Dlaczego ludzie przyszli na śniadanie na trawie ?

trawnik_ulica

Śniadanie na trawie w olsztyńskim Parku Centralnym (19 lipca 2014 r.) spotkało się z bardzo dużym oddźwiękiem. Przyszło ponad półtora tysiąca osób (zobacz zdjęcia). I to całymi rodzinami.
Osobiście byłem zaskoczony z kilku powodów. Miło zaskoczony.

Mój udział w tym parkowym happeningu był społeczny, niekomercyjny i urlopowy. Pozytywnie odpowiedziałam na zaproszenie pani Ewy Bartnikowskiej z Gazety Olsztyńskiej, aby dołączyć do uroczystego, oficjalnego otwarcia Parku Centralnego. Dołożyłem swoje „obywatelskie” trzy grosze, aby promować aktywny wypoczynek w przestrzeni publicznej. Aby tę przestrzeń niejako odzyskiwać.

Ośmielam się pisać, że przyszły tłumy wcale nie dlatego, że przyciągnęła nowa inwestycja (ale na pewno przyciągała i fontanna i ciekawość nowego parku). Nie przeszkadzały takie czy inne niedociągnięcia, bo przyciągała chęć spotkania się z ludźmi. To nie było pierwsze olsztyńskie śniadanie na trawniku, ale bez wątpienia największe do tej pory i z największym rezonansem społecznym. To zasługa nagłośnienia przez media, a w szczególności Gazetę Olsztyńską. Duży udział pokazuje potrzeby społeczności miejskich. Do dobrego życia potrzebujemy niekomercyjnych przestrzeni zielonych, parków, skwerów, trawników.

Zabrałem ze sobą do rozdania kilka książek, trochę malowanych butelek i buteleczek. I butelkę wody z kranu. Moim wielkim zdziwieniem było to, że w koszyku do domu przyniosłem więcej, niż zabrałem do parku. Jakim cudem? Po prostu ludzie z wielką radością dzielili się tym, co sami zrobili, przygotowali. Przyszli by się cieszyć spotkaniem z innymi. I tę radość ze spotkania w przestrzeni publicznej było widać na twarzach.

Znajomy wydrukował dla siebie i dla syna okolicznościową koszulkę i rozdawał jednogroszówki. Na szczęście. Było to w pełni spontaniczne (a podobnych inicjatyw oddolnych było więcej). Ja spotkałem wielu znajomych i dawno nie widzianych przyjaciół. Dostałem poduszkę własnoręcznie uszytą. Dostałem dwie książki autorskie z autografem, własnoręcznie zrobioną naleweczkę, trzy słoiki powideł, przecudnie opakowanych. Częstowany byłem kawą, kanapkami, ciastem domowym, warmińskimi fafernuchami i napojem pietruszkowo-imbirowym. A przede wszystkim było dużo uśmiechów i ciekawych rozmów.

Część osób była zdziwiona, że można było przyjść z własnym kocem i rozłożyć się na trawie. Mimo, że pisano o tym w gazetach i portalach społecznościowych. Najwyraźniej nie uwierzyli… że po prostu można siąść na trawie i piknikować w środku miasta.

Duża frekwencja świadczy, że wiele osób chciało czegoś takiego. Potrzebny tłum, aby się samemu odważyć, aby zacząć i się nie wstydzić. Teraz z pewnością będzie łatwiej. Zaskakiwała duża liczba rodzin z małymi dziećmi. Znajomy powiedział nawet „jak to jest z tym niżem demograficznym, kiedy wokoło takie tłumy małych dzieci ?” Może po prostu z małym dzieckiem trudno iść do restauracji (nawet jak są kąciki do zabaw).

Ale najważniejsze było chyba to, że można było spotkać ludzi. Tyle wzajemnej życzliwości dawno nie widziałem. Najwyraźniej ludzie są z natury dobrzy i towarzyscy – potrzeba tylko odpowiedniej przestrzeni publicznej, byśmy mogli się ze sobą spotykać. I cieszyć się razem.

Na Facebooku informowałem, że będę na kocyku pod brzozą. Ale to był dzień słoneczny. Po przyjściu do parku, od razu skryłem się w cieniu wielkiego buka. Przepraszam tych, którzy mnie w tym tłumie nie odnaleźli. Myślę, że będą jeszcze kolejne sympatyczne okazje, by poleżeć na trawie  w środku miasta, beztrosko pomajtać nogami, zjeść kanapki, przyniesione z domu, zagrać w jakąkolwiek grę i.. rozmawiać. Jak w cittaslow.

Frekwencja na śniadaniu na trawie w Parku Centralnym dobrze ilustruje potrzeby współczesnego człowieka. Miliony lat ewolucji … uczyniły z nas istotę społeczną. Chcemy kontaktów nawet w wielkim mieście.

O wyobraźni, wykształceniu i empatii w kontekście narzekania na parkowe inwestycje

Wyobraźnia ważniejsza jest od wykształcenia. Tak powiedział Albert Einstein i miał rację. Bo nie wystarczy być wąsko wykształconym specjalistą, trzeba umieć dostrzec kontekst, w którym znajdzie się jego dzieło. Niech przykładem będą różne inwestycje, pięknie wyglądające w projekcie, ale po wykonaniu nagle wychodzą różne niespodziewane braki i niedogodności (a ludzie narzekają). Wynikają one z nieuwzględnienia kontekstu miejsca i otoczenia.

Na przykład olsztyński Plac Konsulatu. Postawiono Kolumnę Orła Białego, bo z racji miejsca i odbywających się czasem uroczystości patriotycznych, dobrze wpisywała się chyba w ten skwer. Przy okazji odnowiono plac, za spore pieniądze. Tradycyjnie wyłożono granitem, polbrukiem i usunięto sporo zieleni. Zlikwidowano także dawniej istniejącą tu fontannę. Powstał plac, na których wygodnie organizować capstrzyki, wygodnie stanie kompania honorowa i poczty sztandarowe. Ile jest takich uroczystości w roku? Jedna, może dwie, najwyżej trzy. A co z pozostałymi 352 dniami w roku?

Po oddaniu inwestycji okazało się, że nie ma ławek. Więc skwer był praktycznie niefunkcjonalny. Ten brak po jakichś kilkunastu dniach (i licznych protestach) naprawiono. Ale dalej pozostają inne błędy architektoniczne i funkcjonalne (znacznie trudniejsze do usunięcia). W dawnym konsulacie, pięknej kamienicy mieści się siedziba Towarzystwa Miłośników Olsztyna. Ale jednocześnie i kamienica i plac obwieszony jest tandetnymi banerami reklamowani. Estetyka patriotycznego miejsca? Ewidentnie skwer podupada, bo nie są zaspokojone podstawowe funkcje takiego miejsca w mieście. I codziennego życia mieszkańców.

Wysokie krawężniki oddzielają glebę pod drzewami od wody deszczowej (spływającej po placu). W skali miejskiej fatalnie jest realizowana funkcja ochrony przed ulewnymi deszczami (te będą się nasilać, bo klimat się ociepla). Projektant zupełnie o takich funkcjach nie pomyślał, a zleceniodawca (miasto) nie przypomniało. Przez takie rozwiązanie drzewa na dodatek będą miały za mało wody. Trzeba podlewać. A to kosztuje. Te zwiększone koszty wynikają z wadliwego projektu.

Od spodu kamień, po czterech stronach ściany budynków. Nie trudno przewidzieć, że latem będzie tu „piekarnik”. Dlatego w czasie upałów władze miasta ustawiają kurtynę wodną (na zdjęciu, lipiec 2014). Dlaczego zlikwidowano fontannę, tak niezbędną dla mikroklimatu jak i uroku tego skweru? Żeby było więcej wygodnego miejsca dla kompanii honorowej? Ale to potrzebne jest tylko raz w roku…

Przypomnijmy, wyobraźnia ważniejsza jest od wykształcenia. Bo projektant powinien się znać nie tylko na swojej robocie i nie tylko skupiać się na swoim projekcie, ale powinien umieć wyobrazić sobie kontekst miejsca, w których inwestycja stanie. I potrzeby ludzi. Na kontekst przy interpretacji zjawisk mocno zwracają uwagę ekolodzy i… filozofowie. Kontekst wiele zmienia. Dodałbym jeszcze empatię – bo ta pomaga wczuć się w potrzeby innych ludzi i dostosować rozwiązanie do potrzeb odbiorców i użytkowników (a nie samozachwycać się nad swoim dziełem oderwanym od kontekstu miejsca i ludzi). W kształceniu potrzeba więc skupić się nie tylko na wąskich, zawodowych kompetencja. Trzeba rozwijać wyobraźnię studentów i uczyć ich empatii. Wtedy dopiero będziemy mieli dobrze wyedukowanych i przygotowanych do pracy absolwentów. Wiedzę łatwo sprawdzić za pomocą testów. Znacznie trudniej sprawdzić wyobraźnię i empatię. Ale trzeba konsekwentnie rozwijać te niezbędne kompetencje miękkie.
Wyobraźnia i empatia potrzebne są zarówno projektantom jak i zleceniodawcom (w tym przypadku urzędowi miasta).

Władza nie musi się na wszystkim znać, ale powinna mieć na tyle wyobraźni i empatii, by wiedzieć z kim konsultować inwestycje, by były one funkcjonalne i trafione. Inaczej mimo wysiłku słyszeć będą narzekania i zmuszone będą do kosztownych poprawek.

Wcześniej już o wadach inwestycji na Placu Konsulatu pisałem (więc jest szerzej wyjaśnione):

Cittalsow – jakość zamiast ilości

cittal1

W idei cittaslow, powolnego życia w małym mieście, zawarte jest dążenie do podnoszenia jakości życia zamiast wydajności. W tym kontekście lepsza jest bezczynność niż wykonywanie pracy bzdurnej. Żyjemy w erze nadprodukcji rzeczy zbędnych, jednorazowych, śmieci w momencie powstania. Po co więc produkować śmietnik?

Żyjemy w epoce przyspieszonego przemijania. W sklepach trudno kupić latem odzież letnią czy buty – bo kolekcje letnie wyprzedano już wiosną, jako schodzące i likwidowane. Pośpiech tak duży, że kolekcje odzieży są wymieniane  z dużym wyprzężeniem. W rezultacie przemija (kolekcja) zanim nastanie (pora, do której była adresowana).

Wolniej – znaczy pełniej, dokładniej, głębiej. W czasie wakacyjnego wypoczynku jedziemy do dalekich egzotycznych krajów. Ale niczego nie poznajemy, to tylko surogat podróży. Siedzimy w jednolitych hotelach i jednakowych plażach. Odwiedzamy miejsca, które już znamy (ze zdjęć, z filmów). W rezultacie niczego nie poznajemy. Podróż to poznawanie zwłaszcza ludzi. Na to trzeba czasu. By posiedzieć, ponudzić się, czekać na spotkanie.
Podróżowanie to stan ducha a nie pokonywana odległość.
Po co wiec pracować po 14 godzin na dobę? By w czasie urlopu samolotem polecieć gdzież daleko nie odbywając tak w zasadzie w ogóle podróży?

Czasem wiec lepsza jest bezczynność czyż męczące wykonywanie bzdurnej pracy ku szybszemu przemijaniu. Jeszcze się nie nacieszymy, a już przemija… Cittaslow, to powrót do… miasta z ludźmi.

Kawiarnia naukowa na trawniku

filizankalezany

Idea kawiarni naukowych sięga czasów, gdy życie towarzyskie toczyło się „na salonach”. Ale dotyczyło to arystokracji i bogatego mieszczaństwa. Otwarte salony były po części przestrzenią prywatną, po części publiczną. Ale tylko dla wybranych i zapraszanych. Toczyły się dyskusje, zarówno te plotkarskie tak jak w maglu, jak i bardziej ambitne. Niczym obiady czwartkowe u króla Stasia. Na dworach szlacheckich też toczyło się życie salonowe, z muzyką, sztuką a czasem i dyskusjami naukowymi.

Kiedy oświetlono ulice lampami gazowymi (a potem elektrycznymi), w miastach pojawiło się życie wieczorne. Teatry, filharmonie, opery mogły przyjmować gości także i po zmroku. Bo bezpiecznie można było poruszać się ulicami i chodnikami. Wtedy życiem kulturalnym zatętniły kawiarnie. Miejsca publiczne w pełnym słowa tego znaczeniu.

Kawiarnie spowszedniały. Kiedyś częściej wychodziliśmy ze swych ciasnych i o niskim standardzie mieszkań, by przez chwilę pobyć w luksusie i w towarzystwie. Od kiedy znacząco podniósł się standard naszych mieszkań (a zwłaszcza artystów i cyganerii), życie kulturalne w kawiarniach zamarło. A życie naukowe toczyło się w salach uniwersyteckich, niczym w zamkniętym getcie.

Kawiarnie naukowe przeżywają w ostatnich latach renesans w Europie. A w zasadzie rozkwit, bo to w pewnym sensie nowe zjawisko. Wynika z kilku przyczyn. Po pierwsze zmierzch samochodu i powolny powrót do społecznego życia w mieście. Po drugie upowszechnienie się wyższego wykształcenia i otwarcie się nauki zawodowej ku odbiorcy. Nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu, ani prasa, ani radio, ani telewizja ani internet. W epoce kształcenia ustawicznego (przez całe życie) i rodzenia się nowych, pozaakademickich form kształcenia pozaformalnego pojawia się potrzeba spotykania i dyskutowania o problemach naukowych poza murami uniwersytetów. Kawiarnia naukowa to połączenie formalnego spotkania naukowego z nieformalnym spotkaniem towarzyskim, niczym w dawnym mieszczańskim salonie. Jedzenie przy stole bardzo łączy, jest czymś co towarzyszy dysputom naukowym już od starożytnej Grecji. Sympozjum to nic innego jak wspólne picie, biesiadowanie (syn – wspólny, posis – picie). Kawa, herbata i ciastko są tylko pretekstem do inicjowania dyskusji, debat czy krótkich wykładów. A przy filiżance można po prostu pomilczeć. Nie trzeba zabijać ciszy, gdy akurat nie ma się nic do powiedzenia (a wyobrażacie sobie cisze na oficjalnym zebraniu naukowym?). W kawiarni naukowej więcej jest okazji do dyskusji nieformalnych, niczym w kuluarach konferencji naukowej. Łatwiej pokonać tremę i „strach” przed autorytetem naukowym.

Rola kawiarni w kulturze i popularyzacji wiedzy jest ogromna i staje się coraz większa. Za sprawą wykształconego społeczeństwa, które pragnie wiedzy i informacji a nie tylko plotek z życia telewizyjnych celebrytów. Popularyzacja wiedzy… także wśród naukowców odkrywa kawiarnie naukowe. Bo przy skrajnej specjalizacji naukowej, fizyk kwantowy jest dyletantem na spotkaniu literackim, historycznym, czy biologicznym, tak samo jak reszta nieakademickiej publiczności. Wiedza jest już zbyt szeroka a najłatwiej poznawać ją z pierwszego źródła, niejako in statu nascendi. Czyli od samych naukowców, w nieformalnym, kameralnych warunkach kawiarni naukowej. Lub w miejskim parku, na trawniku.

Za sprawą internetu coraz bardziej się decentralizujemy. Rola samochodu wyraźnie spada i miasta powracają do swoich pierwotnych, społecznych funkcji, a w ślad za tym zmienia się przestrzeń. Dlatego rośnie znaczenie terenów zielonych, skwerów, siłowni na powietrzu, parków. Pragniemy wychodzić z domu do przestrzeni publicznej, by być z ludźmi, rozmawiać. Potrzebujemy życia społecznego i towarzyskiego. Bo w swoich komfortowych, dużych mieszkaniach czujemy się samotni. Telewizor, internet czy pies nie zastąpi nam utraconego życia towarzyskiego. Rodzi się więc moda na różnego typu nieformalne spotkania w parku i na trawniku. W Olsztynie także. Za tymi potrzebami nadążać powinna dobrze zaprojektowana przestrzeń publiczna. Infrastruktura dostosowana do rzeczywistych potrzeb ludzkich.

Olsztyńska Kawiarnia Naukowa nieformalnego Klubu Profesorów Collegium Copernicanum funkcjonuje w Olsztynie już od wielu lat. Z okresami intensywniejszych lub mniej intensywnych okresów aktywności. Przenosząc się „pod chmurkę” lub pod gruszę nawiązujemy przecież do starożytnych tradycji … akademii w gaju oliwnym. Kawiarnia naukowa na trawniku w rytmie slow life. Tutaj punktów do kariery nikt nie przyznaje. Motywem jest więc tylko chęć poznania, dyskutowania, rozważania. Bez instytucjonalnego wyścigu szczurów i robienia kolejnych stopniu w karierze akademickiej. Wobec wiedzy i ciekawości wszyscy jesteśmy równi.

Popularyzacja nauki w Polsce jest wciąż nie tak powszechna i łatwo dostępna, zwłaszcza na prowincji. Nie mamy Centrum Nauki Kopernik, swojego Hyde Parku, ani Central Parku… niech będzie dowolny park w Olsztynie. Może klimat do spotkań stworzy Park Centralny, może Park nad Łyną. Czas pokaże.

A tymczasem zapraszam 19 lipca do Parku Centralnego (więcej na Facebooku) by przy grze w szachy, słuchaniu muzyki, przenośnej półce bookcorssingowej porozmawiać o bioróżnorodności w mieście, o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym regionu, o synantropizacji i ekologii człowieka. Porozmawiać o czymkolwiek, co ma związek z faktami, nauką i życiem codziennym we współczesnym mieście. O chwastach, które da się zjeść i owadach, które można spotkać nad Łyną. O malowaniu, szkicowaniu i szyciu sztuki. O historii wykorzystania Łyny itd. Będziemy grać w warcaby, malować, rozmawiać. Aby w spokojnej dyskusji, jak w chasydzkiej opowieści, gdzie za pomocą drobiazgu, tłumaczyć sprawy najważniejsze.

O gliniarzu, co nielegalnie wdziera się do naszych domów

Sceliphron_destillatoriumO gliniarzu pisałem dwa lata temu (Trąba wodna i gliniarz naścienny czyli rozważania o wyciąganiu wniosków z jednostkowych obserwacji). Teraz mam zdjęcie samej osy jak i kokonów (dwa zdjęcia niżej) „Wysyłam Panu zdjęcie (górne), które udało mi się zrobić. Nie jest super jakości , ale ganiałam tego gościa parę minut po szybie z aparatem . Zdjęcie wykonano w Kostomłotach – to już prawie dzielnica Kielc w lipcu tego roku . Anna Wojsa”

Gliniarz naścienny (Sceliphron destillatorum) to osa, z rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) o wdzięcznej nazwie gliniarz naścienny, która od jakiegoś czasu jest obserwowana w Polsce. Entomologom znana jest także pod nazwą szczerklina pająkówka. Jest to gatunek południowy, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Areał występowania tego gatunku sięga po Mongolię, Kazachstan, Iran, aż po Chiny. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim.

W Polsce podawany był z południowej części kraju, po raz pierwszy w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina. Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie. W 2013 roku odnotowano jej obecność w Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj., śląskie), pod Krakowem. W 2014 wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Jeśli obserwacja jest poprawna, to byłoby najdalej wysunięte stanowisko na północ.

Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu.
Wszystkie zamieszczone w komentarzach na moim blogu informacje pochodzą z siedzib ludzkich. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że gatunek preferuje nasze domy. Bo zbyt mało jest badań i poszukiwać i terenie. Możliwe, że jest u nas gatunkiem synantropijnym a w naszych domach ma po prostu cieplej. Na pewno dobrze w naszych domach się czuje. Być może rozwiązaniem byłoby stawianie tak zwanych „hoteli dla pszczół” – tworząc dogodne miejsce do budowy gniazd. I wilk byłby syty (znaczy gliniarz naścienny) i owca byłaby cała (czyli my nie bylibyśmy w strachu).

O użądleniach przez te osa na razie nie słychać. Jest osa samotną, więc w przeciwieństwie od os społecznych nie będzie broniła gniazda. Myślę, ze nie jest groźna. Aczkolwiek wywołuje niepokój. Podobno użądlenie jest jak ukłucie komara. Sama osa nie atakuje ludzi. Poluje na pająki.

„Są okropne…mieszkam we Włoszech i nie mogę się tego z domu pozbyć… Tak sobie tylko myślę, że muszą być strasznie szybkie te samice, bo taki kokon zrobiły w 2-3 dni. Jestem pewna, bo został przytwierdzony do bielizny schnącej na suszarce… Kokon pełen malutkich pajączków. Szok…”

W 2013 r. w lipcu pierwszy raz zauważyłam gliniarza w Chęcinach koło Kielc jak zbierał mokrą glinę. Jest dosyć duży więc trudno go nie zauważyć (Anita)”

„Od lipca tego roku (2013) nie mogę pozbyć się tego paskudztwa. Każdego dnia, przykleja się do pościeli i pozostawia plamy, kokonów na dzień robi od 4 do 6 szt.”

„Ja odkryłam gliniarza dzisiaj (2013) pod dachem, wciska się w szparę między ścianą domu, a drewnianym belkowanym dachem. Trochę mnie przestraszył, mam tylko nadzieję, że nie jest groźny dla człowieka.(Karolina)”

„W zeszłym roku przypadkiem odkryłam kokony gliniarza naściennego w kartonie w mieszkaniu. Był wielki szok a potem akcja wyrzucenia świństwa i zakładania moskitier w całym mieszkaniu. Niestety właśnie przy jednym (i tym samym) oknie znalazłam już czwartą osę po nie właściwej stronie moskitiery. Jak się tego pozbyć jak nawet nie wiem gdzie są gniazda?!?! Pomóżcie, bo wizja mieszkania z osami jest dla mnie zbyt przerażająca.”

„a ja właśnie wczoraj wywaliłam takie gniazdo spod kasety na roletę materiałową, w domu na oknie- skórkowana była zła – jak osa…. i kilkanaście porażonych pająków…niesamowite….”
No cóż, gliniarze nie maja u nas lekko. Nie znając ich zwyczajów i widząc pierwszy raz, boimy się nieznanego. I tępimy.

„Robi regularnie gliniane kokony na podstopniu schodów od strony zachodniej – ciepło i sucho. A w środku larwy, na wpół żywe, około 10 za każdym podejściem. Po zlikwidowaniu – 3-4 godziny i jest nowe gniazdo. Uporczywie wraca. Jak pozbyć się intruza, wszak tu mieszkamy i może przenieść się wszędzie? (Brodnica)”

Już myślałam, że tylko ja mam taki problem. Dzisiaj myłam okna i po otworzeniu jednego z okien omal zawału nie dostałam. Usunęliśmy dziś kilka kokonów, byłam przerażona bo nie miałam pojęcia z czym mam do czynienia. A więc i u mnie się te osy osiedliły ( Ewelina)”

„Czy może mi ktoś powiedzieć jak się tego pozbyć z domu? od 2 lat w lecie mam to samo…wlatują za meble i w inne miejsca. Mam w domu małe dzieci i trochę się boję, że kiedyś je dziabnie i będzie płacz. (Krystian)”

„Właśnie zasuwa po moim oknie (Irena)”

„Od tygodnia obserwuję gliniarza ściennego, naszukałam się w internecie co cholera mi się na strychu osiedliła, jest dosyć liczna. Jutro poszukam gniazd a później spryskam środkiem owadobójczym. Wolę nie ryzykować swojego zdrowia i dzieci.”

gliniarzpajaki„Właśnie w kuchni w żyrandolu znalazłam dwa kokony (zdjęcia wyżej). Podczas ich usuwania, jeden pękł i wysypały się z niego 24 martwe pająki. Do jednego pająka przytwierdzona była żółta larwa. Widok był tak zaskakujący, że zrobiłam zdjęcia. Drugi kokon w stanie nienaruszonym zostawiłam. Pozdrawiam, Basia”
Oczywiście pająki nie są martwe tylko sparaliżowane. Czyli jedna samica musi zebrać około 100 pająków. Ciekawe czy gliniarze mogą wywrzeć jakiś zauważalny skutek w liczebności pająków?

Ale wróćmy na chwilę jeszcze do gliniarza naściennego. Spotkać go można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam swoich ofiar, czyli pająków. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, rurkowato-dzbanuszkowanych komórek z gliny, w kształcie kokonu (dzbanuszek z klapką).
Po złożeniu jaja, do tak przygotowanej komórki, samica znosi pająki, sparaliżowane jadem. (nawet do 15-24 sztuki w jednej komórce). Osa swoje ofiary żądli ale nie zabija, tylko paraliżuje.

Nazwę osa wzięła od komórek wykonanych z gliny i przytwierdzanych w różnych miejscach, w tym na ścianach. Starsza nazwa (szczerklina pająkówka) odnosi się do pokarmu. Sparaliżowane ofiary czekają póki larwa gliniarza ich nie zje. Zapasu musi starczyć na całą zimę.
Po przepoczwarczeniu, latem następnego roku wygryza się z glinianego dzbanka i jako owad dorosły rozpoczyna kolejną fazę cyklu życiowego.

A dla zainteresowany jeszcze filmik https://www.youtube.com/watch?v=IQVfq_Ff_QA

O czerwończyku z Jeziora Płociduga czyli co się nam w ochronie przyrody udało

czerwonczyk

Przedwczoraj, idąc ścieżką przez osuszone, dawne Jezioro Płuciduga Mała, zobaczyłem niezwykłego motyla. Pośród licznym rusałek kratkowców (Araschnia levana, pokolenie letnie) i bielinków, zobaczyłem samicę czerwończyka nieparka (Lycaena dispar). Co w tym niezwykłego? Ano niezwykle jest to, że w mieście można spotkać gatunek naturowy (umieszczony w załączniku Dyrektywy Siedliskowej obszarów Natura 2000). Uganiają się za nim przyrodnicy z całej Europy, a on w mieście sobie żyje. Aparatu nie miałem, żeby uwiecznić spotkanie (na górze zdjęcie z ubiegłych lat z innego miejsca), bo zaskoczenie moje było duże.

Kilka dni temu widziałem wydrę w Olsztynie, bobry mieszkają na moim osiedlu „w krzakach przy parkingu”. Dzika przyroda i rzadkie gatunki w zasięgu ręki? Wracając tą ścieżką kilka godzin później zobaczyłem innego, prześlicznego motyla – mieniaka tęczowca (Apatura iris). Trzeba chyba aparat fotograficzny stale nosić ze sobą…

Ale to przykład, że działania w zakresie ochrony przyrody odnoszą skutek. Bóbr niegdyś rzadki, czy wydra, stają się pospolite. To owoce wytrwałej i wieloletniej pracy i starań wielu ludzi. W przypadku bobra czy łosia, ze względu na liczną populację, powinny być objęte planową gospodarką łowiecką, aby regulować ich liczebność (bo i tak giną pod kołami samochodów). Teraz powinniśmy skoncentrować wysiłki na innych, obecnie zagrożonych, gatunkach. Opinia publiczna jest w jakimś sensie mocno „zapóźniona” i siłą bezwładu koncertuje się jeszcze na gatunkach, które wymagały intensywnej ochrony przed wielu laty. Ale to zupełnie inną opowieść (bo niektóre treści wydają się kontrowersyjne, a więc wymagają staranniejszego i dokładniejszego wyjaśnienia).

Wróćmy do czerwończyka nieparka. Czemu się nim zajmować, kiedy w Polsce wydaje się jeszcze stosunkowo pospolity? W Polsce jeszcze tak, ale w innych krajach jest już rzadki a na przykład w Wielkiej Brytanii wyginął. Brytyjczycy kosztem sporych pieniędzy próbują go reintrodukować. A my w Olsztynie mamy to za darmo…

Czerwończyk nieparek (nazwa taka, bo wyraźny dymorfizm płciowy, jakby samiec i samiczka były nie do pary) to motyl o aktywności dziennej. Łatwo go więc zauważać na kwiatach w czasie wakacyjnych spacerów. Zazwyczaj występuje jedno pokolenie w roku, ale w sprzyjających warunkach mogą być i dwa. Dorosłe motyle spotkać można już od czerwca. Fruwają do końca sierpnia (gdy drugie pokolenie się pojawi).

Gąsienice tego motyla żerują na szczawiu lancetowatym, ale ostatnio coraz częściej konsumują także inne gatunki szczawiu. Występuje w niewielkich zagęszczeniach.
Nawet gdy występuje, to nie jest liczny. Każde spotkanie to przygoda (są podobne gatunki, więc nie wszystko co czerwone to czerwończyk nieparek, ale rozpoznać łatwo).

Wpisany został na listę gatunków „naturowych”, bowiem na wielu stanowiska w Europie wyginął, przede wszystkim na skutek zanikania torfowisk. W połowie XIX wieku wyginął całkowicie w Wielkiej Brytanii. W Polsce gatunek chroniony, na czerwonej liście zwierząt umieszczony z kategorią  LR (niższego ryzyka). Na międzynarodowej czerwonej liście IUCN jako  gatunek niskiego ryzyka (LR). W Konwencji Berneńskiej wymieniany w II Załączniku. W Dyrektywie Siedliskowej wymieniany w Załącznikach II i IV. Wynika, że jakiś „ważny” ten motyl. Bo jest jednocześnie wskaźnikiem stan środowiska.

Związany jest z podmokłymi łąkami oraz torfowiskami niskimi. Możliwe, że występują czerwończyki nieparki na mokradłach po dawnym Jeziorze Płociduga Mała oraz na podmokłych łąkach nad Łyną w okolicach Brzezin (dawne Jezioro Płociduga Duża). Mamy więc w Olsztynie na prawdę wspaniałą przyrodę. I dobrze byłoby ją zachować a nie degradować.

Dorosłe motyle w poszukiwaniu nektaru, którym się odżywiają, odwiedzają różne gatunki roślin kwiatowych, preferując głównie te mające kwiaty o barwie fioletowej i żółtej, rzadziej białej.
Zagrożeniem dla tego gatunku owada jest zmiana warunków siedliskowych (gdzie występuje i się rozwija), w tym przede wszystkim melioracje i osuszanie terenów podmokłych.

Do uratowania tego gatunki (i innych podobnych, choć mniej znanych) potrzebne jest odpowiednie gospodarowanie przyrodą. Czyli zachowanie siedlisk poprzez ekstensywne użytkowanie łąk wilgotnych i nie dopuszczaniu do ich zarastania oraz utrzymywaniu śródleśnych oczek wodnych, wokół których występują rośliny żywicielskie gąsienic.

Dzisiaj będę w Marcinkowie pod Mrągowem na II Świecie Róź i otwarciu pierwszej na Mazurach motylarni. Motylarnia będzie miała moim zdaniem przede wszystkim znaczenie edukacyjne. Będzie zwracała uwagę na potrzeby ochrony bioróżnorodności, a w szczególności ochronę motyli i ich siedlisk. W czasie uroczystości przewidziany jest mój krótki wykład na wolnym powietrzu. Opowiem o tym, że motyle są jak ptaki – bowiem niektóre gatunki na zimę odlatują do ciepłych krajów. Że są jak muchy, bo są piękne (dostrzec piękno można wtedy, gdy się bliżej przypatrzymy). Że są jak ludzie, bo się w ciągu życia zmieniają. I że są jak lwy, bo bywają drapieżnikami. Tyle na zachętę, szczegóły na wykładzie w mazurskich ogrodach.

Mrówki na trawniku czyli drapieżne motyle i śniadanie na trawie

modraszek

Mrówki na trawniku nieodłącznie kojarzą mi się z lekturami szkolnymi i Telimeną z Pana Tadeusza. Strach siąść na trawie, bo zaraz jakieś robactwo, jakieś mrówki obejdą? Lepiej więc wszystkie trawniki wyłożyć polbukiem? Ale wchodzące pod bieliznę mrówki to przecież sprzyjająca okoliczność by przełamać nieśmiałość i stworzyć pretekst do zbliżenia z Tadeuszem, a w sensie dosłownym, to okazja do spotkań międzyludzkich, niekoniecznie z erotycznym podtekstem.
(wyżej zdjęcie z lipcowego śniadania na trawie olsztyńskich blogerów).

Trawnik w mieście to dobry punkt odniesienia do dialogu między humanistami a przyrodnikami, między teoriami a codzienną praktyka i komfortem życia człowieka w mieście. To nie tylko okazja by wyjść z ciasnych przegródek poszatkowanego specjalizacjami świata.

Trawnik może być miejscem zarówno do dyskusji (przestrzeń publiczna) jak i czytania książek (samotnia w mieście). A nawet uprawiania sałaty i pomidorów. Nie zapominając, że jest miejscem życia mrówek i motyli. Do tego wszystkiego potrzebny jest dialog w wielu płaszczyznach, by się od siebie uczyć funkcjonowania świata w różnych wymiarach.

Trawnik w mieście to kość niezgody. W zasadzie nieużytek i utrapienie. Kosić toto trzeba (bo jakże może być nie skoszony!?), liście grabić. Same koszty. Więc wiele miejskich terenów potencjalnie zielonych zamienia się polbrukowe czy betonowe klepisko, zamieniane w place budowy (bo po co ma się tyle wolnego miejsca marnować). Potem jedynie z trudem służby miejskie wydrapują każde źdźbło trawy, każdą roślinę, która bez pozwolenia wyrośnie w szczelinie między płytami chodnika czy polbruku. A jeśli już trawnik, to cały zielony, równo przystrzyżony, jak plastikowa wycieraczka lub wykładzina w supermarkecie. Taka estetyka i mniemanie o dbałości pokutuje w naszej miejskiej mentalności, ze szkodą dla miejskiej różnorodności biologicznej i ze szkodą dla zdrowia człowieka.

Na szczęście od kilku lat już nie obowiązuje zakaz wchodzenia na trawniki i nie stawia się tabliczek „nie deptać zieleni” – czyli „zakaz wstępu, można tylko patrzeć z daleka”. Teraz już można wejść. Ale czy mamy odwagę? Przecież można w coś brzydkiego wdepnąć…

Pora na systematyczne odkrywanie, że tereny zielone mogą być także przestrzenią publiczną, w której wiele się dzieje, zarówno w zakresie kultury jak i dzikiej przyrody. A także, że to ekosystem wpływający na jakość życia, także człowieka. Jeśli spojrzeć na trawnik okiem przyrodnika, to dostrzec można tam istoty żywe. Na przykład mrówki i inne owady. A jeśli tak, to nie tylko ładniejszy ale i bardziej funkcjonalny jest trawnik z kwiatami, czyli bardziej łąka. I człowiekowi miło pospacerować, usiąść na kocu (lub bez), i wielu owadom, ssakom czy ptakom łatwiej żyć.
Bo kwiaty to nie tylko uroda dla ludzkich oczu, ale także zasoby pokarmowe dla wielu owadów (te z kolei są pokarmem dla ssaków i ptaków), na przykład motyli i pszczół samotnych.

Wreszcie dostrzegamy naszych braci mniejszych i już pojawiają się nie tylko karmniki dla ptaków ale i hotele dla pszczół (samotnych, na przykład murarki ogrodowej), domki dla biedronek, schronienia dla jeży a nawet… karmniki dla dżdżownic.

W przełamywaniu szkodliwych stereotypów pomagają różnorodne społeczne inicjatywy typu miejskiej partyzantki ogrodniczej. Skoro trawnik jest przestrzenią publiczną, to jest jednocześnie kością niezgody co do sposobu użytkowania. Jedni chcą z niego zrobić parking, inni wybieg dla psów (ale bez sprzątania po swoich pupilach), jeszcze inni widzą w nim łąkę z bogatą i dziką przyrodą, jeszcze inni warzywnik. Nie da się tych różnych oczekiwań pogodzić bez dialogu i negocjacji, bez empatii i prób zrozumienia różnorodnych potrzeb. Czyli bez kultury się nie obejdzie.

Nie da się rozwiązać problemów ekosystemowych bez uwzględnienia potrzeb człowieka i bez zrozumienia funkcjonowania społeczeństwa. Sporo się dzieje w zakresie dostrzegania zieleni miejskiej. Ale najbardziej ucieszył mnie w Olsztynie projekt BWA – „Nieużytki Sztuki”. Ogród, gdzie można posiać rośliny użytkowe, spotkać się, porozmawiać, poprzeżywać i nawet sztukę tworzyć. Jest to odzyskiwanie „nieużytków” dla przyrody i dla ludzi. Bo dlaczego mamy siedzieć pozamykani w blokowiskach jak w klatkach?

Dlaczego nie mamy korzystać z trawników, gdzie można usiąść, książkę poczytać, owady poobserwować a nawet kwiaty i marchewkę uprawiać? Co tam, można nawet plener malarski pod blokiem zrobić. W coraz większej liczbie miast produkuje się żywność a świeże warzywa na osiedlowym straganie pochodzą z miejskich upraw, nawet na dachu (poza atrakcją i wygodą przyczynia się do łagodzenia negatywnych skutków zmian klimatu i nasilania się klęsk żywiołowych).

Praca w ogrodzie jest znakomitym sposobem do kontaktów międzyludzkich. To takie ogrody 2.0, gdzie wykorzystywany jest wolontariat do pielęgnacji zieleni w mieście. Przestrzeń wokół nas może być piękniejsza i to za sprawą umiejętnego łączenia wolontariatu z animacją różnych instytucji. Ważniejszy jest w tym kapitał ludzki, bo pieniędzy wielki nie trzeba.

Ale wróćmy do mrówek na trawniku. Częste koszenie kosami żyłkowymi to istna masakra. Znikają kwiaty (źródło pokarmu dla zapylaczy), roślinność jest wycinana do gołej ziemi. Pod swoim blokiem próbuję sam sadzić kwiaty, krzewy. W większości niszczone są właśnie przez koszących trawniki. Posiałem stokrotki, ledwie kilka wyrosło, już został dwukrotnie przycięte przy samej glebie. Krzewy usychają od nieustannego obsikiwania przez psy i za bezmyślnym przyzwoleniem właścicieli. I tak od ponad dwóch lat nie jestem w stanie przywrócić zieleni na zniszczonym trawniku. Jesienią grabione są wszystkie liście, przez co brakuje pokarmu dla dżdżownic. Ewidentny brak zrozumienia i współpracy, gdzie służby pielęgnacji (?) przez nieudolność i niewiedzę wchodzą w konflikt z mieszkańcami. A przecież można połączyć energię ludzi w formie wolontariatu z instytucjonalnym zarządzaniem terenem.

Wśród zieleni spotkać można wiele gatunków motyli. Pośród nich są i modraszki (takie małe, niebieskie motyle). Mało kto zna cykl życiowy tych motyli. W ich dzieciństwie są drapieżne. Tak, tak, motyle mogą być drapieżne. Gąsienice modraszków wydzielają specjalne substancje, dzięki którym nie są atakowane przez mrówki, a nawet zanoszone są do mrowiska. Tam podjadają mrówkom pokarm a nawet zjadają larwy mrówek.

Życie na trawniku jest ciekawe w swej różnorodności i bogactwie. I czasem zaskakująco brutalne. Bioróżnorodność to dialog między kulturą a przyrodą. Przynajmniej powinien być to dialog i wzajemne zrozumienie. Tego nam w życiu codziennym bardzo brakuje. Być może akcja BWA w formie „Nieużytków Sztuki” jest zwiastunem głębokich zmian oraz wychodzenia instytucji poza własne mury ku przestrzeni publicznej. Na to liczę. Może przez sztukę uda się edukować wiele decyzyjnych i sprawczych osób, przesądzających o małych i dużych inwestycjach wokół nas. Potrzebny jest dialog dla zachowania miasta, potrzebna współpraca.

Więc spotykajmy się na trawnikach, naszych osiedlowych, zaadaptowanych przestrzeniach publicznych. Na trawniku spotkać można mrówki a więc i mrowiska. Ale ja bym nie wkładał kija w to rzeczywiste mrowisko – niech sobie żyją obok nas w spokoju. Bardziej kusi mnie to symboliczne włożenie kija w ludzkie mrowisko czyli sposób patrzenia na zieleń wokół nas: miejsce spotykać międzyludzkich i estetycznych doznań, czy tylko brzydkie pole konfliktu między różnymi grupami.

Spotkajmy się na trawniku, przy pięknej pogodzie, bo poczytać książkę, pograć w szachy, malować akwarele, obserwować owady, zbudować hotelik dla pszczół… a przede wszystkim by rozmawiać ze sobą. Nie trzeba wyjeżdżać daleko na wakacje by przebywać w pięknej przestrzeni i czuć się dobrze między ludźmi. Wszystko to jest w zasięgu ręki, na miejskim, osiedlowym trawniku. I nie wymaga wielkich inwestycji.

(tekst ukazał się w piśmie kulturalno-literackim VariArt, nr 2/2014, strony: 24-25)

A przy okazji zapraszam 19. lipca na śniadanie na trawie, organizowane w nowopowstałym Parku Centralnym w Olsztynie (zobacz wydarzenie na Facebooku).

Skąd się wzięły fafernuchy ?

fafernuchy2Fafernuchy to są takie ciastka z marchewką i ziołami oraz pieprzem, z charakterystycznym, pikantnym smakiem. Określane są jako wyroby regionalne. Ja je kosztowałem na Warmii. To było w czasie festiwalu dziedzictwa browarniczego. Lansowane razem z nowolatkami (inny rodzaj ciastek), jako przekąska do piwa.

Mniej więcej wiemy co to są fafernuchy, ale skąd się wzięły i dlaczego tak się nazywają? Dociekliwe i drążące pytania zadają dzieci i… naukowcy. I z jednymi i z drugimi trudno dłużej wytrzymać…

Gdy spytać o farernuchy zaraz można usłyszeć, że to takie kurpiowskie, regionalne ciastka. Nawet zostały wpisane do rejestru dziedzictwa niematerialnego województwa mazowieckiego (wpisane do rejestru w marcu 2010 roku). Czyli dotarły do nas, na Warmię i Mazury po 1945 roku wraz z nowymi osadnikami z Kurpiowszczyzny i północnego Mazowsza?

fafernuchyWe wpisie do rejestru, poza opisem wyglądu, składu itd. jest nawiązanie do historii, odnoszącej do Puszczy Białej i Kurpiowszczyzny: [fafernuchy] „Nazwę swoją zawdzięcza białym kulkom wytwarzanym przez roślinę o nazwie wełnianka [ale jak nazywana jest wełnianka? Ponadto dalej jest odniesienie do języka niemieckiego, S.Cz.], która gęsto porasta niedostępne bagna, otaczające wsie na tym obszarze. Pożywienie Kurpiów było skromne, a nawet ubogie. Gospodarstwa puszczańskie były w dużej mierze samowystarczalne. Podstawowym składnikiem większości potraw była mąka, którą uzyskiwano ze zboża uprawianego we własnych gospodarstwach. Ponadto na terenach puszczy wielu mieszkańców trudniło się bartnictwem, dlatego też do wielu dań dodawano miód. Fafernuchy na terenie Puszczy Białej pieczone są od wielu lat. Umiejętność wypieku tych ciastek jest pielęgnowana i przekazywana z pokolenia na pokolenie. Ciastka te w przeszłości pieczono na Nowy Rok niemal w każdym domu na terenie Puszczy Białej. Ich nazwa prawdopodobnie pochodzi od niemieckiego słowa „Pfefferkűchen”, co sugerowałoby, że przepis do Polski trafił z zachodu. Natomiast użycie miodu jako niezbędnego składnika fafernuchów wskazywałoby na pokrewieństwo z ciastem piernikowym. (…) Fafernuchy musiały być pierne [ czyli ostre, pieprzne] (…) Dziewczęta na Nowy Rok piekły powszechnie „fafernuchy”, jakby orzechy ze słodkiego ciasta (…) Fafernuchami częstowała się młodzież nawzajem, oraz grała na „cet” i „lich”; cet oznaczał do pary, a lich – nie do pary. Starzy w fafernuchy nie grali, bo by na pewno resztę zębów sobie nimi połamali. Całe towarzystwo brało udział w tych grach”.

Zatem fafernuchy to mają chyba niemiecką nazwę. Ponadto wspominał o nich Edward Cyfus. A więc są u nas „od przedwojnia”. Na Warmii dawniej fafernuchy zwane były pfeferkuchami.
Fafernuchy chyba miałyby coś wspólnego z piernikami. Bo korzenne. I chyba są archaiczne. To by tłumaczyło obecność zarówno w Prusach Wschodnich jak i na Kurpiowszczyźnie czy północnym Mazowszu. Po prostu przenikanie dziedzictwa kulturowego i adaptacja. Ale na to trzeba czasu. Nazwa więc wskazywałaby, że to raczej z kręgu niemieckiego fafernuchy się wzięły.

Ale skąd nazwa? Pierwsze moje skojarzenie to od pieprzu. Po niemiecku pieprz to Pfeffer. Pikantne ciasteczka z pieprzem. Pierwotnie pieczone były na okres nowego roku. Można byłoby je uznać za lokalną odmianę pikantnych pierników. W przepisach można znaleźć takie ingrediencje (poza mąką, masłem i jajkami): miód, cynamon, goździki, ziele angielskie, pieprz, kardamon, anyż. Poza miodem i anyżem reszta to zamorskie korzenie. Kosztowne, przynajmniej dawniej.
Nowolatki mazurskie miały – sądząc po nazwie – pochodzenie polskie (mazowieckie). Też były związane z różnymi obrzędami i zabobonami okresu noworocznego. Oprócz dodatku dużej ilości soli do ciasta, w przepisach wymienia się także: kminek, pieprz, natkę pietruszki, a nawet żółty ser utarty na drobnej tarce. Więc surowce lokalne i rodzime (poza pieprzem), dostępne dawniej nawet dla biedoty.

Okres noworoczny i pieprz w jakimś stopniu zbliża do fafernuchów. Może to to samo, tylko inaczej nazwane? U bogatszych szybciej docierały „pod strzechę” zamorskie korzenie?

O farernuchach z okolic Ostrołęki pisał Oskar Kolberg: „W Nowy – Rok pieką włościanie fafernuchy (Pfeferkuchen) czyli orzechy. Zarabia się je z miodem, mąką i pieprzem, i na piecu suszy. W dzień ten przy zabawie lub po wyjściu z kościoła, fafernuchy te dają sobie wszyscy sąsiedzi (jako datek noworoczny), lub też dziewuchy chłopcom i na odwrót. Nie obeszło się przytem bez pijatyki.”

Na ciekawy trop skierował mnie Aleksander Brückner (Słownik etymologiczny języka polskiego) ): „faferkraut r. 1532, ‘cząbr’, z niem. Pfefferkraut.” Czy cząbr to cząber? Szybko zajrzałem do Wikipedii, aby sprawdzić w niemieckiej wersji językowej jak jest po ichniemu cząber. No i pudło. Ale przecież Wikipedia nie jest jeszcze kompletnym i pełnym dziełem (ma jeszcze spore braki). Zajrzałem więc do „Słownika roślin użytkowych” Zbigniewa Podbielkowskiego. I tam obok współcześnie wikipediowej nazwy cząbru ogrodowego znalazłem nazwę takąż jak u Brücknera. W opisie także: „Korzenna przyprawa kuchenna, wchodzi w skład pieprzu ziołowego.”

No cóż, czarny pieprz jako korzenie zamorskie pod strzechy do masowej konsumpcji trafił dość późno. Zatem cząber bardziej jest prawdopodobny jako źródłosłów dla fafernuchów i przenikania tego dziedzictwa do różnych społeczności.

Jak znalazłem na stronie internetowej, poświęconej przyprawom, „cząber był jedną z najsilniejszych przypraw dostępnych dla Europejczyków, dopóki eksploracja świata i handel nie przyniosły im tropikalnych przypraw takich jak czarny pieprz. Wykorzystywany był do poprawienia smaku jedzenia przez ponad 2000 lat.” A więc wystarczająco długo w powszechnym użytkowaniu, by przenikać do wspólnego dziedzictwa niematerialnego.

Od Germanów sporo żeśmy przejęli, tego co w domu i w kuchni. Może ich w czasie wędrówek ludów po prostu między Wisłą a Łabą mocno żeśmy zeslawizowali (tych, co zostali, inni poszli na Zachód, do Rzymu, do Afryki itd.)?

Okazuje się, że cząber wykorzystywany był nie tylko w kuchni ale i medycynie jak i magii. Uważany był za afrodyzjak. Nie on jeden. Bo na przykład lubczyk także – przez żołądek do serca? Jak widać nie tylko o smak i dogadzanie podniebieniu to służyło ale także magicznemu uwodzeniu. Może podobnie i z cząbrem pikantnym tak było, że w okresie noworocznym był do ciast piernikowych dodawany? Stąd te zabawy młodych i dobieranie się w pary lub nie-do-pary?

Wracając do fafernuchów (o cząbrze jeszcze będzie innym razem). Mają długą tradycję, sięgającą co najmniej średniowiecza, albo raczej czasów jeszcze pogańskich i praktyk magicznych. Mają więc prawo odwoływać się do tego dziedzictwa na Mazowszu, mają u i nas prawo, na Warmii i Mazurach. Już może nie do swatania, wróżenia czy uwodzenia, ale jako przekąska do wspólnego biesiadowania.

Ostatnimi czasy władze powiatu olsztyńskiego zachęcają mieszkańców do pieczenia fafernuchów i nowolatków jako regionalnych ciastek, które nadają się na piwne przekąski. A więc kolejne przetworzenie tradycji. Związane już nie z okresem noworocznym ale z wakacjami w Krainie Tysiąca Jezior. Pozostawałoby tylko – wzorem dziewiętnastowiecznej kurpiowszczyzny powiązanie farenuchów z alkoholem. No cóż, dziedzictwo kulinarnej, tak jak każde dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, jest nieustannie przetwarzane i aktualizowane. Inaczej byłoby to martwa „cepelia”.

ps. gdyby ktoś coś więcej wiedział o fafernuchach, to proszę pisać w komentarzach….

Śniadanie na trawie w Parku Centralnym

10262170_10203437896181450_2920608028019413771_n

Coraz więcej jest spontanicznych mini-akcji siadania na trawie, z kawą, kanapkami, z książką. Marzy nam się przestrzeń publiczna, w które swobodnie się czujemy. Trudno przełamać swoje nawyki, w grupie zawsze łatwiej. Na różne sposoby współczesne mieszczuchy odzyskują przestrzeń publiczną. Bo chcą być pozamykani w klatkach. Coraz bardziej zwracamy uwagę na jakość życia.

Czasem są to zorganizowane, szerokie akcje takie jak Parking Day (zobacz filmik), czasem są bardzo kameralne, spontaniczne (zobacz studentów na trawie). Ostatnio uczestniczyłem w śniadaniu na trawie, zorganizowanym przez olsztyńskich blogerów (zobacz więcej). Ale i wieczorami może być cudnie w przestrzeni publicznej, czego przykładem są Węgrzy na Targu Rybnym.

Kiedy przy okazji przypadkowego spotkania z panią Ewą Bartnikowska, w czasie kiermasu w Bałdach, w czasie rozmowy o lokalnych i rękodzielniczych produktach (było ich sporo na straganach i to z naszego regionu) oraz rozmowy o nowym kierunku studiów – dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze (w kontekście rozwoju regionalnego), pani redaktor zaprosiła na otwarcie Parku Centralnego – od razu się zgodziłem. To nic, że urlop, że nieco inne plany. Ale taka okazja współpracy w promowaniu zdrowego stylu życia, nie trafia się często.

Wspólnie przecież można odkrywać dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze regionu. Można przecież połączyć oficjalne otwarcie, kampanię promocyjną inwestycji z zupełnie spontanicznymi, prywatnymi i niekomercyjnymi pomysłami. Współpraca buduje.

Park cieszy – i trzeba namawiać do kolejnych takich inwestycji. By mieszkało się w mieście lepiej. To nic, że jest kilka projektowych niedoróbek (na przykład zbyt mało ławek). Plusy przeważają. A o minusach jeszcze będę pisał, przede wszystkim po to, aby unikać podobnych błędów w przyszłości. O plusach także. By je w kolejnych inwestycjach ponawiać. Na przykład jest więcej wejść do parku niż wcześniej było. Są mosty co ułatwia korzystanie z dużej części miasta – na pewno powiększy się strefa rekreacyjna i turystyczna wokół Starówki. I zachowano sporo dzikiej zieleni z pokrzywami, trzcinami, starymi drzewami owocowymi.

Ale najważniejsi są ludzie. Dlatego zachęcam do wspólnego spotkania na ławce lub na trawie, nad cudną rzeką Łyną, w dniu 19 lipca (godz. 10.00-14.00). W przestrzeni publicznej, by pobyć ze sobą.

Śniadanie na trawie i gra towarzyska, uwalnianie książek (bookcrossing). Żaden tam turniej. Ot tak, pograć w szachy, warcaby, chińczyka lub domino. Albo jeszcze coś innego. Lub w klasy na chodniku (czy pamięta ktoś jeszcze zasady? Czy to podwórkowe dziedzictwo jeszcze ocalało?). By rozmawiać w przestrzeni publicznej. Lub tylko pomilczeć. Byle ze sobą. Pogapić się w wodę i porozmawiać o przyrodzie Warmii i Mazur. Albo o roślinach, grzybach i zwierzętach Olsztyna.

19 lipca będzie oficjalne otwarcie Parku Centralnego. Ale my chcemy go wypełnić treścią i ludźmi. Normalne, codzienne życie w mieście. I tak aż do końca świata. Życie towarzyskie organizowane spontanicznie. Może przy okazji dużej, oficjalnej akcji nabierzemy odwagi do siadania na trawniku, z kocykiem, drugim śniadaniem lub po południu, na podwieczorek. Poczytać książkę, pofikać nogami.

Weź wiec koszyk piknikowy, wodę z kranu nalej do butelki (bo w Olsztynie mamy dobrą wodę w kranie) lub kawę w termosie. I przyjdź posiedzieć. Znowu porozmawiamy. W dobrym towarzystwie to i pomilczeć fajnie. Jak chcesz, to możesz z przyjaciółmi wcześniej poćwiczyć… na dowolnym trawniku, skwerze czy parku… Trening czyni mistrza.

A może weźmiesz szkicownik i akwarele, by plenerowo twórczo poodpoczywać. Bo klimat miasta tworzą ludzie a nie sprzęty.
Weź ze sobą farby, lub szydełko (lub inne rękodzieło). Zrobimy sobie plener artystyczny.

Nie wiem czy w Parku Centralnym będzie Wi-Fi, dlatego przynieś swój tablet z własnym internetem. Zrobimy zdjęcia i opowiemy innym. Że można siąść na trawie i cieszyć się życiem. Z innymi ludźmi. Każdego dnia i nie tylko w Parku Centralnym.

Tajemniczy, nagi pogromca karmy dla kotów z Parku Centralnego. Czy da się go zjeść?

slimakiparkcent

Ośliniony przybysz, grasujący w Parku Centralnym w Olsztynie. W sam raz na wakacyjny sezon ogórkowy. Pierwszy raz widziałem bohatera niniejszego wpisu w  rzeczonym parku w 2011 roku, w czasie wycieczki. W tym roku widzę go masowo na drodze do pracy w okolicy dawnego jeziora Płuciduga Mała. Liczniejszy jest od innych ślimaków, i od ślimaka gajowego i od winniczka.

Kim jest – nie wiadomo. Można tylko się domyślać. Na pewno to ślinik. Taki ślimak. Nagi bo bez muszli. Czyli wszystko co trzeba dla ekshibicjonisty w miejskim parku. I jak napisała czytelniczka na moim blogu, w komentarzach „Może komuś takie ślimaki potrzebne? Mam ich od groma i nie wiem co z nimi zrobić …obgryzają kwiatki, jedzą karmę dla kotów.” Ktoś inny szybko dopisał „Podobno skupują je laboratoria bo wydzielina używana jest do kremów, wyczytałam, że płacą za 1 kg 2 zł 50 gr”. Czyli można się pozbyć i jeszcze zarobić.

Pomarańczowe ślimaki sieją spustoszenie w ogródkach i panikę wśród działkowców, zjadają zwłaszcza kiełkujące rośliny. Wyjadają nawet z miski karmę dla kotów. W tym roku pojawiły się i na moim osiedlu. Wyglądają na ślinika luzytańskiego ale może to być także ślinik wielki. Oba gatunki są do siebie bardzo podobne a pewnie odróżnić je można tylko po cechach anatomicznych.

Podobno śluz ślimaków wykorzystuje się do różnych kosmetycznych preparatów. W tym roku, ze względu na ochronę przetrzebionej populacji ślimaka winniczka, w naszym regionie zakazany jest (na rok) zbiór tegoż gatunku. Może więc przemysłowe zainteresowanie znajdzie ślinik? I da podwaliny dla lokalnej biogospodarki? Już nie jako karma ale bioprodukt. A może nawet ktoś wpadnie na lokalne SPA z pilingiem i maseczką śluzową?

Zacznijmy od gatunku inwazyjnego, ślinika luzytańskiego (Arion lusitanicus lub Arion vulgaris – nawet biolodzy-taksonomowie nie są jednego zdania co to tego ślimaka). Należy do rodziny ślinikowatych (Arionidae). To ślimak lądowym, bezmuszlowy (nagi) należący do ślimaków płucodysznych. Należy do tzw. kompleksu ARVC (od pierwszych liter nazw gatunkowych tych ślimaków), obejmującego trudne w identyfikacji, podobne do siebie morfologicznie gatunki: Arion rufus (ślinik wielki, o nim nieco dalej będzie) A. ater, A. vulgaris i A. lusitanicus. Trudno będzie więc jednoznacznie ustalić co za gatunek czynni nam szkody.

Jak znalazłem w opisie gatunku na Wikipedii, A. lusitanicus jest endemitem Półwyspu Iberyjskiego, a gatunkiem inwazyjnym w Europie jest pochodzący z zachodniej Francji A. vulgaris. Takie stanowisko nie jest wśród malakologów (biologów, zajmujących się mięczakami) powszechne. Wszystko przez to, że duża jest zmienność genetyczna tego gatunku (gatunków). Spory więc trwają o to jak potraktować tę zmienność i jak ewentualnie wydzielić granice między taksonami. Taki trochę scholastyczny spór ile diabłów zmieści się na łebku od szpilki. Paradygmat genetyczny mocno nami zawładnął, a tymczasem ślimaki zjadają rośliny w ogródku. Duża zmienność genetyczna typowa jest dla gatunków inwazyjnych, jak i ich zdolność do hybrydyzacji międzygatunkowej. Zostawmy jednak te dywagacje biologom (naukowcom).

Dorosły ślinik luzytański mierzy od 7 do 15 cm długości, ubarwiony jest w kolorze pastelowo pomarańczowym z lekko szarawo ubarwioną głową i czułkami. Jest wszystkożerny (taki to nadaje się na męża bo nie wybrzydza przy obiedzie). Zjada głównie rośliny ale skorzysta także z drobnej padliny czy martwej materii organicznej. Cechą sprzyjającą inwazyjności jest także jego hermafrodyczności (obupłciowość). Możnaby powiedzieć – nawiązując do popkultury – że jest bardzo gender. Jeden osobnik może złożyć w ciągu roku do 450 jaj. Dojrzałość płciową osiąga po roku a jaja składane są jesienią. Jak podaje literatura, większość osobników ginie zaraz po złożeniu jaj. Mała to dla nas pociecha, bo potomstwo jest liczne.

Ślimaki rozpoczynają kopulację po osiągnięciu dojrzałości płciowej (czyli w wieku 5-8 miesięcy), tj. w trzeciej dekadzie lipca. Temperatura poniżej 10°C ogranicza kopulację, a obniżenie do 5°C całkowicie ją uniemożliwia. Ocieplenie klimatu sprzyja rozprzestrzenianiu się tego gatunku. Po złożeniu jaj większość osobników ginie, reszta zimuje i ginie dopiero wiosną następnego roku.

Po miesiącu od złożenia jaj wylegają się młode – gdzieś w okresie września. Z jaj złożonych później młode osobniki wylęgają się dopiero wiosną następnego roku. Największe zagęszczenie dorosłych osobników przypada na pierwszą połowę sierpnia i utrzymuje się do końca września i połowy października.

Dlaczego ptaki ich nie jedzą? Albo ropuchy? Jaskrawy kolor wskazuje, że chyba ślinik jest niesmaczny. Trochę czasu minie, zanim pojawi się wyspecjalizowany drapieżnik, ograniczający liczebność śliników.

Najprawdopodobniej ślinik luzytański został rozwleczony z materiałem roślinnym lub różnymi odpadkami. W Europie jest gatunkiem inwazyjnym. Dotarł do Islandii i Skandynawii. Sam się na pewno tam nie przedostał, raczej jako pasażer na gapę. Przewozimy w czasie podróży dużo gatunków, część z nich potrafi się zaaklimatyzować i potem sprawiać duży kłopot. Na przykład cuchnący grzyb – okratek australijski – dostał się do Europy w czasie pierwszej wojny światowej na bucie jednego z żołnierzy z Australii.

Wróćmy do ślinika luzytańskiego. W Polsce po raz pierwszy odnotowany został w 1993 roku. Może był i wcześniej, tylko świat naukowy o tym jeszcze nie wiedział. Jest zaliczany do 100 najbardziej inwazyjnych gatunków w Europie. Dotarł także do USA. Biolodzy (taksonomowie) spierać się będą o jego pozycję taksonomiczna a on w tym czasie podbija świat, jako szkodnik ogrodów i pól uprawnych oraz roznosiciel patogenów roślin.

sllinikluzytanski

Ale w Polsce występuje także ślinik wielki (Arion rufus), bezmuszlowy (nagi) ślimak lądowy, gatunek synantropijny na Warmii i Mazurach. Zmienny w ubarwieniu, od czarnego do rudego. Dawniej formy barwne uważane były za osobne gatunki. Ślinik wielki, jak sama nazwa wskazuje, to największy krajowy ślinik, długość 10-15 cm, szerokości do 2 cm, zmienny w ubarwieniu, od czarnego do rudego. Kolor związany jest z obecnością w skórze ślimaka dwóch pigmentów: melaniny (czarny kolor) i rufiny (czerwono-rudy). Zawartość tych barwnik uwarunkowana jest genetycznie oraz ekologicznie. Można spotkać osobniki czarne, czerwone, pomarańczowe, rude a czasami nawet żółte. Osobniki młode są jaśniej ubarwione. Dawniej opisywany jako dwa równe gatunki, różniące się ubarwieniem (Arion rufus i Arion ater). W Polsce spotyka się obie formy ubarwienia.

Jest to ślimak wszystkożerny, zjada rośliny, padlinę drobnych bezkręgowców, kał kręgowców. Spotkać go można latem i wczesną jesienią (osobniki dorosłe). W Polsce do niedawna występował jedynie na zachodzie kraju. Ale w ostatnich latach zaczął się pojawiać – jako gatunek synantropijny – także i w innych regionach. Podobnie jak niezwykle do niego podobny ślinik luzytański może opanowywać tereny poddane antropopresji. Żyje na mokrych łąkach przy zbiornikach wodnych. Spotkać go można w lasach różnych typów, w zaroślach, mad zbiornikami wodnymi, na torfowiskach. W ostatnich latach stał się gatunkiem synantropijnym, spotykanym na cmentarzach, ogrodach, parkach. Zazwyczaj występuje masowo i może wyrządzać szkody.

Zewnętrznie nie jest do odróżnienia od ślinika luzytańskiego (Arion lusitanicus) – rozróżnić można tylko po narządach wewnętrznych. Ślinik luzytańki jest gatunkiem w Polsce synantropijnym i obcym (inwazyjnym). Pojawia się w uprawach polnych i ogrodowych, gdzie może być uciążliwym szkodnikiem. Tak czy siak pomarańczowy ślimak u nas jest gatunkiem inwazyjnym, czy to ślinik wielki czy ślinik luzytański.

A jak zwalczać? Ślimaki lubią wilgoć i deszczową pogodę. Ograniczać liczebność populacji śliników mogą pasożytnicze nicienie (wchodzą w skład biologicznych preparatów antyślinikowych, zawierają nicienie z gatunku Phasomorhabditis hermaphrodita, są niezwykle skuteczne i działają selektywnie, są całkowicie niegroźne dla człowieka), pasożytnicze i drapieżne owady (niektóre chrząszcze i muchówki), duże drapieżniki takie jak żaby i ropuchy, jaszczurki, niektóre ptaki, ssaki (jeże, krety). Warto zatem zadbać o „naturalnych wrogów”. Być może dlatego łatwiej rozprzestrzeniają się te ślimaki w środowiskach ruderalnych, gdzie dziko żyjących amatorów ślimaków jest mniej.

Z braku drapieżników trzeba samemu zbierać śliniki, najlepiej rano lub wieczorem, a w czasie wilgotnej pogody także w ciągu dnia (tylko co z nimi potem zrobić? Zjeść czy sprzedać?). Tak jak kiedyś zbieraliśmy stonkę do butelek. Profilaktyka jest najlepsza – kontrolować zanim pojawią się w dużej liczbie. Można posiłkować się różnego typu pułapkami (deski, kuwety, kawałki folii pod którymi kładziemy resztki roślinne a nawet wylewamy … piwo). Pod takich schronieniami, dogodnymi dla śliników, łatwiej jest je znaleźć i wyzbierać.

Wśród ogrodników poleca się osuszanie terenów wokół upraw, wykaszanie rowów i usuwanie naturalnych kryjówek. Warto także sprawdzać rośliny, które się kupuje i przynosi do ogródka, by nie zawlec pasażerów na gapę. Są także środki chemiczne (moluskocydy). Ale nie polecam.

Ślimaki szybko nie biegają, można je wyłapać. Albo zaakceptować i czekać na ekosystemowe procesy regulacyjne. Przecież komuś muszą w końcu posmakować.

Hmmm, a może da się z nich zrobić jakieś wakacyjne danie? Czy ktoś już próbował gastronomicznie wykorzystać ślinika wielkiego lub luzytańskiego?

slinik2