Dlaczego Warmia i Mazury się wyludniają?

"Warmińsko-Mazurskie jest w czołówce regionów, które najbardziej się wyludniły z powodu emigracji. (…) tracimy tych, których stracić nie powinniśmy. (…)
Z regionu wyjechało 7,5 proc. ludności."

Cały tekst

Inne z kolei dane prognozują wzrost zatrudnienia w naszym regionie (zobacz). Czy nie ma sprzeczności, między tymi zestawieniami? Z jednej strony ludzie wyjeżdżają, z drugiej wzrośnie liczba miejsc pracy? Sprzeczności chyba nie ma, bo mamy duże bezrobocie…

Szkoda, że wyjeżdżają. Bo nie widzą u nas szans na prace i/lub dobre życie? Z drugiej zaś strony inni ludzie do nas przyjeżdżają i się osiedlają. Prowincja jednych wygania, drugich kusi.

Przez wiekami przywędrowali w te rejony Goci. A później wyemigrowali nad Morze Czarne. Najpewniej nie wyemigrowali jednorazowo i w całości. Może, tak jak obecnie, najpierw emigrowali najbardziej ambitni, niespełnieni, w poszukiwaniu szansy na sukces. Część na pewno została i utrzymany był kontakt, o czym świadczy napływ towarów z rejonu Morza Czarnego i Bizancjum. Ale kultura zaniknęła. Napłynęli Prusowie. Potem Słowianie. Mimo ciągłości wiele się zmieniło a my odczytujemy to jako pojawienie się i zniknięcie całej kultury, etnosu.

Warmia i Mazury się wyludniają, tracimy ludzi młodych, wykształconych, ambitnych, gotowych zaryzykować i ciężko pracować. Tracimy najcenniejszy kapitał – kapitał ludzki.

Po co jest Uniwersytet Warmińsko-Mazurski? Czy tylko nazwa osadzony w regionie? Czy wyposaża w wiedzę młodych ludzi aby dali sobie radę w szerokim świecie? Budujemy szerokie drogi – aby szybciej mogli wyjeżdżać? Uczymy ich języków i zawodu – aby łatwiej wyjechali pracować za granicą? Czy uniwersytet potrafi stworzyć taki klimat, że nie tylko zostaną ale i będą tu szczęśliwi, zrealizowani?

Potrzebne są inwestycję w wiedzę. Inwestycja w wiedzę i innowacje przynosi korzyści dopiero po jakimś czasie. Może frustrować, że sporo się robi a nie widać natychmiastowych efektów. Ale potem "samo się dzieje". Tak jak z rolnikiem, gdy w wakacje patrzymy na wsie, to moglibyśmy sądzić, że "rolnik śpi a zboże samo mu rośnie". Wcześniej jednak musiał pomyśleć, zaryzykować, zasiać i się napracować. To była jego inwestycja. Z wiedzą i innowacją jest podobnie. Dostrzegamy tylko zyskowny finał, a nie dostrzegamy porażek, ryzyka i pracy.
Potrzebna cierpliwość. Ale samo nie urośnie, od samego czekania…

Niech młodzi ludzie wyjeżdżają…. ale na urlop, wakacje, krótszy lub dłuższy staż. Bo po takich wyjazdach szybko wracają z nowymi wrażeniami, wypoczęci i z nowymi doświadczeniami (kapitał ludzki ulega pomnożeniu). Ale żeby tak było potrzebne są inwestycje, w tym w przestrzeń publiczną, gdzie żyje się dobrze. Przestrzeń, gdzie spotyka się człowiek z człowiekiem, gdzie można toczyć rozmowy, inspirować się, wypoczywać, czuć się szczęśliwym. Do tego potrzebne parki, chodniki, ładna przestrzeń. A tego nie czynią betonowane parki, oszpecające reklamy gdzie nie obrócić głowę, zastawione samochodami chodniki.

W jakich warunkach jesteśmy twórczy?

W jakich warunkach jesteśmy twórczy? W niedosycie. Nadmiar rozprasza i rozleniwia, zaśmieca spamem, hałasem, reklamami, gotowizną: myśli, zabawek, publikacji.
To, co już dawno spostrzegli filozofowie, teraz potwierdzają nauki biologiczne i neurobiolodzy. Mózg do dobrej i kreatywnej pracy potrzebuje się czasem ponudzić. Jak naukowiec leży na trawie to wcale nie znaczy, że jest bumelantem. 

Stachanowskie normy pracy ilościowej, mierzonej w liczbie publikacji (lub liczbie punktów) nie służą jakości. Styl korporacyjnej wydajności sprzyjać może nawet różnej nieuczciwości, od plagiatów po produkcję publikacji dla samych publikacji. Rośnie presja na pozorowanie pracy przez produkowanie dokumentów. Nie ważne co robić, ważne czy są na to "papiery". Pracy może nie być, bo nikt tego nie chce sprawdzać, liczą się "papiery", bo tylko to jest ważne. W przewodach naukowych… nawet można nie oglądać człowieka, ogląda się tylko papiery….  
Tylko czekać, aż ktoś dla dowcipu skieruje do oceny (awansu) nie istniejącą osobę (wykreowana papierowo i publikacyjnie – redakcje czasopism oglądają tylko pliki). I uczelnia jakaś tam nada stopień lub tytuł fikcyjnej postaci. Prowokacja dziennikarska co prawda wymagać będzie sporo zachodu, ale jest możliwa. Może już ktoś nad tym pracuje i realizuje szalony pomysł :). By obnażyć absurd.

Popkulturowi celebryci śledzą listy przebojów, politycy słupki poparcia w sondażach (nie kontaktują się z wyborcami tylko z sondażami) a naukowcy… sprawdzają w bazach sumaryczną liczbę słupków i indeks Hirsza. Uniwersytecie! czymże teraz jesteś?

Coraz większą radość sprawia mi spotykanie w środowisku akademickim ludzi normalnych, prawdziwych, autentycznych i skupionych na wiedzy i odkryciach. Pozwalają uwierzyć, że praca na uniwersytecie ma sens i że ten świat nie zwariował do końca. To, co powinno być normą, jest chyba (a może zawsze było?) tylko niszowym marginesem. Ale dobrze, że ten "margines" jest. W przeciwnym razie należałoby jak najszybciej zmienić pracę….

Formatowanie studentów do bezmyślnej odtwórczości

"Moi studenci w ciągu roku muszą napisać kilka tekstów – komentarzy do lektur. Takie ćwiczenia mają ich nauczyć unikania prostych błędów, są przygotowaniem do pracy rocznej. W ubiegłym roku w pierwszych miesiącach zajęć dostałam same teksty odtwórcze, streszczenia. Odsyłałam je i prosiłam o komentarz. Dopiero po jakimś czasie przyszła do mnie delegacja studentów z pytaniem, czy oni naprawdę w swoich pracach mogą napisać to, co myślą. Po tych wszystkich testach, rozwiązywaniu zadań pod klucz, obecnej maturze nie wierzyli w to, że ktoś naprawdę jest zainteresowany ich zdaniem na temat jakiejś lektury. Zetknęłam się z czymś takim po raz pierwszy, ale obawiam się, że następne roczniki będą tresowane w szkole w podobny sposób. Współczułam im, szkoła formatuje uczniów pod klucz i zabrania formułowania własnego zdania."

Cały tekst

Ale takie formatowanie odbywa się nie tylko w szkołe lecz i na uczelniach. I to nie tylko teraz. Dawniej też tak było. Teraz może tylko bardziej razi, jako mocno nieadekwatne do rzeczywistości…

Studenci (nie tylko) na Nocy Biologów

„Są cenni, bo umieją myśleć, sformułować problem i go rozwiązać, a potrzebną w danej branży wiedzę szybko przyswoić.”

Prawdziwe złoto testuje się w ogniu :). Ile warci są studenci można poznać w prawdziwych działaniach, w stresie, trudnościach, w zderzeniu z rzeczywistością. Nie na zajęciach ale właśnie w działaniach. To normalni studenci, nie przebrani, wyselekcjonowani. Normalna grupa w całości. Uczyli się współpracy i działania zespołowego. Była duża trema, ale w wystąpieniach publicznych wypadli bardzo dobrze.

Nie tyle odpytywać, co stwarzać szanse i realne problemy. Są lepsi niż o nich myślimy.

Osobiście jestem zadowolony z Waszego udziału w debacie o gospodarce. Jesteście naszym kapitałem ludzkim, bogactwem regionu. Warto zrobić wszystko, abyście zostali, abyście widzieli szanse dla siebie w naszym regionie.

ps. "następna razą" (odwołując się do filmu Machulskiego) znowu coś wymyślimy. Cieszę się, że jesteście gotowi na niecodzienne wyzwania. Nie pierwszy zresztą raz.

fot. Renata Gołębiewska

Dlaczego telewizja nie lubi programów naukowych i dlaczego kwitną pikniki naukowe

"Widzowie potrzebują programów naukowych, ale telewizje nie za bardzo chcą zająć się nauką. Dlatego przygotowuję teraz pokazy naukowe i filmy dla naukowców. Mam misję, której nie ma telewizja – powiedział PAP twórca programu „Laboratorium” Wiktor Niedzicki."

Przeciętni ludzie garną się do wiedzy, o czym przekonuje rynek popularnonaukowych "tabloidów" oraz rosnąca popularność festiwali i pikników naukowych. Duże zainteresowanie szkół i zwykłych ludzi niejako "wymusza" na uczelniach organizowanie pikników naukowych, takich jak Olsztyńskie Dni Nauki czy zbliżająca się Noc Biologów 2014.

W Olsztynie tegoroczna Noc Biologów tradycyjnie zacznie się… już o 9-tej rano (oficjalne otwarcie o 11-tej). Dlaczego tak wcześnie skoro noc zaczyna się dużo później a ideą tego rodzaju pikników naukowych jest umożliwienie udziału całym rodzinom, gdy dorośli są "już po pracy"? Dlatego wybrano właśnie piątek. Ale od samego początku widzimy duże zapotrzebowanie ze strony szkół. Przecież wiadomo, zajęcia szkolne są do południa, więc żeby przedszkole czy szkoła mogło zauczestniczyć… to musimy tak wcześnie zaczynać. To po prostu odpowiedź na ogromne zapotrzebowanie.

Dlaczego tego zainteresowania poznawianiem świata nie dostrzegają telewizje i różne media? Chociaż gazety i portale coraz mocniej dostrzegają taką potrzebę i sami do nas się zgłaszają z prośbą o informacje. W tym roku mocno zaznaczy się współpraca z Gazetą Olsztyńską. Razem będziemy się uczyć.

"
PAP: Dlaczego w stacjach telewizyjnych coraz mniej jest programów poświęconych nauce? Czy telewidzowie szukają w mediach już tylko rozrywki?

Wiktor Niedzicki: Brak programów naukowych w dobrym czasie antenowym to wyłącznie kwestia decyzji szefów telewizji. To nieprawda, że ludzie tych programów nie potrzebują. Mnie jednak udowodniono, że nie chcą. W telewizji jest to opanowane do perfekcji. Wyobraźmy sobie, że program jest emitowany o godz. 15. i przyciąga sporo widzów. Przesuwamy go na godz. 10. lub 11. z wtorku na środę i widownia spada niemal do zera. Wtedy mówi się: no widzisz, nikt tego nie ogląda.
Mój program („Laboratorium” – dop. PAP) przesunięto na godz. 11. Ci, do których on jest adresowany zwykle są w tym czasie w pracy, szkole albo na uczelni. Wiadomo, że widownia spada wtedy do drastycznego minimum.

PAP: Może pokazywanie programów naukowych w telewizji jest po prostu nieopłacalne?

W.N.: Reklamodawcy nie zdają sobie sprawy z tego, że taki program ma znakomity potencjał reklamowy. W kanałach tematycznych „Discovery”, „Planete” pojawiają się przecież reklamy. Oczywiście to musiałyby być produkty wyżej przetworzone, dla ludzi innowacyjnych, którzy myślą nowocześnie. Tu już proszku do prania, podpasek i wody się nie sprzeda."

Popularyzacja wiedzy, festiwale nauki stają się coraz modniejsze. Ale powierzchowne naśladowanie skutkuje czasem tym, że jest to rozrywka udająca wiedzę i informację naukową. Skupienie się na efekcie ale bez objaśniania. Owszem, ma to być w jakimś sensie show, zaciekawienie, przeciągnięcie uwagi. Ale skupianie się na efektowności a nie objaśnianiu jest tylko rozrywką. Widowiskowość to tylko wstęp do objaśniania. Proste czynności warsztatu naukowego mają sprawić, aby być ze sobą, aby nawiązać kontakt, aby zaciekawić. Ale muszą być kolejne elementy, rzetelnej pracy i zgłębiania.
Musi być objaśnianie rzeczywistości. Owszem, nie wszystko uda się w ciągu jednego pilniku. Czasem na refleksje i objaśnianie potrzeba czasu i wysiłku obu stron. Potrzebna jest po prostu kontynuacja.

I nie poprzestajemy na Nocy Biologów. Sami się uczymy komunikacji i idei uniwersytetu otwartego. Tak jak i w latach poprzednich, będzie po Nocy Biologów kontynuacja całoroczna. Nie tylko na blogu wydziałowym. Zależy nam na partnerskiej współpracy z mediami. Bo możemy się uczyć od siebie  i nawzajem uzupełniać.

Noc Biologów 2014 nie jest tylko zabawą, lecz jest także eksperymentem otwieraniem się uniwersytetu. Jest to uczenie się kształcenia ustawicznego i nieformalnego. Chcemy się tego nauczyć we współpracy z różnymi mediami.

Nie tylko show ale i objaśnianie rzeczywistości i pokazywanie wizji świata, pokazywanie możliwej przyszłości. Dlatego w tym roku akcentowana jest biogospodarka. W oparciu o naukowe wizje chcemy dyskutować z zaproszonymi interesariuszami, mediami, chcemy współpracować z otoczeniem uniwersyteckim. Bo nie istniejemy sami dla siebie. Będzie także centrum kompetencji, bo pracownicy i studenci chcą się uczyć komercjalizacji. By ci ostatni nie wyjeżdżali jako absolwenci za pracą gdzieś daleko. W przyszłości na pewno będzie mniej konsumpcji a ta i tak będzie oparta o zasoby i potencjał lokalny. Niech więc zostaną i u nas tworzą biogospodarkę, na Warmii i Mazurach.

Sporo miejsca poświęcimy różnym encyklopediom regionalnym. Encyklopediom, które dopiero powstają. To będzie tworzenie wiedzy wspólnej i upowszechnianie jej w zupełnie nowy sposób. Elektroniczna encyklopedia to uczenie się pracy zespołowej i interdyscyplinarnej oraz interaktywne uczestnictwo w portalach naukowych.

Zainteresowanie wiedzą nie musi być tylko bierne. Warto rozwijać naukę obywatelską Science 3.0.

Noc Biologów 2014 będzie zabawą. Ale nie tylko zabawą. Zebrane doświadczenia i refleksje w ciągu kolejnych miesięcy postaramy się przekuć w konkretne, innowacyjne projekty i przedsięwzięcia. Bądźcie razem z nami, w tym pierwszym i w tym drugim :).

Nauka i uczenie są jak synteza DNA

Informacja genetyczna i informacja, dla której nośnikiem jest układ nerwowy, są do siebie podobne. I tu i tu odbywa się reprodukcja wiedzy czy informacji. Ale nie tylko tej poprawnej. I w DNA i w naszym mózgu powielane są błędy lub innowacje. Jak ocenić co jest szkodliwym błędem a co innowacyjną i korzystną "mutacją"?

W praktyce szkolnej na każdym szczeblu obserwować możemy replikowanie się kujoństwa. Bo preferujemy postawy i style uczenia się takie, jakie sami preferujemy, jakimi jesteśmy. Tak sam jak to, że lubimy najbardziej piosenki…. które już znamy. Kujoństwo samo z siebie nie zniknie…. a można sadzić że w kulturze korporacyjnej nawet rozkwita.

Samopowielanie się (międzypokoleniowe) uczenia się na pamięć… albo przebojowości albo kreatywności. Zorientowanie na cel i proces (zrozumieć) albo na formę (jak najdokładniej zapamiętać). Jak przerwać magiczny krąg stylu uczenia się na pamięć, przecież to zupełnie niefunkcjonalne? A przecież trwa…

Może wszystko zależy od środowiska? Zatem nie tylko nauczyciel czy podręcznik ale środowisko edukacyjne jest ważne.

8 kilogramów papierowego spamu rocznie

Przez miesiąc zbierałem ulotki i papierowy spam ze skrzynki pocztowej. Od 20 listopada. Przypadło na okres przedświąteczny ale wcale nie było więcej ulotek. Mam wrażenie, że stopniowo spada liczna papierowego spamu.
Ale w ciągu miesiąca uzbierałem 0,74 kg papieru. W ciągu roku będzie teko ponad 8 kg. A przecież tego w ogóle nie czytam. Ponoszę tylko koszty, bo płacę za śmieci. Posegregowane, ale jednak płacę.

Do skrzynki dostaję niechciany papierowy spam, który generuje tylko koszty. Jeśli przyjąć, że w Olsztynie jest ok. 170 tysięcy mieszkańców, to pewnie jest i z 50 tys. skrzynek pocztowych. Na każdą po 8 kg, co rocznie daje 400 tys. kg (400 ton) papieru. Za utylizację trzeba zapłacić. Wszyscy ponosimy koszty niechcianej reklamy, nie tylko w skrzynkach pocztowych ale i te szpecące krajobraz bilbordy i banery. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że to nie tylko uwiera estetycznie, ale przynosi straty ekonomiczne.

I nie ma jak powiedzieć, że nie chcę w swojej skrzynce tego spamu. Może ktoś chce?
Jednocześnie poszukuję sam informacji o towarach, o jakości, ich wiarygodności, użyteczności. Tyle tylko, że poszukuję rzetelnej informacji a nie reklamy. Reklamom się nie ufa, nie wierzy w ich treść. Reklama nie jest tylko informowaniem o produkcie, jest także lukrowanym zachwalaniem. W mniejszej czy większej części fałszywym zachwalaniem.

Noc biologów, tabloidy, uniwersytet i utrata monopolu na wiedzę

Świąteczna podróż jest okazją do zakupu prasy, by poczytać w pociągu czy autobusie. Prenumeruję Świat Nauki i Wiedzę i Życie więc na półce z prasą szukałem czegoś innego. Zadziwiło mnie to, że jest kilka popularnonaukowych tytułów. Jeden z nich kupiłem, by szybko stwierdzić, że jest to popularnonaukowy tabloid: dużo ilustracji, mało treści. Nawet jeśli temat zaciekawi, to po kilku zdaniach się urywa, nie zaspokajając wiedzowo. Trzeba szukać gdzie indziej.

Czy popularnonaukowe tabloidy przyrodnicze są powodem do zmartwienia? Nie, jeśli pozostaną książki i czasopisma z obfitszą treścią; tak, jeśli zastąpią rzetelną i pełniejszą wiedzę. Na razie jest jedno i drugie. I w jakimś sensie cieszy to, że pojawia się rynek na tabloidy z treścią nie o VIP-ach i gwiazdeczkach serialowych, ale o wiedzy i odkryciach naukowych. Być może to znak, że rodzi się społeczeństwo wiedzy.

Z drugiej zaś strony studenci czasem przenoszą tę staboidyzowaną wiedzę na zajęcia uniwersyteckie. Nic złego w sensacyjnym stylu, problem pojawia się wtedy, gdy na tych zdawkowych informacjach poprzestają i nie szukają samodzielnie dalej i pełniej.

Tabloid to niedosyt i tylko liźnięcie tematu. Trzeba więc nauczyć samodzielnego zgłębiania i rozszerzania wiedzy.

Zbliża się ogólnopolska Noc Biologów. Jeszcze jeden piknik i festiwal popularnonaukowy, odpowiadający na rosnące potrzeby społeczne: ludzie chcą wiedzieć o świecie coraz więcej i szukają atrakcyjnych form. Szkoła utraciła monopol na wiedzę, konkurując już nie tylko z prasą czy telewizją i internetem, ale i z innymi przedsięwzięciami pozaszkolnymi. Festiwale nauki nie zastąpią szkoły – one mogą szkołę wspierać i uzupełniać. 

Czy taka Noc Biologów jest tabloidem nauki? Raczej nie. Noc Biologów, pośród innych tego typu przedsięwzięć, wskazuje na głębokie zmiany, dokonujące się w edukacji. Tradycyjna szkoła potrzebuje wsparcia.

Uniwersytet, tak jak szkoła, stracił monopol na wiedzę. Dlatego tradycyjne wykłady, podające (przekazujące) wiedzę tracą coraz bardziej swój pierwotny sens. Wiedzę coraz łatwiej uzyskać poza murami szkolnymi… i uniwersyteckimi (w "chmurze" i w dowolnym miejscu z "zasięgiem"). Dlatego szkoła, także ta wyższa, musi się gruntownie zmieniać.

„Szkoła straciła bowiem monopol na przekazywanie wiedzy. Zdaniem dr Małgorzaty Sieńczewskiej z UW większość polskich nauczycieli zdaje sobie sprawę, że ich rola się zmienia. -Nauczyciel staje się przewodnikiem, mentorem, który wskazuje uczniowi drogę, odkrywa i pomaga rozwijać jego zdolności. Ma porządkować wiedzę, którą dziecko już przynosi do szkoły z domu, podwórka czy wirtualnej rzeczywistości. By to zadziałało, potrzebna jest realna współpraca nauczyciela, rodzica i ucznia – zaznacza Sieńczewska.”
(czytaj cały artykuł)

No właśnie, już nie profesor wszystko wiedzący, krynica wiedzy, ale raczej przewodnik, bardziej doświadczony kolega w dociekaniach naukowych. W jakim sensie będzie to powrót do uniwersyteckich korzeni. Bo przecież w wieku XXI, w społeczeństwie wiedzy i koszmarnie szybko zmieniającym się świecie, wartością nie są same informacje i fakty, ale metoda dochodzenia do tych faktów i samodzielne, krytyczne myślenie. Ważna jest więc samodzielność intelektualna i kreatywność. I do tego zadania muszą się zmieniać polskie uniwersytety – tak jak te na całym świecie. Było by dobrze, abyśmy w tym procesie nie byli zaściankowymi i skansenowymi maruderami.

W cytowanym już artykule można wyczytać w kontekście szkoły: „Nauczyciele, wystraszeni nadzorem, który wymaga tylko wyników, zamiast inspirować uczniów, uczą ich pod testy, zasłaniając się podstawą programową, bo inaczej stracą pracę.”

A my, na uniwesytetach, zapadając na cytozę, impaktozę i rankingozę, też nie inspirujemy tylko na wszystko zbieramy papiery, raporty, ewaluacje (udokumentowanie działań ważniejsze niż ich długofalowy efekt). Robimy dydaktykę pod sylabusy, pod testy i wyniki, pod pracodawców…. Jak w wyścigu szczurów w typowej korporacji.
Coraz bardziej liczą się wskaźniki, a nie ludzie.

„Jak ma zatem wyglądać szkoła przyszłości? – Nikt tego nie wie. Wiemy tylko, że musimy uczyć, jak korzystać z wiedzy. Tylko jaki jej kanon musi się znaleźć w głowie, a jaki w chmurze informatycznej? Czy muszę wiedzieć, ile wynosi elektroujemność chloru?"

Czytaj więcej
Dlatego filmiki typu „Matura to bzdura” same są bzdurą – sprawdzają wyrywkowo wiedzę. Niby ośmieszają, że ktoś jakieś podstawy nie zna (przed kamerą, na ulicy i z zaskoczenia). A gdzie sprawdzanie współpracy czy kreatywności? Cieszą dobre wyniki w testach PISA, ale może same testy nie sprawdzają tego, co najistotniejsze?

Ja się uczę obsługi nowego elektronicznego gadżetu (bo jak nauczyć studentów edukacji ustawicznej samemu tego nie doświadczając?). Od św. Mikołaja dostałem tablet i uczę się pracy chmurze… oraz mobilnego internetu. Uczę się, aby zrozumieć współczesny świat i współczesnych studentów. Przy okazji okazało się, że wcześniejsze zapisywanie danych „w chmurze” okazało się bardzo przydatne. Teraz trzeba robić kolejny krok dalej.

„Zniknie edukacja z podziałem na tradycyjne przedmioty, bo cywilizacyjny rozwój rozmywa ich dotychczasowe zakresy. Nauczanie myślenia, analizowania, wyciągania wniosków, korzystania z dostępnych zasobów wiedzy, a nie schematyczne jej wpajanie wymaga oderwania się od siatki przedmiotowej.”
(
Czytaj więcej
)

Od dawna to przeczuwam, dlatego poszukuję zupełnie nowych rozwiązań, koncentrując się na nauczaniu problemowym i interdyscyplinarnych pomysłach (tak jak ostatnio Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze).

"Już Johann Pestalozzi, szwajcarski pedagog, z XVIII w., mówił, że trzeba uczyć dziecko, a nie uczyć przedmiotu- dodaje Łukasz Turski. – Ale także upominał się ów szwajcarski reformator o to, by nauczyciele byli najlepiej wykształconą profesją."

U nas zlikwidowano kształcenie nauczycielskie. Po powstaniu uniwersytetu i włączeniu Instytutu Biologii i Ochrony Środowiska dawnej Wyższej Szkoły Pedagogicznej do Wydziału Biologii Uniwersytety Warmińsko-Mazurskiego, specjalność nauczycielską na kierunku biologia zlikwidowano, dokształcanie nauczycielskie czyniąc płatnym kursem uzupełniającym. A więc każdy może być nauczycielem biologii czy przyrody: rolnik, zootechnik, weterynarz, technolog żywności, byleby ukończył kurs dodatkowy. Umiejętności pedagogiczne stały się marginalne. W rezultacie mamy biotechnologów i mikrobiologów a brakuje biologów, nie mówiąc już o nauczycielach.

„Oczyma wyobraźni widzę otwarte centra kształcenia, w których do 12., 13. roku życia przewodnicy dziecięcych grup, nieustannie mieszanych pod względem wieku i zainteresowań, rozbudzają w nich ciekawość poznawczą, motywują i zadziwiają otoczeniem.”
(cały artykuł)

Noc Biologów i festiwale nauki są tylko namiastką (pierwszym krokiem), pokazują skalę potrzeb. Robimy to społecznie i od święta a nie na co dzień. Uniwersytet powinien się zasadniczo zmienić. Więcej Nocy Biologów i Dni Nauki, więcej obecności uczniów w uniwersyteckich laboratoriach i wspólnych poszukiwań. Potrzebne są centra edukacji (te duże i te małe, powiatowe i gminne), wspierające szkołę, takie jak Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. I role takich edukacyjnych centrów powinny przejmować uniwersytety. Coraz bardziej się otwierając na kształcenie ustawiczne i pozaformalne, poszukując coraz to nowych form upowszechniania wiedzy.

Dobra popularyzacja nie różni się od dobrej nauki (jedno i drugie jest upowszechnianiem wiedzy, dostosowując przekaz do odbiorcy a nie koncentrując się na sobie). Trafnie ujął to historyk, Norman Davies
„Nigdy nie byłem zwolennikiem podziału na książki „popularne” i książki „naukowe”. Istnieją książki popularne oparte na solidnej wiedzy naukowej, ale są tez książki naukowe, które – gdyby je umiejętnie napisać i dobrze skonstruować – mogłyby trafić do kategorii „popularne”.

Studiować czy nie studiować oto jest pytanie

Do niedawna oczywista była odpowiedź na tytułowe pytanie. Ale ostatnio, gdy wzrasta liczba bezrobotnych magistrów, sens wyższego wykształcenia jest coraz częściej kontestowany. W Wielkiej Brytanii myślą nawet, aby uruchomić programy społeczne zniechęcające do studiowania. Bo ponoć za dużo mamy ludzi wykształconych i lepiej, żeby wcześniej podejmowali pracę.

Moim zdanie jeśli mamy czegoś za dużo to najwyżej źle wykształconych. Właściwsze byłoby więc pytanie nie czy ale jak i czego uczyć.

Koniec roku skłania do podsumowań tego co minęło i zastanawiania się nad przyszłością. Z analizy rynku pracy w Polsce wynika, że zapotrzebowanie na absolwentów szkół wyższych będzie na kilka lat (w roku 2020) jeszcze wyższe:

„Z naszych badań widać, że zdecydowanie wzrośnie popyt na specjalistów po studiach z wysokimi kwalifikacjami, a spadnie zapotrzebowanie na pracowników wykonujących proste prace.” (źródło)

Nie oznacza to jednak, że każde studia dają pracę. Poszukiwani są i będą absolwenci dobrze przygotowani do gospodarki XXI wieku:

"Są cenni, bo umieją myśleć, sformułować problem i go rozwiązać, a potrzebną w danej branży wiedzę szybko przyswoić.” (Marta Piątkowska, Bartosz Sendrowicz, Gazeta Wyborcza z dnia

05.12.2013).

Nie chodzi więc o uczenie na pamięć formułek i "ważnych" treści. Chodzi o umiejętność myślenia i rozwiązywania problemów. A jak to sprawdzić, czy student to umie? O wiele bardzie przydatne będą zajęcia problemowe i skoncentrowane na zadaniu, gdzie zaliczeniem będzie rozwiązanie konkretnego, złożonego problemu, wymagającego nie tylko myślenia i kreatywności ale i pracy zespołowej. Testy i egzaminy pisemne tego nie sprawdzą…

Jednym słowem zapotrzebowanie na licencjatów i magistrów będzie rosło… ale konieczne są duże zmiany na samych uniwersytetach bo nie chodzi o jakiekolwiek dyplomy uczelni wyższych ale dobre kształcenie.