W obronie prof. Małgorzaty Chomicz

Posądzenie publiczne o donosy nie jest czymś przyjemnym. Przesłanie informacji o podejrzeniu o plagiat do odpowiedniego gremium nie jest donosem, a elementem pożądanej dbałości o jakość i rzetelność naukową.
Pan prof. Piotr Obarek, były dziekan Wydziału Sztuki, publicznie i wielokrotnie na swoim blogu nazwał prof. Małgorzatę Chomicz donosicielem (że przytoczę tylko bardziej stonowane określenie), dlatego, że przesłała komisji zajmującej się postępowaniem w sprawie nadania tytułu profesorskiego panu P. Obarkowi, informacji o możliwości popełnienia plagiatu w jego pracy doktorskiej.

Czy było w jej postępowaniu coś złego i nagannego? Odpowiedź jest prosta – nie było! Co więcej powinien to zrobić każdy przyzwoity i porządny naukowiec, podobnie jak powinniśmy zwracać uwagę na łamanie prawa na ulicy.

Poprawność postępowania prof. M. Chomicz jest dobrze zrozumiała w środowisku akademickim, ale ponieważ było publiczne oskarżenie (pomówienie), to dobrze, aby sprawę dokładniej poznali pozaakademiccy czytelnicy. Dla nich być może procedury naukowe nie są tak dobrze znane. Bo i niby skąd?

Recenzowanie jest istotą procedury naukowej

Istotą metody naukowej jest recenzja, czyli opinia innej osoby, innego specjalisty, najlepiej niezależnej i nieuwikłanej w zależności rodzinne, towarzyskie czy inne, wpływające na subiektywizm osądu. Daje to duży obiektywizm i łatwiejsze dochodzenie do prawdy, ułatwia też weryfikowanie dokonań naukowych. Mimo różnych lokalnych zależności czy nawet zaangażowania politycznego (np. łysenkizm – zawsze są to tylko lokalne i krótkotrwałe epizody), recenzowanie umożliwia rozwój naukowy i obiektywizm, niezależnie od lokalnych koterii, ewentualnego nepotyzmu, nacisków politycznych czy innych subiektywnych wpływów na wyniki badań. Tak więc recenzowanie w szerokim słowa tego znaczeniu jest istotą nauki. To właśnie ciągłe sprawdzanie (falsyfikowanie) i niezależne recenzowanie zbudowało sukcesy nauki i jej autorytet. Środowisko naukowe w żaden sposób nie może godzić się podważanie tego fundamentu.

Prace dyplomowe i tak zwane promocyjne są swoistymi egzaminami mistrzowskimi, potwierdzającymi, że delikwent przeszedł procedurę i zna się na naukowym rzemiośle. Jednym z elementów tego rzemiosła jest właściwe i poprawne korzystanie z dorobku poprzedników. Tego uczy się już na studiach – jak cytować i powoływać się na dokonania innych. Plagiat – niezamierzony lub celowy – jest brakiem umiejętności i rzetelności naukowej. Nauka ceni oryginalność i samodzielność prac. Plagiat nie jest w każdym przypadku czymś oczywistym i jaskrawo widocznym. Dlatego żadne programy komputerowe nie zastąpią człowieka i jego umiejętności analizowania i oceniania w kontekście całości. Zawsze trzeba wszystko starannie przeanalizować i rozsądzić.

Z recenzowaniem pracy spotyka się już każdy student przy pracy dyplomowej. Już od pierwszej pracy dyplomowej – licencjatu– pojawia się recenzent. Na pracy, oprócz nazwiska autora, jest nazwisko promotora, bo on współfirmuje pracę, ocenia i opiekuje się jej powstaniem. Ale dla obiektywizmu praca poddawana jest ocenie (recenzji) przez osobę zewnętrzną. W sumie promotor jest emocjonalnie związany z pracą wykonaną pod jego kierunkiem. Nazwiska recenzenta nie ma na takiej pracy (jest w dokumentach tak jak i pisemna recenzja). Podobnie jest z pracą magisterską – jest promotor i jest recenzent. Dobrym zwyczajem jest, aby recenzent był nawet z innej katedry, czasem ze względu na tematykę nawet pojawia się recenzent z innego wydziału. Chodzi o to, żeby recenzował specjalista. Jest to wdrożenie do metodologii naukowej.

Sytuacja, gdzie promotorem pracy jest rodzic studenta, a recenzentem drugi rodzic jest skrajnym przykładem łamania dobrych obyczajów i nepotyzmem czystej wody.

Praca doktorska również ma promotora (jego nazwisko widnieje na stronie tytułowej). Ale ponieważ poprzeczka jest już wyższa, to pojawia się dwóch recenzentów, w tym jeden obowiązkowo spoza rodzimego środowiska naukowego. Ma to zwiększyć obiektywizm i wyeliminować ewentualny nepotyzm czy tak zwane kolesiostwo. Powiązania z autorem sprawdza się nawet w ten sposób, czy nie mają wspólnych prac opublikowanych (zwłaszcza przy ocenie dorobku w postępowaniu habilitacyjnym). Czyli nie tylko pokrewieństwo, zależności osobiste i zawodowe, ale nawet okazjonalna współpraca przy publikacji. Owszem, czasem jest to trochę przesadzone. Ale nauka stara się procedurami możliwie szeroko zwiększyć obiektywizm i niezależność ocen.

Tak więc podkreślić należy, że na pracy promocyjnej: licencjackiej, magisterskiej, doktorskiej zawsze widnieje nazwisko promotora (na stronie tytułowej). Nie są znane mi przypadki, aby np. na stronie tytułowej nie było nazwiska promotora.

W pracy habilitacyjnej nie ma promotora. Praca habilitacyjna jest w pełni pracą samodzielną. Całość firmuje autor. Ale jest już trzech recenzentów – poprzeczka wyższa to i obiektywizm ocen w formie recenzji musi być większy. Na dodatek recenzentów wyznacza także nie tylko rodzima Rada Wydziału ale i całkiem zewnętrzna Centralna Komisja do Spraw Stopni i Tytułów. Ma to zwiększyć niezależność oceny i recenzowania. Nie można się więc umówić ze znajomymi recenzentami co do jakości oceny.

Przy kolejnym awansie i postępowaniu o tytuł naukowy profesora recenzentów jest jeszcze więcej.

Co jest zadaniem recenzenta? Dokładnie przejrzeć pracę, czy jest rzetelnie zrobiona od strony naukowej, także czy jest poprawny warsztat pisarski, czy nie ma błędów merytorycznych, a nawet czy nie ma plagiatu. Bo plagiat jest nierzetelnością naukową. Teraz pomocą recenzentom służą różnorodne programy komputerowe, ułatwiające wyszukiwanie źródeł i wyszukiwanie prac podobnych tematycznie.

W normalnej pracy naukowej także na co dzień występuje funkcja recenzenta. Po pierwsze są to recenzje wydawnicze przed opublikowaniem pracy. Autor wysyła pracę do redakcji czasopisma. Dobre czasopisma przed wydrukowaniem oddają do przeczytania jednemu lub kilku recenzentom – specjalistom z danej dyscypliny. Renomowane czasopisma korzystają z recenzentów zagranicznych – bo to zapobiega kolesiostwu i tak zwanemu chowowi wsobnemu. Najczęściej recenzenci są anonimowi, aby ewentualne względy towarzyskie nie krępowały obiektywizmu (żeby w przyszłości nie było nieobiektywnej „zemsty”). Recenzenci sprawdzają nie tylko poziom naukowy pracy ale również to, czy nie jest ona plagiatem. Bo praca naukowa musi być oryginalna – powinna wnosić coś nowego.

Poza formalnymi recenzjami wydawniczymi istnieje jeszcze recenzowanie i dyskusja po publikacji (wydrukowaniu). Wtedy z własnej inicjatywy różni specjaliści recenzują wydane książki czy artykuły i drukują swoje recenzje-opinie w czasopismach specjalistycznych, a teraz także w wydaniach internetowych. Wskazują na wartościowe elementy takiej pracy lub wskazują błędy czy niedociągnięcia. Jeśli stwierdzą plagiat – to o tym publicznie informują i dokumentują.

Tak więc w ciągu całego życia zawodowego naukowiec – pracownik akademicki – poddawany jest nieustannej kontroli (weryfikacji) zewnętrznej i recenzowaniu, swoistemu sprawdzaniu rzetelności i jakości. Taki właśnie mechanizm pozwala eliminować fałszerstwa, błędy czy plagiaty. W zawodowym obowiązku prawdziwego naukowca jest nie tylko rzetelne dochodzenie do prawdy naukowej ale i demaskowanie (czy tylko prostowanie, korygowanie) pomyłek, błędów, mistyfikacji, w tym plagiatów. Naukowiec zawsze i ciągle występuje zarówno w roli autora jak i recenzenta.

Konkluzja – recenzowanie nie jest donosicielstwem!

Po tym długim wywodzie na temat powszechności recenzji i zewnętrznego sprawdzania jakości łatwo można podsumować, że nie ma mowy o żadnym donosicielstwie, gdy naukowiec informuje inne gremia naukowe o dostrzeżonych błędach, pomyłkach, czy podejrzeniu o plagiat. Co więcej każdy przyzwoity i dbający o jakość pracownik akademicki powinien to zgłosić, gdy ma taką wiedzę! Zatajanie byłoby niewłaściwe i sprzeczne z duchem nauki.
Zarzut donosicielstwa jest więc w tym przypadku po pierwsze nietrafiony, po drugie niestosowny i obraźliwy. Nasuwa się tylko jedna analogia – gdy światek przestępczy nazywa donosicielami i „kablami” ludzi informujących policję o przestępstwie. Ale byłoby to porównanie środowiska naukowego do kliki lub grupy przestępczej. W tym kontekście publiczne szkalowanie prof. Chomicz przez pana prof. Piotra Obarka jest tak na prawdę obrażaniem całego środowiska akademickiego Olsztyna – Nie, drogi panie, nie jesteśmy kanciarzami, oszustami i przestępcami, abyśmy rzetelność naukową nazywali „donosicielstwem”.

Czy można określać recenzentów donosicielami czy innymi pejoratywnymi epitetami tylko dlatego, że wytykają autorowi rzeczywiste lub domniemane błędy? Na co dzień każdy publikujący naukowiec poddawany jest zewnętrznej ocenie. I nie są to ulizane i grzeczne opinie. Z wieloma autorzy polemizują, nie zgadzają się, ale zawsze w poprawnej formie (ad rem a nie ad personam). Różnić można się pięknie. Spierać się należy na argumenty a nie inwektywy i ciosy poniżej pasa. Ale to właśnie dzięki tej metodzie obiektywnego recenzowania nauka się rozwija. W nauce nie liczy się kto jakiego miał dziadka, jakie ma poglądy polityczne oraz czy lubi zupę pomidorową. Liczą się tylko fakty, logika wywodu i rzetelna argumentacja. Nie ma więc zgody na obrażanie i inwektywy!

Jeszcze o konkretnym przypadku (czy panu Obarkowi stała się krzywda?)

Kiedy wpłynęło pismo z informacją o możliwości popełnienia plagiatu w trakcie wszczętego przewodu profesorskiego, czy stała się jakaś krzywda panu Obarkowi? Co najwyżej mogło to opóźnić o pół roku całą procedurę nadania tytułu naukowego. Nic więcej.

Recenzenci w postępowaniu o tytuł profesora muszą zapoznać się z dorobkiem kandydata. W przypadku podejrzenia o plagiat muszą sprawę i pod tym kątem zbadać szczególnie starannie. Tak więc ich prace trwałyby tylko nieco dłużej. Nawet, gdyby posądzenie o plagiat nie było prawdziwe, to nie ma podstaw do obrażania się, a tym bardziej do publicznego zniesławiania czy wytaczania procesów sądowych. Takie postępowanie jest sprzeczne z duchem nauki i otwartością w dyskutowaniu.

Pan Obarek nie ułatwiał szybkiego zweryfikowania i rozstrzygnięcia sprawy, co więcej –  fakty wskazują, że utrudniał, korzystając z różnorodnych kruczków prawnych i innych zabiegów (sam więc działa na swoją szkodę). Najpierw publicznie twierdził, że u artystów nie ma pracy doktorskiej tak jak w naukach ścisłych, więc nie istniała pisana praca doktorska – nie mogło być więc plagiatu. Takie postawienie sprawy w złym świetle postawiło wszystkich przedstawicieli sztuki (dawniej były przewody artystyczne pierwszego i drugiego stopnia). Bo skoro nie ma pracy doktorskiej ani habilitacyjnej to jakim prawem mają nosić stopnie i tytuły naukowe doktora, doktora habilitowanego i profesora? Stanowisko pana Obarka przywołało i takie głosy. Jego postępowanie jak widać przynosi szkody nauczycielom akademickim z dziedziny art (w odróżnieniu od science).

Później pan Obarek twierdził, że nie można mu plagiatu udowodnić, bo to nie jego praca. Sam swojego egzemplarza nie ma a w ASP, gdzie odbył się przewód doktorski, praca niespodziewanie zginęła z dokumentów na uczelni. W tym momencie pan Obarek w bardzo złym świetle postawił całą warszawską ASP – bo albo tam mają straszny bałagan, że im ważne dokumenty giną, albo po znajomości schowali. Uczelnia ta powinna być solidnie skontrolowana. A wszyscy wcześniejsi absolwenci mogli poczuć się niezbyt komfortowo – bo wynikałoby, że uczelnia nie dba o jakość nadawanych dyplomów i ich stopnie oraz tytuły są niewiele warte. Nie wiem czy są do tego podstawy – ale taki wydźwięk ma argumentacja pana Piotra Obarka. Postawił więc chcąc lub niechąc w złym świetle warszawskie środowisko Akademii Sztuk Pięknych. Wizerunek mocno nadszarpnięty.

Gdy jednak praca doktorska dotarła do komisji i do sądu, w ciągu kilku dni Pan P. Obarek cudem znalazł w piwnicy swoją (swój egzemplarz). Nie dość, że wygląda to co najmniej śmiesznie, to z relacji prasowych wynika, iż na tym egzemplarzu nie ma nazwiska promotora na stronie tytułowej. Dla każdego przeciętnego członka społeczności akademickiej taka informacja nasuwa podejrzenie mistyfikacji. Nie rozstrzygam czy był czy nie był plagiat – od tego jest stosowne gremium. Wspominam tylko o publicznym wydźwięku i o nietypowym wyglądzie strony tytułowej.

Podsumowując, pan P. Obarek wypowiada się w swojej sprawie (trudno więc o obiektywizm, łatwo o emocje), po drugie nie ma podstaw do nazywania prof. Chomicz donosicielem. Słowo to ma znaczenie pejoratywne i jest dla każdego obraźliwe. Wszystko to powinno budzić zniesmaczenie, bowiem nie tylko jest wbrew dobrym obyczajom, ale i kompromituje środowisko naukowe Olsztyna oraz warszawskiej ASP. Wiele osób ma prawo czuć się obrażonymi. A wizerunek zarówno UWM jak i ASP w Warszawie został nadszarpnięty… i to w imię prywatnej sprawy jednego człowieka.

Środowisko akademickie w tej sprawie nie powinno milczeć i stać biernie z boku. To już dotyczy nas wszystkich. Dlatego i ja zabieram głos. Nic bliższego mnie nie łączy z Wydziałem Sztuki ani z osobami do tej pory obrażanymi przez p. Piotra Obarka – poza faktem pracy na jednej uczelni i przynależnością do środowiska akademickiego.
Znam je w takim samym stopniu jak i prof. Piotra Obarka.

czytaj także: http://czachorowski.blox.pl/2013/09/Moj-glos-w-sprawie-prof-Piotra-Obarka.html

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s