dla egzaminu a nie dla wiedzy potrzebnej w życiu). Ważne ale nie wystarczające, bo jeśli tylko tak motywujemy, to powiedzenie „zakuć, zaliczyć, zapić, zapomnieć” staje się zbyt często praktykowane. Dlaczego zapić? By łatwiej zapomnieć…zbędne i niepotrzebne informacje, tak jak wyrzucanie śmieci do kosza. Niebawem wielkie juwenalia – Kortowiada.… czas totalnego zapominania. Bo jest wiedza jednorazowa, potrzebna do przejścia przez bramkę, przez „ważny” egzamin… żeby dalej być studentem (danina, podatek, haracz). I tylko do tego potrzebna, Zapominanie jest nam w życiu potrzebne. Bez niego nie bylibyśmy w stanie funkcjonować.

cdn.

(czytaj część pierwszą)

Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe. Cz. 1.

akademicka2Od co najmniej kilku lat toczy się dyskusja o tym, czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe czy raczej dobrowolne. Jedni odwołują się do wielowiekowej tradycji, inni do pustoszejących sal i nieodpowiedzialności studentów. Ostatnio ta dyskusja została podsycona przez artykuł w Gazecie Wyborczej, informujący o decyzji, która zapadła na UAM w Poznaniu – wykłady mają być obowiązkowe.

Problem sam odczuwam, gdy widzę pustawą salę, przykre to, irytujące. Pojawiają się w środowisku akademickim próby szukania szybkiego rozwiązania. „To studenci są głupi, nieodpowiedzialni, bumelują. Przymusić do wiedzy, bo my lepiej wiemy co ważne. „ Szybkie, łatwe rozwiązanie?

Dodatkowo studenci na wykładach nie uważają, patrzą w smartfony (zakazać?), rozmawiają. Zmusić do słuchania i notowania? Czy są gorzej wychowani czy taka postawa wynika zupełnie z czegoś innego? Na przykład może to być podzielność uwagi i wielozadaniowość cyfrowych tubylców. Jestem osobiście za nieobowiązkowymi wykładami oraz za solidnymi zmianami w dydaktyce akademickiej. Nie sprawdzam obecności – bo szkoda mi czasu na wyczytywanie nazwisk, bo nie chcę zbić termometru aby udawać, że choroby nie ma. Dla lepszego wyłuszczenia mojego poglądu (rozmyślam nad tym już blisko 30 lat! – nie jest więc to opinia powstała ad hoc) dokładniej przedstawię problem w kilku wpisach blogowych i postaram się przedstawić swoje argumenty. Trzeba postarać się zrozumieć sytuację by racjonalnie a nie chaotycznie działać.

Wśród tych, co nawołują do obowiązkowych wykładów (dawni absolwenci, obecni pracownicy), padają argumenty jak to kiedyś było. I że powinno być tak samo. Obwiniana jest masowość kształcenia (ograniczyć liczbę studiujących, tak jak kiedyś, to będzie dobrze). Zakazać używania smartfonów i telefonów, bo to demoralizuje studentów – zajmują się innymi rzeczami zamiast słuchać i notować? Wprowadzić obowiązkowe wykłady z etykiety, bo studenci są źle wychowani itd.?

Świat się jednak zmienił, coś się zmieniło w społeczeństwie i w otoczeniu edukacji uniwersyteckiej. Czy warto upierać się przy wykładach obowiązkowych? Dlaczego? W tym kierunku potoczą się moje blogowe rozważania. Ale najpierw odwołam się do osobistego doświadczenia wszystkich dyskutantów. Nie tego, sprzed 20-30 lat z ówczesnych studiów, ale obecnego. Szkolenia BHP są obowiązkowe, co kilka lat wszyscy je przechodzimy, zarówno obecna kadra uniwersytecka jak i dawni absolwenci pracujący w różnych miejscach. Przypomnij sobie Czytelniku (lub Czytelniczko) swój udział na takich szkoleniach, jak się nudziłeś, jak marnowałeś czas, podpisywałeś listę i zmykałeś, jak prosiłeś o wpisanie na listę będąc nieobecnym. Jak czułeś, że mało treści przy długim czasie (na siłę zapełnianie czasu by wyrobić przepisowe godziny), że dałoby się to skrócić o połowę albo i o więcej, jak ściągałeś (lub sam prowadzący podpowiadał) na teście końcowym. Przypomniałeś to sobie Czytelniku? I co, ma to sens, ma tak zostać? A może tak – w mniejszym lub większym stopniu czują się studenci. I co, też mamy ich przymuszać wszelkimi sposobami? Tak ma wyglądać współczesny uniwersytet? Pewnie może tylko po co?

Niewątpliwie problem jest i to poważny z pustoszejącymi salami. Niewątpliwie potrzebny jest wysiłek intelektualny całego środowiska, aby zrozumieć co i dlaczego się dzieje. I dyskusje także są potrzebne. Dlatego, odwołując się do osobistego doświadczenia nas wszystkich, opowiem o moim szkoleniu BHP. Ale to tylko przykład, bo w gruncie rzeczy chcę pokazać jak czuje się student na obowiązkowych wykładach. Przynajmniej tych niektórych.

Szedłem na obowiązkowe, kilkugodzinne szkolenie BHP jak na skazanie, z ogromnym uprzedzeniem. Bo przecież już kilka razy byłem (w latach minionych). Zawsze było nudno, głupawo, beznadziejnie. Niewątpliwa strata czasu. Gdyby nie przymus pracodawcy, to bym nie poszedł. A skoro przymus i wiem, że będzie fatalnie, to od razu w głowie pojawia się myśl, czy nie da się tego jakość obejść, „załatwić” (tak jak przyzwyczailiśmy się w czasach minionych realnego socjalizmu). Będzie lista, to trzeba być. Ale żeby przetrwać, to trzeba wziąć ze sobą coś do roboty, do poczytania, żeby czymś się zająć. Moja postawa była powszechna (rozglądałem się po sali) a nie wyjątkowa i odosobniona. Skąd takie negatywne nastawienie? Efekt doświadczeń z czasów minionych, uprzedzenie. Emocjonalne nastawienie „na nie” zanim wykłady i szkolenie się zaczęły. A czyż nasi studenci nie mają czasem takich złych doświadczeń? I a priori zakładają, że będzie nuuuuda i stracony czas? To swoista zbiorowa odpowiedzialność pracowników uniwersytetu i tylko pracą zespołową, a nie pojedynczymi inicjatywami, możemy coś na lepsze zmienić. Zatem wszyscy powinniśmy dbać o jakość wykładów (nawet nie swoich), bo łyżka dziegciu psuje całą beczkę miodu. I wtedy rzeczywiście, nasi studenci ze złymi doświadczeniami, wyniesionymi ze szkoły i ze studiów, mogą nie przyjść na wartościowy wykład i stracić coś ważnego.

Ale ja (i chyba większość uczestników) wiedziałem, że to szkolenie  – a w zasadzie wiedza w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy jest ważna, że się przyda (wiedza, nie szkolenie – a to przecież nie to samo). Bo chciałbym umieć pomóc w razie wypadku, pożaru, nawet znać prawa pracownicze (wiele rzeczy jest nieznanych, pieniądze przechodzą obok nosa). Ale nawet najważniejsze treści można zniszczyć złą formą.

Wiedziałem, że ta wiedza mi jest potrzebna i przeczuwałem (efekt dawnych doświadczeń), że szkolenie tej wiedzy mi nie da (lub tylko w ograniczony zakresie), że będzie to ewidentna strata czasu, bo sam mógłbym sobie to przeczytać szybciej i lepiej. A czy nie tak czują się studenci na obowiązkowych wykładach? Coś jest na pewno nie tak, coś szwankuje. Ale niekoniecznie absencja wynika z głupoty i nieodpowiedzialności studentów, że nie wiedzą o wadze wiedzy i przydatności w przyszłej pracy.

A jeśli kiedykolwiek studiowałeś czytelniku, to przypomnij sobie swoje dawne wykłady, czy wszystkie były wartościowe? Niektóre na pewno tak, inne były przeciętne a jeszcze inne beznadziejne: nieaktualna wiedza, treści nie na temat, nudna i fatalna forma przedstawiania informacji. To teraz kwestia proporcji: ile jest tych różnych wykładów? I ile jest dziegciu w uniwersyteckiej beczce miodu?

Owszem, z każdego wykładu można coś wynieść, nawet z tego najgorszego. Tylko czy o taką efektywność nauczania nam chodzi? Mądry student, dobrze zmotywowany, o własnej aktywności, nawet na nudnym wykładzie skorzysta. Dzięki inteligencji wyłowi jakieś przydatne informacje, albo w tym czasie będzie rozmyślać o czymś wartościowym. Nawet patrząc na wykładowcę i kiwając ze zrozumieniem głową może myśleć o czymś zupełnie innym, nawet „tak, tak, chrzanisz bracie, ale kiwam głową, byś się dobrze czuł i nie robił nam nieprzyjemności i awantur”.

Szkolenie, na którym byłem, okazało się lepiej poprowadzone niż te poprzednie. Jest więc postęp. Tak więc z pozoru najbardziej nudne treści można przedstawić lepiej. Wystarczy tylko popracować nad formą. Nie jesteśmy więc skazani na nudne, obowiązkowe wykłady i siłowe zapędzanie studentów do sal wykładowych „dla ich dobra”. Wcale nie wiemy najlepiej, co jest im potrzebne. Bo może akurat muszą dorabiać do studiów i absencja na danym wykładzie wynika z kolizji czasowej? Czy studenci mają możliwość realną wyboru wykładów: z różnych ofert o różnej porze i przez różne osoby prowadzone?

c.d.n.

Namaluję sobie muchę … na kamieniu

gorzekkamienieDo efektywnej pracy trzeba zatrudnić obie półkule mózgowe. Lewa półkula, zwana akademicką, gdy sama pracuje, to druga, prawa – zwana artystyczną się nudzi. I przeszkadza. Nauka łączy się ze sztuką. Wzajemnie uzupełnia. Potrzebna jest analiza i synteza, naukowa skrupulatność i artystyczna innowacyjność. Sztuka dla naukowca nie jest tylko hobbystycznym odpoczynkiem ale i psychiczną higieną. Intelektualna rozgrzewką.

Tym razem szalony pomysł zrodził się w Lublinie, żeby w czasie tegorocznych warsztatów bentologicznych (bentos, to małe bezkręgowce żyjące na dnie zbiorników wodnych) malować wodne bezkręgowce na kamieniach. Szybko podchwyciłem ten artystyczny pomysł na spotkanie integracyjne ale i nieco inne spojrzenie na życie biologiczne potoków górskich. W tym roku XXII Ogólnopolskie Warsztaty Bentologiczne odbędą się w dniach 21-23.05.2015 r. w Przesiece k. Karpacza, w Karkonoszach. Celem warsztatów jest przybliżenie zagadnień związanych z monitoringiem wód oraz zachęcenie do badań makrofauny rzek Sudetów. Zjedzie się kilkudziesięciu naukowców z Polski i krajów ościennych. Libuse Opatrilova oraz Stanislav Vojtasek przedstawią metodykę pobierania próbek makrozoobentosu i oceny stanu ekologicznego rzek, przyjętą w Czechach. Natomiast dr Grzegorz Tończyk przybliży nam problematykę oznaczania rzędu Diptera. Warsztaty zakończy wycieczka po Karkonoszach.

Będą więc referaty, postery, warsztaty oznaczania i spotkania kuluarowe. Jadę by nie tylko zdać relacje z badań nad chruścikami Kotliny Kłodzkiej i wykorzystaniem ich w monitoringu wód. Nie tylko by pouczyć się oznaczania jakże trudnej grupy jakimi są larwy muchówek. Ale także po to, by w rozmowach kuluarowych podyskutować ze specjalistami z całej Polski, bo wymienić się pomysłami, zaplanować dalsze wspólne badania, publikacje. I by się lepiej kuluarowo rozmawiało będziemy malowali kamienie, zebrane z Karkowskich potoków. Malowanie to nie tylko odwzorowywanie tego, co się widzi. To wyobrażanie sobie obiektu. Im lepsza wiedza entomologiczna (znajomość anatomii owadów), tym wierniejsze (prawdziwsze) powstają malowane odwzorowania. Rysunki i ilustracje barwne zawsze zawierają więcej treści niż zdjęcie fotograficzne. Bo dodawany jest element teorii. Uwieczniane jest więcej niż widać w danej chwili. Dodawany jest skumulowany efekt zdobytej wiedzy.

Jadę w Karkonosze, by przy okazji konferencji naukowej… namalować sobie „robala” na kamieniu. Pierwotnie planowałem malowanie na butelkach… ale farby akrylowe szybciej schną i dają większe możliwości. Potem pozostanie tylko polakierowanie i… niech sobie kamienie leża w trawie lub nad potokiem. Nie będę jedynym, który będzie malował. Liczę, że do zabawy dołączy więcej osób.

A na ilustracji wyżej prace dr Małgorzaty Gorzel z Lublina, specjalistki od Chironomidae.

Dlaczego pierwszoklasiści cieszą się z 60-lecia Instytutu Fizyki Jądrowej PAN

W tym roku Instytut Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk w Krakowie obchodzi sześćdziesięciolecie swojego istnienia. Naukowcy z tego instytutu badają niezmierzone głębiny Wszechświata we współpracy z największymi ośrodkami naukowymi na świecie. Od ponad półwiecza prowadzą prace badawcze w zakresie budowy materii i budowy jądra atomowego. Zajmują się zastosowaniem promieniowania w medycynie i wielu innych dziedzinach. No tak, ale co to wszystko może obchodzić kilkuletnie dzieci z pierwszej klasy szkoły podstawowej w Olsztynie? I nauka zbyt abstrakcyjna i odległość z Olsztyna do Krakowa wielka. Gdzie Rzym a gdzie Krym?

Niedzicki_ksiazkaTak, Instytut Fizyki Jądrowej to poważna instytucja. Ale wszystko zależy od tego jak się swój jubileusz obchodzi. Otóż w ramach obchodów 60. lecia Instytut wydał małą książeczkę popularnonaukową, przygotowaną przez swojego pracownika – znanego popularyzatora nauki Wiktora Niedzickiego. Całkiem niedawno Pan red. Niedzicki poinformował członków Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych o wydaniu wspomnianej broszury (ilustracja zamieszczona obok), szybko napisałem z prośbą o przysłanie egzemplarza. Jakkolwiek jestem biologiem to takie pozycje bardzo mnie interesują. Szukam inspiracji do zajęć. I pomysłów na popularyzację wiedzy.

Kilka dni temu wspomniana książeczka do mnie dotarła. Wraz z bardzo sympatyczną dedykacją. Ale jeszcze bardziej z „Nowego laboratorium Wiktora” ucieszyła się moja żona, gdy przejrzała i zobaczyła jakie propozycje eksperymentów opracował Pan Wiktor Niedzicki. Powiedziała „Napisz szybko do Pana Wiktora z gorącymi podziękowaniami i pozdrowieniami, bo książeczka bardzo przyda mi się w pracy”. Żona uczy w szkole podstawowej. Od lat prowadzi dla najmłodszych Koło Młodych Odkrywców. Co i rusz nosi do szkoły dziwne rzeczy, trochę oleju, sodę. Ostatnio zaniosła jajko i trochę soli. Nie do końca wiem, co ona tam z pierwszakami wyczynia, ale na pewno nie chodziło o przygotowanie drugiego śniadania (jajko na twardo z odrobiną soli).

W „Nowym laboratorium  Wiktora” sporo jest opisów prostych eksperymentów z wykorzystaniem łatwo dostępnych pomocy, takich jak puste butelki, woda, kubeczki kartonowe do kawy, woreczki foliowe, gumka recepturka, mąka ziemniaczana itd. Można więc odkrywać tajemnice świata korzystając z tego, co jest w kuchni lub szkolnej klasie. I dlatego właśnie pierwszoklasiści z I b już się cieszą z 60. lecia  Instytutu Fizyki Jądrowej Polskiej Akademii Nauk w Krakowie, bo otrzymali wspaniały prezent. Kolejne pokolenie młodych odkrywców przeżywać będzie emocje, związane z poznawaniem praw przyrody. Kto wie, może w niektórych pozostanie fascynacja nauką i zainteresowanie fizyką, a za lat powiedzmy 20 pojawią się nowi entuzjaści fizyki jądrowej, którzy odwiedzą laboratoria wspomnianego Instytutu. Już jako pełnoprawni badacze tajemnic Wszechświata.

Można różnie obchodzić swoje jubileusze. Ten z „Nowym laboratorium Wiktora” bardzo mi się podoba, bo niesie w sobie wieloletnie i dalekosiężne  oddziaływania. Niczym promieniowanie kosmiczne.

Zatem Panie Wiktorze, serdecznie dziękuję za przesłaną książeczkę. I ja się cieszę (coś tam dla siebie znajdę inspirującego) i żona się cieszy (bo ma znakomitą pomoc dydaktyczną) i pierwszaki z Koła Młodych Odkrywców z dalekiego Olsztyna się cieszą. Przy okazji przesyłam gratulacje jubilatowi – Instytutowi Fizyki Jądrowej z dalekiego Krakowa.

E-encyklopedia Warmii i Mazur – bubel za publiczne, unijne pieniądze?

encyklopediastronaglownaW środowisku akademickim (a także i poza) dość często spotykałem się z krytycznymi uwagami na temat poziomu merytorycznego Wikipedii, nawet z sugestiami, żeby zabronić korzystania studentom z Wikipedii, „No bo co mądrego jacyś amatorzy, licealiści i kto tam jeszcze mądrego może napisać”. Owszem wiarygodność jest różna poszczególnych haseł, ale to dotyczy każdego źródła i sprowadza się do umiejętności korzystania z wielu niezależnych źródeł.

Można się zastanowić co przesądza o jakości dzieła, ludzie (specjaliści) czy procedura (system, sposób tworzenia treści). Nauka jako sposób poznawania świata odniosła niewątpliwy sukces. I chyba najważniejszym elementem jest permanentna dyskusja, wzajemne recenzowanie prac, ciągłe i niezależne weryfikowanie. Nie autorytety a weryfikacja i nieskrępowana dyskusja ma pierwszorzędne znaczenie.

Niedawno powstała Encyklopedia Warmii i Mazur (E-encyklopedia Warmii i Mazur), już jakiś czas temu publicznie ogłoszono jej oficjalne uruchomienie. Na realizację przedsięwzięcia pozyskano całkiem spore pieniądze, wykonawcami byli naukowcy, studenci, współpracowały różne instytucje i urzędy. Czyli wszystko co potrzeba, a powstało coś dużo gorszego od Wikipedii rozwijanej przez wolontariuszy. Dlaczego mimo, iż byli naukowcy i było dużo pieniędzy, powstał bubel? Przecież projekt skazany był na sukces, a mimo to powstał koszmarek, już wcześniej krytykowany przez regionalnych pasjonatów lokalnej historii. Pojawiały się także zarzuty nieuprawnionego korzystania z różnych źródeł.

Zanim przejdę do sprawy najważniejszej, czyli rozważań „dlaczego”, może warto przez chwilę zatrzymać się nad wykazaniem dlaczego ową encyklopedię uważam za bubel. Encyklopedia z logo ważnych instytucji samorządowych i europejskich chyba w intencji autorów miałaby być wizytówką regionu. I rzeczywiście stroną startową, otwierającą tę encyklopedię, jest hasło o województwie warmińsko-mazurskim . Można powiedzieć, że jest to hasło flagowe całej Encyklopedii. Całość niestety wygląda marnie graficznie (oparte na oprogramowaniu wiki, ale znacznie mniej atrakcyjnie zrobione niż na Wikipedii). Dużo gorzej prezentuje się treść i poziom merytoryczny tegoż hasła. Już wcześniej wytykałem błędy merytoryczne m.in. informacje o topografii, wskazując, że zapomniano o szkolnej niemalże informacji o depresji w naszym regionie. Częściowo zostało to poprawione, ale dalej wygląda bardzo niezgrabnie.

Sekcja „Topografia, „Ukształtowanie powierzchni w województwie ma charakter nizinny. Najwyższym wzniesieniem jest Góra Dylewska (312 m n.p.m.). Brzeg Zalewu Wiślanego znajduje się na poziomie 0 m n.p.m. Najniższy punkt województwa znajduje się w miejscowości Raczki Elbląskie (-1,8 m n. p. m.).” Uzupełniono już informacje o depresji ale zostało głupawe zdanie o brzegu zalewu, który znajduje się na 0 m n.p.m. A na jakiej wysokości ma się znajdować, gdy wysokość mierzy się od poziomu morza? I właśnie poziom morza przyjmuje się za 0 m. A co znaczy skrót n. p. m. jak nie metry nad poziom morza? Zalew ma szerokie połączenie z Bałtykiem, dziwnym byłoby, gdyby było inaczej. A jeśli ta wysokość jest nietypowa, to powinno się znaleźć jakieś wyjaśnienie. To wiedza raczej szkolna i zdradza dużą ignorancję lub ogromną redakcyjną niechlujność przypadkowego zestawiania różnych danych. W zestawieniu z licznymi naukowcami (o profesorach nie tylko z Olsztyna w telewizji wspominał prof. Gancewski, a na stronach Encyklopedii wymienieni są naukowcy, merytorycznie odpowiedzialni za poszczególne działy), biorącymi udział w tworzeniu treści wygląda to zabawnie…. i wstydliwie.

Czytajmy dalej, co w haśle o naszym województwie w tejże Encyklopedii jest napisane. W sekcji „Przyroda” – „Charakterystyczne dla przyrody regionu są tereny leśne oraz jeziora. Do głównych kompleksów leśnych zaliczyć należy Puszczę Borecką, Napiwodzko-Ramucką, Piską, Nidzicką, Romincką oraz Lasy Iławskie. Połowa z dziesięciu największych jezior w Polsce znajduje się na terenie województwa warmińsko-mazurskiego, w tym dwa największe – Śniardwy i Mamry. Bogactwo środowiska naturalnego idzie w parze z wysokim poziomem czystości powietrza. Niemal całe województwo wchodzi w skład programu „Zielone Płuca Polski”.” Synteza i kwintesencja przyrody regionu… Nie ma jednak nic o jakże typowym i charakterystycznym dla regionu krajobrazie pojeziernym, młodoglacjalnym. Tylko stwierdzenie, że są lasy i jeziora. Notabene są inne regionu Polski bardziej zalesione. Są i regionu z licznymi jeziorami. Gdyby nie nazwa konkretnych kompleksów leśnych czy dwu jezior, równie dobrze można byłoby to umieścić jako charakterystyka innych województwa Polski. Mazury cud natury, lasy i jeziora…. Poziom mocno rozczarowujący. I to w haśle będących wizytówką całej encyklopedii. O przyrodzie praktycznie nic sensownego dowiedzieć się nie można, same banały i to na dodatek niezbyt trafnie dobrane.

Ale Encyklopedię w największym stopniu tworzyli historycy. Więc może w historii jest przynajmniej sensownie i wartościowo, oryginalnie i niepowtarzalnie? Podrozdział „historia” omawianego hasła otwiera zdanie: „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r. po półtorawiecznej przerwie.” Jedno zdanie i kilka błędów, wręcz głupot. W dalszej części tekstu jest już lepiej wyjaśnione ale wewnętrzna sprzeczność tekstu jest rażąca (wskazuje na brak sensownej redakcji opracowania). Jakby każde zdanie pisała inna osoba, zupełnie niezależnie a potem ktoś niewprawny powiązał to „sznurkiem”. Co to znaczy „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r.” Czy ta mniejsza część województwa (notabene wtedy przecież nie było woj. warmińsko-mazurskiego!) była poza granicami Polski? Czyli wnioskować można, że część obecnego województwa znajdowała się poza granicami Polski. Ciekawe, ale nigdzie dalej nie jest to wyjaśnione. I druga część zdania „po półtorawiecznej przerwie”. O ile można byłoby coś takiego pisać w odniesieniu do Warmii, to na pewno nie do reszty obecnego województwa. Przecież były w granicach Prus . Żadnej przerwy więc nie było. Bardziej wygląda to na tekst z jakieś partyjnej (PZPR) broszury z minionych czasów niż materiałów historycznych, napisanych przez naukowców (historyków).

Na szczęście kolejne zdanie wyjaśnia problem. Ale dlaczego dwa sąsiadujące zdania zawierają wzajemne sprzeczności? „Po wojnie duże fragmenty Prus Wschodnich i Prus Zachodnich zostały włączone do Polski i podobnie jak inne ziemie spoza granic przedwojennych w początkowym okresie funkcjonowały jako okręg (Mazurski, oznaczony numerem IV)”. Zatem najpierw był Okręg a nie województwo warmińsko-mazurskie potem też były inne twory. Notabene „spoza granic przedwojennych” były także na Pomorzu i na zachodzie kraju i nie należały w żadnym momencie do Okręgu Mazurskiego. Wystarczy sprawdzić na Wikipedii hasło „Prusy Zachodnie”, albo w innym, papierowym źródle, dostępnym w bibliotece. Może być i podręcznik szkolny do historii. „W czerwcu 1946 r. okręg został przekształcony w województwo olsztyńskie, jednak część jego dotychczasowego terytorium przeszła do województwa gdańskiego i białostockiego.” W sumie to nie wiadomo o czym autorzy piszą, czy o województwie warmińsko-mazurskim (to istnieje dopiero od 1999 r., a więc wcześniej można pisać o historii regionu lub terenów wchodzących obecnie w skład województwa), czy o regionie i historii zmian administracyjnych. Taki sposób pisanie niczego nie wyjaśnia i robi edukacyjny mętlik. Jak czytelnik nie wie, to i tak się nie dowie.

„Kluczowe zmiany granic nastąpiły wraz z reformą administracyjną na przełomie 1998 r. i 1999 r., kiedy powstało województwo warmińsko-mazurskie jako jedno z 16 województw, obejmując poza terenem dotychczasowego województwa olsztyńskiego także obszerne części województw elbląskiego i suwalskiego oraz fragmenty województw toruńskiego, ostrołęckiego i ciechanowskiego.” Więc dopiero od 1999 roku istnieje nasze województwo, w tych granicach i tej nazwie. Jak to się ma do zdania na początku: „Teren województwa znalazł się w większości w administracji polskiej w 1945 r.”. Ewidentne błędy stylistyczne powodują tekst mocno jednoznacznym i trudno wyjaśnić „co autor miał na myśli”. A to ma być przecież Encyklopedia – źródło pierwszego kontaktu z zagadnieniem, prosto i jasno wyjaśniające. Kto wie, to nie musi tam zaglądać. Kto nie wie podstawowych faktów, to raczej się nie dowie i nie zrozumie.

Mylenie różnych podmiotów administracyjnych wyraźnie widać w liście „wojewodów”, lista chronologiczna wskazuje na ciągłość. A przecież tak nie było. Ciągłość administracji państwowej nie oznacza ciągłości województwa (zmieniała się przecież nie tylko nazwa ale i terytorium, zmieniały się też nazwy urzędów). Widoczna ewidentna nieporadność pisania tekstów objaśniających historię. Jeśli już tak umieszczone to wymaga to wyjaśnienia, i komentarza. W obecnej wersji znajduję poziom licealistów nie uniwersyteckich profesorów.

Bylejakość opracowania widać w fałszywym wykazie źródeł, np. wymieniona jest pozycja: „Achremczyk Stanisław, Historia Warmii i Mazur, tom I: Pradzieje – 1772, Olsztyn 2010”. W haśle opisywanej encyklopedii nie ma nic z prehistorii i historii do 1772. Historia ogranicza się do okresu od 1945 r. Jedynie ogólnikowa wzmianka o powrocie do Polski po „półtorawiecznej przerwie” w jakiś sposób odnosiłaby się do rozbiorów. Ale to są fakty ze szkoły podstawowej i nie ma uzasadnienia do podawania tej pozycji. A może z opracowania prof. Achremczyka wzięto coś o położeniu geograficznym lub przyrodzie? Najwyraźniej wpisano pozycję prof. Achremczykja by dodać wiarygodności, że niby czerpano ze źródeł. Pozory naukowości, ale tak grubymi nićmi szyte, że nie trudno to wyłapać.

Ewidentne błędy i nieprawidłowości były wytykane przez różne osoby już od dłuższego czasu. Trudno jednak naprawić wadliwą konstrukcję. I chyba jest do „dzieło” nienaprawialne, bo nieudolne łatanie dziur, po publicznym ich wskazywaniu, niewiele pomoże całości.

Wróćmy do problemu zasadniczego, dlaczego mimo udziału naukowców, licznych „wyrobników” w postaci studentów i doktorantów i dużych funduszy powstał bubel? W trakcie pisania haseł było kilka progów weryfikacji: najpierw autor pisał hasło, potem sprawdzał redaktor, potem recenzent naukowy, potem super recenzent w osobie pana M. Kapłona. Na każdym etapie hasło mogło być kierowane do autora, celem poprawek i uzupełnień. Tyle kontroli jakości a powstaje opracowanie z licznymi wadami? Iście bizantyjska hierarchia a mimo to (a może właśnie dlatego!) powstanie niereformowalny bubel. Pozory naukowości.

A dlaczego w nauce się udaje ciągle podnosić jakość? Bo w prawdziwej nauce każdy jest autorem i jednocześnie recenzentem dla innych, nie ma takiej bizantyjskiej hierarchii „zatwierdzania”. Wikipedia w swojej koncepcji naśladuje proces naukowy – każdy może być autorem, współautorem treści w hasłach i każdy może krytycznie odnosić się do pracy innych. Liczą się argumenty i weryfikowalne źródła. Ważniejsza jest więc procedura, system, bo mimo że Wikipedię tworzą teoretycznie słabiej utytułowani autorzy, to powstaje znacznie efekt lepszy merytorycznie i za dużo mniejsze pieniądze.

Dlaczego E-encyklopedia jest tak słaba? Ośmielę się twierdzić, że nie są winne pieniądze z UE, nie są wini naukowcy (są specjalistami w swych dziedzinach), nie są winni nawet studenci i doktoranci piszący hasła, po prostu zła była i jest koncepcja, złe zarządzanie projektem. I być może zawiniła u niektórych osób pazerność na pozornie łatwą kasę. „Studenci napiszą a my klepniemy jako eksperci i będzie gites”. Nie jest gites, jest wstyd… dla całego środowiska akademickiego, bo rykoszetem wszyscy naukowcy obrywają za marną jakość, firmowaną niby przez wybitnych naukowców.

Twórcy encyklopedii publicznie mówią, że tu chodziło o proces, że chodziło o uruchomienie a teraz wolontariusze będą uzupełniać i rozbudowywać. Ale pan M. Kapłon publicznie w mediach obrażał potencjalnych współtwórców-wolontariuszy. Czy jest to skuteczny sposób motywowania do włączenia się do pracy? Wątpię. Tym bardziej, że istnieje w internecie więcej podobnych projektów, chociażby sama Wikipedia lub kilka innych regionalnych, komercyjnych encyklopedii o różnym terytorialnie zasięgu.

W rezultacie nie powstało ani coś kompletnego (za te pieniądze to przynajmniej można było jakiś dział zrobić kompletnie i całościowo), ani nie powstał projekt z możliwością rozwoju. Będzie się kurzył na serwerach i irytował swoimi błędami, lukami, niezgrabnością.

Dlaczego w ogóle zabieram głos w tej sprawie? Bo projekt powstał za nasze, podatników z Unii Europejskiej pieniądze. Mam więc prawo sprawdzać jak wydawane są publiczne fundusze. Niech grant z Unii Europejskiej nie będę synonimem, tandety i skoku na kasę. To za nasze pieniądze, więc pilnujmy jakości i inwestycji. Już niebawem to my będziemy więcej wnosić niż uzyskiwać z UE. Nauczmy się więc już teraz dbać o jakość projektów, realizowanych z funduszy europejskich.

Na stronie głównej takie można znaleźć informacje: „Encyklopedia nie jest dziełem naukowym. Jest jedynie narzędziem służącym nie tyle samemu gromadzeniu, co przede wszystkim doskonaleniu wiedzy o regionie Warmii i Mazur. Narzędziem darmowym i otwartym dla wszystkich.” Co to znaczy owo „doskonalenie wiedzy o regionie”? Może ma być to zeszyt ćwiczeń i konkurs kto znajdzie więcej błędów? Przewrotne byłoby to „doskonalenie”. Warto jedynie przypomnieć, że „Realizatorem Encyklopedii Warmii i Mazur jest Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie. Pomysłodawcą i koordynatorem tego projektu, podobnie jak i Leksykonu Kultury, jest zastępca dyrektora CEiIK-u Marcin Kapłon.”

encyklopediakwiecien

Zrzuty z ekranu z dnia 30 kwietnia 2015 r.

Wcześniej o Encyklopedii pisałem już