Muzyka, w której słyszę chruściki

kamienie_i_ania_broda_2Muzyka odzyskana i wydobyta z przeszłości, nadjeziorna. Wyszperana przez Anię Brodę w Krainie Tysiąca Jezior. Angielski tytuł przygotowywanej płyty (Thousand Lakes) ma ułatwić wyjście tej przecudnej, folkowej muzyki poza prowincjonalne opłotki. W daleki świat.

Muzyka nadjeziorna, w której słyszę chruściki i brzęczące nad wodą owady. Przypomina mi się na przykład wyjątkowy i związany z jeziorami chruścik Hydroptila dampfi. On gdzieś w tych nutach na pewno jest. Mały, niepozorny acz wyjątkowy. A może jest i motyl szlaczkoń siarecznik? A może cytrynek latolistek?

Muzyczne warmińsko-mazurskie motywy przywracanie do życia są jak malowane butelki. stare dachówki czy polne kamienie. Kiedyś potrzebne, potem zapomniane i wyrzucone, pod płot, na strych, gdzieś do leśnego rowu. Dlatego wspieram projekt Ani Brody (więcej na stronie Polak Potrafi). I Ty też możesz zostać współproducentem wyjątkowej płyty z muzyką Krainy Tysiąca Jezior.

Dziedzictwo niematerialne jest jak życie, wymaga ciągłego odtwarzania, trwania. Nie można odłożyć gdzieś do szafy czy na strych. By żyła musi być ciągle odtwarzana, musi dźwięczeć wypiewywana i odgrywana. Dziedzictwo niematerialne jest ulotne i trudne do zachowania. Wymaga stałej pracy, troski i nieustannego wykorzystywania. Muzyka towarzyszy człowiekowi od dziesiątków tysięcy lat. A może nawet setek. Ale zapisujemy nutami i zarejestrowanymi dźwiękami na płytach i plikach ją dopiero od niedawna. Wcześniej przekazywana była z ust do ucha, w bezpośrednim kontakcie człowieka z człowiekiem, kultury z kulturą. Tworzona jest w kontekście czasów i miejsca. We wspólnocie ludzi, którzy w codziennej pracy oraz różnorodnych uroczystościach czy chwilach wyjatkowych nie tylko rozmawiają ale i śpiewają.

Śpiew i muzyka ułatwiają zapamiętanie treści (opowieści). Są jak rym i rytm w poezji. Pozwalają zapamiętać długie historie. Kiedyś rozmawialiśmy i śpiewaliśmy przy pracy, w życiu codziennym. Bez sprzętu elektronicznego sami wypełnialiśmy przestrzeń domową śpiewem i muzyką. Ten świat i te umiejętności odchodzą w przeszłość.

Na powrót wymyślamy sposoby życia wspólnotowego, na podwórku i ulicy. Już nie przy darciu pierza czy międleniu lnu. Przy wspólnym śpiewaniu, malowaniu kamieni czy zakładaniu trawnika między parkingami. Drugim kontekstem, w którym powstaje muzyka są instrumenty i technika. To jak potrafimy zbudować przyrządy do wydawania dźwięków wpływa na muzykę, jaką tworzymy i w jakiej uczestniczymy. W niepamięć odchodzą dawne instrumenty, bo teraz są doskonalsze, lepsze, elektryczne. Ewoluuje zatem i muzyka. Ale dzięki wytrwałym poszukiwaczom przeszłości odzyskujemy nie tylko historie minionych czasów ale i dźwięki archaiczne i przez to niezwykle egzotyczne.

Nawet w nowoczesności czerpiemy z dawnego dziedzictwa, również tego niematerialnego. Bo są rzeczy nieprzemijające w swojej wartości. Niedawno zakończył się rok Oskara Kolberga. Ale nie zakończyła się praca wielu osób, przywracających do życia dawne dziedzictwo muzyki regionalnej. Jedną z tych pracowitych osób jest Ania Broda. Liczę, że najnowsza płyta będzie mogła być wydana. Jeśli chcesz, wesprzyj i ty: https://polakpotrafi.pl/projekt/ania-broda-plyta.

Malowanie kamieni przy współczesnym, miejskim „łuskaniu fasoli”. Rozmowy i śpiewanie. Bo z muzyką łatwiej zapamiętać nawet zawiłe, ludzkie historie. Ponadto pojawia się dodatkowa treść, harmonia i piękno. Zostań współproducentem niebanalnych treści z prowincji.

Zobacz też:

kamienie_i_ania_broda_3

kamienie_i_ania_broda_1

O malowaniu kamieni w szkole

malowanie_kamieni_szczytno_2Szkoła to nie tylko miejsce nauki w klasie, to także lokalne centrum społeczno-kulturalne. Zwłaszcza w małych miejscowościach i na wsiach. Dla szkoły nie ma tam za wielu alternatyw. Likwidowanie małych szkól z powodów ekonomicznych (bo niby taniej jest dowozić dzieciaki) to marnowanie potencjału miejsca. Edukacja to nie filantropia lecz inwestycja. To także edukacja ustawiczna i pozaformalna, mimo że na te formy działalności nie ma dotacji „na ucznia”.

W sobotę 16 kwietnia gościłem w Szkole Podstawowej nr 2 w Szczytnie. Malowaliśmy kamienie. Przyszło ponad 60 osób. Ciasta upiekły mamy i nauczycielki. Zaskoczony byłem dużą frekwencją. Najwyraźniej ludzie chcą się ze sobą spotykać i robić coś razem.

Drugim zaskoczeniem była otwartość, z jaką do malowania włączali się rodzice. Bo dzieci, wiadomo są z natury bardziej otwarte i bezkrytyczne. Malowaliśmy przyrodę lokalną tak jak widzą ją dzieci i pozwalają nam nasze umiejętności. A pomalowane kamienie będą prezentami dla gości, którzy odwiedzą szkołę z okazji 70. jubileuszu istnienia.

W podtekście spotkania i malowania była lokalność i ograniczenie zbędnej konsumpcji. Rękodzieło, zamiast jednorazowych pamiątek przywożonych z daleka, robionych fabrycznie (czasem z wykorzystaniem dzieci lub na wpół niewolniczej pracy). Niepowtarzalne, unikalne, z głębokim podtekstem. Kamienie tej ziemi z zaklętymi pasjami i emocjami ludzi stąd. Zamiast jednorazowej konsumpcji bycie wspólnotowe ze sobą. Bo przecież i dorośli chcą przychodzić… do szkoły. (zobacz więcej zdjęć)

W tracie kuluarowych rozmów narodziły się i inne pomysły. Żeby tak zrobić plener wakacyjny i pomalować duże kamienie nad jeziorem. Raz, że zabawa dla młodych, dwa pamiątka na długo. Uzupełnienie do Pofajdoków. Dużo większe przedsięwzięcie, wymagające wsparcia samorządowego. Ale może się uda, jeśli zapał nie zniknie. Bo wiele osób zaskoczonych było tym, że wspólne malowanie, spotkanie i dyskutowanie o wszystkim i o niczym może być tak przyjemne. Na powrót odkrywamy zapomniany urok podwórka.

Prędzej czy później ten pomysł uda się zrealizować. Nie teraz, to później, nie w Szczytnie to w innym miejscu. Malowane warmińskie kamienie żyją swoim życiem. Na przykład już 1. maja br. razem z dachówkami zagoszczą w olsztyneckim Skansenie (już teraz zapraszam) na festynie „sztuka nie tylko ludowa”. A potem to kto wie gdzie i kiedy połączą ludzi. Tak jak wspólna praca z darciem pierza, międleniem lnu czy łuskaniem fasoli. Ludzie to istoty społeczne, lubią być ze sobą razem. Wspólnotowo i solidarnie.

W szkole spotykać się mogą nie tylko uczniowie na lekcjach w klasie. Szkoła może łączyć poprzez edukację pozafromalną i ustawiczną. Bądźmy jak dzieci, ciekawi świata i otwarci na coś nowego. I bądźmy otwarci na nowe funkcje edukacyjne szkoły.

I mała dygresja. Powszechny jest pogląd, że nauczyciele mają dużo wolnego (że pracują tylko 18 h w tygodniu). To pozory, nauczyciele dużo pracują, miniona sobota była tego przykładem. Czas pracy to nie tylko lekcje, to przygotowanie, sprawdzanie prac uczniowskich, działania pozalekcyjne. I najczęściej… dokładanie z własnej kieszeni. Nauczyciel to chyba jedyny zawód, w którym „okrada się” własny dom i wynosi do pracy. Kiedy wreszcie szkoły zostaną należycie dofinansowane? Tak, aby nauczyciel mógł pracować np. 40 h tygodniowo i nie przynosić pracy do domu, nie wykorzystywać własnego sprzętu do uzupełniania dzienników elektronicznych, sprawdzania prac, przygotowania pomocy. By mógł to normalnie zrobić w szkole….

Bambusowe skarpety czyli o tym, co to jest produkt polski i co znaczą słowa

bambusowe_skarpetyJeśli dociekliwie się czyta i szuka to czasem okazuje się, że słowa nie znaczą to co znaczyć powinny.

Stałem w sklepowej kolejce do kasy, gdy je zobaczyłem w koszyku. Zaciekawiony kupiłem. Bo jak nie kulić naturalnych skarpet bambusowych, na dodatek będących produktem Polski (może chodziło o polski produkt?). Czytałem wcześniej o wykorzystywaniu włókien różnych roślin w przemyśle dziewiarskim, np. włókien pokrzywy. Zaintrygowały mnie te włókna bambusowe. I kupiłem.

Wróciłem do domu i uważnie przeczytałem etykietę. Wszystkiego co chciałem to się nie dowiedziałem, ale uzupełniłem poszukiwaniami w sieci. Sadząc po kodzie kreskowym produkt wyprodukowano w Polsce. Zatem jest to produkt lokalny (krajowy). Można go nazwać polskim (jako miejscu pochodzenia). Ale dlaczego „Produkt Polski” (z dużej litery wskazywało by, że to jakiś sztandarowy produkt z naszego kraju). Jakaś sztandarowa innowacja? Bambusowe skarpety jako polski produkt. Zaraz zaraz, ale u nas w zasadzie bambusy nie rosną. To jakie one polskie? U nas finalny element produkcji? Jakiś polski wynalazek a surowiec sprowadzany z daleka?

Naturalność w nazwie wskazywałaby na jakiś proces, przyjazny dla środowiska naturalnego. Przywożenie z daleka surowca zwiększa emisję gazów cieplarnianych w wyniku transportu. Szukajmy więc dalej, może o coś innego chodzi. W opisie na etykiecie takie też znalazłem określenia: „wysoki komfort, właściwości higroskopijne, idealnie przylega do stopy (… ) skarpety z włókna bambusowego wykonane z najwyższej jakości przędzy bambusowej (..).” Zaintrygowały mnie te włókna bambusowe. Jak są pozyskiwane? Gdzieś wyczytałem na dodatek, że bambus ma właściwości bakteriobójcze. Może więc to było źródłem upowszechnienia włókiem bambusowych? Ale co to za włókna i jak je pozyskać, kiedy kojarzy mi się ta roślina z elementami zdrewniałymi? Wiedzę trzeba uzupełniać. Zacząłem od podstaw, od Wikipedii, do czego jest wykorzystywany bambus? Lekki i wytrzymały materiał budowlany, stolarski, galanteryjny, tkacki, wykorzystywany do budowy desek do krojenia żywności oraz na plecionki. Młode pędy są jadalne, z ziaren można robić chleb. A więc jest materiałem tkackim*. Czyli jednak coś.

Z ciekawością zacząłem dokładniej studiować etykietę. Przeczytałem skład surowcowy: „80 % wiskoza (włókno bambusowe), 17% poliamid, 3% elastan”. Czy wiskoza to nazwa włóka bambusowego? Poliamid i elasten to włókna syntetyczne. Coś mi tu się nie zgadza z moim stanem wiedzy. No cóż, znowu poszukiwania w internecie, by rozwiać niepewność.

Dość szybko potwierdziły się moje obawy co do tego cudownego włókna. Są to po prostu przetworzone włókna celulozowe, do produkcji których użyto bambusa jako surowca dostarczającego celulozę. Surowiec pochodzi przede wszystkim z upraw w Chinach, Indiach, Filipinach, Korei oraz Malezji. Problematyczne jest więc uznanie za polski produkt. Nawet nie wiem czy u nas są szyte…. Na pewno pakowane. To trochę za mało na przymiotnik „polski” (podobnie jak polskie ślimaki).Marketingowo patriotyzm jest w modzie…

A co z naturalnością? Włókna wiskozowe – jak można dowiedzieć się chociażby z Wikipedii – to rodzaj włókna, powstającego w wyniku chemicznej obróbki celulozy. Celulozę do produkcji włókien wiskozowych otrzymuje się z oczyszczonej masy drzewnej, typowo z drzew iglastych, niekiedy liściastych (najczęściej stosowanym drewnem jest sosna, świerk lub buk). Możliwe więc, że tak zwane włókno bambusowe to po prostu wiskoza uzyskiwana z bambusa, czyli celulozy w nim zawartej. Może rodzaj surowca ma znaczenie i jakieś właściwości biologiczne (jakieś substancje) z bambusa pozostają, stąd ta wiskoza jest inna?

Jak uzyskuje się wiskozę? Masę drzewną (celulozę i ewentualnie domieszki np. lignin, czyli tego co w drewnie się znajduje) poddaje się działaniu ługu sodowego (wodorotlenek sodu, NaOH), a następnie dwusiarczku węgla (CS2). W efekcie otrzymuje się produkt przejściowy, sól sodową ksantogenianu celulozy (za Wikipedią). Następnie ten półprodukt rozpuszcza się w rozcieńczonym wodnym roztworze zasady sodowej, otrzymując wiskozę czyli płyn przędzalniczy o konsystencji miodu, który przetłaczany jest przez zespół dysz o drobnych otworkach, zanurzonych w roztworze kwasu siarkowego. Na tym etapie następuje koagulacja wiskozy z wytworzeniem nierozpuszczalnych włókien. Tak powstają włókna wiskozowe. Włókna produkowane są jako włókna ciągłe (sztuczny jedwab, kord) lub cięte (bawełnopodobne i wełnopodobne). Czy jest to włókno naturalne? Wykonane z surowców naturalnych, możliwe że z bambusa, ale poddane różnorodnym procesom chemicznym. Wątpliwe by pozostawały związki biologicznie czynne, które miałyby właściwości antybakteryjne. Być może sama wiskoza ma takie właściwości. Ale wtedy nie ma znaczenie czy do produkcji użyto masy drzewnej z polskich lasów czy z bambusa rosnącego w Azji.

Jak się okazuje podobne wątpliwości mieli i inni. Okazuje się, że włókno bambusowe – wiskoza, to zwykły chwyt marketingowy (np. http://storeko.pl/blog/2013/07/11/cala-prawda-o-wloknie-bambusowym-wykorzystywanym-w-produkcji-odziezy/ lub tu http://www.ekonsument.pl/s156_wlokna_bambusowe.html), a cudowne właściwości i „naturalność” jest robieniem nie tyle w balona, co w bambus.

Wiskoza z celulozy bambusowej może jest o tyle lepsza, że bambus rośnie szybciej niż buk czy inne drzewo. Tyle, że bambus uprawiany jest w monokulturach. Mało to przyjazne dla środowiska i dla bioróżnorodności.

Okazuje się, że podstawową i kluczową umiejętnością (kompetencją) wieku XXI jest umiejętność szybkiego wyszukiwania informacji. Nie wystarczy umieć czytać i rozumieć znaczenie słów. Trzeba analizować całą treść i dociekać kontekstu, umieć interpretować i selekcjonować źródła informacji. Skarpety były rzeczywiście tanie. W dużej mierze wynika to zapewne z niskich kosztów produkcji celulozy z bambusa. Ale można równie dobrze wykorzystać jako surowiec wierzbę „energetyczną”. Bez wątpienia w Polsce uprawiana i dająca pracę polskim obywatelom. Dla lokalnej różnorodność biologicznej też byłoby to przyjazne. Jeszcze jeden przykład dobrego wykorzystania OZE z biomasy. Druga propozycją jest wykorzystanie pokrzywy, jako rośliny włóknistej. Skarpetki z pokrzywy, czy bielizna z pokrzywy byłyby z cała pewnością bardziej polskie i bardziej naturalne (czytaj o tkaninach z pokrzywy).

W piątek wybieram się do gimnazjum, z na kolejne zajęcia z uczniami. Będę miał jeszcze jeden przykład o odpowiedzialnym kupowaniu i analizowaniu tego, co w sklepie się znajduje.

* hasło na Wikipedii poprawiłem. Wszystkie znalezione przeze mnie informacje wskazują, że „włókno bambusowe” to marketingowy chwyt na określenie wiskozy. Więc nie ma co rozpowszechniać niepoprawnych danych o surowcu włókniarskim.

3 razy U czyli o przywracaniu wartości i sensu starym butelkom

butelka_ladnaButelki i słoiki, kiedyś były pełne i potrzebne. Pospolite ale przydatne jako opakowanie. Po wykorzystaniu zawartości opakowanie wyrzucamy. Leżą i szpecą krajobraz, przyrodę. Zapełniają wysypiska odpadów. Przemijanie jest czymś naturalnym. Jednak w kulturze konsumpcji i jednorazowości przemijanie jest bardzo szybkie. Zbyt szybkie.

Pospolitość jest brzydka. Takich słoików i butelek jest pełno. Pełno w sklepie, pełno na śmietniku i niestety w lesie czy jeziorze. Setki, tysiące, więc pospolitość nie ma wartości (w naszych oczach). Ewentualnie niewielką. Do czasu, gdy pełni rolę opakowania. Pospolite i puste… to bez wartości. A że puste to pozbawione sensu. Leżą, zawadzają, szpecą.

Umycie i zdjęcie etykiety przywraca czysty (surowy) kształt. Już bardziej uniwersalny a nie powiązany z codziennością i konsumowanym towarem. Czysty kształt bywa czasem piękny. Trzeba tylko umieć na niego odpowiednio spojrzeć. Ale wiele kształtów jest pospolitych, codziennych, to jakże mogą mieć dla nas wartość? Pomalowanie pustej butelki czy słoiczka nadaje wymiar unikalności, niepowtarzalności. Zyskuje na wartości, dostrzegamy piękno. I nie jest już pospolite. Jest już wyjątkowe, niepowtarzalne. Malowanie starych butelek i słoików to odzyskiwanie sensu i wartości.

Poświęcam własny czas, moje starania i wiedzę o przyrodzie (którą maluję), razem jest to wartość dodana. Nie tylko nadawanie unikalności ale i motywy przyrodnicze, związane z roślinami, owadami czy innymi bezkręgowcami polskiej bioróżnorodności. Bo te chwasty i robale wokół nas również wydają się pospolite, mało warte…. codzienne.

Moje słoiki i butelki stoją i zdobią przestrzeń w wielu miejscach świata (nie tylko Polski). I są użytkowane, jako pojemniki i pojemniczki w kuchniach, jako ozdoba sama w sobie, jako butelki do nalewek i soków, jako karafki czy jako wazony do kwiatów. Odzyskane z jednorazowości, z nowym sensem i nową wartością.

Odzyskuję sens nie tylko w dostrzeżeniu piękna ale i użyteczności. Znowu czemuś służą, są potrzebne, zdobią. Dekorują przestrzeń jako opakowanie-pojemnik. Podobnie jest z ludźmi. W czasach konsumpcji i jednorazowości wielu zbyt szybko przemija, jako jednorazowe opakowanie, po szybkiej konsumpcji są wyrzucani… Nie ma rzeczy niepotrzebnych, nie ma ludzi niepotrzebnych i pospolitych. W czasie spaceru zbieram te powyrzucane i szpecące, by po umyciu i pomalowaniu wróciły do obiegu i użyteczności. Czasem po prostu… nie wyrzucam. Od razu maluję. Konsumujemy tak dużo, że zadanie staje się iście syzyfowe… Ale nie rezygnuję. Kropla drąży skałę.

Moje malowanie jest opowieścią z przesłaniem. Czynić świat piękniejszym na różne sposoby. Malowanie w przestrzeni publicznej jest z ludźmi i dla ludzi. Ludzie są w gruncie rzeczy ważniejsi. Dlatego maluję czasem także kamienie czy stare dachówki. By być z ludźmi i dla ludzi. W najbliższym czasie będę malował w Szczytnie i w Olsztynku. A potem jeszcze w innych miejscach, nawet w Zakopanem. To przy okazji Międzynarodowych Targów Produktów Regionalnych.

3 razy U (to moja wersja 3 x R): unikaj kupowania rzeczy zbędnych (niepotrzebnie zużywając surowce i energię), użyj jeszcze raz i w końcu utylizuj (recykling). Malowanie butelek to przede wszystkim to drugie U – wydłużanie czasu użytkowania. Poprzez nadanie nowego sensu jednorazowemu, pospolitemu opakowaniu. By nie było ani pospolite ani jednorazowe. By było wyjątkowe. W jakimś sensie wpływa to na pierwsze U – skoro mam, to po co kupować? I w końcu także na trzecie U bo w czasie akcji zbierania śmieci w lesie i przeznaczaniu ich do recyklingu tylko nieliczne butelki maluję. Te malowane są tylko symbolem, przypomnieniem.

Swoich butelek nie sprzedaję. Przekazuję w prezencie ludziom zasłużonym, aktywnym, wartościowym dla lokalności, ochrony przyrody czy zaangażowanym społecznie. I oczywiście przyjaciołom. Kupić można tylko na charytatywnych aukcjach.

Pisałem o butelkach? A może raczej o ludziach?

Malowane butelki w planetarium

12967438_10208087560500152_2429253360683386516_oMoje malowane butelki – a ostatnio także malowane kamienie – trafiają w różne miejsca. Podarowane różnym dobrym ludziom powędrowały już w rozmaite zakątki świata. Ostatnio przekazałem dwie butelki na Wentę Dobroczynną, z której całkowity dochód przekazany zostanie na remont Kaplicy w Bukwałdzie. Wenta odbędzie się w piątek, 8. kwietnia (Gminny Ośrodek Kultury w Dywitach, początek o godz. 18.00. W tym samy czasie rozpocznie się wernisaż w olsztyńskim Planetarium. Na wystawie w Planetarium znajda się i moje prace: kilka butelek i dwa kamienie. Wystawa zatytułowana jest „Pracownicy Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego – ich artystyczne wizje i dokonania. Nauka ze sztuką mocno się łącza. Obie poszukują piękna. A wielu naukowców aktywnie choć amatorsko tworzy dla odprężenia, wyciszenia itd.

Artystyczna Rezerwa Twórcza (A*R*T) powstała w roku 2011 z inicjatywy nieprofesjonalnych artystów- pracowników Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Do roku 2016 członkowie grupy zorganizowali 9 wystaw w galeriach wystawienniczych Biblioteki Głównej UWM, w klubie Baccalarium oraz w Starej Kotłowni. Grupę tworzą emeryci oraz pracownicy uczelni (innych wydziałów niż Wydział Sztuki). W ciągu pięciu lat prace swoje wystawiało łącznie około 60 członków. Na najbliższym wernisażu znajdą się prace 33 osób.

Gdyby ktoś chciał zobaczyć, to zapraszam w piątek 8. kwietnia na godzinę 18.00 (więcej o wernisażu). Wystawa trwać będzie do 15. kwietnia. A w dniu 16 kwietnia zapraszam do Szczytna, na malowanie kamieni. W ramach 70. jubileuszu szkoły podstawowej (czytaj więcej).

Wszystko mija, nawet najgorsze

kaluznica

„Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”

St. Lec

Wszystko przemija, nawet najdłuższa i jadowita żmija, i hejterka i cyberstalking. Są pasożyty świata biologicznego i pasożyty świata wirtualnego. Oba typy są uciążliwe. Ale przemijają. Co najwyżej zostają swędzące po ukąszeniach miejsca.

A na zdjęciu wyżej larwa kałużnicy, takiego chrząszcza wodnego. Wyspecjalizowany ślimakożerca. Nie żmija, a też … przepełza. W inne miejsce. By się przepoczwarczyć w coś innego.

Edukacyjne malowanie w Szczytnie. Warmińskie kamienie na mazurskiej ziemi.

12899569_1545528795747445_1978482427_oWiedzy nie widać. Kamieni polnych także. Leżą i zawadzają. Najczęściej się ich nie dostrzega. Chyba, że dom wybudować trzeba albo drogę brukiem wyłożyć. Wtedy są ważnym budulcem.  Podobnie jest z wiedzą i wykształceniem, na co dzień nie dostrzegamy, ale gdy chcemy coś zbudować, wtedy wiedza staje się niezbędna. Wiedzy nie widać ale skutki jej używania to jak najbardziej.

Po co malować? By nadać kamieniom nową wartość. By zwrócić uwagę. Warmińskie kamienie na mazurskiej ziemi. Kamienie edukacyjne, przywołujące wspomnienia z historii i opowiadające o lokalnej przyrodzie (bioróżnorodności).

W dniu 16 kwietnia 2016 r.  Szkoła Podstawowa z Oddziałami Integracyjnymi nr 2 im. Wojciecha Kętrzyńskiego (ul. Kętrzyńskiego 6)  w  Szczytnie, zaprasza już od godz. 10.00 na malowanie kamieni. Przyjdą rodzice, dzieci i kto tylko jeszcze chce. Pomalujemy ponad 150 małych kamieni – by świat był piękniejszy, ozdabiając lokalną bioróżnorodnością, mazurskimi chwastami, owadami, i wszystkim, co się w naszej przyrodzie da zobaczyć.

Pomalowane kamienie zostaną podarowane w prezencie gościom uroczystości, którzy tydzień później przyjadą na obchody 70.lecia szkoły.  Zabiorą ze sobą, wspomnienia i kamienie, z wartością dodaną. Niby takie same, a jedna odmienione. Tak jak absolwenci opuszczający mury szkoły. Widzimy, że urośli. Ale tego, co w środku (wiedza) nie widać.

12921050_1545541472412844_485876599_nPomysł z malowanymi warmińskimi kamieniami narodził się na plenerze w Tumianach w 2014 roku. Teraz wędruję po świecie. W połowie kwietnia zawędruje do Szczytna. Później napiszę o ludziach, którzy malowali. Utrwalą w kamieniach swoje przyrodnicze historie. 

Opowiadać o świecie nie tylko przyrodniczym  można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem. I bycie ze sobą razem. Tak jak kiedyś przy darciu pierza, łuskaniu fasoli lub pracy w polu. Wygłaszam wykłady z komputerem i rzutnikiem multimedialnym. Nowoczesny sprzęt. Piszę publikacje, na konferencjach naukowych wygłaszam referaty, wystawiam postery naukowe, prowadzę dyskusje kuluarowe oraz internetowe. Ale czasem maluję…. pod słońcem prowincji, w cieniu lipy, dębu lub kasztanowca, na trawniku. Albo w Szczytnie na szkolnym podwórku. Maluję butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne. Przywracam im sens i znaczenie. Bez wykwintnie uczonych słów. Teraz przyszła pora na kamienie, bo one na tej ziemi już długo leżą. Są napływowe, tak jak my wszyscy. Przybyły z lodowcem ze Skandynawii. Albo przyjechały ciężarówką na budowę z górskich kamieniołomów. Są i leżą.

Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny filozofii i odrobiny sztuki. Bo potrzebuje sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. W tym drugim niczego nie wytwarza, utrzymuje jedynie stan. Stan estetyki, porządku i piękna. Przywraca to, czego potrzebujemy. Sensem takiej pracy nie jest więc wzrost, produkcja, PKB ani nawet konsumpcja.

12922050_1545540719079586_1018194415_oMalowałem już kamienie i na Festiwalu Filozofii w Olsztynie, i na konferencji naukowej z hydrobiologami. Malowałem na trawniku w parku, na rynku w cittaslow i w plenerze. Teraz zapraszam do malowania w szkole. Malowałem także w Noc Biologów.

Aby uczestniczyć w kulturze nie trzeba kończyć studiów, zdobywać przeróżnych fakultetów i renomowanych dyplomów. Wystarczy odwaga. Może trudno to od razu dostrzec, ale dla mnie malowanie kamieni z ludźmi na podwórku lub na wsi to budowanie tożsamości kulturowej regionu, w oparciu o aktywność społeczną w środowiskach lokalnych oraz w nawiązaniu do globalnych zjawisk kultury, takich jak rozwój slow life czy cittaslow – lokalnej kultury czasu wolnego.

 

(fot. Barbara Łada, malowane kamienie także jej autorstwa)

 Czytaj także:

Szklarniowe jajka na Prima Aprilis

Scienze_FanpageKurze jajka na roślinie to oczywiście primaaprilisowa blaga. Zdjęcie przedstawia bakłażana,  Solanum melongena – czyli psianka podłużna, odmiana Golden eggs (więcej na ten temat dzieci w kapuście).

Problem z przedostawaniem się chemioterapeutyków do środowiska jest prawdziwy, zanieczyszczenia związkami biologicznie czynnymi także (więcej na ten temat http://biologiaolsztyn.blogspot.com/2016/03/roslin-obornik-i-antybiotyki.html)

Iwam Miczurin to uczony radziecki , znany ze swych doświadczeń z zakresu krzyżowania roślin. Wyhodował około 300 odmian drzew i krzewów owocowych. Był twórca kontrowersyjnych metod hodowli roślin. W swych doświadczeniach w dziedzinie upraw nie posługiwał się powszechnie uznawanymi w świecie naukowym metodami. Mimo braków teoretycznych i metodycznych  udało mu się stworzyć pewną liczbę odmian roślin odpornych na surowe warunki klimatyczne panujące w głębi Rosji. Miczurin był twórcą i propagatorem poglądów, na gruncie genetyki całkowicie błędnych, przypisujących człowiekowi zdolność do niemal dowolnego przeobrażania przyrody.

„Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” to tytuł książki beletrystycznej Weroniki Murek, wydanej w 2015 roku. (http://lubimyczytac.pl/ksiazka/240965/uprawa-roslin-poludniowych-metoda-miczurina)

„Ewolucja, dewolucja, nauka” bardzo kontrowersyjne książka Maciej Giertych, w której profesor, genetyk i dendrolog ogłosił pogląd, że ewolucja to teoria, a dewolucja to fakt. Sprzeczne jest to z poglądami większości naukowców i dorobkiem naukowych ostatnich dziesięcioleci. Prof. Maciej Giertych rozesłał do wszystkich liceów i techników

Przełomowe odkrycie w nauce – szklarniowe jajka

jajkazeszklarniS.Cz. W państwa zespole odnotowaliście ogromny sukces, udało się wam zrobić to, o czym wielu wcześniej, na całym świecie marzyło. Dokonaliście tego w Olsztynie. Dlaczego chce pan pozostać anonimowy?

Profesor X. Wyniki naszych badań godzą w interes dużych koncernów i zagranicznego biznesu – obawiam się kłopotów i szykanowania.

S.Cz. Wiele się mówi ostatnio o zanieczyszczeniu środowiska związkami biologicznie czynnymi, negatywnie wpływającymi na nasze zdrowie. Skutki widoczne są w rozprzestrzenianiu się chorób cywilizacyjnych, takich jak cukrzyca, ADHD, otyłość.

Profesor X.

Chemioterapeutyki są grupą związków chemicznych aktywnych biologicznie. Znajdują zastosowanie zarówno w medycynie, jak i w weterynarii. W organizmach ludzi i zwierząt podlegają metabolizmowi, często nie są jednak metabolizowane w całości. Część wydostaje się z organizmu np. z potem, moczem czy kałem. W ten sposób trafiają do środowiska. Chemioterapeutyki z lekarstw i środków antykoncepcyjnych dostają się do wody i negatywnie wpływają na ryby. Skutki widoczne są wszędzie. Poza lekami jest dużo środków ochrony roślin. One też są obecne w środowisku, przez co niekorzystnie wpływają na życie człowieka.

Metabolity leków także charakteryzują się aktywnością biologiczną, niektóre z nich zachowują ją przez długi czas po wydaleniu z organizmu. W ostatnich latach coraz większy wpływ na zanieczyszczenie środowiska mają antybiotyki. Leczymy nimi ludzi, ale i zwierzęta. Bardzo często stosujemy  je profilaktycznie. To są bardzo duże dawki, dostające się do środowiska. Przykładem może być oksytetracyklina, której 21% podanej dawki wydalanej jest w postaci niezmienionej.  Trafiają do osadów pościekowych i na kompost a te stosowane są do nawadniania gruntów i nawożenia pól uprawnych. Antybiotyki wykorzystywane w weterynarii wydalane przez zwierzęta trafiają do gleby wraz z gnojowicą lub obornikiem, następnie mogą przenikać do wód gruntowych, rzek i jezior.

S.Cz. Jednak pańskie odkrycie dotyczy czegoś innego. Opracowaliście niezwykła metodę pozyskiwania ekologicznie czystych i zdrowych jaj kurzych.

Profesor X. Dużo różnych antybiotyków dociera do nas za pośrednictwem pokarmu. Są to zarówno rośliny rosnące na gruntach z obornikiem z hodowli zwierząt (wraz z chemioterapeutykami), jak i same zwierzęta, których mięso nafaszerowane jest dużą ilością związków biologicznie czynnych.  Podobnie jak kurze jaja, nawet z hodowli z wolnym wybiegiem – bo kury jedzą skażoną paszę, o czym nawet rolnicy nie wiedzą.

S.Cz. Opracowaliście państwo niezwykła metodę uprawy kurzych jak na krzakach pomidorów. To jakieś GMO (Organizmy Modyfikowane Genetycznie)

Profesor X.To nie jest żadne GMO! Wykorzystaliśmy zapomniany dorobek Miczurina, a nie jakieś zachodnie szkodliwe nowinki. Polska nauka wstaje z kolan! Z sukcesem wykorzystaliśmy nasz dawny dorobek. Miczurin opracowywał metody całkowitego przekształcania przyrody przez człowieka. W jego niedocenionej teorii możliwe było przekazywanie cech osobników silniejszych na słabsze, dzięki czemu odpowiedni dobór miał gwarantować tworzenie coraz to bardziej doskonałych gatunków. Zaczęliśmy od pomidorów odpornych na różne wirusy. Opublikowaliśmy nasze wyniki w międzynarodowych czasopismach. Nie spodobało się to amerykańskim koncernom, produkującym pomidory GMO. Jednak nawiązaliśmy współpracę z instytutem wojskowym i wykorzystaliśmy dodatkowo broń elektoromagnetyczną. Wojskowi chcieli testować ją na zwierzętach. Myśmy wykorzystali do udoskonalenia metody Miczurina. Te prace były ścisłe tajne.

Wnieśliśmy znaczący wkład w rozwój miczurinizmu, który głosił możliwości wszystkiego, w tym całkowitego panowania człowieka nad przyroda. I mamy rezultaty. Nasze kurze jajka rosną na krzakach pomidorów. Dowodem jest załączone zdjęcie. Wcześniejsze wyniki badań opublikowaliśmy w ubiegłym roku w książce  „Uprawa roślin południowych metodą Miczurina”.

S.Cz. Czy państwa produkt – te niezwykłe jajka, trafią niebawem na rynek i mogą się znaleźć na świątecznym (wielkanocnym) stole?

Profesor X.Metodami Miczurinowskimi oraz wykorzystując rozważania prof. Macieja Giertycha na temat dewolucji, skrzyżowaliśmy kurę polskiej rasy z rośliną i jajka rosną teraz w szklarni. Wybraliśmy pomidory bo zawierają dużo solaniny, co chroni przed chorobami. Nasze szklarniowe jajka nie zawierają chemioterapeutyków. Można je polecać nawet wegetarianom i weganom, bo przecież rosną na roślinach. Nie zabija się więc żadnych zwierząt. Eksperymentalną partię naszych jajek wypuściliśmy już na rynek, by sprawdzić, czy klienci odróżnią je od normalnych. Wyglądają prawie tak samo – są tylko mniej regularnego kształtu. Nad ta cechą musimy jeszcze popracować. Także na końcu naszego szklarniowego jajka widać małe znamię. To miejsce przyczepienia do rośliny. My je trochę zamalowaliśmy, by klienci się nie zorientowali. Do tej pory nie było reklamacji. Wnioskujemy z tego, że nawet smakowo są takie same.

S.Cz. A jak poradziliście sobie ze skorupką?

Profesor X. Glebę w szklarni, gdzie rosną jajko-rośliny, intensywnie wapnujemy. Wapno czerpią rośliny prosto z gleby.

S.Cz. Czy opatentujecie państwo swoje odkrycia?

Profesor X. Na razie miejsce naszych eksperymentalnych szklarni jest tajne. To z obawy przed międzynarodowymi koncernami lansującymi GMO. Już próbują nas ośmieszyć i wykupić prawa patentowe, by zamknąć je w sejfie i uniemożliwić wdrożenia. Ale nie damy się. Polska nauka wstaje z kolan.

Z ostatniej chwili – to był oczywiście primaaprilisowy żart, szczegółowe wyjaśnienia są tutaj.

Malowanie na parawanie czyli o wpływie staropanieństwa na plonowanie koniczyny czerwonej

dniotwarteMalowanie na parawanie czyli o wpływie staropanieństwa (teraz poprawniej byłoby napisać – żeńskim singlem) na plonowanie koniczyny czerwonej. Lub inaczej to ujmując, z nawiązaniem do aktualnych wydarzeń, opowieść przy malowaniu o wpływie programu 500 + na stan agroekosystemów i plonowanie koniczyny czerwonej. Wszystko to w czasie Dnia Otwartego i prezentacji kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze (zobacz szczegóły), 31 marca (czwartek) 2016 r. na Wydziale Humanistycznym.

I ja tam będę, przy malowaniu opowiadał będę o bioróżnorodności i o wpływie żeńskiego niezamążpójścia na plonowanie koniczyny czerwonej…. Tytuł brzmi paradoksalnie, bo gdzie Rzym a gdzie Krym, jaki mogą mieć związek tak odległe zjawiska (styl życia kobiet a plonowanie koniczyny)? Wbrew pozorom będzie to całkiem poważna rozmowa o nauce, o zależnościach statystycznych i przyczynowo-skutkowych, o złożoności wiedzy i zawiłości w wyciąganiu wniosków. Będzie więc o stosowaniu wiedzy w praktyce, o przenikaniu się zależności kulturowych i przyrodniczych, o atropopresji na ekosystemy, o przenikaniu się dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego i ich wpływie na nasze życie.

A malować będziemy motywy przyrodnicze: grzyby, rośliny, zwierzęta, pierwotniaki (na przykład sysydlaczki). Lokalna bioróżnorodność w całej swej okazałości i złożoności. Będzie o ziołach i o owadach na łące i o maści czarownic do latania jako produkcie regionalnym. Czyli o praktycznym wykorzystaniu wiedzy z zakresu dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego w działalności gospodarczej.

Malowanie na parawanie zaproponowała Anna Wojszej (czytaj więcej o malowanych przystankach  i o artystce i studentce w jednym). Ale przy okazji będzie malowanie kamieni – jak ktoś przyniesie ze sobą. Warmińskie kamienie, które blisko dwa lata temu zaistniały na plenerze w Tumianach, potem pojawiały się w miejscach niezwykłych i ważnych dla lokalnego dziedzictwa.

Na parawanie mają być motywy warmińskie – łąka i owady i całe jej życie. Pomalowany parawan j będzie stał w kąciku dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Będzie także malowanie i kolaż z suszonych ziół i kwiatów na kartkach typu pocztówkowego z pamiątkową pieczątką kierunku (dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze) – każdy uczestnik taką kartę będzie sobie mógł zrobić i zabrać ze sobą. Najpewniej będą także papierowe czapki z elementami warmińskimi i pieczątką.

Studenci zaprosili, to przyjdę. A liczę także na spotkania ze starymi znajomymi. Koleżanka ze studiów wraz z młodzieżą z Elbląga zapowiedziała odwiedziny i…. wykonanie małego, biologicznego decoupage na parawanie.