Gdzie się ma student nauczyć nowych technologii ?

Nie tylko młodzież szkolna ale i studenci w radzeniu sobie z nowymi mediami zostali pozostawieni samymi sobie. Są jakieś przedmioty w szkole z informatyki czy zajęcia na studiach (typu nowoczesne technologie informatyczne). Ale jeśli uczeń lub student sam się nie nauczy, to praktycznych umiejętności nie wyniesie. Zamiast lekcji czy zajęć lepsze było tworzenie warunków – sami się nauczą, jak te dzieciaki ze slumsów w Indiach. Wystarczy tylko dostęp…. Rzeczywisty i codzienny a nie tylko okazjonalnie na zajęciach.

Studenci po lekcjach informatyki w szkole i zajęciach na studiach za główny i podstawowy sposób komunikacji grupowej uważają… pocztę elektroniczną (wspólny adres dla grupy). Nie wszyscy korzystają z takich narzędzi Facebook, Google+, Research Gate czy z możliwości blogowania i tworzenia e-portfolio. Po co są zajęcia z nowoczesnych technologii? O programowaniu w języku C++? To też ważne, ale na co dzień korzystamy w komunikacji międzyludzkiej i zawodowej z dostępnych narzędzi i łatwych w obsłudze. Muszą wiedzieć tylko do czego to jest przydatne i jak sensownie z tego korzystać.

Nie potrzebne są przedmioty, potrzebne są projekty i praca zespołowa (nauka przez działanie). Potrzebnych narzędzi nauczą się na innych zajęciach, niejako „przy okazji”, o ile prowadzący sam z tych nowych technologii korzysta.

A na przykład w Kortowie to przydałby się powszechny dostęp do bezpłatnego Wi-Fi i to nie tylko w budynkach. Teraz jest eduroam, ale kłopotliwe i czasochłonne jest zakładanie konta (tylko dla pracowników i studentów) oraz nie we wszystkich budynkach jest zasięg. Bezpłatne Wi-Fi, to nie tylko wygoda dla studentów i pracowników, ale Kortowo byłoby miejscem, gdzie przyjeżdżaliby młodzi ludzie. A ja nawet na wykładach nie wszędzie mam zasięg sieci bezprzewodowej eduroam i nie mogę na skorzystać z materiałów on-line…. Jak pokazać stronę? Wcześniej zrobić zrzut z ekranu i pokazywać jako ilustracje.

Inny przykład, jest kilka tablic multimedialnych, np. na auli  w Collegium Biologiae. Ale nikt chyba z tego nie korzysta, bo gdy chciałem nauczyć się na Nocy Biologów, to okazało się, że oprogramowanie jest już nieaktualne (a sprzęt niepodłączony). Taka tablica na dużej auli nie jest funkcjonalna, lepsza byłaby w małej sali (tyle zdążyłem się nauczyć). Przychodzą do nas studenci, którzy w szkole z takiego sprzętu korzystali… a my, nie potrafimy użyć nawet tego co jest… Pozostaje kreda i tablica oraz pokazywanie zasobów internetowych (wiedza w chmurze) w formie statycznych ilustracji…

Nie chodzi o zakupy sprzętu. To łatwo zrobić. Trudniej sprawić, żeby ten sprzęt służył do celu, w jakim został zakupiony. Czy można uczyć „cyfrowych“ nauczycieli akademickich tego, jak mają uczyć w „cyfrowej uczelni“ nie dając im sprzętu do ręki? Sami mają sobie kupować i uczyć na prywatnym sprzęcie?

Jak to ktoś zgrabnie ujął „Można się oczywiście uczyć skoków na spadochronie nigdy nie skacząc z samolotu ani nawet z wieży spadochronowej. Czy wystarczy w skoczkach obudzić miłość do skakania? Pytanie, co się stanie, gdy ten pierwszy skok nastąpi…”

Lepiej jest tworzyć warunki do korzystania a nie organizować kursy (dla kadry) czy zajęcia (dla studentów). W rezultacie w oswajaniu nowych technologii studenci pozostawieni zostali samymi sobie. Jak mają laptop, tablet itd. z dostępem do internetu, to się sami uczą… Dobrze, żebyśmy przynajmniej z tych umiejętności korzystali w komunikowaniu się z nimi.

Uniwersytety i bezrobocie – problem czy szansa?

Nie milkną narzekania na uniwersytety i wykształcenie – że są zbędne. Ale zbędne są tylko wtedy, gdyby je traktować jako szkoły zawodowe dla uproszczonego rynku pracy i mierzenia człowieka tylko w kategoriach gospodarki rynkowej.

Cała Europa (ale i nie tylko nasz kontynent) musi się zmierzyć z faktem, że ma więcej siły roboczej niż rzeczywistych miejsc pracy. Jeśli mierzyć wartość człowieka potrzebami rynkowej ekonomii, to zabrnęliśmy w ślepy zaułek – nie da się już więcej konsumować a przy większej efektywności pracy wielu ludzi jest zbędnych jako pracownicy. Ale potrzebni są jako konsumenci. Wyrzuceni poza sensowne i wartościowe życie.  

Ale można na problem spojrzeć zupełnie inaczej. Skoro tak to mamy duże moce, wolne moce przerobowe. Moglibyśmy pokusić się o wielkie rzeczy, o podbój kosmosu. Albo na tworzenie kultury. Albo na naukowe poznawanie świata. Albo stworzenie encyklopedii otwartej dla wszystkich.
Tyle jest do zrobienia w zakresie kultury i poszerzenia oraz uporządkowania wiedzy, ze wykształconych głów jest zbyt mało. Dlaczego leże odłogiem, sfrustrowane i zepchnięte na społeczny margines?

Wartości człowieka i społeczeństwa nie da się mierzyć tylko finansowo i przepływem kapitału. Jest jeszcze kapitał ludzki. Nie ma ludzi zbędnych, niepotrzebnych i półwartościowych.

Smoleńsk czyli żyjemy w mulikulturowym społeczeństwie

15972442_10210483308752361_4708837178998834610_o

Halloween czy Wszystkich Świętych? Żyjemy w mulikulturowym społeczeństwie, czy chcemy czy nie. Jeśli ludzie mówią różnymi językami, różnymi pojęciami, to chyba należą do różnych kultur? Rozchodzenie się języka jest tego efektem (przysłowiowa wieża Babel). Niemożność pełnej komunikacji wynika z wielokulturowości. Czy mówię o różnych językach etnicznych? Nie, o różnych specjalistach, specjalizacjach i specjalnościach, własnych zamkniętych światach. Hermetyczny język, inny zasób słów i pojęć, inne opisywanie świata.
Wielokulturowość jest czymś szerszym i bogatszym niż tylko zróżnicowanie językowe.

Smoleńsk (katastrofa smoleńska) różnicuje, a jest tylko przykładem, tak jak UFO, kreacjonizm i wiele innych nowinek czy spisków. Niby ten sam etniczny język, niby te same fakty w zasięgu ręki a zupełnie inne światy i kompletny brak porozumienia. Tak jak na tureckim kazaniu. Słyszysz, że coś mówią, a nie rozumiesz nic.

Żeby zrozumieć się nawzajem, trzeba poznać ową wielokulturowość. Skupić się nie na treści słów, ale na głębszej motywacji czy emocjach. Potrzebny więc tłumacz do zinterpretowania. O co tak na prawdę chodzi poszukiwaczom UFO, tropicielom sensacji typu, że Hitler nie zginął a dożył starości w Ameryce Południowej, o co chodzi tym, co udowadniają zamach smoleński (wbrew faktom). Przecież z czegoś realnego to wynika. Jak i u tych, co wierzą w plaska Ziemię. Może bycie w elitarnej grupie „wtajemniczonych”, wiedzących? Bo chyba każdy człowiek chce czuć się wyjątkowym i niezwykłym, a nie szara, bezkształtną, ujednoliconą masą…

Może różnica zdań i ewentualny dialog możliwy jest na poziomie emocjonalnym? Albo poczucia sensu i wartości, niezwykłości? Może potrzebują bohaterów? Może poszukują sensu i wartości i próbują ją sobie wykreować… bo bez sensu, bo bez większej wartości nie sposób żyć?

Żyjemy w społeczeństwie wielokulturowym… ale o tym nie wiemy i nie próbujemy się nauczyć życia z sąsiadami bardzo różnymi. W społeczeństwie wielokulturowym trzeba umieć być gościem i trzeba umieć być gospodarzem (dla innych). Te różne role przeplatają się każdego dnia.

Jeśli sięgnąć pamięcią w przeszłość, to zawsze żyliśmy w społeczeństwach wielokulturowych i wieloetnicznych.

A czy etniczność to geny czy kultura? Postępy antropologii i biologii molekularnej (łatwa identyfikacja DNA) pozwalają nam w nowym świetle spojrzeć na przynależność biologiczną różnych społeczeństw, tych dawnych i tych współczesnych. I okazuje się, że było inaczej niż myślimy. Czystość i jednolitość genetyczna (rasowa, etniczna) nie za bardzo istniała.

Etniczność to komunikacja i utrzymywanie więzi. Możliwe jest to przez wspólny (zrozumiały) język, przez wspólne prawa i wspólne wierzenia (wartości duchowe). W takim sensie jesteśmy „wieloetniczni”, wielokulturowi. I inaczej nie będzie. I nie było.

Nie będzie wojny domowej i czystek „etnicznych”, która by wprowadziła jednorodność. Segregacji „etnicznej” czy „kulturowej” także nie będzie. I całe szczęście. Lepiej więc zaakceptować naszą wielokulturowość, uświadomić sobie ją i nauczyć się żyć i komunikować z tymi wszystkimi innymi, nie tylko w sensie, że są Niemcami, Rosjanami, Romami, Ukraińcami, Hiszpanami, ale że inaczej myślą o świecie.

Spróbować zrozumieć siebie nawzajem. Wielokulturowość jest inspirująca i ubogacająca społeczeństwa.
Może kluczem jest po prostu miłość (w szerszym sensie niż seks) – przyjazne spojrzenie na bliźniego, innokulturowego w jakimkolwiek aspekcie. Alternatywą jest agresja i nieustanne kłótnie i wojny. W tym sensie autentyczne chrześcijaństwo jest sensownym projektem społecznym, sensowną alternatywą.

Św. Stanisław Kostka i wszyscy święci

Spośród wielu świętych tych, znanych i uznanych i tych nieznanych, mój wybór padł na św. Stanisława Kostkę. Bo on taki jakiś swój, mazowiecki. I z Przasnysza. I na ślub mój patrzył i na chrzest mojego syna. I kościół mocno na ludowo ozdobiony.

Z Wikipedii:

Był synem Jana, kasztelana zakroczymskiego, i Małgorzaty z Kryskich, pochodzącej z Drobina. Stanisław był drugim dzieckiem. Miał starszego brata Pawła oraz dwoje (brata i siostrę) lub czworo (dwóch braci i dwie siostry) młodszego rodzeństwa. Ochrzczony został w kościele parafialnym w Przasnyszu. Do 14 lat uczyli go rodzice, a następnie jego nauczycielem był Jan Biliński (Bieliński).
W wieku 14 lat razem ze starszym bratem Pawłem został wysłany do szkół jezuickich w Wiedniu. Stanisław połączył naukę z życiem religijnym. W grudniu 1565 roku ciężko zachorował. Miał wówczas wizję, w której św. Barbara z dwoma aniołami przyniosła mu Komunię Świętą. Miał też drugą wizję, w której Matka Boża z Dzieciątkiem Jezus pochyla się nad nim i składa mu w ramiona Dzieciątko. Rano wstał zupełnie zdrowy.
Stanisław pragnął wstąpić do zakonu jezuitów, ale nie uzyskał zezwolenia rodziców. W sierpniu 1567 roku, pieszo, w przebraniu, uciekł z Wiednia. W pogoń za nim ruszył jego brat Paweł. Dotarł do Dillingen w Bawarii (około 650 km) i zgłosił się do Piotra Kanizjusza. Ten wysłał go do Rzymu, gdzie Franciszek Borgiasz (Francisco de Borja y Aragón) przyjął go 28 października 1567 roku do nowicjatu. Mając 17 lat złożył śluby zakonne. 10 sierpnia 1568 roku nagle zachorował na malarię i zmarł 15 sierpnia 1568 r. w Rzymie.

Kult zrodził się natychmiast i spontanicznie; kiedy w dwa lata później otwarto jego grób, znaleziono ciało świętego rzekomo nietknięte rozkładem. Został beatyfikowany w 1602 przez papieża Pawła V i kanonizowany przez Benedykta XIII 31 grudnia 1726, chociaż dekret kanonizacyjny wydał wcześniej już Klemens XI w 1714 roku.
Temu świętemu przypisywano zwycięstwo nad Turkami w bitwie pod Chocimiem w 1621, Jan II Kazimierz Waza orędownictwu świętego przypisywał zwycięstwo w bitwie pod Beresteczkiem.
Od 1983 z Przasnysza do Rostkowa wyruszają doroczne diecezjalne pielgrzymki młodzieży.

Nadprodukcja i minimaliści

21993178_10212770450209468_592272843031090900_o

Mniej obaw, a więcej nadziei. Mniej jedzenia, a więcej przeżuwania. Mniej narzekania, więcej oddychania. Mniej gadania, więcej mówienia. Więcej kochania. Rób to, a wszystko, co dobre, będzie twoje”

(szwedzkie przysłowie)

Jesteśmy bardzo niezadowoleni, ale nie bardzo wiemy z jakiego powodu. Mamy dużo, dużo konsumujemy a mimo to jesteśmy mocno nieszczęśliwi. W nadmiarze a jedna czegoś nam ewidentnie brakuje.

Całe pokolenie młodych ludzi zostaje bez pracy. I to nie tylko w Polsce, nie tylko w Europie. To jakaś globalna choroba. Jedni są przepracowani i nie mają czasu na życie. Stąd ich frustracja. Drudzy czują się odrzuceni, wykluczeni i niepotrzebni. Mają dużo czasu dla siebie, ale też są nieszczęśliwi. Bo wykluczeni, bo bez pracy a więc zbędni w świecie, w którym najważniejszą wartością jest pieniądz (mamona) i zarabianie…

Długoletnia nauka ze studiami i doktoratami idzie na marne. Magistrów i doktorów widzę w sklepach przy kasie lub jako bezrobotnych. Dostają pracę jedynie na zmywaku, przy kasie lub poniżej swoich kwalifikacji. Na dodatek widzą świat zdewastowany przez nadmierną konsumpcję, wycięte drzewa i lasy, zabetonowaną ziemię, stosy śmieci zalegających we wszystkich miejscach, przy śmietnikach (bo tyle konsumujemy, że służby nie nadążają wywozić), nad jeziorami i w lesie.. bo konsumujemy i zostawiamy. Po nas choćby potom. Przecież to nie jest nasze… i dalej leżymy  w śmiechach nad jeziorem. Czy w takim krajobrazie wrażenia mogą być pozytywne?

Pokolenie odsunięte od marzeń o szybkim awansie jest niejako odrzucone przez rynek pracy. Kiedyś wykształcenie dawało awans. Więc rodzice wpoili pęd do nauki, i to wieloletniej nauki. Rozwijająca się gospodarka po 1989 r. stwarzała nadzieję na awans. Więc pracowaliśmy. Dorabialiśmy się. I to poczucie przekazaliśmy własnym dzieciom. A oni tej pracy nie mają i nie mogą się dorabiać tak jak my…

Młode pokolenie, przynajmniej w części, zniesmaczone jest chciwością swych rodziców, chciwością świata wokół nas (z tej chciwości coraz bardziej się rozwarstwiamy). Nowe pokolenie jest chyba zniesmaczone pogonią za pieniędzmi i dorabianiem się nieustannym. Kupujemy wymarzone domki na wsi, na kredyt. I żeby go spłacić jeszcze więcej pracujemy. Do wymarzonego domku wracamy na noc, przespać się. Rano znowu do pracy. To po co nam ten dom, gdy nie mamy czasu w nim mieszkać? Po co łąki i lasy, gdy nie mamy czasu tam spacerować? A cisza? Jaka cisza! Obok sąsiedzi, wszyscy dojeżdżają do pracy, więc po kilka samochodów w rodzinie. Hałas a nie cisza.

Być może w młodym pokoleniu coraz więcej kontestacji. Jedni uciekają w wandalizm, inni uprawiają zbuntowany streetart. Narzekamy, bo zmarnowana została energia ludzka i zapał.

Życie podporządkowane jest produkcji rzeczy, sprzedaży tych rzeczy i konsumowaniu tych rzeczy. A są to rzeczy jednorazowego użytku i krótkiego żywota. Zaraz lądują na śmietniku. Jak pasożyty, które podporządkowują swojego żywiciela swoim celom. I zajmujemy się nie sobą a owym pasożytem. Jemy dla tasiemca i motylicy wątrobowej. Konsumujemy dla rzeczy, żeby istniały, produkowały się, sprzedawały i lądowały na śmietniku.

Może dlatego pojawiają się coraz licznie wokół nas minimaliści. Lub też słyszymy o dobrowolnej prostocie.  Czytamy o tym w kolorowych pisemkach, jako o swoistej ciekawostce i tęsknocie za życiem prostym a szczęśliwym. A czy rozumiemy?

Minimaliści odkrywają chrześcijaństwo prawdziwe. Klasztory nie będą puste. Minimaliści nie pojawiają się po raz pierwszy w historii ludzkości. Szczycimy się swoim postępem i nowoczesnością… ale jeśli nie wszystko, to przynajmniej dużo już z tych naszych odkrywczych nowości już było. Święty Franciszek z Asyżu też był minimalistą. Nowy papież – Franciszek – jest chyba także znakiem czasu.
Przypomina nam o sprawach najważniejszych… które tak prosto osiągnąć.

Nie wszystko od nas zależy, nie wszystko możemy. Nie możemy naprawić i zmienić całego świata. Ale nawet mimo to, możemy być szczęśliwymi.

Człowiek religijny to ten, kto robi wszystko, co tylko jest możliwe, ale nie stwarza z tego powodu napięcia. Ponieważ jesteśmy bardzo, bardzo maleńkimi atomami w tym wszechświecie, sprawy są bardzo skomplikowane. Nic nie zależy tylko od mojego działania, tysiące energii nawzajem się przenika. Suma wszystkich energii decyduje o efekcie. Jak ja mógłbym decydować o wyniku ostatecznym? Ale jeśli nic nie będę robił, nic się nigdy nie zmieni. Muszę coś robić, a jednak muszę nauczyć się nie oczekiwać. Wtedy działanie jest swego rodzaju modlitwą, bez pragnienia, by efekt był taki czy inny. Wtedy nie ma frustracji. Ufność pomoże w byciu bez frustracji,(…) pomoże w pozostaniu żywym, intensywnie żywym.”

Sztuka na klatce schodowej (w bloku)

Skróć dystans – kupuj lokalnie, także i sztukę. Mamy jej wokół bardzo dużo. Mamy wielu studentów czy uczniów liceum plastycznego, mamy wielu amatorów samouków. Ale to są także obrazki dzieci, fotografie. To nie są wielkie koszty. W domu ścian za mało, by wszystko powiesić i wyeksponować, galerii zbyt mało (a wielu prac nie przyjmą bo konkurencja zbyt duża). Ale jest dużo wolnej i pustej, szaro-burej przestrzeni publicznej czy półprywatnej.

Nasze blokowiska z licznymi klatkami schodowymi to niewykorzystana przestrzeń. To galerie bez obrazów, bez grafiki, bez sztuki. A może ozdabianie klatek schodowych (i wcale nie wulgarnymi napisami)?
Ożywiać blokowiska. Przecież tam chodzimy codziennie. A jakże byłoby miło, gdyby odbywały się tam małe, sąsiedzkie wernisaże. Co prawka przybyło nam kilka galerii, gdzieś w korytarzach u marszałka, gdzieś w domu handlowym, gdzieś w szpitalu. Precedensy już są. Pora na pospolite ruszenie – na prawdziwą rebelię kultury.

Zakupy u lokalnych artystów, rękodzielników i akcje charytatywne. Lub jeszcze lepiej wytworzyć samemu: namalować, zdecoupageować, wyszyć, narysować, sfotografować.

Nabywamy te prace, wspieramy zacne przedsięwzięcia. Niech więc i przestrzeń codzienna zyska trochę sztuki. Mamy tego dużo – jeszcze więcej możemy wytworzyć, umieśćmy ją w przestrzeni publicznej.

Podziel się sztuką :).

Co zrobić z kłódkami zakochanych?

Samo krytykowanie urzędników miejskich za usuwanie kłódek z mostu pod mało sensownych pretekstem, nie miałoby większego sensu. Komentarz pod poprzednim wpisem podsunął kilka pomysłów. Nie tylko z Moskwy czy Seulu, ale i z warmińskiej wioski oraz nadmorskiego Władysławowa. A w samym Olsztynie można przemyśleć, czy nie warto  wykorzystać Źródełka Miłości z Lasu Miejskiego czy średniowiecznej, nieużywanej studni z olsztyńskiej Starówki.

Więcej na ten temat

Kłódki na moście czyli ogniska głupoty

klodkinamoscie

Przy czytaniu porannej prasy omal nie udławiłem się ciastkiem do kawy. Trudno mi ocenić czy to, co wyczytałem to przykład skrajnej głupoty czy zwykłej urzędniczej buty. Olsztyńscy drogowcy już nie jeden raz zadziwili pokrętnymi tłumaczeniami swoich działań. Tym razem dowiedziałem się z gazety, że usunięto kłódki zakochanych z Mostu Jana nad Łyną. Powód? Te wiszące kłódki „stają się ogniskami rdzy. (..) na dodatek wiszące ozdoby utrudniają konserwację.”

To nie pierwsza próba usuwania spontanicznej i indywidualnej inicjatywy olsztyńskich zakochanych. Wyżej zamieszczam zdjęcie nowej barierki z wyraźnymi zniszczeniami, ale tam nigdy nie było kłódek! Związek więc wiszących kłódek z rdzą jest raczej wątpliwy. Zwalanie fuszerek na wiszące kłódki jest co najmniej niepoważne. Aż w taką głupotę naszych drogowców nie wierzę. Usunęli bo tak, i już. A jakieś mądre-inaczej wytłumaczenie wyśle się do prasy i kto im podskoczy? Co znaczy zwykły mieszkaniec wobec urzędu?

Mogę się tylko domyślać, dlaczego urzędników denerwują kłódki na moście – wieszane są spontanicznie, bez szumnych konsultacji z urzędem, bez projektów unijnych z dużą kasą, bez pokazywania w telewizji i przemowy włodarzy różnego szczebla, bez składania podania z uniżoną prośbą o powieszenie kłódki, koniecznie ze znaczkiem skarbowym i pięcioma zaświadczeniami z pracy, szkoły i urzędu skarbowego.

Olsztyn nie jest dla ludzi, jest dla urzędników... Olsztyniacy są jedynie gośćmi w swoim mieście… A urzędy ledwie tolerują tych wrednych obywateli. Z trudem, ale tolerują. Ale czasem muszą publicznie pokazać i zademonstrować, kto tu rządzi i dla kogo jest miasto. Nie chodzi więc o wymyślenie sensownego wytłumaczenia – ruki po szwam, trzeba wiedzieć co to władza!

Osobiście żal mi tym małych, romantycznych symboli. Symboli miłości, randek, marzeń. Normalnego, ludzkiego życia. Jeśli władze miasta myślą o jakiejś sensownej promocji miasta, to po co niszczyć spontaniczne i wartościowe akcje? Tym bardziej, że nikomu to nie przeszkadza (ops, przepraszam, komuś w urzędzie to na pewno). Ludziom do szczęścia niewiele potrzeba. Przede wszystkim wolności do bezpiecznej spontaniczności i kreatywności.

Być czy mieć – zacofanie socjalne społeczeństw rozwiniętych

Szczycimy się wysoką cywilizacją, rozwiniętymi technologiami i wysokim PKB. Z góry patrzymy na biednych czy na społeczeństwa tak zwane zacofane. Ale jeśli się głębiej zastanowić, to może wcale nie jesteśmy tak rozwinięci, przynajmniej społecznie, jak nam się wydaje.

Im dłużej kogoś znamy (widujemy) tym łatwiej jesteśmy w stanie przewidywać jego reakcje i działania, a w konsekwencji tym bardziej go lubimy (nawet jeśli nie-lubimy, np. syndrom sztokholmski). Bo lubimy swoich znajomych, bo lubimy to co znamy (okolicę, sytuacje, sprzęty, zwierzęta, ludzi). Ale w te przyzwyczajenia z życia plemiennego, ukształtowane przez setki tysięcy lat, jeśli nie miliony lat ewolucji, wkradła się telewizja i kolorowa prasa. Co tydzień na szklanym ekranie widzimy te same twarze z jednego serialu. Lub gwiazdy i gwiazdeczki z kolorowych pism czy portali internetowych – widzimy ich twarze, wydaje się, że ich znamy jak panią z podwórka i pana z sąsiedniej klatki w bloku. A to tylko telewizyjno-gazetowo-wirtualna rzeczywistość. Substytut znajomości prawdziwej.

Telewizja, kolorowe pisemna, internet z gwiazdami, celebrytami, portale społecznościowe itd. stwarzają nam wrażenie jakbyśmy mieli szersze (większe) relacje społeczne, jakbyśmy mieli wielu znajomych. Jakbyśmy byli gwiazdami socjologicznymi, jakbyśmy to my byli znani i… podziwiani. Z tego powodu odczuwamy więcej przyjemności, stąd takie przyciąganie do telewizji i jej długie oglądanie, do kolorowych pisemek z fotografiami gwiazd scen wszelakich, i celebrytów wszelkiej maści, księżnych i książąt. Stąd przyciąganie do internetowych portali społecznościowych z setkami "znajomych" i anonimowymi forami dyskusyjnymi. Stąd popularność seriali, bo te same twarze, więc je zapamiętujemy. Dlatego politycy mają parcie na ekran, nawet jak nic nie mają do powiedzenia. Ale czy w serialach tasiemcowych ich bohaterowie też mają coś nam sensownego do opowiedzenia? Poza tym, że są i wydają dźwięki?

Z wyższością patrzymy na gadki-szmatki, prowadzone przy ognisku u ludów pierwotnych czy w społeczeństwach "zacofanych". Bo o czym oni tyle gadają? O pogodzie, o wróblach, o kuzynie których poszedł do lasu i znalazł grzyba itd. Same mało ważne sprawy :). Nieistotne.

Co innego my, cywilizowani, żyjący w rozwiniętych technologicznie i kulturowo społeczeństwie. Oglądamy telewizję, czytamy kolorowe tabloidy i godzinami siedzimy przed komputerem. Oglądamy celebrytów i cewebrytów. Mamy z nimi relacje, ale oni z nami nie… Dla nich jesteśmy nieznani. Nie istniejemy. To relacja jednostronna, przez szklany ekran czy okładkę pisemka. Dlatego jest to substytut relacji społecznych.

Możemy mieć dużo takich „znajomych” a jednocześnie być samotnymi i nie umieć wykształcić prawdziwych umiejętności interpersonalnych czy towarzyskich.

Już dawno antropolodzy wyliczyli, że w społecznościach zbieracko-łowieckich, żyjących na poziomie epoki kamienia łupanego, dla zaspokojenia wszystkich potrzeb mieszkalno-odzieżowych i żywieniowych średnio w tygodniu łącznie ludzie przeznaczają … dwa dni. Fakt, mają skromne potrzeby, byle jaki szałas i nie mają pełnej szafy najróżniejszych ubrań. A co z resztą czasu? To przede wszystkim kontakty społeczne i rozmowy, zabawy, bycie ze sobą. My to nazywamy nic-nie-robieniem….

A czy my, żyjący w rozwiniętej cywilizacji, z ogromną liczbą sprzętów wyręczających nas w pracy: samochodach, lodówkach, mikserach, pralkach itd. przeznaczamy tyle czasu na życie społeczne dla przyjemności? Czy mamy choć dwa dni wolne od pracy? Kto tu jest zacofany? Czy my mamy przyrządy… czy to raczej my jesteśmy niewolnikami rzeczy, które obsługujemy?

Mieć czy być… nabiera nowego wymiaru. (Po)wolne życie i swoisty minimalizm to próba powrotu do radośniejszego życia. Próba bycia w prawdziwych relacjach społecznych a nie tylko w wirtualnych sieciach znajomości z celebrytami. Czy my wychodzimy z psem na spacer czy pies z nami? Czy to my mamy samochód czy samochód nas? Nasuwają mi się porównania do relacji pasożyt-żywiciel lub ewolucyjne kształtowanie się zależności symbiotycznych. Jeśli integracja jest głęboka, to trudno ocenić czy na początku były to relacje antagonistyczne czy protekcjonistyczne oraz kto tu jest dla kogo….

Porównywanie ewolucji biologicznej i kulturowej bywa zaskakujące. I ciągle odnoszę wrażenie, że nie jest to zwykłe podobieństwo (analogia) jest głębsza jedność (homologia).

W społeczeństwach wysokorozwiniętych też mamy sumarycznie dużo czasu: na emeryturze i wśród bezrobotnych. Różnica jest tylko taka, że czujemy się z tego powodu sfrustrowani i wyalienowani, zupełnie nikomu niepotrzebni. Druga część naszego społeczeństwa też jest sfrustrowana… bo jest przepracowana.
Ewidentnie coś jest nie tak, a sygnałem alarmowym powinna być prognozowana krótsza (nawet o 5 lat) długość życia rosnącego właśnie pokolenia…

Tak sobie rozmyślam przy porannej herbacie, przed wyjściem do pracy…

Turystyka naukowa

Najczęściej zwrot "turystyka naukowa" jest używany w pejoratywnym znaczeniu – odnosi się do naukowców, co to niby jadą na konferencję w celach naukowych a tak w zasadzie jadą zwiedzać. Zamiast nauki jest turystyka za publiczne pieniądze. Ale to margines.

Można jedna zastanowić się jaki jest wpływ naukowców na rozwój turystyczny regionu? I nie chodzi mi o jakieś konkretne badania naukowe i technologie. Pytanie dotyczy wpływu kapitału ludzkiego, zdawałoby się niewymiernego i nieuchwytnego.

W badaniach naukowych niezwykle ważna jest komunikacja naukowa, czyli dyskusje i wymiana myśli. We współczesnym świecie jest ona globalna i międzynarodowa. To nie tylko publikacje naukowe w czasopismach z relacjami z badań i dyskusjami teorii czy hipotez. To nie tylko wymiana korespondencji elektronicznej i kontakt za pośrednictwem nowoczesnych technologii i internetu. Komunikacja naukowa to także bezpośrednie spotkania międzyludzkie, w tym także kameralne "w cztery oczy". Żadna technologia takich bezpośrednich spotkań i dyskusji nie jest w stanie zastąpić.

Konferencje naukowe cały czas mają się dobrze – w jednym miejscu spotykają się specjaliści, by słuchać referatów, krótkich doniesień, oglądać i czytać plakaty naukowe oraz dyskutować plenarnie i kuluarowo. Efektem takich spotkań naukowych (ogólnopolskich czy międzynarodowych) są nie tylko wzajemne inspiracje czy szybki i kreatywny przepływ pomysłów. Efektem są późniejsze publikacje czy monografie oraz wspólne granty i badawcze inicjatywy. Ale są także uboczne efekty dla regionu.

Naukowcy spotykają się w różnych miejscach. Nie tylko w dużych miastach, często w maleńkich ośrodkach, blisko przyrody, w pewnym odizolowaniu od zgiełku świata. W takich warunkach dobrze się dyskutuje, jest czas na przemyślenia i refleksje.

Konferencje organizowane są najczęściej poza sezonem turystycznym (bo wolne miejsca i taniej). Naukowców na całym świecie systematycznie przybywa. Mają też pieniądze na badania oraz na upowszechnianie wiedzy, także w formie udziału w konferencjach, kongresach i sympozjach. To rosnąca i pokaźna grupa klientów dla branży turystycznej a jednocześnie bardzo trudna i wymagająca. Grupa bardzo wpływowa i opiniotwórcza.

Nocują, jedzą, czasem jeszcze zwiedzają. Wymagają tylko obecności sal seminaryjnych i wykładowych z nowoczesnym sprzętem audiowizualnym. Czasem przyjeżdżają z rodzinami (niejednokrotnie jako forma samousprawiedliwienia pracoholików i dbania o rodzinę), jest więc program dla osób towarzyszących, najczęściej właśnie przyrodniczo-kulturalny. Dla przyrodnika to poznawanie przyrody. Dodatkowe obserwacje i poznawanie świata. Dla humanistów po poznawanie innych kultur. Dlatego kongresy i sympozja są organizowane w różnych miejscach świata oraz na prowincji. Dwa w jednym, dyskusja i poznawanie. A pieniądze zostają na miejscu.

Warmia i Mazury mogłyby być nie tylko cudem natury ale i miejscem, gdzie są warunki do tworzenia. Do refleksji, dyskusji i spotkań naukowych.
Spotkania naukowe to dodatkowy napływ turystów. I to tych z górnej półki. Właśnie taki jest dodatkowy, uboczny wpływ środowiska naukowego (akademickiego) na region.

Kto decyduje o wyborze miejsca na sympozjum? Nie ma centralnej instytucji, bo decydują sami naukowcy, za każdym razem ktoś inny. Kierują się własnym rozeznaniem i rozpoznaniem miejsc. To klasa kreatywna bez centralnego zarządzania. Nie można więc lobbować w jednym miejscu. I całe szczęście.

Warto inwestować w naukowców…. Bo mogą zaprosić w urocze miejsce znacznie więcej klientów. Naukowcy, jako grupa o dużym autorytecie, mają dużą siłę opiniotwórczą. Potem goście zagraniczni wracają z wrażeniami. Mogą być ambasadorami, pokazując zdjęcia, pisząc relacje, opowiadając i zachęcając innych do odwiedzenie tych samych miejsc.
Rynek trudny, nie wystarczy reklama w gazecie czy baner. Po prostu trzeba bywać i pokazywać się na wszelkich spotkaniach naukowych. To się opłaca branży turystycznej. Opłaca się także mieć w regionie kapitał ludzki w postaci naukowców i uczelni wyższych.