Meandry paleoekologii czyli trichopterolog na tropie, niczym detektyw

Rozpoznawanie gatunków jest trudne i wymaga dużej wiedzy i opatrzenia. Wiedzą o tym biolodzy z WIOŚ (wojewódzkie inspektoraty ochrony środowiska), którzy wykonują monitoring biologiczny i muszą zidentyfikować setki, jeśli nie tysiące różnych organizmów. Ale jeszcze trudniej mają paleobiolodzy, bo muszą identyfikować gatunki po fragmentach znalezionych w osadach.

Ostatnio dr Grzegorz Kowalewski z UAM w Poznaniu przysłał mi do zidentyfikowania trzy zdjęcia, z materiałów zebranych w jeziorze Kleszczów (Pojezierze Łęczyńsko-Włodawskie). Próbka pobrana została z płatu nagiego dna między ramienicami. Jezioro jest duże, o powierzchni kilkudziesięciu ha i maksymalnej głębokości 3-4 m. A więc stosunkowo płytkie.

polycentropodidae_crenacicornis

Pierwszy (wyżej) to fragment z głowy larwy chruścika – frontoclypeus (czoło zrośnięte z nadustkiem). Bez trudu można rozpoznać, że to fragment larwy z rodziny Polycentropodidae. W tej rodzinie larwy mają wyraźne różnice w ubarwieniu głowy. Teoretycznie więc łatwo powinno się zidentyfikować gatunek. Ale tylko teoretycznie. Po długich oględzinach i porównywaniach stwierdziłem, że jest to Cyrnus crenaticornis, gatunek jeziorny, typowy dla strefy elodeidowej i raczej jezior o niższej trofii (mezotrofia, umiarkowana eutrofia).

Polycentropodidae_stagnalis

Więcej kłopotu sprawiła mi druga fotografia. Moim zdanie jest to Holocentropus stagnalis, częściej przeze mnie spotykany w małych zbiornikach okresowo wysychający. Na dodatek jest to gatunek raczej rzadko spotykany, dlatego uznany został za zanikający i zagrożony wymarciem w Polsce.
Larwy są drapieżne, zjadają drobne organizmy wodne (skorupiaki, skąposzczety, owady wodne), budują lejkowate sieci łowne, połączone z mieszkalną norką. Sieć zbudowana jest z nici jedwabnych. Postacie doskonałe (imago) spotykane są w pobliżu zbiorników wodnych, aktywne są wieczorem i w nocy, przylatują do światła.

Na podstawie moich badań uznałem go za limnefila, liczniej występującego w jeziorkach torfowiskowych (także w drobnych zbiornikach okresowych), w strefie elodeidów, znajdowany także w osoce.

polycentropodidae_5x

Trzecie zdjęcie przedstawia fragment puszki głowowej. W żaden sposób nie potrafię rozpoznać. Choć najpewniej należy do larwy z rodziny Polycentropodidae. Dlaczego identyfikacja po fragmentach, typowa dla paleolimnologii, nastręcza tak dużo kłopotów? Bo przy oznaczaniu typowych materiałów hydrobiologicznych widzę całą larwę i na wiele szczegółów nie zwracam uwagi.

Ciekawe ile te fragmenty chitynowe leżały na dnie. Chyba trzeba byłoby trochę poeksperymentować, a na pewno musze porobić zdjęcia wypreparowanych frontoclypeusom – bo możliwe, że inaczej wyglądają w całości a inaczej, gdy nie ma pod spodem głowy i resztek mięśni. Ogromna praca… bez punktów i impact factor, ważnego do awansu zawodowego. Ale niezwykle ważna i pomocna do innych badań.

Przydałby się zapewne atlas i klucz do rozpoznawania… po fragmentach. Byłby wielce przydatny w badaniach paleolimnologicznych.

Mędrcy świecący cudzym światłem

„Mędrcem, który świeci odbitym światłem Sokratesa, Platona czy Heideggera, nie jestem. (…). Nie lubię profesorów filozofii, który drapią się po głowie, cytując tych, którzy przed nim głosili różne mądrości.”

Prof. Jan Hartman

Cytować warto i trzeba, gorzej jeśli poza cytatami (erudycją) nie ma treści, nie ma własnych przemyśleń, gorzej gdy za cytatami kryje się pustka
i bełkot. Odejmij cytaty i sprawdź czy tam coś jest. Wtedy będzie widać czy taka erudycja jest ozdoba i uzupełnieniem czy tylko "zamiast" treści.

Trzeba w życiu umieć odróżniać latarnie i lampy (świecące własnym światłem) i światełka odblaskowe. Taka umiejętność ułatwia odnaleźć właściwą drogę i zapobiega zagubieniu się na manowcach.

Czy naukowiec może być wierzący? Czy nauka może zajmować się cudami?

Czy naukowiec może być wierzący i czy może się do tego przyznawać? Czy wiara przeszkadza w poznaniu naukowym? Czy można wychodzić poza ramy swojej specjalności?

Profesorem, doktorem się jest tylko w wąskiej dyscyplinie, nie wypada poza nią odgrywać eksperta od wszystkiego. Bo w dochodzeniu do prawdy nie decyduje autorytet a fakty i argumentacja. Zwłaszcza w nauce. Nie ważne kto mówi, ale co. Oczywiście jest jeszcze coś takiego jak wiarygodność, wtedy nazwisko (autorytet) ma znaczenie.

Richard Feynman tak pisał: „Może być prawdą, że można zostać wyleczonym w wyniku cudu, jaki odbywa się w Lourdes. Ale jeśli to prawda, to powinno się to zbadać. Po co? Żeby to udoskonalić.” Badać można, prowadząc analizy statystyczne w sposób naukowy, obiektywnie oceniając świadectwa.

„Jeśli uzdrawianie możliwe jest w Lourdes, to pojawia się pytanie, jak daleko od świętego miejsca może stać chora osoba?” (R. Feynman).

Istotą poznania naukowego jest pomiar ilościowy. Wszystko to , co da się zmierzyć, policzyć może być obiektem badań naukowych.

Testowanie i eksperymenty wynikają także z paradygmatu, z teorii (a to już sobie rzadziej uświadamiamy). Bo sprawdzamy elementy tej teorii. Teoretycznie wszystko jesteśmy w stanie poddać naukowej analizie, obserwacji i badaniom. Ale niejednokrotnie obiekt naszych badań wymyka się naszym możliwościom zarówno teoretycznym (brak teorii) jak i technicznym możliwościom pomiaru.

Wracając do pytania Feynmana – poszukiwanie eksperymentu rozstrzygającego czy są uzdrowienia i czy ma na to wpływ odległość, zależy od teorii (paradygmatu). Mamy dwie różne możliwe sytuacje:

1. Bóg istnieje, a więc musiałby być jakoś włączony do eksperymentu.

2. Boga nie ma, skupiamy się na samym chorym i ewentualnie jego wyobrażeniu religijnym, jego wierze, religijności.

Ad. 1. Jeżeli Bóg istnieje, to uzdrowienie zależy od woli samego Boga. W tym ujęciu nie ma znaczenia odległość uzdrawianego od groty w Luordes. Nie ma najmniejszego sensu badać odległości. Tym bardziej, że uzdrowienia są obserwowanym faktem nie tylko w Lourdes. Należałoby skupić się na szukaniu przyczyny, dla której Bóg uzdrawia. Czy możemy poznać wolę Boga? To wykracza poza nasze możliwości techniczne. Tak samo jak badanie pogody na planecie w odległej galaktyce. Możemy wiedzieć i istnieniu takiej planety lub możemy tylko przypuszczać, że jest. Badanie pogody będzie już jednak tylko fantazjowaniem i teoretyzowaniem. Być może kiedyś, w wyniku podróży kosmicznych, takie bariery techniczne (odległości i czułości aparatury) przestaną istnieć.

Możemy jednak sprawdzać czy przypadki uzdrowień da się wytłumaczyć wiedzą medyczną, bez odwoływania się do cudu.

Możemy także sprawdzać, czy uzdrowienia dokonują się tylko lub głównie w przestrzeni chrześcijańskiej czy też zupełnie niezależnie i tak samo często w każdej religii, kulturze, etnosie.
Do tego wszystkiego potrzebne zawsze na początku badania opisowe. Czyli proste rejestrowanie, obserwowanie i notowanie. Trochę na ślepo, bo nie wiemy jakie informacje byłyby kluczowe i ważne. Dobre opisy i dokumentacja, to możliwość późniejszych eksperymentów jak i wnioskowań logicznych.

Ad 2. W drugim przypadku pomijamy całkowicie Boga. Uzdrowienie dokonuje się w samym pacjencie, np. za sprawą uniesienia religijnego lub jakichś bliżej nie określonych procesów psychologicznych. Wtedy być może możemy pytać o odległość od Lourdes. Ale to chyba czynnik mało istotny. Najpierw musielibyśmy stwierdzić eksperymentalnie, że przeżycia uzdrawiają. I że w samej grocie następuje uzdrowienie. A nie poza nią. Należałoby zbadać w którym momencie następuje uzdrowienie. Badania lekarskie nie robi się przecież tak często (np. co godzinę). Musielibyśmy więc najpierw sprawdzić kiedy to uzdrowienie następuje. Ale z chorobami bywa różnie. Czas od podania lekarstwa do zadziałania i widocznych efektów bywa przecież różny.

Sam fakt porywania się z nauką "na Boga" i cuda nie jest zły. Pozwala określić co jest możliwe a co nie. Pozwala także na pożyteczną zabawę intelektualną w ustawianie eksperymentu: zastanawiania się nad paradygmatem (teorią i powiązanymi ze sobą w teorii zjawiskami, prawami, obiektami) oraz nad falsyfikującym, rozstrzygającym eksperymencie. Pozwala zastanawiać się nad oceną błędy metody, oraz logiką. Czy dany pomiar, obserwacja jest przydatny czy nie.

„Pan Bernardini powiedział, że nie powinniśmy nauczać o cudach, ale przekazywać wiedzę (…). Sądzę, że powinniśmy nauczać o cudach, a wiedza będzie powodowała coraz większy dla nich szacunek. Wiedza jest po prostu nadawaniem odpowiednich ram cudowi, jakim jest natura”. (R. Feynman)

Nauka jest zachwycaniem się pięknem natury, na przykład pięknem i doskonałością dzieła Stworzenia… Dla nauki nie jest ważne czy ktoś jest wierzącym czy nie, ale czy stosuje metodologię naukową. Nauka sama w sobie nie rozstrzyga spraw boskich. Tym bardziej nie rozstrzyga czy Bóg istnie czy nie.

Mój głos w sprawie prof. Piotra Obarka

Jest rzeczą naganną, nawet w obronie swojego imienia, obrażanie innych, przeinaczanie i manipulowanie faktami. Styl w jakim pisze p. Piotr Obarek na swoim blogu (linkowany z portalu Olsztyn.24) z licznymi argumentami ad personam oraz obraźliwymi epitetami, kierowanymi pod adresem profesorów: Małgorzaty Chomicz, Wioletty Jaskólskiej, Barbary Przybylskiej-Gornowicz, Józefa Dębowskiego, prorektora prof. Grzegorza Białuńskiego, J.M. rektora prof. Ryszarda Góreckiego, redaktora Adama Sochy (miesięcznik Debata) i Marka Wrońskiego (Forum Akademickie), jest niegodny pracownika akademickiego. Nie obroni się swojego dobrego imienia przez obrażanie innych, manipulowanie faktami i stosowanie kruczków prawnych.

Mój głos wynika z troski o dobre imię UWM. Wydaje mi się, że nie wystarczy już dyskutowanie w kuluarach. Sprawy zaszły zbyt daleko i trzeba zabrać głos publicznie. Osoby obrażane i atakowane nie powinny poczuć się osamotnione i pozostawione samym sobie.

Nie ma nic złego w publicznym zabieganiu o dobre imię rodziny i swoje własne. Ważna jest jednak również forma.

Nie widzę nic złego w publicznym zabieraniu głosu przez p. Piotra Obarka. Forma jednak pozostawia dużo do życzenia i stawia w złym świetle całe środowisko akademickie Olsztyna, zwłaszcza gdy milczymy. Bo co sobie pomyśli przeciętny zjadacz chleba gdy przeczyta te wszystkie dziwne treści w wielce nagannym stylu? Taki jest UWM, tacy są profesorowie w Kortowie?

czytaj także: https://czachorowski.home.blog/2013/10/05/w-obronie-prof-malgorzaty-chomicz/

Czy na wykład powinno się wkładać garnitur i krawat?

"Kiedy dziś rano wychodziłem z hotelu, żona powiedziała do nie „Musisz włożyć frak”. Odpowiedziałem więc „Przecież nigdy na wykładach nie zakładam takich rzeczy!”. A ona na to „To prawda, ale tym razem nie znasz się na tym, o czym będziesz mówił, lepiej więc postaraj się zrobić dobre wrażenie”

Richard Feynman

Innym razem Richard Feynman (fizyk, noblista), chcąc sprawdzić pewne rozwiązanie dydaktyczne, na wykład wybrał się do Nowej Zelandii…. Bo to daleko, a jak się nie uda, to przynajmniej nikt się nie dowie.

Dlaczego przypominam te anegdoty? Bo forma jest ważna, ale ważniejsza jest treść. I chciałbym o tym pamiętać przez cały rok akademicki. Na dzisiejszym wykładzie (w ramach szkolenia makrobezkręgowców bentosowych) miałem marynarkę ale byłem bez krawata…
I było to w Olsztynie, czyli nie jechałem daleko. Jak to interpretować?

Bałwochwalstwo w nauce

Bałwochwalstwo czyli oddawanie boskiej czci banałom.

Celebrowanie truizmów i zwykłej pustki. Tak jak w supermarketach, gdzie opakowanie jest większe, piękniejsze i ważniejsze niż lichy towar w środku. Egzaltowanie się tytułami, stopniami, przynależnościami w miejsce treści.

Bałwochwalstwo w nauce, to pomylenie rzeczy ważnych i twórczych z celebrowaniem pustki, skrytej za wyszukanym, specjalistycznym językiem. Ale jeśli przetłumaczyć z „naukowego” na nasze, to wyraźnie widać banał i pustkę.

Bałwochwalstwo w nauce to prymat formy nad treścią.

O sensie notowania na wykładach i w bibliotekach

Rozpoczyna się nowy rok akademicki. Rozpoczną się więc i dyskusje o jakości wykładów i sensie robienia notatek. Po co pisać, po co notować, kiedy wszystko jest w internecie oraz można otrzymać "slajdy" z wykładu? Ale sensem robienia notatek nie jest to, że utrwala się jakąś informację na papierze. Znacznie ważniejsze jest to, co dzieje się w mózgu studenta.

Zapisywanie to wydłużanie okresu przebywania z daną myślą, na dodatek przetwarzanie, wkomponowywanie w swój system wiedzy i sprawdzanie czy działa.
Samo kopiowanie niczego w mózgu nie zostawia (np. uczenie się na pamięć). Odkładamy do magazynu, żeby później przeczytać…. Ale to zazwyczaj nigdy to nie następuje. Rośnie tylko magazyn śmieci.
Notowanie jest więc ważne z zupełnie innego powodu. Bo notowanie jest formą aktywnego słuchania i przetwarzania informacji. Pisanie wspomaga myślenie. Zatem jest sens robienia notatek, nawet gdybyśmy nigdy do nich nie zajrzeli

Kiedyś ludzie komunikowali się tylko słownie, poprzez rozmowę. Trwało to setki tysięcy lat. Wytworzyliśmy kulturę słowa, poezję, muzykę, sztukę opowiadania. Pismo zabiło umiejętności zapamiętywania. Bo można zapisać, nawet bez zrozumienia, potem się przecież sięgnie, gdy będę potrzebował. Sokrates uważał, że pismo zepsuje umysły i oduczy ćwiczenia pamięci. Po części miał rację. Ale pismo dało także zupełnie inne możliwości.

Mapowanie myśli (odwzorowywanie, strukturyzowanie) to pisanie i rysowanie. Mind-maping jest nielinearny, pismo linearne, bardziej sztywne. Pismo w nieudolny sposób zapisuje nasze twórcze myśli. Dlatego warto wspomagać się w notowaniu… rysowaniem, nie tylko schematów. Ale mimo swych wad zapisywanie myśli wspomaga.. myślenie. Bo jest aktywizującą forma słuchania, do wydłuża czas, zajmowania się daną myślą. Raz usłyszymy, drugi raz skupiamy się by zapisać i to często w formie przetworzonej.

Rozpraszanie uwagi obniża poziom ludzkiej innowacyjności. A w czasach ogromnego zaśmiecenia mózgu emocjami, reklamami, i nadmiarem informacji nie za bardzo dajemy czas swojemu mózgowi, by odpoczął i przetrawił to co ma. Elektroniczne gadżety, komórki, smartfony – nie ma szansę na nudę! Kiedy więc usłyszymy własne myśli? Student na wykładzie też jest rozpraszany tysiącem pokus, aby kliknąć i zajrzeć co słychać tu i tam. W rezultacie uwaga jest rozproszona. Notowanie pomaga skupić się, pomaga usłyszeć własne myśli i częściowo odizolować się od szkodliwego zgiełku.

Klasę twórczą wg Floridy stanowią: naukowcy, architekci, inżynierowie, projektanci, pedagodzy, muzycy, pracownicy agencji reklamowych i firm doradczych.
Ale żyjąc w środowisku ze smogiem informacyjnym (ciągle w mediach bombardowani jesteśmy wypadkami, morderstwami, skandalami), przedstawiciele klasy twórczej nie mają czasu na spokojne przemyślenia, na wynudzenie się, na odpoczynek… by być bardziej kreatywnymi. Naucz się notować, jeśli chciałbyś być w klasie twórczej. Notowanie i pisanie to jedna z form "medytacji" intelektualnych.

Papier jest powolnym medium (można także od razu notować, zaginać kartki, podkreślać itd.). Wolno się pisze (chyba że ktoś nauczyć się stenografii). Możemy pismem zanotować znacznie mniej niż usłyszymy.  W internecie (mediach elektronicznych) napływ nowych informacji przekracza możliwości ludzkiej percepcji. Nawet mimo robienia wielu rzeczy równocześnie, nawet mimo wielozadaniowości.

Media elektroniczne mają powierzchowny i wielokanałowy charakter przekazu. Jeśli więc jesteś na wykładzie, to słuchaj. I notuj. A jeśli nudny wykład, to rozmyślaj. Daj sobie szansę na bycie kreatywnym.

Nadmierne korzystanie z ultrabuków, tabletów, smartfonów podobno źle wpływa na koncentrację, kreatywność i komunikację międzyludzką. Widać to nawet na wykładach. Tu słucham ale jednocześnie zajrzę tu i tam (co słychać u kumpli w naszej klasie, na Facebooku, itd.). Ciekawostki rozpraszają.
W rezultacie umysł zamęczony nadmiarem informacji ślizga się po powierzchni, nigdy niczego nie zgłębiając. Ważnym elementem wykładów powinny być pokoje socjalne i kawiarenki, gdzie studenci między wykładami mieliby możliwość posiedzenia przy kawie, herbacie lub wodzie z kranu, by się trochę ponudzić, podyskutować i pobyć ze sobą. Budowanie więzi społecznych i uczenie się kompetencji interpersonalnych jest ważnym elementem kształcenia. A przynajmniej powinno być….

Inhibicja to zdolność blokowania błahych danych, wybierania tego co nam koniecznie, to umiejętność oczyszczania umysłu.
W informacyjnym hałasie trudno o inhibicję.
Dekoncentracja to problem ogólnospołeczny
i systematycznie narastający. Widać to po obniżani się średniego ilorazu inteligencji (IQ).

We współczesnym świecie, także uniwersyteckim, za dużo jest informacji za mało interpretacji.

Notowanie (pisanie) jest formą interpretacji. Drugą formą są dyskusje. Sensem studiowania nie jest chodzenie na wykłady. O wiele bardziej tym sensem jest dyskutowanie. A wykłady są po to, żeby te dyskusję inicjować, prowokować, ułatwiać.

Dekielek i Leptocerus tineiformis czyli o tym jak całość pozwala zobaczyć i zrozumieć część

Trichoptera_case_cover_5x

Jakże często widzimy coś, a nie wiemy co to jest. Dotyczy to fragmentów. Nie znamy kontekstu całości i trudno jest się domyślić o co chodzi. Ot na przykład taki dekielek, jak na fotografii wyżej. Przesłał mi dr Grzegorz Kowalewski, paleolimnolog z Poznania z adnotacją (autor obu zamieszczonych fotografii):

„znalazłem w płytkich jeziorach poleskich (w tym przypadku Kleszczów) nowe domki [chruścików – S.Cz.] , wraz z ciekawymi dekielkami. Czasami same dekielki (koło z otworem pośrodku), czasami dominują domki.
Jeden domek ze skalą załączam na fotografii.
Pewnie Pan Profesor znajdzie odpowiedź na pytanie, co to za stwór… Wydaje się decydowanie preferować makrofity.”

Widząc domek z łatwością udało się zidentyfikować gatunek chruścika – to Leptocerus tineiformis z rodziny Leptoceridae. Larwy budują śliczne, zielonkawe i półprzezroczyste domki z przędzy jedwabnej. Ale domki są sztywne.

leptocerustine

Paleolimnolog, oglądający szczątki biologiczne, fragmenty roślin i zwierząt, nie ma łatwego życia. Widzi tylko fragmenty organizmów. Bez kontekstu całości, trudno zrozumieć część. Widząc całość o wiele łatwiej rozpoznać fragment (do czego należy). A czym jest dekielek? Jest fragmentem domku poczwarkowego. Larwa, przed przepoczwarczeniem zasklepia swój domek z obu końców, zostawiając jednak maleńki otwór – dla wymiany wody i dostępu tlenu. Dekielek ma odizolować od otoczenia,.. ale jednocześnie zapewnić kontakt. Nie tylko domki są charakterystyczne dla gatunków ale i sposób wykonania „dekielka”.

Do swojej trudnej pracy rozpoznawania fragmentów organizmów muszą paleolimnolodzy tworzyć atlasy i klucze do rozpoznawania.

Może trzeba opracować klucz do oznaczania chruścików po domkach i fragmentach zarówno domków jak i larw? Zachowują się w osadach części chitynowe, np. fragmenty głowy a także fragmenty domków. To zupełnie inny punkt widzenia niż z ten z jakim spotykam się na co dzień przy oznaczaniu. Ale ja widzę całą larwę.

Interdyscyplinarna współpraca daje możliwość spojrzenia zupełnie inaczej na rzeczy spotykane codziennie. Rozszerza horyzonty.

A co do Leprocerus tineiformis (polska nazwa tego chruścika to niprzyrówka jeziorna), to rzeczywiście larwy preferują elodeidy (makrofity), zwłaszcza rogatek i wywłócznik. Zielonkawe domki to mimikra, trudno chruścika zobaczyć. Chyba, że się zacznie ruszać. Leptocerus tineiformis potrafi pływać wraz z domkiem.

Podobny do niego jest Leptocerus interruptus (niprzyrówka rzeczna) – ale wprawne oko wychwyci drobne różnice w budowie domku. Ponadto jest to gatunek rzeczny.

Kowale bezskrzydłe i olsztyński street art

Jakiś czas temu w Olsztynie pojawiły się poprzyklejane, ceramiczne płytki (zobacz więcej na ten temat). Lokalne media zaintrygowane pytały a autora tych artystycznych wlepek.  Spacerując wczoraj po mieście, na ulicy Szrajbera zauważyłem kowale bezskrzydłe (zwane także ryżymi Zygmuntami), nieopodal jednej, błękitnej róży. Siedziały na podobnym słupku betonowym. Jak nic artystyczny happening?

Czy to te owady odpowiedzialne za za antybetonowy street art?

….

No dobra, żartowałem…

Mniej znaczy więcej czyli slow school i slow university

Czym jest i czym może być slow school (slow university)? Fantasmagorią czy znakiem głębszych przewartościowań, tak jak cittaslow, powolne jedzenie, minimalizm i dobrowolna prostota?

"Nie wystarczy przyprowadzić konia do wodopoju, trzeba jeszcze go przekonać, żeby się napił".

(chińskie przysłowie)

A więc to, że dużo młodzieży studiuje nie oznacza jeszcze, że gwałtownie wzrasta wiedza i kompetencje społeczeństwa i gospodarki opartej na wiedzy. Chodzą do na uniwersytety… ale co z tego wynika?
Podobnie jest z edukacją na niższych szczeblach, co z tego że są "ambitne" programy nauczania z ogromną ilością treści, grube podręczniki i komputery w szkole? Ładnie wygląda to tylko w biurokratycznych zestawieniach.

„Nauczyciele większości przedmiotów nie są w stanie przerobić programu. A dziś jest gorzej, bo są testy. Program jest planowany do czerwca, a test gimnazjalny odbywa się w kwietniu. Znajoma nauczycielka poszła do dyrektorki i pyta: co ja mam zrobić? I słyszy: nie ucz ich tego, czego nie będzie na teście. To skrajne demoralizowanie nauczycieli i dzieci przez system. Jeden z wniosków warsztatów to hasło: slow school. Trzeba urealnić program.”

Mniej znaczy więcej.
Mniej znaczy lepiej, mniej znaczy prawdziwiej
a nie tylko pozornie. Bo wiele ze sprawozdaczo-biurokratycznego patosu (i liczbowych wskaźników) jest tylko pozorem edukacji. Edukacja jest w rękach urzędników i w szponach braku zaufania. Jeśli pojawia się problem to reakcją jest produkowanie dokumentu. I zmusza się nauczycieli od przedszkola do uniwersytetu do produkowania coraz większej liczby procedur, sprawozdań, raportów i papierów. Nie ma czasu na nauczanie i wychowanie, bo gros aktywności idzie na wypełnianie biurokratycznych dokumentów. Dla urzędnika wszystko gra – bo ma dokumenty. Jest to coraz bardziej oderwane od rzeczywistości.

Edukację trzeba odzyskać dla nauczycieli (w tym nauczycieli akademickich) i potrzeb społeczeństwa. Trzeba wyrwać z łap urzędniczej biurokracji. A nie będzie to łatwe w społeczeństwie pośpiechu, wskaźników produkcyjności i wykazywania się w korporacyjnych rankingach. Trzeba więc najpierw zmienić całe społeczeństwo… Mniej, znaczy więcej, wolniej znaczy lepiej.

Mniej więcej od 20 lat 4-5 razy więcej młodych ludzi kończy studia. Cóż to daje? Przecież nie 4 razy więcej kierowników i dyrektorów. Studia to nie jest kształcenie zawodowe w prostym tego słowa rozumieniu. Dają – a przynajmniej powinny dawać – bogactwo duchowe. Powinny dawać kompetencje uczenia się i rozumienia świata. Stwórzmy więc dobre warunki i dobrą przestrzeń do takiego studiowania a nie powtarzajmy przestarzałe i już nieadekwatne wzorce. Przestańmy obwiniać swój własnych dyskomfort – że głupi studenci, że gimnazja, że licea źle uczą.

W krainie cittaslow mniej się marzy slow university, gdzie nie ilość i pośpiech a jakość, solidność i rzetelność się liczy, gdzie nie krótkookresowe wskaźniki i rankingi a głębokie kompetencje przydatne przez całe życie znajdują uznanie.