Dzień Darwina czyli prowincja jako miejsce tworzenia

Tak, to dzisiaj. Zawsze jest jakiś dzień. Aktualnie to Dzień Darwina. Każdy pretekst jest dobry, aby spotkać się i porozmawiać o nauce, o wiedzy, o dochodzeniu do prawdy.

Darwin nie pracował na uczelni, nie miał impact factor. Miał własne źródło utrzymania … więc pracował i myślał tak jak chciał. I wymyślił coś, co na długie lata zaabsorbowało nie tylko biologów ale i filozofów.

Dla tworzenia i dla nauki potrzebny jest spokój… i życie towarzyskie. Prowincja do tego się znakomicie nadaje. Bo dzięki kontaktom – łatwym podróżom nawet na antypody oraz internetowym mediom – można utrzymać wieź z kim się tylko chce. A prowincja izoluje i nie przemęcza hałasem nadmiernych kontaktów. W twórczości, także tej naukowej, nie jest dobra fabryka czy korporacja, z ich wyścigiem szczurów i ciągłym mierzeniem ilości wykonanej pracy. Potrzebny jest spokój i komfort pracy, gdzie codziennie narzucane normy i wskaźniki nie zabijają swobody myślowych poszukiwań.

I dziś sporo się w wiedzy biologicznej dzieje. Powraca nowe wcielenie lamarkizmu, bo mamy dowody na dziedziczenie cech nabytych. I znowu filozofowie będą mieli pełne głowy roboty :).

Być może, żeby mieć lepsze długofalowe osiągnięcia naukowe, powinniśmy dać więcej wolności naukowcom? Nieustanne poganianie i rozliczanie ze wskaźników powoduje tylko papierową sprawozdawczość (pozory łatwo tworzyć, naukowcy nie są głupsi od innych). Odkrycia są nieprzewidywalne. Trzeba więc tworzyć warunki i czekać. Na jałowej glebie niewiele urośnie – nawet jeśli będziemy pokrzykiwali i codziennie kontrolowali przyrost biomasy.

Uczelnie kształcą ludzi, którzy najlepiej nadają się do pracy… na uczelni…

Sam już nie wiem czy to efekt mojego wieku i jakichś dylematów egzystencjalnych, czy też efekt głębokich zmiana jakie się dokonują w szkolnictwie wyższym.

Przyszłość nie będzie przedłużeniem teraźniejszości. Jednym z czynników jest chyba niż demograficzny. Ale ważniejszym czynnikiem sprawczym są głębokie zmiany w całym społeczeństwie. Pytanie co dalej stawiam sobie nie tylko ja coraz częściej. Przewidzieć przyszłość, zrozumieć zachodzące procesy aby dobrze przygotować siebie i swoja instytucję. By budować na skale a nie na piasku i nie zawracać Wisły kijem. Dlatego często sięgam po różne teksty analityczne i rozważania nad edukacja wyższa.

"System szkolnictwa wyższego nie dość, że nie potrafi wykształcić ludzi nadających się do pracy, to jeszcze nie umie diagnozować tego, co naprawdę dzieje się w świecie. W rzeczywistości uczelnie kształcą ludzi, którzy najlepiej nadają się do pracy na uczelni.


Szkolnictwo wyższe stało się branżą samą w sobie. Obecnie pracuje tu już 103 tys. osób. To mniej więcej tyle, ile w całej bankowości komercyjnej. Budowana jest struktura przychodów (77 proc. z działalności dydaktycznej oraz 16 proc. z działalności badawczej) i generowany zysk – za 2011 rok było to 465 mln złotych. Uczelnie, szczególnie te największe, zatrudniające po kilka tysięcy nauczycieli i obsługujące kilkadziesiąt tysięcy studentów, stały się korporacjami. I tak jak każda korporacja zaczynają życie wewnętrzne. Co gorsza, silnie hierarchiczna i nigdy nierozbita (bo dożywotnia) struktura zarządzania szkołami wyższymi powoduje, że najbliżej im do postpaństwowych przedsiębiorstw molochów, które nie uległy restrukturyzacji.

" (źródło)

Jak zmieniać uniwersytet na coraz lepszą instytucję? Od poniedziałku zajęcia w nowym semestrze. Czego i jak uczyć moich studentów by to miało sens i dla nich i dla mnie?

Najgorsze, że nie potrafię znaleźć szybkich i jednoznacznych odpowiedzi…

Przeinaczenia czy ewaluacja – słów kilka o meandrach popularyzacji wiedzy

Współpraca z mediami popularnymi w zakresie upowszechniania wiedzy jest bardzo trudna. Efekt finalny jest zawsze współautorski i wynika z aktywności obu stron. Krótkie wywiady prasowe (np. przez telefon, albo w rozmowie z dziennikarzem) wymagają szybkiego tempa i szybkiego podejmowania decyzji. Najczęściej od udzielenia wywiadu do publikacji mija kilka godzin, rzadziej kilka dni. Czasem wywiad do radia czy telewizji jest na żywo… i niczego nie da się poprawić (to nie igrzyska w Rosji czy Chinach, gdzie przekaz idzie z kilkunastosekundowym opóźnieniem). Dziennikarz prasowy musi skrócić, uporządkować i zredagować naszą wypowiedź. I czasem okazuje się, że efekt końcowy jest inny od naszych intencji, że czasem zdarzają się przeinaczenia. Złościć się? Bo inni przeczytają i pomyślą, że jestem niedouczony, skoro pojawiają się takie czy inne błędy? To byłoby szukanie odpowiedzialność u innych (złej tanecznicy i falbana przeszkadza).

Po pierwsze zamiast złości i awantur warto się lepiej przygotować do wywiadu. Trening czyni mistrza i warto uczyć się na własnych błędach. Na cudzych trudno, bo nie wiemy jaki był komunikat wypowiedziany przed publikacją. Czyli warto wiedzieć czego oczekuje dziennikarz w zakresie tematyki i … długości tekstu. Jeśli ma miejsce na kilka zdań, to na nic się zdadzą nasze długie, nawet najmądrzejsze wywody. Trzeba przygotować całą merytoryczną treść w kilku zdaniach. Krótkie formy są trudniejsze od długich. Naukowcy ćwiczą się w pisaniu abstraktów – gdy całą pracę naukową trzeba zawrzeć w kilu zdaniach. Trzeba ustalić co jest najważniejsze. Ale w przypadku abstraktu czytelnik ma dostęp do całej i obszernie objaśniającej pracy. W przypadku krótkiego wywiadu czy artykuliku prasowego nie na takiej możliwości.

Nie ma rady, trzeba dobrze wcześniej przemyśleć wypowiedź i nie zmuszać swoim gadulstwem dziennikarzy do obszernej redakcji tekstu i skracania. Niech sobie coś wybierze, a jak będzie coś nie tak, to jego wina… ?

Po drugie można prosić o autoryzację tekstu. Wtedy zobaczymy swoje myśli jak w lustrze. Zobaczymy co zrozumiał dziennikarz z naszej paplaniny. Ale mamy możliwość zobaczenia całości i ewentualnych korekt. Tyle tylko, że nie zawsze jest czas i możliwość na korektę i autoryzację. Naukowcy powinni mieć w sobie trochę pokory i nie uważać się za centrum świata lub niezwykle ważne osoby. Jeśli stwarzamy zbyt duże bariery i trudności…. po prostu nic się nie ukaże.

Po trzecie można pisać (lub w radiu mówić) samemu. W tym momencie jesteśmy także redaktorami i wydawcami przekazu. Jest więc miejsce na współpracę z mediami lub dziennikarstwo obywatelskiej. Ale to wymaga jeszcze większego wysiłku od naukowca i większego zaangażowania czasowego, w tym systematyczności w popularyzacji. Coś za coś.

Ale nawet samodzielne pisanie nie gwarantuje pełnego sukcesu. Przekonałem się dzisiaj, zaglądając do Gazety Olsztyńskiej. Tam pojawiła się skrócona wersja mojego artykuliku o nastroszu topolowcu. Trafiłem przypadkiem, więc wiele takich tekstów można zupełnie przegapić i nawet nie wiedzieć, że się ukazały. Tekst jest podpisany moim nazwiskiem, więc czytelnik ma prawo sądzić, że jest to moja w 100% wypowiedź. Ze względu na brak miejsca artykulik został redakcyjnie skrócony. A ja czytając znalazłem błąd:

"Nastrosz topolowiec (…) należy do motyli nocnych, rodziny zawisaków, które spijają nektar w locie, w czym przypominają kolibry. Kiedyś podekscytowana znajoma pytała mnie, czy w Olsztynie można spotkać te egzotyczne ptaki (…). To pewnie nasz poczciwy nastrosz".

Zdziwiłem się, bo przecież natsrosz tak nie lata, choć jest zawisakiem. W oryginalnym tekście było tak:

"Nastrosz topolowiec (Laothope populi) należy do motyli nocnych, rodziny zawisaków. Niektóre spijają nektar w locie, w czym przypominają kolibry. Zawisaki to duże motyle, więc nietrudno o wrażenie, że w Olsztynie widziano kolibra. Znajoma kiedyś podekscytowana pytała mnie, czy w Olsztynie można spotkać te egzotyczne ptaki, bo wydawało się jej, że właśnie coś takiego widziała w ogródku. Nastrosz topolowiec w swej larwalnej młodości jest roślinożercą, gąsienice żerują na liściach topoli, rzadziej na liściach wierzb." (zobacz cały tekst )  

Redaktor dokonał drobnej korekty tekstu, tak jak zrozumiał to, co napisałem. Obrażać się, że ktoś źle zinterpretował? A może to dobra ewaluacja naszego przekazu? Jakkolwiek nie napisałem, że nastrosz fruwa jak koliber, ale napisałem że należy do rodziny zawisaków a te motyle w locie podobne są do kolibrów. Moim niedopowiedzeniem jest to, że nie zaznaczyłem dokładnie, że akurat nie wszystkie zawisakowate tak się zachowują. I czytelnik miał prawo wyciągnąć taki a nie inny wniosek.

Wiemy co chcemy powiedzieć (przekazać) – ale czy to jest to samo, co słyszą i zrozumieją nasi słuchacze (czytelnicy)? To nie to samo. Ale zazwyczaj nie mamy informacji zwrotnej od czytelników czy słuchaczy środków społecznego przekazu. Nie widzimy ich a oni nie mają szansy dopytać i upewnić się, czy dobrze zrozumieli. Inaczej jest w rozmowie bezpośredniej – już z języka ciała możemy wywnioskować czy jesteśmy słuchani i zrozumieni. Mamy szansę na szybką korektę dopowiedzenie, sprostowanie. Dlatego wykładów akademickich nie zastąpią żadne, nawet elektroniczne podręczniki.

Podobnie jest chyba z wykładami dla studentów. Egzamin jest nie tylko sprawdzeniem pracowitości studenta ale i ewaluacją nas samych – czy zrozumiale mówimy i klarownie przekazujemy treści. Egzamin jest jak przeglądanie się w lustrze.

Poprzedni wpis (przeczytaj) jest dobrą (acz satyryczną) ilustracją naukowej niekomunikatywności i pustego rytuału. Jakie musi być przerażenie studenta, gdy słucha takich wykładów lub czyta tak napisane podręczniki – nie wie czego się spodziewać na egzaminie i jak odpowiedzią na pytania. Pozostaje się nauczyć na pamięć i odtwarzać jak magnetofon….

Dla mnie wniosek z tekstu gazetowego jest taki, że trzeba jeszcze bardziej ćwiczyć się w zrozumiałym wypowiadaniu się, zarówno w tekstach stricte naukowych jak i popularyzatorskich. Napisanie dobrego tekstu popularnonaukowego jest tak samo trudne jak napisanie tekstu do czasopisma naukowego (albo odwrotnie). Inny schemat, inny adresat, inny styl ale sens ten sam – chodzi o klarowny przekaz informacyjny.

Niebawem nowy semestr. Oznacza naukę …. nie tylko dla studentów. Wszyscy się nieustannie kształcimy i doskonalimy. A przynajmniej powinniśmy….

ps. dzisiaj wieczorem zostałem zaproszony do Radia Olsztyn na audycję akademicką o blogach. Będzie zapewne kilka minut na antenie. I jak tu coś sensownego powiedzieć? Czuję się jak student na egzaminie. Nie wiem jakie będzie pytanie – znam tylko ogólnie zakres tematyczny. I szybko trzeba będzie udzielić odpowiedzi. Z dodatkowym stresem, bo przecież poprawkowego egzaminu nie będzie….

Ornitologiczno-synurbistyczny ekologizm z elementami antropogeniczno-estetycznej narracji

IwaszczyszynSzanowni Państwo,

jako entomologowi o nachyleniu etnograficznym i ekologistycznym, przypadł mi zaszczyt analizy prac olsztyńskiej projektancti wnętrz duchowych i mentalnych ogrodów, widzianych z perspektywy Homo sapiens, uwięzionego w mansandrowym pejzażu współczesnych problemów koewolucji dwóch gromad eukariotycznych wielokomówkowców: Aves i Mammalia – stałocieplnych zwierząt z podtypu kręgowców. Autorka w swoich transwarsztatowych pracach, łączących klasyczną fotografię przyrodniczą z popkulturowym komiksem i postmodernistyczną filozofią sitkomów epoki cyfrowej, w warstwie ukrytej subtelnie nawiązuje do postmodernistycznej filozofii ekologizmu i urbizacyjnego egzystencjalizmu.

Jej prace to egzemplifikcja niezwykle ważkich procesów synurbizacji, dokonujących się zarówno na poziomie genetycznym jak i biocenotycznym. Zagadnienia ornitologiczne Artystka przetransponowała, przez artystyczną wizję, konsolidując neurofizjologiczny wpływ ruchu dłoni, trzymającej zarówno aparat fotograficzny jak i cyfrowe oprzyrządowanie współczesnego grafika, nie zapominając o tradycyjnym warsztacie malarskim z użyciem pigmentów o różnej konsystencji, na transdyscyplinarną a nawet interdyscyplinarną narrację o zagubieniu Homo sapiens.

„Fruwamy” to alegoria odrywania się od tradycyjnego biologicznego darwinizmu ku transgatunkowej symbiogenezie i scjentystyczne dążenie do uchwycenia analogii we wspólnotowym aspekcie życia biologicznego. Trafnie ujmuje jedność bytu na różnych poziomach organizacji i podkreśla jedność ewolucji biologicznej z ewolucją kulturową. W subtelny sposób pokazuje przenikanie się zapisu, zakodowanego w DNA, z neurofizjologicznymi aspektami kodowania i odkodowania informacji w komórkach nerwowych stałocieplnych kręgowców ze szczególnym uwzględnieniem Homo sapiens. Uważny obserwator dostrzeże ślady dawnej konkurencji i ewolucji integracyjnej miedzy Homo sapiens sapiens a Homo sapiens neandertalensis, w zakamuflowany sposób nawiązując do współczesnej dyskusji biologów i antropologów, dotyczącej pochodzenia człowieka.

Swoje refleksje, wyartykułowane w przetworzonych plikach graficznych ubiera w postacie awifauny miasta. Odkodowując język kwasu dezoksyrybonukleinowego i przetwarzając w słowa zrozumiałe przez współczesnego Homo sapiens, mieszkającego nad Łyną. W swojej narracji nie tylko demaskuje napięcie ekosystemowe i populacyjne stałocieplnych kręgowców o dużej mobilności takich jak Coloeus monedula, Pica pica, Passer domesticus czy Streptopelia decaocto, ale odkrywa także ukryty porządek całej biosfery. Nawet więcej, to przekaz wybiegający w eter za pośrednictwem fal elektromagnetycznych określonej długości i dotykający całej noosfery.

Reasumując i przechodząc do generalizujących konkluzji można powiedzieć, że ta wystawa jest zarąbiście fajna.

Ps. 1. Na wszelki wypadek wyjaśniam, że to surrealistyczny żart i scjentystyczna autoironia (uzgodnione z Autorką). Mowa wygłoszona na wernisażu wystawy Fruwamy (zobacz więcej zdjęć). Tak mądrze to napisałem… że sam nie bardzo rozumiem, o co w tekście chodzi. I nie jest to odosobniony przypadek autorów tekstów naukowych. A może bardziej hipernaukowych w swym surrealizmie? Więc jeśli czytasz uczone wywody (lub słuchasz referatu czy wykładu), przesycone naukowym żargonem i nic nie rozumiesz – pocieszaj się tym, że najprawdopodobniej autor tez nie rozumie.

ps. 2. Jak się dobrze wczytasz Czytelniku to znajdziesz ukryte przesłanie. A nawet kilka….

O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera

1280pxAcherontia_atropos_MHNT_dos

W roku Oskara Kolberga warto opowiedzieć o niezwykłym motylu, bo wiąże się z etnografią i dawnymi zwyczajami. Choć wydaje się to niemożliwe, to czasem można usłyszeć pisk motyla.  A jeżeli dodamy, że w ubarwieniu tej piszczącej ćmy dopatrzeć się możemy ludzkiej czaszki, to nie powinno nas dziwić, iż dawniej wierzono, że jest zwiastunem śmierci. Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos) zwana jest także zmorą trupią-głową. Wyżej zamieszczona ilustracja pochodzi z Wikimedia Commons i jest autorstwa Archaeodontosaurus.

Zmierzchnica jest największym motylem europejskim: rozpiętość skrzydeł wynosi 10–14 cm, gąsienice dorastają do 13 cm i ważą do 10 g. Zmierzchnica – jak sam nazwa sugeruje – jest motylem nocnym czyli ćmą. Należy do rodziny zawisakowatych (Sphingidae, niektóre z tych motyli mylimy z kolibrami, bo są duże i przy spijaniu nektaru zawisają w locie, niczym kolibry). Na grzbietowej stronie tułowia ma charakterystyczny rysunek, przypominjący ludzką czaszkę. Trupia głowa, która lata o zmierzchu. Trudno jej nie zauważyć. Łacińska (naukowa) nazwa zmierzchnicy wiąże się z mitologiczną rzeką Acheron oraz Mojrą o imieniu Atropos. Skojarzenia jak najbardziej uzasadnione w kontekście zachowania i wyglądu tego motyla nocnego.

Jak zapewne każdy wie motyle mają trąbki i za ich pomocą spijają nektar z kwiatów, czasem różne płyny z uszkodzonych drzew, gnijących i fermentujących owoców a nawet odchodów zwierząt. Ale zmierzchnica trupa główka za pomocą swojej trąbki potrafi wydawać dźwięk – w momencie zaniepokojenia piszczy, a głos jej podobny jest do głosu nietoperzy. Dźwięk jest słyszalny z daleka.

Trupia główka, czyli ćma co dźwięki wydaje. Trąbka służy jej do trąbienia a nie tylko wysysania płynów. Czemu wydaje dźwięki? Jedni sądzą, że to sposób odstraszania napastników, inni że myli swoim dźwiękiem pszczoły, gdy im miód podpija w ulu.

U nas pojawia się rzadko. Jej ojczyzną jest południowa Europa i Afryka. Czasem do nas zalatuje wiosną i wczesnym latem (nawet do Skandynawii). Składa jaja na liściach ziemniaka, pomidora, bielunia lub pokrzyku (same trujące rośliny, co jej mroczność tylko podkreśla). Jesienią mogą pojawić się dorosłe osobniki drugiego pokolenia. Ale nie zostają u nas tylko lecą na południe, wracają do siebie. Co nie jest takie rzadkie u naszych motyli. Bo nie tylko ptaki na zimę od nas odlatują. Wraz z ocieplaniem się klimatu można spodziewać się przesuwania się na północ zasięgu występowania tego motyla oraz częstszych wizyt w naszym regionie.

zmora

Dawniej, gdy się u nas pojawiała, wywoływała strach i sensacje. Tak zanotował w swoim sztambuchu generał Joachim Jauch, (1684-1754) „1749: Taka Szarańcza padła na milę od Kalisza, z którey dwie złapano, y jednę serwują w Kapitule Gneźnieńzskiey, a drugą OO. Reformaci w Kaliszu, tę gdy wzięto w rękę skrzeczała jako Gacek, y pianę żółtą z pyska toczyła, cała była kosmata, jak axamit, Śmierć na piersiach, nogi dwie kosmate y zęby wiewiórcze mająca etc.” Straszliwa i skrzecząca niczym nietoperz gacek, nazwana szarańczą spod Kalisza.

W swoim sztambuchu generał zamieścił nawet rysunek tej strasznej szarańczy (ilustracja wyżej). Można wnioskować, że rysował nie z natury lecz z opowieści, bowiem w jego sztambuchu są realistyczne rysunki zwierząt i roślin (ilustracja niżej).

zesztambucha Czytaj dalej „O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera”

Trias czy dryas? Czyli o książce popularnonaukowej i o roli triasu w rozwoju ludzkości

Zachęcony gazetową recenzją, udałem się do księgarni i kupułem książkę Billa Brysona pt. „W domu. krótka historia rzeczy codziennego użytku”, w tłumaczeniu Tomasza Bieronia. Ładnie wydana książka przez Zysk i S-ka – konsultacja naukowa prof. dr hab. Jan Skuratowicz. Autor solidny, wydawnictwo solidne i konsultacje naukowe. Nic tylko czytać.

I czytam drugi dzień. Z dużą radością. Aż dobrnąłem do strony 44., gdzie autor opisuje rewolucję neolityczną. Najpierw pisze o okresie 10-6 tysięcy lat temu, by pojawiły się takie dziwne fragmenty:

1. „W każdej z tych epok [paleolit, mezolit, neolit – S.Cz.] wyróżnia się podokresy – np. ordowik – i kultury – np. mustierska”. Ordowik? Przecież nie tylko człowieka ale i ssaków wtedy nie było! Nawet na lądzie żadnych kręgowców! Może autor lub tłumacz pomylił z „olduvai” (kultura z paleolitu)?

2. Kilka linijek dalej, pisząc o ocieplaniu klimatu 12 tys. lat temu i późniejszym ochłodzeniu „Naukowcy nazywają ten okres młodszym triasem  (od arktycznej rośliny) (….). Był też starszy trias, ale nie odegrał znaczącej roli w rozwoju ludzkości.” Trias? przecież to z ery mezozoicznej? Ludzi wtedy na pewno nie było, nawet hominidów, więc i żadnej roli odgrywać dla ludzkości nie mógł. A może chodzi o dryas (fazę glacjalną), na co wskazywałaby wzmianka o roślinie (dębik – Dryas).

I dla mnie zagadka, czy autor pisze bzdury, bo coś słyszał, ale mu się pomyliło (a nie sprawdził), czy też tłumacz tłumaczył i … może mu edytor tekstu automatycznie poprawił, a ten nie wiedział, że wychodzi głupota. No ale była jeszcze konsultacja naukowa… Może to była konsultacja co do wyboru książki do tłumaczenia?

Morał z tego taki, że nic nie zwalnia od myślenia i sceptycyzmu co do słowa drukowanego, czy to naukowego czy popularnonaukowego.

Wracam do lektury. Z niepokojem….

Osobista wiedza się przydaje. By włączała się lampka kontrolna z ostrzeżeniem. Wtedy trzeba sprawdzać i weryfikować.

7 luty – niestety błędów jest więcej. To, o czym czytam, przyjmuję na wiarę. Ale czasem kłóci się to z moim (niewielkim) doświadczeniem i wiedzą techniczną. Kolejna wątpliwość zrodziła się przy lapie karbidowej. Autor pisze o lampie Drummonda… „Działanie karbidówki opierało się na zjawisku (…) paląc bryłkę wapna lub magnezji w bardzo gorącym płomieniu, otrzymamy intensywnie białe światło.” Ewidentnie opis odnosi się do lampy Drummonda. Karbidówka to inne zjawisko… tam też chodzi o jakiś rodzaj „wapna” – węglik wapnia, ale w wyniku działania z wodą powstaje acetylen, który spalając się – świeci. Zupełnie inny proces, łączy tylko „wapno”. Czy to błąd tłumacza czy niestaranność autora? Chyba trzeba sprawdzić w angielskim wydaniu… Ale tracę ufność w czytaną treść. Bo przecież sam nie jestem w stanie wszystkiego weryfikować.

 

Neurofizjolodzy a uczenie się czyli siła biednej prowincji

Badania neurobiologów od dawna dowodzą, że największą stymulacją dla mózgu jest sytuacja, gdy uczniowie sami muszą wymyślać i tworzyć sobie zabawki, sami wykonują doświadczenia i szukają rozwiązań. Jednak system szkolny nastawiony jest głównie na bezdyskusyjne wkuwanie i odtwarzanie wiedzy. Podobnie rodzice kupują gotowe i realistyczne i ciągle nowe zabawki, zamiast wspólnie z dziećmi tworzyć zabawki od zera.

W tym sensie biedni mają łatwiej, bo nie stać ich na zabawki… i sami je sobie tworzą czy wymyślają. Być może w tym tkwi siła prowincji i rekrutowanie się uzdolnionej młodzieży z małych i „prowincjonalnych” ośrodków (wystarczy sprawdzić np. laureatów olimpiad przedmiotowych).

Jak przekonują badacze, „sposób, w jaki zorganizowany został obecny system nauczania nie tylko nie ułatwia, ale wręcz utrudnia mózgowi pracę. Jedną z przyczyn jest chęć zbytniego ułatwiania uczniom nauki i wyręczania ich w pracy.”
(źródło cytatu) Społeczeństwo instynktownie ucieka od takiej szkoły. Stąd rosnąca popularność Uniwersytetu Dzieci, różnych festiwali i pikników naukowych (np. Noc Biologów), interaktywnych muzeów czy nawet kawiarni naukowych (w wersji młodzieżowej znanej także pod nazwą „oranżeria naukowa”).

„Człowiek uczy się wtedy, gdy jest aktywny i gdy może rozwiązywać problemy. Samodzielne poradzenie sobie z nimi stwarza okazję do tworzenia w mózgu nowych połączeń neuronalnych i prowadzi do uwalniania dopaminy. Raz wytyczona droga może być następnie wielokrotnie wykorzystywana. Dlatego nasza uwaga w naturalny sposób, kieruje się ku temu, co jest niejasne czy wymagające wyjaśnienia.”

Jednym słowem neurobiolodzy potwierdzają tylko dawne obserwacje pedagogów – że najbardziej skuteczne jest aktywne uczenie się. Neurobiolodzy wyjaśniają ten proces na poziomie zarówno molekularnym jak i neurofizjologicznym. Odkrycia dotyczą więc lepszego uzasadnienia już dostrzeżonego zjawiska a nie odkrytego (zaobserwowanego) po raz pierwszy. Różne dyscypliny naukowe mogę się wzajemnie uzupełniać. Muszą tylko specjaliści przynajmniej od czasu do czasu
spotykać i komunikować (chcieć siebie słuchać i chcieć do siebie mówić).

Motywy moich twórczych inspiracji w nauce i sztuce

moje_butelki_z_wernisazu

Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza. Nie można więc zamykać i ograniczać dostępu do wiedzy. Podobnie jest ze sztuką.

Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegam nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno.

Motywem mojego malowania (nie tylko na butelkach i słoikach) jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne. Podstawowym surowcem są „odpady” cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji – szklane butelki i słoiki (zbędne opakowania). Butelki i słoiki zbieram w dzikich zakątkach przyrody Warmii i Mazur. Zebranym śmieciom nadaję nową wartość. Jest to filozoficzny podtekst nadawania rzeczom zbędnym także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym, nowej ważności i wartości.

Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom.

Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych – za pomocą części pokazać całość.

Lubię malować z ludźmi w przestrzeni publicznej, by wspólnie odzyskiwać ją na społecznego życia.

Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się) obserwowany jest zarówno w sieci (zwłaszcza w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim), jak i w świecie realnym (np. bookcrossing).

Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów.

W wymiarze osobistym malowanie jest relaksem i wyjściem z wąskich ram życia zawodowego.

Dzień Chruścika i Noc Biologów

Co łączy dwa różne wydarzania, Dzień Chruścika przypadający 11 grudnia i Noc Biologów, odbywającą się w drugi piątek stycznia (już od trzech lat)? Po pierwsze są to formy upowszechniania wiedzy w formie małych pikników naukowych i seminariów naukowych z dużym otwarciem środowiska akademickiego na zewnątrz. Po drugie oba pomysły narodziły się w Olsztynie.

Noc Biologów, jakkolwiek jest przedsięwzięciem ogólnopolskim, narodziła się w Olsztynie, w czasie zjazdu dziekanów wydziałów biologii i pokrewnych, prawie cztery lata temu. Z kolei Dzień Chruścika jest starszą inicjatywą i w pełni o korzeniach olsztyńskich. Tu się narodził pomysł, tu był realizowany. Dzień Chruścika jest realizowany najczęściej w formie seminarium, poświęconym tylko jednej grupie owadów – chruścikom (a więc maleńki wycinek biologii). Dlaczego narodził się w Olsztynie? Dlatego, że w Olsztynie tacy specjaliści są i tu rozwijają się takowe badania. Na staże chruścikowe przyjeżdżało już wiele osób, nie tylko z różnych miejsc Polski ale i Europy (Hiszpania, Niemcy, Litwa, Białoruś, Ukraina, Słowacja). W naturalny więc sposób Dzień Chruścika zaistniał właśnie w mieście nad Łyną. A potem zyskał uznanie w wielu innych miejscach.

Jeszcze wcześniej zaczęła funkcjonować olsztyńska kawiarnia naukowa Collegium Copernikanum. Wszystkie wymienione inicjatywy nie są jakiś dziwadłem, znakomicie mieszczą się w ogólnoświatowych trendach i misji uniwersytetu.
Patrząc na różnorodne tendencje ośmielam się stwierdzić, że inicjatywy takie jak Dzień Chruścika, Noc Biologów czy Olsztyńskie Dni Nauki i europejska Noc Naukowców są namacalnym dowodem na naszą uniwersytecką, intelektualną i organizacyjną podróż ku Centrum Nauki (takim jak to w Warszawie). Jest ogromne zapotrzebowanie na tego rodzaju usługi edukacyjne oraz jest rosnące doświadczanie.

Przykładem dojrzewającej gotowości do stworzenia jest rodzący się pomysł na wspólne z Wydziałem Humanistycznym i wieloma partnerami pozauniwersyteckimi majowe Dni Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego. Z realną perspektywą wyjścia do środowisk Polonijnych. I to już w tym roku.

W takich działaniach jak Dzień Chruścika i Noc Biologów nie chodzi o pokaz i show, chodzi o nowy wymiar edukacji i upowszechniania wiedzy a nie o popową rozrywkę. To nie są imprezy promujące (reklamowe). Ta promocja jest niejako przy okazji. Znacznie ważniejszy jest element upowszechniania wiedzy w zupełnie nowej, nowoczesnej formie (podobnych inicjatyw jest więcej, także na UWM). To uniwersytet otwarty, to kształcenie nieformalna i pozaformalne oraz kształcenie ustawiczne. Uniwersytet się zmienia. Już nie tylko studia stacjonarne, zaoczne czy podyplomowe ale właśnie upowszechnianie wiedzy w bardzo małych porcjach (kwantach), wiedzy skierowanej do różnych odbiorców, jako kształcenie ustawiczne i pozaformalne. Inna forma ale cały czas ta sama misja uniwersytetu.

Jesteśmy w drodze. Na naszych oczach i z naszym udziałem powstaje coś zupełnie nowego i dobrze wpisującego się w globalne trendy edukacyjne i poszukujące nowego miejsca uniwersytetów w społeczeństwie XXI wieku. W społeczeństwie wiedzy i w gospodarce opartej na wiedzy.

Tegorocznym motywem, zarówno Dnia Chruścika jak i Nocy Biologów była biogospodarka. To także nie jest przypadek a raczej symptom tego, co się w regionie w zakresie wiedzy i gospodarki dzieje. Wyjście myślami w przyszłość. A że obecnie wszystko się szybko dzieje, być może ta przyszłość jest zupełnie nieodległa.

Co jest przyczyną spadku mocy intelektualnej społeczeństw?

"Dziś mamy prawie tylu potencjalnych doktorów, ilu kiedyś mieliśmy magistrów (około 50 tys.). To robi wrażenie. Pytanie tylko, na ile jest to realny wzrost wykształcenia. Na ile mamy do czynienia ze sztuczką na miarę Lejzorka Rojtszwańca, który zorganizował potężną hodowlę królików. Tyle że na papierze. Nikt poważny przecież nie uwierzy w to, że wystarczyło 20 lat, aby tak bardzo zwiększyć bazę ludzi sprawnych intelektualnie.
Jest raczej odwrotnie. Średni poziom inteligencji spada. I to nie tylko przez przyrost naturalny na słabo rozwiniętych peryferiach. Moc intelektualna spada też w krajach wysoko cywilizowanych. Jak przekonuje zajmujący się tą tematyką Brendan Baker, profesor socjologii z Uniwersytetu Hartford, jednym z istotnych czynników miał tu być upadek ZSRR. W ramach rywalizacji technologicznej z Amerykanami cały blok sowiecki kładł spory nacisk na edukację pogłębioną, bardziej zaawansowaną niż obecna. To rodziło zresztą sprzężenie zwrotne – również w zachodnich szkołach śrubowano normy edukacyjne." (źródło cytatu)

Być może przyczyną spadku społecznej mocy intelektualnej jest uwiąd kontaktów interpersonalnych. Wiedza dojrzewa w dialogu i interakcjach. W dialogu tworzą się innowacje, skojarzenie, inspiracje. Zatem ważne jest nie tylko wybudowanie nowych laboratoriów i sal dydaktycznych ale i publicznej przestrzeni do kontaktów międzyludzkich.

Olsztynowi ewidentnie brakuje dobrzej przestrzeni publicznej, zarówno na Starówce jak i w Kortowie. Według prognoz analitycznych i futurystycznych
biznes XXI wieku tworzył będzie się w miejscach publicznych, na spotkaniach, rozmowach… bo dzięki mobilnemu internetowi cały czas jesteśmy podłączeni do swojej fabryki. Ponadto coraz większe znaczenie ma gospodarka oparta na wiedzy.

To nie dewaluacja wykształcenia (nadmiar magistrów i doktorów) ale zaniedbanie sfery kontaktów społecznych powoduje spadek mocy intelektualnej. Uniwersytetowi do kolejnego kroku ku podnoszeniu jakości niezbędne jest budowanie przestrzeni kontaktów interpersonalnych. Nie kolejne wykłady ale budowanie przyjaznej przestrzeni do wzajemnego i interdyscyplinarnego dyskutowania a w konsekwencji uczenia się. Potrzeba więcej kawiarni i książkami i bezpłatnym wi-fi… ale i atmosfery do spotkań. Teraz Kortowo wieczorami się wyludnia… Przecież spotykamy się z ludźmi a nie w budynkach! 

Podobnie jest z wegetującą olsztyńską Starówką. Samochody parkujące na chodnikach, galerie handlowe i wysokie czynsze nie sprzyjają tworzeniu dobrej atmosfery do akademickich spotkań. A przecież miasto żyje z uniwersytetu i studentów. Powinno więc inwestować w to, aby być miastem uniwersyteckim.