O humanistyce i reformowaniu uniwersytetów – jedni lamentują inni działają

Jedni lamentują, że niszczy się humanistykę, inni działają całkiem sensownie. Zmienia się przede wszystkim otocznie działania uniwersytetów. I tak jak do pogody można dostosować ubranie… albo bezproduktywnie lamentować, tak i w odniesieniu do edukacji wyższej można domagać się "interwencyjnego skupu usług edukacyjnych".

Z dużą radością przeczytałem o dwóch ciekawych inicjatywach – studiach dziennych dla dorosłych. W Zielonej Górze ruszyła politologia dla osób 40 plus oraz historia 50 plus. Że lepiej byłoby kierować ich na studia zaoczne, bo one płatne? Niezupełnie.

Już dziesięć lat temu słyszałem o tendencji w USA powrotu na studia osób zaawansowanych wiekiem i o doświadczeniu zawodowym. Oni się inaczej uczą, bo wiedzą, co się tak na prawdę może przydać w życiu zawodowym. Korzystają także uniwersytety, ucząc się z doświadczenia zawodowego tych studentów. Teraz ta tendencja dotarła do nas. I warto tu wspomnieć o dwóch zjawiskach.

Po pierwsze ogromny boom na kształcenie wyższe w latach 90. XX wieku wynikał nie tylko z wyżu demograficznego ale przede wszystkim z zaległości PRL. Na studia zaoczne poszli wszyscy ci, którzy nie mieli szansy kształcić się w Polsce Ludowej. Ich pieniądze z opłat stanowiły ważny czynnik rozwoju szkolnictwa wyższego. Było to prywatne finansowanie uczelni. Teraz się skończyło, bo wszyscy ci, którzy mieli się wykształcić, już zdobyli wyższe wykształcenie. Studia zaoczne w dawnym stylu odeszły do historii. To się już nie powtórzy. A niż demograficzny spowoduje, że płatne studia dzienne znacznie się skurczą. Bo po co płacić, skoro są miejsca na bezpłatnych (to znaczy finansowanych przez państwo z kieszeni podatnika)? Dawny model finansowania szkolnictwa wyższego z prywatnych, indywidualnych kieszeni się właśnie definitywnie kończy. Trzeba wymyśleć zupełnie coś innego. Kreatywni wymyślają, słabi i bez wyobraźni (bez wiedzy o świecie) narzekają i …. upadają.

Ale jest nie tylko specyfika Polski i czasów. Jest też trend znacznie bardziej globalny i cywilizacyjny. Kiedyś nauka w szkole trwała krótko, dało się ją zrealizować w dzieciństwie i wieku młodzieńczym. Matura była rzeczywiście egzaminem dojrzałości i koniec edukacji przypadał na początek dorosłości. Z dyplomem można było iść do pracy i zakładać rodzinę. Ale sporo się zmieniło. Po pierwsze wiedza i świat się szybko zmieniają. Nie ma możliwości raz na całe życie się nauczyć, by potem z tego korzystać (az do emerytury). Wiedza się dezaktualizuje. Narzuca to konieczność ciągłego dokształcania się. Ponadto gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje nie tylko maturzystów ale i absolwentów uczelni wyższych. To kolejnych kilka lat nauki. Wysokiej klasy specjaliści powinni mieć doktorat. Kolejne 4-5 lat. W życie zawodowe i rodzinne wchodzi się około 30 (albo i później). Dla kobiety to za późno z przyczyn biologicznych. Rośnie więc przepaść między dojrzałością biologiczną a dojrzałością zawodową i społeczną. Nie da się najpierw pokończyć wszystkich szkół a potem iść do pracy i zakładać rodzinę. Nawet zamrażanie komórek jajowych (kiedy biologicznie są najlepsze, a więc w wieku 20-25 lat) by później korzystają z zapłodnienia in vitro i urodzić sobie dziecko w  wieku lat 40. 

Zamiast zmieniać biologię człowieka lepiej zmienić model kształcenia. Tym bardziej,  że konieczność kształcenia ustawicznego zatrzymałaby nas w szkolnych ławach aż do emerytury. A potem od razu uniwersytet trzeciego wieku…

Jaka jest alternatywa? System mieszany, trochę nauki, trochę pracy, potem znowu studia, potem znowu praca. Z moich doświadczeń w pracy ze studentami dziennymi i zaocznymi widzę, jak bardzo pomaga doświadczanie zawodowe w sensownej nauce. Zatem nawet po maturze – jeśli jest okazja na pracę – to iść do pracy na rok czy dwa. Potem licencjat. I znowu, jeśli jest okazja to do pracy, założyć rodzinę i na uczelnię wrócić przy okazji. Nie należy okładać zakładania rodziny i startu zawodowego "na po studiach". System boloński i studia dwustopniowe (a uwzględniając doktorat to trzystopniowe) już to umożliwiają. Musi dokonać się tylko zmiana w mentalności. Naszej mentalności.

Potrzebne są też zmiany prawne. Wystarczy uznać, że państwo swoim obywatelom funduje bezpłatne studia, ale tylko raz. W dowolnym wieku 5 lat studiów, licencjat i magisterka. Nie ważne kiedy. Nie trzeba więc do 27 roku życia. Z tym się wiążą ulgi dla studentów – nie wiek, ale raz  w życiu. Wtedy studenci 40 plus czy 50 plus a nawet 60 plus nie będą ewenementem. Że za późno? Przecież pracować będziemy do 75 roku życia, więc ma to sens także z gospodarczego punktu widzenia. Na dodatek i tak jesteśmy skazani na kształcenie ustawiczne i nieustanne powroty na uczelnie, nie tylko na studia ale i krótkie kursy.

Jeśli ktoś straci pracę, to lepiej niech się uczy niż jest bezczynny. A wtedy bezpłatna forma dokształcania jest użyteczniejsza (bo skąd bezrobotny ma wziąć na czesne?).

Skoro uczyć i dokształcać się będziemy przez całe życie (i na emeryturze – uniwersytety trzeciego wieku), to warto wpleść kształcenie w życie rodzinne i zawodowe, a nie oddzielać tak jak kiedyś.

Przykład z Zielonej Góry pokazuje na poszukiwanie sensownych rozwiązań, także dla "ratowania" humanistyki. Natomiast rozwiązania w postaci bezpłatnych dwóch kierunków lub przymusowych wykładów "humanistycznych" są wręcz szkodliwe. Coś w rodzaju przymusowego skupu interwencyjnego.

Bo po co studiować równocześnie dwa kierunki? Tylko dla dwóch różnych dyplomów (z punktu widzenia studenta) oraz cudownego rozmnożenia studentów (z punktu widzenia godzin na uczelni). Taki student nie ma czasu na własny rozwój tylko na odrabianie lekcji i wysiadywanie na zajęciach. Jest prostsze rozwiązanie, znane od wieków, dla studentów o szerokich zainteresowaniach: po prostu luźna siatka godzin i program do wyboru. Czy studia indywidualne studia mają być dla wybranych i nielicznych czy mogą być dla wszystkich? Że wygodniej układa się plan zajęć dla skoszarowanych grup? A od czego są komputery i USOS? P:onadto system wyboru działał przez dziesięciolecia i bez komputerów. Fakt, że nie u nas….

Czy dwa dyplomy ułatwią znalezienie pracy? Wątpliwe – liczą się rzeczywiste kompetencje i umiejętności oraz renoma uczelni. Bardziej pomóżmy naszym absolwentom, gdy za dyplomem będzie szła renoma i dobra marka niż gdy będziemy wyposażali ich w całe kolekcje dyplomów z różnymi nazwami.  

Zamiast więc sztywnego planu i obowiązkowych wykładów dla studentów lepiej niech uniwersytety tworzą warunki do rozwoju. Kształcenie poziome jest również istotne. W nowszym ujęciu możemy mówić o konektywizmie.

Gospodarki nie ratuje interwencyjny skup i regulowane ceny. Uniwersytetów także nie uratuje "interwencyjne kontraktowanie wykładów" z dowolnej dziedziny. Przykład z Zielonej Góry jest zwiastunem poszukiwania sensownych rozwiązań. Dorzucić można jeszcze wprowadzanie krótkich kursów o strukturze modułowej  zamiast studiów podyplomowych.

Zamieszczony wyżej wywiad w Gazecie Olsztyńskiej wywołał gdzieniegdzie zakulisowe dyskusje i oburzenie, że niby wypowiadam się przeciw humanistyce. Zachęcam krytykujących do uważniejszego przeczytania i.. publicznego zabierania głosu.

Refleksje ukraińskie – historia uczy, ale nie każdego…

Przyglądając się obecnym wydarzeniom na Ukrainie mam nieodparte skojarzania z tym, co było kiedyś. Mam na myśli powstanie Kozaków i Chmielnickiego w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Wtedy akceptacji dla trzeciego narodu zabrakło. Znaleźli się na marginesie. W tamtych czasach bunt wybuchł także i ze względu na rozwarstwienie społeczne i nadużycia. Wtedy byli to książęta (notabene rusińscy), dbający przede wszystkim o siebie i swój majątek oraz egoistyczny interes. Brak było identyfikacji z państwem ani z narodem. Teraz mamy oligarchów – takich współczesnych bogatych możnowładców. Oni również nie czują identyfikacji ani z państwem ani z narodem. Rozwarstwienie ekonomiczne rośnie, przy jednoczesnych nadużyciach, korupcji, sobiepaństwie.

Wtedy zbuntowani Kozacy czekali na króla i reakcje Rzeczypospolitej. Wtedy również w warstwie moralnej aspirowali do roli pełnoprawnych obywateli Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Pomoc i mediacja przyszły zbyt późno. Za dużo rozlało się krwi i za dużo spłonęło domów. Teraz Ukraina czeka na mądre europejskie wsparcie – ale przecież dzisiaj nie chodzi o szable i wojsko. Tak jak kiedyś Rzeczypospolita utraciła Ukrainę tak teraz zjednoczona Europa może ja również stracić.. a najpierw nie uchronić przed rozlewem krwi.

Historia jest nauczycielką życia. Może teraz lepiej zrozumiemy powstanie Chmielnickiego i zrewidujemy nasz paternalistyczny stosunek do Ukrainy? Unia polsko-litewska była prekursorem integracji europejskiej. W Unii Europejskiej nie powinniśmy wypychać poza nawias i granice narodów europejskich. W tym przypadku Ukraińców. Czy odważymy się na skuteczną pomoc i podzielimy się swym bogactwem? Czy też w swoim egoizmie będziemy stali z boku…. bo zaangażowanie wymaga pieniędzy i wyrzeczeń?

Może teraz łatwiej będzie nam o pojednanie polsko-ukraińskie, pamiętając o historii tej dawnej i tej najnowszej, a nie tylko siedząc w księgach rachunkowych "krzywd i żalów".

Rozwarstwienie społeczne i ekonomiczne staje się plaga współczesnego świata, niezależnie od kontynentu, etnosu czy religii. Rozwarstwienie poprzez chciwość i egoizm – odwieczną chorobę ludzkości. To rozwarstwienie zawsze kończy się tym samym: rozruchami i rozpadem. "Najeźdźcy" z zewnątrz są tylko finałem.  Dawnych przykładów historia dostarcza dużo i w odniesieniu do wielu imperiów.

Może rewolucja na Ukrainie da nam coś do myślenia, bo arabska wiosna była gdzieś daleko, wydawało się nam, że nas nie dotyczy. Jeśli nie pojawi się mądry program dla społeczeństw współczesnych to pogrążymy się najpierw w egoistycznym rozwarstwieniu a potem rewolucjach… Ludzie chcą być przede wszystkim szczęśliwi… a nie bogaci.

Zdjęcie zaczerpnięte z Facebooka, ze strony Euromajdanu.

Czy my czasem nie wylewamy dziecka z kąpielą? O polityce kadrowej uniwersytetu i pracy zespołowej

Podzielam potrzebę klarownej polityki kadrowej i dbałość i jakość kadry. Przez wiele lat ustalaliśmy przepisy awansu zawodowego ale najczęściej nie były w ogóle respektowane. Teraz dopiero zaczęliśmy respektować własne przepisy (może część kadry myślała, że będzie tak jak kiedyś, że rozejdzie się po kościach?). Konieczność podnoszenia jakości naukowej ma swoje prawa. Ale chyba zapomnieliśmy o ścieżce rozwoju dydaktycznego pracowników. Liczą się tylko publikacje i szybkie awanse naukowe.

Oczywiście, nie można uczyć studentów jeśli samemu się nie pracuje naukowo – bo jak uczyć pieczenia chleba, gdy samemu niczego się nie upiekło? Albo jak uczyć szycia butów, kiedy szewcem się nie jest? I jak uczyć pracy umysłowej, myślenia, wnioskowania, wypowiadania się na piśmie, jeśli samemu w życiu naukowym się nie uczestniczy? Problem chyba tylko z pomiarem tej pracy.

Wymyśliliśmy rankingi, punkty, by gonić świat. I to jest chyba sensowne. Ale warto sobie zadać kilka pytań. Z czego żyje uniwersytet? Głównie z dydaktyki bo większość pieniędzy idzie za studentami. Podnosimy jakość kadry by równocześnie zapewniać studentom lepszą kadrę i lepsze zajęcia. Ale co nam z kategorii A czy A+, jeśli nie będzie studentów? Przecież z badań naukowych się nie utrzymamy – bylibyśmy Polską Akademią Nauk bis.

Chyba coś w koncepcji oceny pracowników, pod kątem przydatności dla jakości kształcenia, przegapiliśmy. Przykładem jest dr Zbigniew Stala. Nie znam człowieka, nie wiem jaki ma dorobek. Ale skoro studenci za nim się ujmują to musi prowadzić dobrze swoje zajęcia dydaktyczne,

"Studenci i doktoranci filologii polskiej bardzo dobrze wspominają wykłady Zbigniewa Stali. Literatura powszechna i inne zajęcia, które prowadził, na długo zapadły im w pamięć. Dlatego postanowili wstawić się za wykładowcą i napisali petycję do rektora UWM. Próbowali w niej przekonać władze uczelni, że chociaż dr Stala nie jest typem naukowca, to jest świetnym dydaktykiem cenionym przez większość studentów."
(Cały tekst)

Boimy się niżu demograficznego, spadku zainteresowania poszczególnymi kierunkami kształcenia…. a jednocześnie pozbywamy się, zgodnie z prawem i przepisami, ludzi cenionych przez studentów. Czy w trosce o jakość nie wylewamy dziecka z kąpielą? To znaczy czy nie pozbywamy się "twarzy" uniwersytetu?

Ile może być wiodących, najlepszych uniwersytetów w Polsce? Pewnie ze 3-4. Zamiast się więc bezskutecznie ścigać z najlepszymi może warto zaakceptować swoje miejsce w regionie i być ważnym uniwersytetem dla naszego regionu i kształcenia studentów?
Bo być może lepszy wróbel w ręku niż cietrzew na sęku. Żebyśmy w pogoni za rankingową palmą pierwszeństwa nie stracili swojej pozycji regionalnej – wtedy nie będziemy ani wiodącym uniwersytetem, utrzymującym się z badań, ani uniwersytetem regionalnym (ktoś inny zajmie tę niszę).

Z całą pewnością warto podnosić jakość naukową prowadzonych badań na uniwersytecie. Ale może warto równocześnie zadbać o dobrą jakość dydaktyczną? Tak realnie a nie na papierze. Nie zawsze znakomity naukowiec jest dobrym dydaktykiem, i odwrotnie. A jeśli nie zawsze można pogodzić te funkcje w jednej osobie… to od czego jest praca zespołowa? I wzajemne uzupełnianie swoich kompetencji? Być może więc stoimy przed testem na uniwersytecką umiejętność pracy zespołowej (nie grupowej ale zespołowej!). Bez praktycznej umiejętności pracy zespołowej pozagryzamy się w egoistycznych partykularyzmach, jednocześnie pogrążają uniwersytet jako wspólną firmę. Bez dobrych liderów, dbających o pracę zespołową system parametryczny i rankingi zamiast mechanizmem podnoszenia jakości będzie tylko egoistycznym polem walki i szarpania sukna. Zwłaszcza, że rynek pracy się kurczy (niż demograficzny, konkurencja).

Nadchodzi chwila prawdy. Dla nas, jako środowiska uniwersyteckiego. podobno złoto hartuje się w ogniu. Niebawem okaże się czy jesteśmy złotem… czy tylko tombakiem.

Mikołaj Kopernik jako prekursor epidemiologii czyli żart z nadęcia naukowego

Uczenie się na pamięć, bezkrytyczne odnoszenie się do formy i celebry czy naukowego patosu nie jeden raz wystawione było przez samych naukowców na wyrafinowaną kpinę. Czasem jednak żart zaczyna żyć swoim życiem, bo odbiorcy nie zrozumieli dowcipu. Przykładem jest mit, jakoby Mikołaj Kopernik wymyślił chleb smarowany masłem… i stał się twórcą-prekursorem epidemiologii. Sam to słyszałem od przewodników turystycznych.

W nauce nie ma autorytetów, wszystko powinno być weryfikowane i po wielokroć sprawdzane. Liczą się fakty i samodzielne sprawdzanie źródeł. Nie wystarczy coś wyczytać z jednej książki, czy z hasła na Wikipedii. Żeby poznać prawdę trzeba szukać kilku źródeł i ciągle sprawdzać. Warsztat naukowy, którego powinniśmy uczyć na studiach, to przede wszystkim rzetelność i umiejętność samodzielnego weryfikowania, wnioskowania i analizowania. To jest umiejętność zawodowa w XXI w. I nie ważne jaki się kończy kierunek – humanistyczny, przyrodniczy czy artystyczny. Dzięki tej intelektualnej kompetencji, zbudowanej przez warsztat naukowy, absolwent da sobie radę i na rynku pracy i w życiu codziennym. Dyktowanie i odpytywanie z zapamiętanych treści, zbyt często jeszcze spotykane w murach uczelni wyższych, nie jest kształceniem wyższym. Bardziej wartościowe są dyskusje, poszukiwania i rozumienie na czym polega metoda poznawania rzeczywistości i rozwiązywania problemów. Krytyczne myślenie jest niezbędne, a tego nie da się nauczyć metodą wkuwania na pamięć nawet najmądrzejszych treści.

Ale wróćmy do Kopernika jako pioniera epidemiologii i zwyczaju smarowania chleba masłem. W powszechnej opinii, w 1520 roku, kiedy Mikołaj Kopernik przebywał w Olsztynie i dowodził obroną miasta przed Krzyżakami, w trosce o zdrowie swoich podwładnych wprowadził zwyczaj smarowania chleba masłem. Bo gdy chleb upadł na posadzkę lub inny sposób był zabrudzony (w tym bakteriami) to do tej pory był bez obaw zjadany. Przecież brudu na chropowatym chlebie nie widać. Ale jeśli posmarować go masłem, to od razu każdy brud będzie widoczny. Wie to każdy z nas, gdy kromka chleba z masłem upadnie na podłogę czy na ziemię. Bo przecież każdy wie, że kanapka zawsze spada masłem do ziemi (prowadzono nawet specjalne badania statystyczne, sprawdzające jak często kanapka spadnie właśnie masłem do ziemi). Dzięki kopernikańskiemu wynalazkowi było wiadomo, że obrońcy spożywają czyste kanapki a przez to unikają kontaktu z zarazkami i łatwo przeciwdziałać epidemii. Dlaczego? Bo brud na maśle jest od razu doskonale widoczny. Zabrudzoną kanapkę łatwo można zidentyfikować i wyeliminować z jadłospisu.

Cała ta opowieść to żart, wymyślony przez dwóch amerykańskich historyków medycyny, którzy przekonywali, że sensacyjne informacje o przeszłości Kopernika znaleźli w niemieckich archiwach. Artykuł z tymi sensacyjnymi doniesieniami o Koperniku opublikowany został w 1973 roku w prestiżowym czasopiśmie „American Journal of Medicine”. Intencją dwójki naukowców była chęć zdjęcia nadmiernego patosu w czasie hucznych obchodów urodzin 500-lecia Mikołaja Kopernika. „Napisany przez nich artykuł zachowywał jednak pozory naukowości: miał odniesienia do źródeł w przypisach, przeszedł wszystkie niezbędne recenzje, dlatego ufnego czytelnika łatwo wprowadzał w błąd” (dr hab. Jarosław Włodarczyk z Instytutu Historii Nauki PAN).

Była więc forma naukowa, z czasopismem, przypisami, sprawiając wrażenie pełnej naukowości. Ale czy czasach Kopernika wiedziano o bakteriach i mikroorganizmach chorobotwórczych? Nie. Nie było takiej wiedzy. To powinni wiedzieć wszyscy, którzy zajmują się medycyną i biologią. O ile chleb z masłem musiał ktoś kiedyś wymyśleć jako sztukę kulinarna (dlaczegóż by nie Kopernik – ale większość znakomitych wynalazków dziedzictwa niematerialnego nie ma znanych autorów, jest dziedzictwem bezimiennym i wspólnym), o tyle dodanie do tego uzasadnienia epidemiologicznego na stulecia przed odkrycie mikroorganizmów, powinno wzbudzić sceptycyzm i zachęcić do weryfikacji. A ta weryfikacja zaczyna się o samodzielnego myślenia.

Dowcipni naukowcy adresowali swój żart do środowiska naukowego i medycznego. Nie publikowali tego w prasie popularnej. A mimo to dowcip wymknął się spod kontroli i zaczął żyć własnym życiem. Może więc warto uzupełnić opowieści olsztyńskich przewodników o nowy szczegół. Będzie więc nie tylko o Koperniku, chlebie z masłem na olsztyńskim zamku ale i dowcipach naukowców.

Faktem jest, że Mikołaj Kopernik był lekarzem. Studiował przecież medycynę. Stąd pokusa, aby jego nazwisko zaczęło pojawiać się w niektórych opracowaniach historyków medycyny.

Nie ma takiej głupoty, która gdzieś nie została opublikowana (samo opublikowanie nie jest miernikiem prawdy), nawet z szafarzem patosu naukowego i okraszone naukowymi tytułami. Nawet i dzisiaj często spotykamy różne nieprawdopodobne tezy firmowane tytułami profesorskimi. Często tak bywa, gdy specjalista w jednej dziedzinie zaczyta wypowiadać się w zupełnie innej. Każdy ma prawo mówić co chce. Ale chyba nie wypada ozdabiać swojego nazwiska naukowymi tytułami, gdy wypowiedź wykracza poza ekspercką dziedzinę danej osoby.
Jedni wprowadzają naukowe mity do obiegu jako żart (z nadęcia i patosu), inni z głupoty i w pełnym przeświadczeniu o swoich racjach.

Zatem współczesnemu absolwentowi uniwersytetu niezbędna jest umiejętność krytycznego i samodzielnego myślenia oraz znajomość metodologii naukowego ustalania faktu: sposoby weryfikowania źródeł, poprawnego i uzasadnionego wyciągania wniosków itd.

Oczywiście, nie ma sensu każdej docierającej do nas informacji weryfikować i poddawać szczegółowej analizie. Musimy przecież sobie ufać i docierającym do nas informacjom. Niemniej nawyk samodzielnego myślenia jest potrzebny. Oraz umiejętność weryfikacji.

Bo przecież może ja teraz z głupoty, bezmyślności (powielania cudzych informacji i osądów)
czy dla żartu całą tę historię o dwóch naukowcach stworzyłem? Może Kopernik rzeczywiście wymyślił chleb z masłem a jakiś zawistne siły chcą odebrać chwałę naszemu Warmiakowi i słynnemu astronomowi?

Czytelniku – nikt nie zdejmie  z Ciebie odpowiedzialności za zdania i sądy, które wypowiadasz i rozpowszechniasz.

ps. wspomniany artykuł jest często cytowany, zapewne ma duży indeks cytowań a samo czasopismo zyskało przez to większy impact factor. To, że coś ma duży impact facrot… też nie znaczy że jest prawdą :).

Kryzys wykształcenia – czy młodzi czują się oszukani?

Rośnie przepaść między oczekiwaniem młodych ludzi a tym co realne do osiągniecia jest w życiu. Narcystycznie rozbudzone oczekiwania (przez świat konsumpcji) nie znajdują pokrycia w realnym świecie.

Podobnie jest z wykształceniem wyższym i uniwersytetami. Nasi studenci dojrzewali spodziewając się bogactwa, a stać ich na niewiele. Spodziewali się dobrej pracy i solidnej pracy, a tymczasem stoją w pośredniaku lub siedzą na kasie w Biedronce. Zamiast stanowisk kierowniczych i wysokich pensji w klasie średniej trafiają na zmywak w Londynie lub truskawkowe pole w Hiszpanii, Niemczech czy Norwegii. Rozbudzone nadzieje na sukces po dyplomie (bo tak kiedyś było, w naszym pokoleniu) zderzają się z szorstka rzeczywistością. Uczelnie wyższe mamią intratnymi „rynkowymi” kierunkami, aby tylko zdobyć studenta (jak towar, jak rzecz w hipermarkecie) i zdobyć dofinansowanie z ministerstwa. Bo w „darmowym” kształceniu pieniądze idą za studentem. Czasem można odnieść wrażenie, że jest to mniej lub bardziej świadome oszukiwanie klientów, sprzedawanie bubli w ładnym opakowaniu (tak jak wszędzie w naszej kulturze konsumpcji). Byle student był, a potem to nie nasza sprawa. Niech się kto inny martwi, my najwyżej możemy uczestniczyć w świętym oburzeniu jak to nie ma pracy po studiach?

Część ze społeczności uniwersyteckiej jest świadoma tego rynkowego oszustwa, inni wierzą w nazwy i „dobre kształcenie”… Bo przecież w części jest to dobre kształcenie i wyposażanie w rynkowe umiejętności i kompetencje.  Ale część kadry w jakimś sensie sama się oszukuje kreowanymi iluzjami na papierze, tak jak i klienta-studenta.

Problem jest poważny i wynika z bardzo głębokich zmian w społeczeństwie i gospodarce. Potrzebne są głębokie i rewolucyjne zmiany. Jak dać szansę ludziom, czyli poszukiwać i dyskutować nad misją uniwersytetu. A może raczej jak pozyskać studentów, wymyśleć nowa nazwę itd.? Kierunki zamawiane, stypendia sa tak jak reklamy telefonii komórkowej czy banków, przyjdź do nas a dostaniesz coś w bonusie, ładne jezioro, stypendium, balangę. A przynajmniej stypendium. Lepsze stypendium niż bycie bezrobotnym. Więc odsiadują swoje. Dla stypendium.

Ewidentnie coś jest źle. Zdajemy sobie z tego co raz bardziej sprawę. Ale nie bardzo wiemy co jest źle i jak to zmienić. A tym bardziej jak to naprawić. Przecież do tej pory było dobrze a dawniej wypracowane metody i wzorce się sprawdzały… . Coś musi się zmienić.

Społecznie jesteśmy jak przed przepoczwarczeniem. A może już w trakcie? Dopiero retrospektywnie to dostrzeżemy. W uniwersytecie też „buzują hormony”, zanosi się na zmiany. Jakie one będą?
I czy szybko będą? Czy tylko administracyjnie i powierzchownie czy też dogłębnie i systemowo coś się zmieni.

Dobra rada dla walczących z wiatrakami lub zmieniających świat na lepsze.

wiatraki

„Jeśli pewne instytucje nie spełniają swych funkcji, zostaw je w spokoju i nie usiłuj ich zmieniać. Zamiast tego ustal, jak dana instytucja powinna działać, co dostarczyć i opracuj lepszy system, który rzeczywiście wydajnie realizuje cele i spełnia swoje funkcje. Jeśli zrobisz to właściwie, ludzie przyłączą się do ciebie. Stara instytucja ostatecznie zwiędnie i obumrze.”

– Bill Mollison

Zawsze jest alternatywa dla Syzyfowej pracy.
Budować czy remontować jest nieustającym pytaniem. Nie zawsze warto zaczynać od początku a remont i naprawa jest jak najbardziej sensownym zajęciem. Jednak – jak widać z powyższego cytatu – czasem lepiej zacząć budować od nowa niż remontować nienaprawialne.

Uniwersytecki niezbędnik inteligenta – nie czy ale jak

Pomysł wprowadzenia na studiach niezbędnika inteligenta, jako obowiązkowego pakietu m.in. filozofii, psychologii i historii jest i dobry i zły. Dwa w jednym :).

To oczywiste, że szeroka wiedza humanistyczna z filozofią (jako nauką kreatywności i myślenia) jest potrzebna absolwentom kierunków technicznych i przyrodniczych. Tak samo jak podstawy wiedzy przyrodniczej absolwentom kierunków humanistycznych. Więc nie problem w tym czy to zrobić, ale jak. I żeby było skuteczne a nie tylko "w papierach" do sprawozdawczości.

Już od dawna na uniwersytetach są realizowane przedmioty do wyboru, właśnie humanistyczne dla przyrodników a przyrodnicze dla humanistów. Więc po co wprowadzać to, co już jest? I przy okazji krępować autonomię uniwersytetów? Być może nie działa to dobrze, być może wybór nie jest najlepszy (zbyt mały). Czy te działania to dla uspokojenie humanistów, że kurczy się rynek pracy (braknie studentów, zamykane są kierunki takie jak filozofia)? Ale to wcale nie rozwiązuje problemu i jest tematem zastępczym.

Osobiście uważam, że właściwiej jest tworzyć dobre warunki do takiego wrastania w kulturę niż tworzyć kolejne obowiązkowe wykłady. Konektywizm jako koncepcja edukacyjne nie wziął się z sufitu, ale z obsrwowania świata i procesów zachodzacyh w nim. Ludzie uczą się od siebie nazwajem, zarówno w realu jak i w sieci. Wystarczy stworzyć im dogodne warunki. W przypadku Kortowa (UWM) na przykład tworzeniem dobrych warunków będzie łatwy i powszechny dostęp do bezpłatnego wi-fi. To nie tylko wygoda dla studentów i pracowników, ale i otwarcie się uniwersytetu na środowisko zewnętrzna. Nawet w kawiarniach jest już bezpłatne wi-fi. Gdyby tak było w Kortowie, to oprócz studentów przychodziliby tu licealiści (nie nachlać się piwa w czasie Kortowiady ale uczestniczyć w życiu naukowym i kulturalnym), ludzie kultury, dziennikarze. Po drugie w Kortowie przydałoby się więcej dobrych kawiarni i punktów gastronomicznych – by ludzie mogli się ze sobą spotykać także i w późnych godzinach wieczornych. Wtedy by miasteczko akademickie miało szanse żyć kulturalnie. Studenci "humanistyczni" i ""artystyczni" spotykali by się w działaniu i w przestrzeni publicznej z przyrodnikami i studentami kierunków technicznych. Uczyliby się wzajemnie nie tyle na wykładach, co we wspólnym działaniu. To zwykłe nauczanie problemowe (PBL), do którego staramy się mocniej włączyć. I w końcu brakuje w Kortowie pokoi socjalnych dla studentów: ze stolikiem, czajnikiem itd. Gdzie mogliby spotykać się miedzy zajęciami na własnej herbatce i kawie. Teraz musza siedzieć na schodach.

Nie mnóżmy wykładów – stwarzajmy warunki. Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie do góry za źdźbła, ale dlatego, że ma dobre warunki: światło z góry i żyzną glebę pod korzeniami.

Wyżej zamieszczam plakat, informujący o nowym kierunku na UWM – dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze – przykład, że można łączyć kształcenie humanistyczne z przyrodniczym. Nie trzeba odgórnie zmuszać i nakazywać.

Czy aby na pewno kierunek zmian polskich uczelni jest znany ?

Podobno kierunek zmian polskich uczelni jest znany. Podobno jest to poprawienie konkurencyjności polskich uczelni, podnoszenie jakości badań i oferty skierowanej do studentów. Pytanie co to znaczy np. poprawienie konkurencyjności, jak to zrobić? Oraz czy rzeczywiście to jest pożądany kierunek zmian.

Niżej fragment z rozmowy z Edwinem Bendykiem (publicysta tygodnika Polityka), jaką poprowadził Leszek Szmidtke – dziennikarz Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego oraz Radia Gdańsk.

"Leszek Szmidtke: Czy wiemy dokąd zmierzają polskie uczelnie?


Edwin Bendyk: Cele są wyznaczone. Pierwszym, bardzo ogólnym, jest poprawienie konkurencyjności polskiego szkolnictwa wyższego. W części naukowej chodzi o poprawienie jakości w sferze badań podstawowych oraz lepsze dopasowanie badań aplikacyjnych do potrzeb gospodarki. Kolejnym celem jest podniesienie jakości oferty dla studentów. Dotyczy to nie tylko Polaków, wśród których niż demograficzny jest coraz bardziej widoczny, ale także przyciągnięcie większej niż do tej pory liczby studentów z zagranicy. W każdym z wymienionych obszarów wchodzimy w konkurencję globalną, więc nasze uczelnie zostaną zbadane i umieszczone w rankingach.


(…)

Zwiększenie konkurencyjności ma między innymi służyć zatrzymaniu naszych studentów. O nich starają się też zagraniczne uczelnie i coraz więcej osób korzysta z takich ofert. System boloński, mimo wielu wad, otworzył Europę przed naszymi studentami. Poza tym, wyjeżdżają zwykle najlepsi i często nie wracają do kraju. Z zagranicznymi studentami jest podobnie – zazwyczaj przyjeżdżają osoby ponadprzeciętne. One też mogą się później osiedlić w Polsce. Właśnie dlatego warto zwiększać liczbę studentów z innych krajów."

Wywiad ukazał się w numerze 4/2012 Pomorskiego Przeglądu Gospodarczego pt. „Po co nam uczelnie"

źródło: http://www.edunews.pl/badania-i-debaty/wywiady/2130-edukacyjne-podrobki

Polskie uniwersytety na pewno się zmieniają, bo zmienia się świat wokół nas. Ale czy jesteśmy świadomi tych zmian i kierunku w którym przebiegają? I czy zmiany te dokonują się świadomie – to znaczy czy je planujemy i wdrażamy? Czy raczej dzieją się tak jakoś mimochodem?

Brak takich pytań i dyskusji powoduje, że na wielu polskich uczelniach panuje strach przed zwolnieniami, strach przed niżem demograficznym i niepewnością sytuacji. Mało jest prognoz i prób zrozumienia zachodzących zmian. Czy można oczekiwać sensownych działań, jeśli nie rozumie się świata wokół nas? Dominować może jałowa rywalizacja na punkty, rankingi, wzajemne eliminowanie "konkurencji" i strach przed zwolnieniami.

Sądzę, że większości zmian np. Krajowych Ram Kwalifikacji, parametryzacji czy zmian w zasadach awansu nie rozumie większość środowiska akademickiego. Jak można wprowadzać zmiany, gdy podmiot tych zmian nie bardzo rozumie po co i dlaczego? Chyba i w tym miejscu brakuje nawyków pracy zespołowej oraz przekonywania przed wydanie poleceń.

Jak archiwizować i kategoryzować publikacje internetowe?

Na początku pracy, jeszcze w latach 80. XX wieku, było łatwo. Prace były tylko papierowe i było ich niewiele. Wystarczyło umieścić na fiszce bibliotecznej każda pozycję. Potem pojawiła się potrzeba rocznych zestawień, spisywanych na maszynie do pisania. Też niewiele pracy.

Komputery ułatwiły pisanie. Ale z typowymi pracami naukowymi też nie było problemu: drukowane na papierze, stosunkowo niewiele. Łatwo było zapanować i nie trzeba było ciągle rosnącej listy przepisywać na maszynie do pisania. Były przecież już komputery i archiwizowane pliku tekstowe.

Nawet z pracami popularnonaukowymi i publicystyką nie było za bardzo problemu: też były na papierze i wiadomo było gdzie się wysyła. Czasem może coś umknęło archiwizacji.

Ale jak archiwizować i kategoryzować publikacje internetowe? Ja jestem bezradny, zbyt dużo tego. Zbyt łatwo powstają i zbyt łatwo się utrwalają. Praktycznie może być odnotowane każde wystąpienie referatowe, gdzieś na konferencji. Na początku swojej kariery naukowej, zapisywałem wystąpienia referatowe w zeszycie (bo było mało a asystenci wykładów nie mieli), potem zaniechałem.

Spisywanie dorobku publikacyjnego wymuszone jest  sprawozdawczością. Teraz pojawia się DOI jak ISBN. Lecz archiwizowanie, aktualizowanie, logowanie się do różnych systemów zabiera sporo czasu. A czy to komuś w ogóle jest potrzebne? Więc może sobie darować to archiwizowane. Czy wszystko musi być udokumentowane i spisane?
Jeśli pominąć karierę i awans… to może nie jest to nikomu potrzebne. Więc po co się trudzić? Lepiej mówić i pisać, niż odnotowywać to, co się powiedziało i to, co się napisało.

Kultura obrazkowa a czytanie ze zrozumeniem

„Żyjemy w kulturze obrazkowej i nie umiemy czytać ze zrozumieniem.”

Faktem jest, że żyjemy w kulturze obrazkowej (dominuje przekaz obrazem). Faktem jest również to, że wiele osób nie umie czytać ze zrozumieniem. Ale jedno nie wynika z drugiego. Bo zrozumienie nie wynika ze znajomości liter tylko ze sposobu myślenia i strukturyzacji wiedzy.

Wiele osób nie umie patrzeć ze zrozumieniem. Bo interpretacja obrazów jest tak samo złożona jak interpretacja słów. Wiele osób nie umie słuchać ze zrozumieniem (słyszy, zna pojedyncze słowa, ale nie rozumie przekazu, całości treści). Tak więc kultura obrazkowa nie przeszkadza w rozumieniu treści.

Nie zastępowanie obrazów słowami ale strukturyzacja wiedzy pomaga w rozumieniu. Relacje między pojęciem, zjawiskami, obiektami i rozumienie tych relacji.

Do rozumienia potrzebna jest empatia – aby starać się usłyszeć, zobaczyć, dostrzec (w literach i słowach) to, co do nas dociera, a nie to, co sami sobie wcześniej wykreowaliśmy. Patrzymy na świat przez pryzmat naszych wewnętrznych doświadczeń i przez własne wyobrażenia o świecie zewnętrznym (system, ustrukturyzowana wiedza). Empatia potrzebna jest do tego, by wyjść poza swój własny system i spróbować dostrzec to, co na zewnątrz.

Zakochanym i koniom siano pachnie inaczej (z czym innym się kojarzy). Patrzymy, słyszymy, odczytujemy to samo „siano”, ale co innego dostrzegamy, co innego interpretujemy – dla jednych to jedzenie, dla drugim miejsce miłości.

A co Ty widzisz a co dostrzegasz na załączonym wyżej zdjęciu?