Czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe. Cz. 1.

Od co najmniej kilku lat toczy się dyskusja o tym, czy wykłady na uniwersytecie powinny być obowiązkowe czy raczej dobrowolne. Jedni odwołują się do wielowiekowej tradycji, inni do pustoszejących sal i nieodpowiedzialności studentów. Ostatnio ta dyskusja została podsycona przez artykuł w Gazecie Wyborczej, informujący o decyzji, która zapadła na UAM w Poznaniu – wykłady mają być obowiązkowe.

Problem sam odczuwam, gdy widzę pustawą salę, przykre to, irytujące. Pojawiają się w środowisku akademickim próby szukania szybkiego rozwiązania. „To studenci są głupi, nieodpowiedzialni, bumelują. Przymusić do wiedzy, bo my lepiej wiemy co ważne. „ Szybkie, łatwe rozwiązanie?

Dodatkowo studenci na wykładach nie uważają, patrzą w smartfony (zakazać?), rozmawiają. Zmusić do słuchania i notowania? Czy są gorzej wychowani czy taka postawa wynika zupełnie z czegoś innego? Na przykład może to być podzielność uwagi i wielozadaniowość cyfrowych tubylców. Jestem osobiście za nieobowiązkowymi wykładami oraz za solidnymi zmianami w dydaktyce akademickiej. Nie sprawdzam obecności – bo szkoda mi czasu na wyczytywanie nazwisk, bo nie chcę zbić termometru aby udawać, że choroby nie ma. Dla lepszego wyłuszczenia mojego poglądu (rozmyślam nad tym już blisko 30 lat! – nie jest więc to opinia powstała ad hoc) dokładniej przedstawię problem w kilku wpisach blogowych i postaram się przedstawić swoje argumenty. Trzeba postarać się zrozumieć sytuację by racjonalnie a nie chaotycznie działać.

Wśród tych, co nawołują do obowiązkowych wykładów (dawni absolwenci, obecni pracownicy), padają argumenty jak to kiedyś było. I że powinno być tak samo. Obwiniana jest masowość kształcenia (ograniczyć liczbę studiujących, tak jak kiedyś, to będzie dobrze). Zakazać używania smartfonów i telefonów, bo to demoralizuje studentów – zajmują się innymi rzeczami zamiast słuchać i notować? Wprowadzić obowiązkowe wykłady z etykiety, bo studenci są źle wychowani itd.?

Świat się jednak zmienił, coś się zmieniło w społeczeństwie i w otoczeniu edukacji uniwersyteckiej. Czy warto upierać się przy wykładach obowiązkowych? Dlaczego? W tym kierunku potoczą się moje blogowe rozważania. Ale najpierw odwołam się do osobistego doświadczenia wszystkich dyskutantów. Nie tego, sprzed 20-30 lat z ówczesnych studiów, ale obecnego. Szkolenia BHP są obowiązkowe, co kilka lat wszyscy je przechodzimy, zarówno obecna kadra uniwersytecka jak i dawni absolwenci pracujący w różnych miejscach. Przypomnij sobie Czytelniku (lub Czytelniczko) swój udział na takich szkoleniach, jak się nudziłeś, jak marnowałeś czas, podpisywałeś listę i zmykałeś, jak prosiłeś o wpisanie na listę będąc nieobecnym. Jak czułeś, że mało treści przy długim czasie (na siłę zapełnianie czasu by wyrobić przepisowe godziny), że dałoby się to skrócić o połowę albo i o więcej, jak ściągałeś (lub sam prowadzący podpowiadał) na teście końcowym. Przypomniałeś to sobie Czytelniku? I co, ma to sens, ma tak zostać? A może tak – w mniejszym lub większym stopniu czują się studenci. I co, też mamy ich przymuszać wszelkimi sposobami? Tak ma wyglądać współczesny uniwersytet? Pewnie może tylko po co?

Niewątpliwie problem jest i to poważny z pustoszejącymi salami. Niewątpliwie potrzebny jest wysiłek intelektualny całego środowiska, aby zrozumieć co i dlaczego się dzieje. I dyskusje także są potrzebne. Dlatego, odwołując się do osobistego doświadczenia nas wszystkich, opowiem o moim szkoleniu BHP. Ale to tylko przykład, bo w gruncie rzeczy chcę pokazać jak czuje się student na obowiązkowych wykładach. Przynajmniej tych niektórych.

Szedłem na obowiązkowe, kilkugodzinne szkolenie BHP jak na skazanie, z ogromnym uprzedzeniem. Bo przecież już kilka razy byłem (w latach minionych). Zawsze było nudno, głupawo, beznadziejnie. Niewątpliwa strata czasu. Gdyby nie przymus pracodawcy, to bym nie poszedł. A skoro przymus i wiem, że będzie fatalnie, to od razu w głowie pojawia się myśl, czy nie da się tego jakość obejść, „załatwić” (tak jak przyzwyczailiśmy się w czasach minionych realnego socjalizmu). Będzie lista, to trzeba być. Ale żeby przetrwać, to trzeba wziąć ze sobą coś do roboty, do poczytania, żeby czymś się zająć. Moja postawa była powszechna (rozglądałem się po sali) a nie wyjątkowa i odosobniona. Skąd takie negatywne nastawienie? Efekt doświadczeń z czasów minionych, uprzedzenie. Emocjonalne nastawienie „na nie” zamin wykłady i szkolenie się zaczęły. A czyż nasi studenci nie mają czasem takich złych doświadczeń? I a priori zakładają, że będzie nuuuuda i stracony czas? To swoista zbiorowa odpowiedzialność pracowników uniwersytetu i tylko pracą zespołową, a nie pojedynczymi inicjatywami, możemy coś na lepsze zmienić. Zatem wszyscy powinniśmy dbać o jakość wykładów (nawet nie swoich), bo łyżka dziegciu psuje całą beczkę miodu. I wtedy rzeczywiście, nasi studenci ze złymi doświadczeniami, wyniesionymi ze szkoły i ze studiów, mogą nie przyjść na wartościowy wykład i stracić coś ważnego.

Ale ja (i chyba większość uczestników) wiedziałem, że to szkolenie  – a w zasadzie wiedza w zakresie bezpieczeństwa i higieny pracy jest ważna, że się przyda (wiedza, nie szkolenie – a to przecież nie to samo). Bo chciałbym umieć pomóc w razie wypadku, pożaru, nawet znać prawa pracownicze (wiele rzeczy jest nieznanych, pieniądze przechodzą obok nosa). Ale nawet najważniejsze treści można zniszczyć złą formą.

Wiedziałem, że ta wiedza mi jest potrzebna i przeczuwałem (efekt dawnych doświadczeń), że szkolenie tej wiedzy mi nie da (lub tylko w ograniczony zakresie), że będzie to ewidentna strata czasu, bo sam mógłbym sobie to przeczytać szybciej i lepiej. A czy nie tak czują się studenci na obowiązkowych wykładach? Coś jest na pewno nie tak, coś szwankuje. Ale niekoniecznie absencja wynika z głupoty i nieodpowiedzialności studentów, że nie wiedzą o wadze wiedzy i przydatności w przyszłej pracy.

A jeśli kiedykolwiek studiowałeś czytelniku, to przypomnij sobie swoje dawne wykłady, czy wszystkie były wartościowe? Niektóre na pewno tak, inne były przeciętne a jeszcze inne beznadziejne: nieaktualna wiedza, treści nie na temat, nudna i fatalna forma przedstawiania informacji. To teraz kwestia proporcji: ile jest tych różnych wykładów? I ile jest dziegciu w uniwersyteckiej beczce miodu?

Owszem, z każdego wykładu można coś wynieść, nawet z tego najgorszego. Tylko czy o taką efektywność nauczania nam chodzi? Mądry student, dobrze zmotywowany, o własnej aktywności, nawet na nudnym wykładzie skorzysta. Dzięki inteligencji wyłowi jakieś przydatne informacje, albo w tym czasie będzie rozmyślać o czymś wartościowym. Nawet patrząc na wykładowcę i kiwając ze zrozumieniem głową może myśleć o czymś zupełnie innym, nawet „tak, tak, chrzanisz bracie, ale kiwam głową, byś się dobrze czuł i nie robił nam nieprzyjemności i awantur”.

Szkolenie, na którym byłem, okazało się lepiej poprowadzone niż te poprzednie. Jest więc postęp. Tak więc z pozoru najbardziej nudne treści można przedstawić lepiej. Wystarczy tylko popracować nad formą. Nie jesteśmy więc skazani na nudne, obowiązkowe wykłady i siłowe zapędzanie studentów do sal wykładowych „dla ich dobra”. Wcale nie wiemy najlepiej, co jest im potrzebne. Bo może akurat muszą dorabiać do studiów i absencja na danym wykładzie wynika z kolizji czasowej? Czy studenci mają możliwość realną wyboru wykładów: z różnych ofert o różnej porze i przez różne osoby prowadzone?

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s