O humanistyce i reformowaniu uniwersytetów – jedni lamentują inni działają

Jedni lamentują, że niszczy się humanistykę, inni działają całkiem sensownie. Zmienia się przede wszystkim otocznie działania uniwersytetów. I tak jak do pogody można dostosować ubranie… albo bezproduktywnie lamentować, tak i w odniesieniu do edukacji wyższej można domagać się "interwencyjnego skupu usług edukacyjnych".

Z dużą radością przeczytałem o dwóch ciekawych inicjatywach – studiach dziennych dla dorosłych. W Zielonej Górze ruszyła politologia dla osób 40 plus oraz historia 50 plus. Że lepiej byłoby kierować ich na studia zaoczne, bo one płatne? Niezupełnie.

Już dziesięć lat temu słyszałem o tendencji w USA powrotu na studia osób zaawansowanych wiekiem i o doświadczeniu zawodowym. Oni się inaczej uczą, bo wiedzą, co się tak na prawdę może przydać w życiu zawodowym. Korzystają także uniwersytety, ucząc się z doświadczenia zawodowego tych studentów. Teraz ta tendencja dotarła do nas. I warto tu wspomnieć o dwóch zjawiskach.

Po pierwsze ogromny boom na kształcenie wyższe w latach 90. XX wieku wynikał nie tylko z wyżu demograficznego ale przede wszystkim z zaległości PRL. Na studia zaoczne poszli wszyscy ci, którzy nie mieli szansy kształcić się w Polsce Ludowej. Ich pieniądze z opłat stanowiły ważny czynnik rozwoju szkolnictwa wyższego. Było to prywatne finansowanie uczelni. Teraz się skończyło, bo wszyscy ci, którzy mieli się wykształcić, już zdobyli wyższe wykształcenie. Studia zaoczne w dawnym stylu odeszły do historii. To się już nie powtórzy. A niż demograficzny spowoduje, że płatne studia dzienne znacznie się skurczą. Bo po co płacić, skoro są miejsca na bezpłatnych (to znaczy finansowanych przez państwo z kieszeni podatnika)? Dawny model finansowania szkolnictwa wyższego z prywatnych, indywidualnych kieszeni się właśnie definitywnie kończy. Trzeba wymyśleć zupełnie coś innego. Kreatywni wymyślają, słabi i bez wyobraźni (bez wiedzy o świecie) narzekają i …. upadają.

Ale jest nie tylko specyfika Polski i czasów. Jest też trend znacznie bardziej globalny i cywilizacyjny. Kiedyś nauka w szkole trwała krótko, dało się ją zrealizować w dzieciństwie i wieku młodzieńczym. Matura była rzeczywiście egzaminem dojrzałości i koniec edukacji przypadał na początek dorosłości. Z dyplomem można było iść do pracy i zakładać rodzinę. Ale sporo się zmieniło. Po pierwsze wiedza i świat się szybko zmieniają. Nie ma możliwości raz na całe życie się nauczyć, by potem z tego korzystać (az do emerytury). Wiedza się dezaktualizuje. Narzuca to konieczność ciągłego dokształcania się. Ponadto gospodarka oparta na wiedzy potrzebuje nie tylko maturzystów ale i absolwentów uczelni wyższych. To kolejnych kilka lat nauki. Wysokiej klasy specjaliści powinni mieć doktorat. Kolejne 4-5 lat. W życie zawodowe i rodzinne wchodzi się około 30 (albo i później). Dla kobiety to za późno z przyczyn biologicznych. Rośnie więc przepaść między dojrzałością biologiczną a dojrzałością zawodową i społeczną. Nie da się najpierw pokończyć wszystkich szkół a potem iść do pracy i zakładać rodzinę. Nawet zamrażanie komórek jajowych (kiedy biologicznie są najlepsze, a więc w wieku 20-25 lat) by później korzystają z zapłodnienia in vitro i urodzić sobie dziecko w  wieku lat 40. 

Zamiast zmieniać biologię człowieka lepiej zmienić model kształcenia. Tym bardziej,  że konieczność kształcenia ustawicznego zatrzymałaby nas w szkolnych ławach aż do emerytury. A potem od razu uniwersytet trzeciego wieku…

Jaka jest alternatywa? System mieszany, trochę nauki, trochę pracy, potem znowu studia, potem znowu praca. Z moich doświadczeń w pracy ze studentami dziennymi i zaocznymi widzę, jak bardzo pomaga doświadczanie zawodowe w sensownej nauce. Zatem nawet po maturze – jeśli jest okazja na pracę – to iść do pracy na rok czy dwa. Potem licencjat. I znowu, jeśli jest okazja to do pracy, założyć rodzinę i na uczelnię wrócić przy okazji. Nie należy okładać zakładania rodziny i startu zawodowego "na po studiach". System boloński i studia dwustopniowe (a uwzględniając doktorat to trzystopniowe) już to umożliwiają. Musi dokonać się tylko zmiana w mentalności. Naszej mentalności.

Potrzebne są też zmiany prawne. Wystarczy uznać, że państwo swoim obywatelom funduje bezpłatne studia, ale tylko raz. W dowolnym wieku 5 lat studiów, licencjat i magisterka. Nie ważne kiedy. Nie trzeba więc do 27 roku życia. Z tym się wiążą ulgi dla studentów – nie wiek, ale raz  w życiu. Wtedy studenci 40 plus czy 50 plus a nawet 60 plus nie będą ewenementem. Że za późno? Przecież pracować będziemy do 75 roku życia, więc ma to sens także z gospodarczego punktu widzenia. Na dodatek i tak jesteśmy skazani na kształcenie ustawiczne i nieustanne powroty na uczelnie, nie tylko na studia ale i krótkie kursy.

Jeśli ktoś straci pracę, to lepiej niech się uczy niż jest bezczynny. A wtedy bezpłatna forma dokształcania jest użyteczniejsza (bo skąd bezrobotny ma wziąć na czesne?).

Skoro uczyć i dokształcać się będziemy przez całe życie (i na emeryturze – uniwersytety trzeciego wieku), to warto wpleść kształcenie w życie rodzinne i zawodowe, a nie oddzielać tak jak kiedyś.

Przykład z Zielonej Góry pokazuje na poszukiwanie sensownych rozwiązań, także dla "ratowania" humanistyki. Natomiast rozwiązania w postaci bezpłatnych dwóch kierunków lub przymusowych wykładów "humanistycznych" są wręcz szkodliwe. Coś w rodzaju przymusowego skupu interwencyjnego.

Bo po co studiować równocześnie dwa kierunki? Tylko dla dwóch różnych dyplomów (z punktu widzenia studenta) oraz cudownego rozmnożenia studentów (z punktu widzenia godzin na uczelni). Taki student nie ma czasu na własny rozwój tylko na odrabianie lekcji i wysiadywanie na zajęciach. Jest prostsze rozwiązanie, znane od wieków, dla studentów o szerokich zainteresowaniach: po prostu luźna siatka godzin i program do wyboru. Czy studia indywidualne studia mają być dla wybranych i nielicznych czy mogą być dla wszystkich? Że wygodniej układa się plan zajęć dla skoszarowanych grup? A od czego są komputery i USOS? P:onadto system wyboru działał przez dziesięciolecia i bez komputerów. Fakt, że nie u nas….

Czy dwa dyplomy ułatwią znalezienie pracy? Wątpliwe – liczą się rzeczywiste kompetencje i umiejętności oraz renoma uczelni. Bardziej pomóżmy naszym absolwentom, gdy za dyplomem będzie szła renoma i dobra marka niż gdy będziemy wyposażali ich w całe kolekcje dyplomów z różnymi nazwami.  

Zamiast więc sztywnego planu i obowiązkowych wykładów dla studentów lepiej niech uniwersytety tworzą warunki do rozwoju. Kształcenie poziome jest również istotne. W nowszym ujęciu możemy mówić o konektywizmie.

Gospodarki nie ratuje interwencyjny skup i regulowane ceny. Uniwersytetów także nie uratuje "interwencyjne kontraktowanie wykładów" z dowolnej dziedziny. Przykład z Zielonej Góry jest zwiastunem poszukiwania sensownych rozwiązań. Dorzucić można jeszcze wprowadzanie krótkich kursów o strukturze modułowej  zamiast studiów podyplomowych.

Zamieszczony wyżej wywiad w Gazecie Olsztyńskiej wywołał gdzieniegdzie zakulisowe dyskusje i oburzenie, że niby wypowiadam się przeciw humanistyce. Zachęcam krytykujących do uważniejszego przeczytania i.. publicznego zabierania głosu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s