Homo sapiens, humanisto Homo sapiens, do cholery!

Czytałem o poranku gazetę, tak do śniadania. Nawet ciekawy był ten artykuł, ale nie wytrzymałem. Coś we mnie pękło. Już kiedyś o tym publicznie pisałem (wypowiadałem się). Od tej pory dziesiątki razy w zwykłych gazetach, uczonych książkach (recenzowanych, z poważnych wydawnictw!) widywałem błędy ortograficzne w nazwie gatunku ludzkiego "homo sapiens", pisane małą literą. To tak jakby ktoś pisał Może Bałtyckie (może chodzi o morze a może i nie?). Nazwy gatunków biologicznych w ujęciu naukowym piszemy w język łacińskim, wielką literą: Homo sapiens, Homo sapiens sapiens (wskazujemy podgatunek) itd., i do tego kursywą (italic, pismo pochyłe). Bo tak jest po prostu poprawnie, bo tak jest od wieków i nie ma powodu tego zmieniać!

Błędne zapisywanie nazw gatunkowych, nie tylko człowieka, jest domeną tak zwanych humanistów i filozofów i pokazuje ogromne braki w wykształceniu, w tym przypadku w odniesieniu do wiedzy przyrodniczej. Błędy powtarzane powielokroć się utrwalają i są powielane (bo jeśli przeciętny czytelnik widzi to na co dzień, to dlaczego ma nie naśladować i skąd ma wiedzieć jak jest poprawnie?). Parafrazując hasło, namawiające do pisanie polskich znaków "Ma znaczenie czy ktoś ma zrobić ci laske czy łaskę" – ma znaczenie czy jest Homo sapiens czy homo sapiens. To pierwsze oznacza gatunek biologiczny, to drugie określenie człowieka, tak jak homo faber, homo oeconomicus i tysiące innych. To nie jest kwestia tylko zapisu ale i znaczenia.

Jeśli więc pisarzu, copywtiterze, eseisto i inny humanistyczny erudyto piszesz o człowieku, jako gatunku biologicznym, użyj po prostu np. "człowiek jako gatunek biologiczny" – będzie zrozumiałe. Nie sil się na pisownię zoologiczną (naukową), bo wychodzą głupoty. Owszem, lepszym rozwiązaniem byłoby poprawne użycie nazwy gatunkowej.

A może już żadne zasady nie obowiązują, może można pisać jak kto tam chce? Tyle tylko, że ortografia to nie tylko tradycja (ta się przecież może zmieniać), ale przede wszystkim komunikatywność… bo czy humaniści zrobią nam tę łaskę (a może laskę?) i będą pisali poprawnie o Homo sapiens i Homo erectus czy Homo neanderthalensis?

O ignorancji w zakresie wiedzy przyrodniczej przekonać się można na co dzień, gdzie ludzie nawet z tytułami naukowymi (w jednej dziedzinie) wypowiadają bzdury (w innej dyscyplinie)… Może to tylko zanik solidności i brak dbałości o szczegóły? A może po prostu ewaluacja kształcenia przyrodniczego.  

ps. w tytule zapisana nazwa gatunkowa bez kursywy, bo nie można inaczej sformatować.

Inną kłopotliwą manierą jest przenoszenie angielskojęzycznej tradycji, zaczerpniętej z czasopism naukowych, i pisanie nazw łacińskich wyższych od gatunku już nie kursywą, tak jak do tej pory, ale normalnym pismem. I tu sami przyrodnicy bezwiednie i bezmyślnie wprowadzają zamęt. Nie dość że sami piszą błędnie to jeszcze poprawiają i przymuszają innych…

To co dostrzegasz w innych – jest w tobie

Nawet patrząc na przyrodę próbujemy dostrzec siebie samych. Interpretując zachowania zwierząt, strategie życiowe, gdzieś podświadomie lub skrycie odnosimy je do człowieka i do nas samy. Chcemy w lustrze przyrody dostrzec siebie, próbując zrozumieć świat wokół nas, nawet ten przyrodniczy, szukamy klucza do nas samych.

Patrzymy na świat poprzez siebie samych. W ujęciu metodologicznym to paradygmaty pozwalają nam zobaczyć świat. Dlatego jedni widzą więcej inni …mniej lub  inaczej.

Słowami nie tylko opisujemy świat, ale słowami go rozumiemy. Język, jaki używamy, nie tylko opisuje świat ale i nas samych. Jesteśmy tym, co mówimy. Słowa są kluczem do zrozumienia drugiego człowieka. I nas samych. Słowa są odzwierciedleniem naszych myśli i naszego spostrzegania świata. Słowa można wypowiadać lub zapisywać.

Język jest narzędziem do poznania otaczającej rzeczywistości i ułatwia myślenie. Widzimy przez język i pojęcia, jakich używamy. Rozwijając swój język (zasób słów, pojęć, częstość ich używania) rozszerzamy możliwość dostrzegania zjawisk wokół nas. Bez pojęć nie potrafimy myśleć – ale potrafimy czuć. Słowa więc wylęgają się także i z uczyć, krystalizują się.

Turystyka ekologiczna szansą rozwoju regionu

konie

Na początku września miałem przyjemność spotkać się w grupie hotelarsko-turystycznej i wygłosić mały wykład pt. „Turystyka ekologiczna szansą rozwoju regionu„. Reklamy trąbią, że „Mazury to cud natury”, ale nie bardzo wiadomo co tym cudem jest? I czy może być szansą dla rozwoju turystyki. Dwa miesiące nad jeziorem to przypadkiem nie jest za krótko? A od dużej liczby turystów to te jeziora staja się coraz brudniejsze… No więc przyjeżdżać czy nie przyjeżdżać?

Czy można rozwijać gospodarkę w oparciu o turystykę i przyrodę? Można – tylko trzeba wiedzieć jak. I trzeba znać swoje własne dziedzictwo przyrodnicze oraz kulturowe.

Przyroda zawsze ma lokalny charakter i zmienny w czasie. Dodatkowo oferta musi być dostosowana do różnego odbiorcy, zarówno ze względu na wiek jak i wykształcenie. Z przyrodą Warmii i Mazur najczęściej kojarzymy bociany, kormorany, bobry, rosiczki, jeziora, torfowiska. Ale te przecież występują także gdzie indziej. Taka oferta interesująca może być dla bardzo niewyrobionego turysty. Bardziej wyrafinowanym turystom warto pokazać różne gatunki grzybów, roślin, ptaków i owadów – jest tego bardzo dużo.

Coraz bardziej rozwija się na świecie specjalistyczna turystyka przyrodnicza, gdzie w różnych porach roku (poza sezonem wakacyjnym) ludzie przyjeżdżają oglądać ptaki na przelotach czy konkretne gatunki ważek, chrząszczy lub motyli.

Co ważne, przyroda jest zmienna w czasie, warto więc pokazywać te różne fenologiczne aspekty. Wiosną, latem, jesienią i zima spotykamy inne gatunki roślin i zwierząt, inna ich aktywność. W różnych porach roku Warmia i Mazury są inne, zarówno jeśli chodzi o kolory, zapachy, nawet dźwięki. Przyrodę można poznawać wszystkimi zmysłami. Aby lepiej ją poznać, trzeba przyjechać kilka razy, w różnych porach roku. Ze względu na fakt, że rośliny kwitną (poszczególne gatunki, łącznie z drzewami) w różnych okresach, to przyroda w lesie, na polach i łąkach inne ma kolory, inaczej pachnie. Do tego dochodzą dźwięki – inne odgłosy ptaków i owadów w różnych porach roku jak i porach dnia (podobnie z owadami czy roślinami). Przyjedź w rożnym czasie i powąchaj, zobacz, usłysz i posmakuj przyrody Warmii i Mazur.

Smakowanie wiąże się z wykorzystaniem w kulinariach sezonowych warzyw, owoców, grzybów itd., w tym ziół. Z przyrodą wiąże się dziedzictwo niematerialne, wykorzystanie w dawnej medycynie czy w rzemiośle. To poszerza głębię odbioru i stwarza zupełnie nowe sposoby opowiadania o niezwykłościach. Zapewnia obcowanie z unikalną i niebanalną przygodą. A przecież właśnie przygody i niezwykłości poszukują turyści.

Uzupełnieniem wakacyjnej przygody jest internetowy kontakt całoroczny poprzez takie portale jak Facebook, przez blogi czy nawet internetowe kamery, przekazujące obraz z danego miejsca (gniazdo bociana, orlika czy mrowiska, rosiczkowego torfowiska lub śródleśnej łąki).
Można więc kreatywnie łączyć nowoczesne technologie z mobilnym internetem i uroki przyrody Warmii i Mazur.

Na naszym Uniwersytecie jest duży potencjał, który może wpierać lokalny przemysł turystyczny w rozwijaniu oryginalnej, niebanalnej i unikalnej oferty na cały rok. Przybliżaniu lokalnej przyrody służy także niniejszy blog. Ale już od najbliższego roku akademickiego (2014/2015) na Wydziale Humanistycznym uruchamiany jest interdyscyplinarny i międzywydziałowy kierunek kształcenia „Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze” (studia licencjackie). Służymy także pomocą w przygotowaniu dedykowanej i indywidualnej oferty turystyki przyrodniczej i ekologicznej. Razem możemy odkrywać niezwykłe uroki przyrody na prowincji z kilkudziesięcioma tysiącami gatunków grzybów, roślin i zwierząt. W końcu uniwersytet nie istnieje sam dla siebie.

O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie

biedronkaninjaTytuł chyba dobry, bo jest sensacyjnie i ocieka krwią. Dotyczy jednak biedronek. Sensacyjność związana jest z ekologią i miastami. Opowieść jednak warta jest uwagi, bo w tle pojawi się potencjalne lekarstwo ma groźne, ludzkie choroby. Nie jest przypadkiem, że jesienią masowo pojawiają się w naszych domach – niczym najazd azjatyckich koczowników (Hunów czy Mongołów). W sterylnych warunkach miejskich większa liczba biedronek na ścianie i na oknie wzbudza panikę. A same biedronki mogą dać nam lekarstwo na malarię i gruźlicę.

W piątek, w słoneczny jesienny dzień syn zawołał, „atakują nas biedronki azjatyckie, pełno ich na oknie”. Syn mnie wołał, bo wiedział, że chcę zrobić im zdjęcie, a słowo „atakują” było użyte w dużej przenośni. Entomologiczny gość był raczej niecodzienny. Kilka szwendało się po oknie, ale po wyjściu na balkon zauważyłem ich kilkadziesiąt na ścianie bloku. W różnych formach barwnych. Z zadowoleniem pstrykałem.

Ale już następnego ranka zadzwonił pan z Radia Olsztyn z pytaniem czy nie znajdę kilku chwil, bo jest „epidemia biedronek w Olsztynie” (zobacz efekt). Znaczy jest temat medialny. W ostatnich latach sporo było można usłyszeć o biedronce azjatyckiej. Skalę zainteresowania wskazywały pytania dziennikarza: czy są krwiożerczymi czy napadają ludzi, skąd się wzięły itd. Strach ma wielkie oczy. W każdym razie masowe pojawy biedronki azjatyckiej są dla nas nietypowe i są zjawiskiem nowym. Ekolodzy podsycają emocje pisząc o gatunku obcym i zagrażającym naszej bioróżnorodności. Czy jest jakieś zagrożenie? Same biedronki, jako drapieżniki, są w jakimś sensie krwiożercze, ale na ludzi nie napadają i nie atakują. Może tylko ewentualnie mogą u niektórych osób wywoływać alergie – ale co teraz nie jest alergenem?

Niniejsza opowieść jest o biedronce Harmonia axyridis, zwanej biedronką azjatycką, arlekinem czy ninja. Pochodzi ona z rejonu wschodniej i środkowej Azji, ale do Polski dotarła nie ze wschodu, ale przez Europę Zachodnią. Takie to są kręte drogi inwazji gatunków obcych. W zasadzie bardzo podobna jest do biedronki siedmiokropki, naszej rodzimej, więc w panice przed biedronkami wschodnimi możemy wyrządzić krzywdę naszej tutejszej bożej krówce.

ninja2Wszystko zaczęło się wiele lat temu, gdy poszukiwaliśmy biologicznych metod zwalczania szkodników. Dość szybko ludzie odkryli, że biedronki jako drapieżniki, odżywiające się małymi mszycami, mogą pomagać w zwalczaniu szkodników roślin. Nie środki chemiczne ale właśnie naturalni sprzymierzeńcy w walce ze szkodnikami upraw. Naszą rodzimą biedronkę siedmiokropkę zawieziono w inne miejsca, także do Ameryki czy na Nową Zelandię (tam jest gatunkiem obcym). Ale biedronek łatwych w hodowli i wygodnych do stosowania w ochronie roślin jest więcej. Pośród wielu innych eksperymentowano także z biedronką azjatycką.

Już w 1916 roku biedronkę azjatycka przewieziono do USA i tam wykorzystywano do walki z mszycami. Trzeba było wielu lat, aby „uciekła” z hodowli i upraw do środowiska naturalnego. Po kilku dziesięcioleciach biedronka azjatycka okazała się gatunkiem inwazyjnym, szybko rozprzestrzeniającym się po świecie – pojawiła się w Ameryce Południowej. W Europie Zachodniej pojawiła się około 1982, sprzedawana komercyjnie jako biologiczny środek ochrony roślin przed mszycami. Ale do Europy została sprowadzona dużo wcześniej, bo w 1964 r. na Ukrainę oraz w 1968 r. na Białoruś. Ekspansja w Polsce zaczęła się jednak od zachodu.

ninja3W 1982 introdukowano ją we Francji, a w warunkach naturalnych zaobserwowano ją dopiero w 1991 roku we Francji. Potem w kolejnych latach pojawiała się w Kolejnych krajach: Belgii, Niemczech, Grecji, ostatnio pojawiła się w Afryce. W zachodniej Europie biedronki ninja zostały zauważone w 1999 r. W Polsce po raz pierwszy zaobserwowano w warunkach naturalnych w 2006 w Poznaniu. W Olsztynie po raz pierwszy informacje o obecności tego gatunku pojawiły się w 2010 roku. Teraz i u nas występuje masowo. Sam ją mogłem na balkonie w dużej licznie oglądać.

Są płodne a więc spełniają cechy gatunku, który może łatwo stać się inwazyjnym. Samica w ciągu jednego dnia składa około 25 jaj. Niby niewiele, ale w ciągu swojego życia składa już od 1,5 tys. do 4 tys. jaj. Biedronki azjatyckie żyją przeciętnie od 5 tygodni do trzech miesięcy, ale mogą dożyć nawet 3 lat (w sprzyjających warunkach). W sprzyjających warunkach może być do 5 pokoleń w ciągu roku. Szybko więc mogą zwiększyć swoją liczebność. Larwa rozwija się ponad 10 dni, w tym czasie zjada od 90 do 370 mszyc. Dorosłe owady są równie mszycożerne – zjadają od 15 do 65 mszyc dziennie. A jeśli mszyc zabraknie odżywiają się innym, małymi bezkręgowcami, w tym jajami i larwami innych biedronek. Stąd obawa o nasze rodzime gatunki. Ale takie troficzne relacje zachodzą i w drugą stronę. Poza bezkręgowcami biedronki azjatyckie mogą odżywiać się także pyłkiem kwiatowy i nektar, oraz mogą nadgryzać dojrzałe owoce, np. winogrona. Żerują na owocach uszkodzonych przez ptaki i inne owady, trudno więc uznać ją za szkodnika sadów. Bo i inne gatunki biedronek, nasze rodzime, podobnie się zachowują. Być może panikę przed ninja w dużym stopniu wywołały media, szukające sensacji.

Biedronki ninja (nawiązanie do Azji i cichych zabójców) mają ponad 5 mm długości (są różnej wielkości 5-8 mm, zazwyczaj ciut większe od naszej siedmiokropki, ale mniejsze od oczatki), rude głaszczki oraz charakterystyczną plamkę w kształcie litery „M” na przedpleczu. Ta m-kształtna plamka nie zawsze jest widoczna u wszystkich odmian barwnych. Koloru głaszczek raczej nie dostrzeżemy – wymaga to powiększenia. Pozostaje przypatrzeć się ubarwieniu (od żółtego i pomarańczowego, przez czerwone aż do czarnego) i kropkom – tych jest od zera do 23, w zależności od odmiany barwnej (duża zmienność jest cecha typowa dla gatunków inwazyjnych). Larwy mają charakterystyczne pomarańczowe pasy na bokach odwłoka i 4 brodawki grzbietowe larwy czwartego stadium.

Jesienna inwazja biedronek nie jest przypadkiem. W październiku migrują do miejsc zimowania. Sygnałem do podjęcia wędrówek jest skracający się dzień. W swojej dawnej ojczyźnie migrowały w góry, by przezimować w szczelinach skalnych lub pod kamieniami. Miasto, z betonowymi „skałami” bardzo przypomina takie siedlisko, a szczeliny w oknach – szczeliny skalne. Lecą do mieszkań, gdy jest słonecznie i ciepło – bo to najlepszy czas na migrację dla owadów (są zmiennocieplne). Nie jest przepadkiem, że pojawiły się na moim bloku w piątek po południu, w piękną słoneczną, złotojesienną pogodę. Na dodatek jasne elewacje wabią te biedronki. Lubią zimować w naszym pobliżu, przy domach – bo tu jest ciepło. Wybierają szczeliny pod parapetami, szczeliny między oknami, zakamarki pod sufitem czy za meblami. Inne biedronki szukają podobnego schronienia, ale jest ich znacznie mniej i dlatego może nie zwracamy na nie uwagi.

Ekolodzy i entomolodzy podkreślają, że biedronki azjatyckie są zagrożeniem dla naszych rodzimych gatunków – mogą przyczynić się do zmniejszenia lokalnej bioróżnorodności. Może jednak bardziej biedronka azjatycka wchodzi w pustkę ekologiczną i bardziej widoczna jest na terenach przekształconych, antropogenicznych, zurbanizowanych. Byłaby więc raczej skutkiem spadku różnorodności gatunkowej i swoistego „osłabienia” ekosystemów niż przyczyną tych zjawisk. Objawem choroby a nie jej przyczyną.

Dlaczego ninja tak dobrze sobie radzi i jest ekspansywna? Być może dzięki swojej hemolimfie (zawarty jest w niej związek harmonina) o silnych właściwościach antybakteryjnych. Być może dlatego znacznie sobie lepiej radzi od innych biedronek w środowisku zmienionym przez człowieka. Bardziej więc wchodzi w pustkę ekologiczna niż agresywnie wypiera inne gatunki. Tak więc masowe pojawy traktujmy jako objaw osłabienia ekosystemów. Warto się nad tym zadumać. Czyli jest zagrożenie, ale nie takie o jakim myślimy. Harmonina jest silnym antybiotykiem i jest w stanie zablokować rozwój nawet ludzkich patogenów, np. zarodźca malarii czy prątka gruźlicy. Zatem może warto po pierwsze przyjąć pod swój dach na zimę arlekiny i zainteresować się nimi naukowo i medycznie pod kątem produkcji lekarstw przeciw malarii i gruźlicy. Biedronka azjatycka więc nie tyle może przysporzyć nam kłopotów co wspomóc medycynę. Nie ma tego złego, co na dobre nie można byłoby obrócić – ale do tego trzeba po prostu wiedzy.

Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją broń biologiczną. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej). To co nowe wzbudza w nas emocje i zainteresowanie.

Czy biedronki azjatyckie stwarzają problemy dla człowieka? Pojawiają się informacje, że czynią szkody w sadach. Być może, ze przy dużej liczebności, gdy już zjedzą mszyce, wtedy odżywiają się dojrzałymi owocami. Ale ile może zjeść taka mała biedronka, nawet jeśli jest w większej liczbie? Może to tylko na siłę szukane „haków” na gatunek obcy nazywany inwazyjnym. Tak jak panikujemy z nawłocią kanadyjską (roślina uznana za gatunek obcy i inwazyjny), a wydaje mi się, że jej ekspansja bardziej wiąże się z brakiem wypasu i wykaszania a nie przez wypieranie rodzimych gatunków.

Ale wróćmy do naszej ninja, uciążliwość wynika z faktu pojawiania się w naszych mieszkaniach w okresie jesiennym i przebywania w okresie zimy. Ugryźć raczej nie ugryzie, chyba, że w obronie własnej. Ale tak mały owad raczej nie przegryzie skóry dorosłego człowieka. Bardziej realne są alergie, które stwierdzono u dzieci jak i dorosłych. Ale co teraz nie jest alergenem? Biedronki w obronie własnej wydzielają żółtawą ciecz – jest to hemolimfa. To ona może wywoływać alergie. Może też zostawiać plamy na ubraniach czy ścianach. Czy dla kilku plam na ścianie mamy się pozbywać sympatycznego owada oraz potencjalnego leku na gruźlicę?

Nie chciej zbyt dużo – mniej znaczy lepiej

jabkamanowce

Od wielu miesięcy jestem przepracowany – za dużo spraw, za dużo na „głowie”, w rezultacie efektywność pracy nie jest najlepsza a i jakość nie jest perfekcyjna. Nie ma czasu na spokojne dopracowanie szczegółów. Mógłbym pomyśleć, że to po prostu ja mam źle zorganizowaną pracę. Ale spotykam wiele osób równie zapracowanych, zaganianych. Równocześnie wiele innych osób jest… bezrobotna. Wniosek jest taki, że jako społeczeństwo coś źle zorganizowaliśmy.

Od wielu miesięcy próbuję zwalniać, pozbywać się rzeczy, aby żyć wolniej i być bardziej wolnym (w znaczeniu nie zniewolony). Rezultaty nie są chyba najlepsze. A przynajmniej nie zadowalają mnie. Zwalniam wbrew otaczającemu mnie poganianiu i towarzyszącemu mi wyścigowi szczurów. Ale nie tylko ja zwalniam.

Znalazłem chyba jedną dobrą wskazówkę: „Wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie. Czyli nie mówić sobie: muszę to, tamto, owo, nie ustawiać sobie za wysoko poprzeczki i narzucać planów, którym nie można sprostać. Bez egoizmu, ale bardzo starannie, dbać o siebie i swoje własne uczucia. Poświęcać się temu, co sprawia przyjemność. Ja zapisuje rano, co mam zrobić. A chwilę potem skreślam połowę. To bardzo ważne, by siebie samego nie nastawiać na dzień czy na całe życie tak ambitnie, że niepowodzenie będzie nieuniknione. Jeśli człowiek chce za dużo osiągnąć, zaplanować, zrealizować, to jest stale z siebie niezadowolony. A może po to, by być z siebie zadowolonym, wystarczy robić rzeczy, które są potrzebne, godziwe, warte, dobre, bez wymagania od siebie więcej niż można osiągnąć.”
Prof. Wiktor Osiatyński
[wyróżnienia S.Cz.)

Proste? Proste. Ale mądre. Wydaje mi się, że tak właśnie próbowałem robić, ale zawsze z wyrzutami sumienia. Jutro wstanę, nawet zrobię przedziałek (może nawet zawiążę biały sznureczek) i …. zrobię jak radzi prof. Osiatyński :). Czego i Wam życzę.

ps. Dlaczego wpis ilustrują jabłka? Bo tak. Po drugie, bo kojarzą mi się z prowincją i spokojnym życiem bez wygórowanym wymagań i życiowej pazerności. Proste ale smaczne.

„Promosaurus. Poradnik promocji nauki” – inspiratorium z dygresjami do Olsztyna

promosuarus_strona_glowna3bPromosaurus kojarzy się z jakimś prehistorycznym dinozaurem lub innym archaicznym, wymarłym jaszczurem. Ale nie jest to aluzja do odchodzącej i nieaktualnej przeszłości, jest to aluzja do wychodzenia na nowe kontynenty i zdobywania nowego świata. Jest opisywaniem niebywałych zmian, jakie dokonują się w upowszechnianiu wiedzy. Ewolucja, niczym rewolucyjne wychodzenie zwierząt na ląd, zdobywanie nowych przystosowań, pojawianie się zupełnie nowych gatunków. Takie porównanie, jako biologowi i ekologowi, bardzo mi odpowiada.

Dzisiaj premiera książki „Promosaurus. Poradnik promocji nauki” , pod redakcją Piotra Żabickiego i Edyty Giżyckiej a wydanej przez Centrum Innowacji, Transferu Technologii i Rozwoju Uniwersytetu (CITTRU) Uniwersytetu Jagiellońskiego. Wersja papierowa jeszcze do mnie nie dotarła. Nakład wydaje się niewielki – zaledwie 500 egzemplarzy. Ale książka wydana jest na licencji creative commons i jest już bezpłatnie dostępna (w formacie PDF i ePub) na stronie: www.cittru.uj.edu.pl/promosaurus. Zatem rzeczywisty „nakład” jest … nieograniczony.

Na razie zdążyłem zapoznać się z nią pobieżnie. Ale już samo przejrzenie pozwala gorąco zachęcać zarówno pracowników naukowych, władze uczelni różnego stopnia oraz studentów, by jak najszybciej po tę pozycję sięgnęły. Na prawdę warto. I to nie dlatego, że znajdą tam niewielkie akcenty olsztyńskie.

Nie jest to typowy poradnik, bardziej inspiratorium czyli poradnik dla kreatywnych. Nie tylko podaje konkretne propozycje ale i rozszerza horyzonty.

Jak napisała jedna z autorek (Bożena Podgórni) „Promocja nauki nie jest niczym nowym i wydumanym, nie jest chwilowym hobby. Fakt, że postrzegana jest jako nowinka, wynika z niedawnych zmian w relacjach społecznych. Ale przecież dzielenie się wiedzą i sposobami dochodzenia do odkryć jest oparte na wartościach od zawsze tkwiących w etosie nauki, takich jak prawda, wolność i mądrość. Bez nich nie powstałaby ta wewnętrzna potrzeba, która napędza proces naukowy.”

Poradnik jest zbiorem autorskich i tematycznych rozdziałów, wstęp („Promosaurus wyrusza…„) napisał Piotr Żabicki. Drugi rozdział to „Nauki (od) zawsze stosowane” Bożeny Podgórni. Kolejne rozdziały: „Dlaczego popularyzacja nauki jest dla mnie tak ważna?” (Lech Mankiewicz), „Popkultura w otoczeniu nauki” (Piotr Żabicki), „Science market. Czy komercyjny marketing może inspirować promocję nauki?” (Edyta Giżycka), „Wyjść z szuflady… czyli rzecz o związkach komercjalizacji i promocji nauki” (Radosław Rudź), „Aktywna edukacja: trudna sztuka przyciągania?”, (Agata Jurkowska), „Garść refleksji o popularyzacji matematyki”, (Krzysztof Ciesielski), „Strona internetowa: którędy do badań?”, (Ilona Iłowiecka-Tańska), „Blog naukowy oraz inne narzędzia promocji nauki i naukowca w sieci”, (Emanuel Kulczycki), „Skomplikowana nauka w prostych słowach” (Bożena Podgórni, Justyna Jaskulska-Schab).

Już tylko lektura tytułów rozdziałów podpowiada, że tematyką nie jest tylko prosta promocja nauki i upowszechniania wiedzy ale i zupełnie nowa koncepcja edukacyjna, jaka kiełkuje na uniwersytetach. Jeśli dostrzeżemy, że dwa blogi z Olsztyna są polecane w tym poradniku, to może uświadomimy sobie również i to, że Olsztyn (na swoją miarę i możliwości) również w tym przemianach uczestniczy, że i u nas coś ważnego się dzieje.
Nie jesteśmy tacy na szarym końcu…

Poradnik wydany jest przez Centrum Innowacji, Transferu Technologii i Rozwoju Uniwersytetu (CITTRU) Uniwersytetu Jagiellońskiego. Myślę, że z krakowskiego centrum innowacji i transferu technologii moglibyśmy brać przykład i się uczyć jak należy być rzeczywiście innowacyjnym i jak skutecznie promować uczelnię. Krakowskie CITTRU wspiera rozwój nowoczesnej nauki poprzez tworzenie oferty technologicznej UJ oraz kreowanie współpracy z biznesem (co wydaje się oczywiste i standardowe dla wszystkich placówek tego rodzaju. Ale CITTRU popularyzuje wiedzę i promuje nowe metody komunikacji naukowej – dzięki czemu widoczni są nie tylko w okolicach Krakowa ale i całej Polsce. To nie tylko widoczność ale i wiarygodność… kreatywności. Myślę, że dzięki m.in. takim działaniom gospodarka chętnie zwraca się do środowiska naukowego z konkretnymi propozycjami.

Wgrywam sobie poradnik do mojego czytnika ebooków i zabieram się do pogłębionej lektury. Zachęcam studentów wszystkich kierunków do sięgnięcia po tę bezpłatną a wartościową pozycję.

ps. O książce i popularyzacji wiedzy podyskutujemy w olsztyńskiej kawiarni naukowe Collegium Copernicanum oraz w czasie najbliższej Nocy Biologów (10 stycznia 2014).

Zmieniający się uniwersytet

W przyrodzie i społeczeństwie nie ma nic stałego, ciągle coś się zmienia. Ekologia i teorie ewolucji mogą dobrze opisywać nie tylko zjawiska biologiczne. Zmieniają się i uniwersytety. Powoli, ale się zmieniają, jak zbiorowiska w sukcesji ekologicznej.

W dyskusjach często ostatnio podnosi się zagrożenia dla uniwersytetów, wynikające z niżu demograficznego. To złe postawienie sprawy. Studentów nigdy nam nie zabraknie… będą tylko inni. Zapotrzebowanie na kształcenie w społeczeństwie wiedzy nie będzie malało. Ale mocno zmieni się forma i sposób kształcenia. W jakimś sensie zagrożeniem jest zmiana. I nic więcej.

Dobrze poradzą sobie te uczelnie, które postawią na wysoką jakość (bo absolwenci nie będą bezrobotni i widzieć będą to kandydaci) oraz na otwarcie się na zupełnie nowe płaszczyzny kształcenia. Demografia zmienia tylko charakter studentów. Coraz większą rolę ogrywać będzie kształcenie ustawiczne oraz zupełnie nowe formy, takie jak chociażby e-learning.

Niezmienne pozostaną fundamenty – przekazywanie wiedzy poprzez wspólnotę uczących i nauczanych, poprzez wspólne i autentyczne (a nie udawane, pozorowane) odkrywanie świata i jego tajemnic.

Kreatywni zawsze sobie poradzą. Nadchodzi chwila prawdy jaki na prawdę mamy kapitał ludzki w Olsztynie i na UWM. Puste zapisy na papierze nie pomogą. Liczy się realna kreatywność i innowacyjność oraz wiedza o tym, jaki na prawdę jest świat wokół nas (bo czy ktoś trafi do celu, gdy ma nieaktualną lub fałszywą mapę?). Ta realna ewaluacja może dla niektórych instytucji okazać się bolesna, bo usłyszą że "król jest nagi".

Ilustracja nie jest przypadkowa:).

Bodzio – uśmiechnięty chruścik z rzeki Wdy

69636_10151315364242515_1422190512_nPisałem wcześniej o trudnościach z identyfikacją gatunków, na jakie trafiają paleolimnolodzy. Ale czy można rozpoznać gatunek chruścika (Trichoptera) po uśmiechu?

Człowiek ma wrodzoną zdolność do rozpoznawania twarzy. Zapewne ma to jakieś znaczenie ewolucyjne. Dzięki tej wrodzonej umiejętności dostrzegamy ludzkie aspekty w przyrodzie… dosłownie i w przenośni. Ale ja nie o tym chciałem pisać.

Bohaterem dzisiejszego wpisu jest Bodzio – pierwszy uśmiechnięty chruścik jakiego zobaczyłem. Bodzia dostrzegła i zrobiła mu zdjęcie pani Aleksandra Reczek. Kiedy się siedzi godzinami i rozpoznaje makrobezkręgowce do oceny stanu środowiska polskich rzek i jezior, to miłą niespodzianką staje się uśmiechający się spod binokularu chruścik. Obraz jest tak sympatyczny, że chruścik otrzymał imię – Bodzio.

Został znaleziony 11 października 2012 r. w rzece Wdzie w miejscowości Gródek, województwo kujawsko-pomorskie. Zdjęcie przedstawia larwę chruścika z rodziny Polycentropodidae, zrobione od spodu. To, co wydaje się uśmiechem to submentum (podbródek), nos to fragment szczęk (maxilla), a oczy to ciemniejszy fragment schitynizowanych żuwaczek.

Od razu się rodzi pytanie „kim” jest Bodzio, to znaczy jaki to gatunek (czyli czy można poznać chruścika po uśmiechu). I tu już jest wielka trudność, bo zdjęcie zrobiono od spodu a okaz się nie zachował. Pewnie można zidentyfikować rodzinę – Polycentropodidae. Smukłość sylwetki oraz miejsce znalezienia (rzeka) sugeruje, że może to być Neureclipsis bimaculata, ale teoretycznie może to być także Polycentropus irroratus (mniej prawdopodobnie).

Żeby mieć pewność co do gatunku należałoby teraz wybrać się w to miejsce ponownie i sprawdzić jakie żyją tam gatunki chruścików. Lub przynajmniej mieć zdjęcie tego stanowiska – być może po charakterze siedliska udałoby się wyciągnąć wnioski. Bowiem nieco inne siedliska (typ rzeki) preferuje Neureclipsis bimaculata inne Polycentropus irroratus czy Polycentropus flavomaculatus.

Jedyną informację (jeszcze nie publikowaną) o chruścikach rzeki Wdy mam ze stanowiska poniżej ujścia strumienia wypływającego z Jeziora Trzechowskiego. To spory kawałek drogi (a raczej rzeki) od Gródka. Materiał pochodzi z maja 2011 roku i obejmuje larwy trzech gatunków: Potamophylax rotundipennis, Anabolia nervosa, Halesus tesselatus.

Tak więc tajemnica Bodzia czeka na pełne rozwiązane. A nawiązując do Kabaretu Starszych Panów, chciałoby się zanucić „wesołe jest życie chruścika…”

W obronie prof. Małgorzaty Chomicz

Posądzenie publiczne o donosy nie jest czymś przyjemnym. Przesłanie informacji o podejrzeniu o plagiat do odpowiedniego gremium nie jest donosem, a elementem pożądanej dbałości o jakość i rzetelność naukową.
Pan prof. Piotr Obarek, były dziekan Wydziału Sztuki, publicznie i wielokrotnie na swoim blogu nazwał prof. Małgorzatę Chomicz donosicielem (że przytoczę tylko bardziej stonowane określenie), dlatego, że przesłała komisji zajmującej się postępowaniem w sprawie nadania tytułu profesorskiego panu P. Obarkowi, informacji o możliwości popełnienia plagiatu w jego pracy doktorskiej.

Czy było w jej postępowaniu coś złego i nagannego? Odpowiedź jest prosta – nie było! Co więcej powinien to zrobić każdy przyzwoity i porządny naukowiec, podobnie jak powinniśmy zwracać uwagę na łamanie prawa na ulicy.

Poprawność postępowania prof. M. Chomicz jest dobrze zrozumiała w środowisku akademickim, ale ponieważ było publiczne oskarżenie (pomówienie), to dobrze, aby sprawę dokładniej poznali pozaakademiccy czytelnicy. Dla nich być może procedury naukowe nie są tak dobrze znane. Bo i niby skąd?

Recenzowanie jest istotą procedury naukowej

Istotą metody naukowej jest recenzja, czyli opinia innej osoby, innego specjalisty, najlepiej niezależnej i nieuwikłanej w zależności rodzinne, towarzyskie czy inne, wpływające na subiektywizm osądu. Daje to duży obiektywizm i łatwiejsze dochodzenie do prawdy, ułatwia też weryfikowanie dokonań naukowych. Mimo różnych lokalnych zależności czy nawet zaangażowania politycznego (np. łysenkizm – zawsze są to tylko lokalne i krótkotrwałe epizody), recenzowanie umożliwia rozwój naukowy i obiektywizm, niezależnie od lokalnych koterii, ewentualnego nepotyzmu, nacisków politycznych czy innych subiektywnych wpływów na wyniki badań. Tak więc recenzowanie w szerokim słowa tego znaczeniu jest istotą nauki. To właśnie ciągłe sprawdzanie (falsyfikowanie) i niezależne recenzowanie zbudowało sukcesy nauki i jej autorytet. Środowisko naukowe w żaden sposób nie może godzić się podważanie tego fundamentu.

Prace dyplomowe i tak zwane promocyjne są swoistymi egzaminami mistrzowskimi, potwierdzającymi, że delikwent przeszedł procedurę i zna się na naukowym rzemiośle. Jednym z elementów tego rzemiosła jest właściwe i poprawne korzystanie z dorobku poprzedników. Tego uczy się już na studiach – jak cytować i powoływać się na dokonania innych. Plagiat – niezamierzony lub celowy – jest brakiem umiejętności i rzetelności naukowej. Nauka ceni oryginalność i samodzielność prac. Plagiat nie jest w każdym przypadku czymś oczywistym i jaskrawo widocznym. Dlatego żadne programy komputerowe nie zastąpią człowieka i jego umiejętności analizowania i oceniania w kontekście całości. Zawsze trzeba wszystko starannie przeanalizować i rozsądzić.

Z recenzowaniem pracy spotyka się już każdy student przy pracy dyplomowej. Już od pierwszej pracy dyplomowej – licencjatu– pojawia się recenzent. Na pracy, oprócz nazwiska autora, jest nazwisko promotora, bo on współfirmuje pracę, ocenia i opiekuje się jej powstaniem. Ale dla obiektywizmu praca poddawana jest ocenie (recenzji) przez osobę zewnętrzną. W sumie promotor jest emocjonalnie związany z pracą wykonaną pod jego kierunkiem. Nazwiska recenzenta nie ma na takiej pracy (jest w dokumentach tak jak i pisemna recenzja). Podobnie jest z pracą magisterską – jest promotor i jest recenzent. Dobrym zwyczajem jest, aby recenzent był nawet z innej katedry, czasem ze względu na tematykę nawet pojawia się recenzent z innego wydziału. Chodzi o to, żeby recenzował specjalista. Jest to wdrożenie do metodologii naukowej.

Sytuacja, gdzie promotorem pracy jest rodzic studenta, a recenzentem drugi rodzic jest skrajnym przykładem łamania dobrych obyczajów i nepotyzmem czystej wody.

Praca doktorska również ma promotora (jego nazwisko widnieje na stronie tytułowej). Ale ponieważ poprzeczka jest już wyższa, to pojawia się dwóch recenzentów, w tym jeden obowiązkowo spoza rodzimego środowiska naukowego. Ma to zwiększyć obiektywizm i wyeliminować ewentualny nepotyzm czy tak zwane kolesiostwo. Powiązania z autorem sprawdza się nawet w ten sposób, czy nie mają wspólnych prac opublikowanych (zwłaszcza przy ocenie dorobku w postępowaniu habilitacyjnym). Czyli nie tylko pokrewieństwo, zależności osobiste i zawodowe, ale nawet okazjonalna współpraca przy publikacji. Owszem, czasem jest to trochę przesadzone. Ale nauka stara się procedurami możliwie szeroko zwiększyć obiektywizm i niezależność ocen.

Tak więc podkreślić należy, że na pracy promocyjnej: licencjackiej, magisterskiej, doktorskiej zawsze widnieje nazwisko promotora (na stronie tytułowej). Nie są znane mi przypadki, aby np. na stronie tytułowej nie było nazwiska promotora.

W pracy habilitacyjnej nie ma promotora. Praca habilitacyjna jest w pełni pracą samodzielną. Całość firmuje autor. Ale jest już trzech recenzentów – poprzeczka wyższa to i obiektywizm ocen w formie recenzji musi być większy. Na dodatek recenzentów wyznacza także nie tylko rodzima Rada Wydziału ale i całkiem zewnętrzna Centralna Komisja do Spraw Stopni i Tytułów. Ma to zwiększyć niezależność oceny i recenzowania. Nie można się więc umówić ze znajomymi recenzentami co do jakości oceny.

Przy kolejnym awansie i postępowaniu o tytuł naukowy profesora recenzentów jest jeszcze więcej.

Co jest zadaniem recenzenta? Dokładnie przejrzeć pracę, czy jest rzetelnie zrobiona od strony naukowej, także czy jest poprawny warsztat pisarski, czy nie ma błędów merytorycznych, a nawet czy nie ma plagiatu. Bo plagiat jest nierzetelnością naukową. Teraz pomocą recenzentom służą różnorodne programy komputerowe, ułatwiające wyszukiwanie źródeł i wyszukiwanie prac podobnych tematycznie.

W normalnej pracy naukowej także na co dzień występuje funkcja recenzenta. Po pierwsze są to recenzje wydawnicze przed opublikowaniem pracy. Autor wysyła pracę do redakcji czasopisma. Dobre czasopisma przed wydrukowaniem oddają do przeczytania jednemu lub kilku recenzentom – specjalistom z danej dyscypliny. Renomowane czasopisma korzystają z recenzentów zagranicznych – bo to zapobiega kolesiostwu i tak zwanemu chowowi wsobnemu. Najczęściej recenzenci są anonimowi, aby ewentualne względy towarzyskie nie krępowały obiektywizmu (żeby w przyszłości nie było nieobiektywnej „zemsty”). Recenzenci sprawdzają nie tylko poziom naukowy pracy ale również to, czy nie jest ona plagiatem. Bo praca naukowa musi być oryginalna – powinna wnosić coś nowego.

Poza formalnymi recenzjami wydawniczymi istnieje jeszcze recenzowanie i dyskusja po publikacji (wydrukowaniu). Wtedy z własnej inicjatywy różni specjaliści recenzują wydane książki czy artykuły i drukują swoje recenzje-opinie w czasopismach specjalistycznych, a teraz także w wydaniach internetowych. Wskazują na wartościowe elementy takiej pracy lub wskazują błędy czy niedociągnięcia. Jeśli stwierdzą plagiat – to o tym publicznie informują i dokumentują.

Tak więc w ciągu całego życia zawodowego naukowiec – pracownik akademicki – poddawany jest nieustannej kontroli (weryfikacji) zewnętrznej i recenzowaniu, swoistemu sprawdzaniu rzetelności i jakości. Taki właśnie mechanizm pozwala eliminować fałszerstwa, błędy czy plagiaty. W zawodowym obowiązku prawdziwego naukowca jest nie tylko rzetelne dochodzenie do prawdy naukowej ale i demaskowanie (czy tylko prostowanie, korygowanie) pomyłek, błędów, mistyfikacji, w tym plagiatów. Naukowiec zawsze i ciągle występuje zarówno w roli autora jak i recenzenta.

Konkluzja – recenzowanie nie jest donosicielstwem!

Po tym długim wywodzie na temat powszechności recenzji i zewnętrznego sprawdzania jakości łatwo można podsumować, że nie ma mowy o żadnym donosicielstwie, gdy naukowiec informuje inne gremia naukowe o dostrzeżonych błędach, pomyłkach, czy podejrzeniu o plagiat. Co więcej każdy przyzwoity i dbający o jakość pracownik akademicki powinien to zgłosić, gdy ma taką wiedzę! Zatajanie byłoby niewłaściwe i sprzeczne z duchem nauki.
Zarzut donosicielstwa jest więc w tym przypadku po pierwsze nietrafiony, po drugie niestosowny i obraźliwy. Nasuwa się tylko jedna analogia – gdy światek przestępczy nazywa donosicielami i „kablami” ludzi informujących policję o przestępstwie. Ale byłoby to porównanie środowiska naukowego do kliki lub grupy przestępczej. W tym kontekście publiczne szkalowanie prof. Chomicz przez pana prof. Piotra Obarka jest tak na prawdę obrażaniem całego środowiska akademickiego Olsztyna – Nie, drogi panie, nie jesteśmy kanciarzami, oszustami i przestępcami, abyśmy rzetelność naukową nazywali „donosicielstwem”.

Czy można określać recenzentów donosicielami czy innymi pejoratywnymi epitetami tylko dlatego, że wytykają autorowi rzeczywiste lub domniemane błędy? Na co dzień każdy publikujący naukowiec poddawany jest zewnętrznej ocenie. I nie są to ulizane i grzeczne opinie. Z wieloma autorzy polemizują, nie zgadzają się, ale zawsze w poprawnej formie (ad rem a nie ad personam). Różnić można się pięknie. Spierać się należy na argumenty a nie inwektywy i ciosy poniżej pasa. Ale to właśnie dzięki tej metodzie obiektywnego recenzowania nauka się rozwija. W nauce nie liczy się kto jakiego miał dziadka, jakie ma poglądy polityczne oraz czy lubi zupę pomidorową. Liczą się tylko fakty, logika wywodu i rzetelna argumentacja. Nie ma więc zgody na obrażanie i inwektywy!

Jeszcze o konkretnym przypadku (czy panu Obarkowi stała się krzywda?)

Kiedy wpłynęło pismo z informacją o możliwości popełnienia plagiatu w trakcie wszczętego przewodu profesorskiego, czy stała się jakaś krzywda panu Obarkowi? Co najwyżej mogło to opóźnić o pół roku całą procedurę nadania tytułu naukowego. Nic więcej.

Recenzenci w postępowaniu o tytuł profesora muszą zapoznać się z dorobkiem kandydata. W przypadku podejrzenia o plagiat muszą sprawę i pod tym kątem zbadać szczególnie starannie. Tak więc ich prace trwałyby tylko nieco dłużej. Nawet, gdyby posądzenie o plagiat nie było prawdziwe, to nie ma podstaw do obrażania się, a tym bardziej do publicznego zniesławiania czy wytaczania procesów sądowych. Takie postępowanie jest sprzeczne z duchem nauki i otwartością w dyskutowaniu.

Pan Obarek nie ułatwiał szybkiego zweryfikowania i rozstrzygnięcia sprawy, co więcej –  fakty wskazują, że utrudniał, korzystając z różnorodnych kruczków prawnych i innych zabiegów (sam więc działa na swoją szkodę). Najpierw publicznie twierdził, że u artystów nie ma pracy doktorskiej tak jak w naukach ścisłych, więc nie istniała pisana praca doktorska – nie mogło być więc plagiatu. Takie postawienie sprawy w złym świetle postawiło wszystkich przedstawicieli sztuki (dawniej były przewody artystyczne pierwszego i drugiego stopnia). Bo skoro nie ma pracy doktorskiej ani habilitacyjnej to jakim prawem mają nosić stopnie i tytuły naukowe doktora, doktora habilitowanego i profesora? Stanowisko pana Obarka przywołało i takie głosy. Jego postępowanie jak widać przynosi szkody nauczycielom akademickim z dziedziny art (w odróżnieniu od science).

Później pan Obarek twierdził, że nie można mu plagiatu udowodnić, bo to nie jego praca. Sam swojego egzemplarza nie ma a w ASP, gdzie odbył się przewód doktorski, praca niespodziewanie zginęła z dokumentów na uczelni. W tym momencie pan Obarek w bardzo złym świetle postawił całą warszawską ASP – bo albo tam mają straszny bałagan, że im ważne dokumenty giną, albo po znajomości schowali. Uczelnia ta powinna być solidnie skontrolowana. A wszyscy wcześniejsi absolwenci mogli poczuć się niezbyt komfortowo – bo wynikałoby, że uczelnia nie dba o jakość nadawanych dyplomów i ich stopnie oraz tytuły są niewiele warte. Nie wiem czy są do tego podstawy – ale taki wydźwięk ma argumentacja pana Piotra Obarka. Postawił więc chcąc lub niechąc w złym świetle warszawskie środowisko Akademii Sztuk Pięknych. Wizerunek mocno nadszarpnięty.

Gdy jednak praca doktorska dotarła do komisji i do sądu, w ciągu kilku dni Pan P. Obarek cudem znalazł w piwnicy swoją (swój egzemplarz). Nie dość, że wygląda to co najmniej śmiesznie, to z relacji prasowych wynika, iż na tym egzemplarzu nie ma nazwiska promotora na stronie tytułowej. Dla każdego przeciętnego członka społeczności akademickiej taka informacja nasuwa podejrzenie mistyfikacji. Nie rozstrzygam czy był czy nie był plagiat – od tego jest stosowne gremium. Wspominam tylko o publicznym wydźwięku i o nietypowym wyglądzie strony tytułowej.

Podsumowując, pan P. Obarek wypowiada się w swojej sprawie (trudno więc o obiektywizm, łatwo o emocje), po drugie nie ma podstaw do nazywania prof. Chomicz donosicielem. Słowo to ma znaczenie pejoratywne i jest dla każdego obraźliwe. Wszystko to powinno budzić zniesmaczenie, bowiem nie tylko jest wbrew dobrym obyczajom, ale i kompromituje środowisko naukowe Olsztyna oraz warszawskiej ASP. Wiele osób ma prawo czuć się obrażonymi. A wizerunek zarówno UWM jak i ASP w Warszawie został nadszarpnięty… i to w imię prywatnej sprawy jednego człowieka.

Środowisko akademickie w tej sprawie nie powinno milczeć i stać biernie z boku. To już dotyczy nas wszystkich. Dlatego i ja zabieram głos. Nic bliższego mnie nie łączy z Wydziałem Sztuki ani z osobami do tej pory obrażanymi przez p. Piotra Obarka – poza faktem pracy na jednej uczelni i przynależnością do środowiska akademickiego. Znam je w takim samym stopniu jak i prof. Piotra Obarka.

czytaj także: http://czachorowski.blox.pl/2013/09/Moj-glos-w-sprawie-prof-Piotra-Obarka.html