Co to znaczy być Warmiakiem (cz.3)

warmiaczki

Urodziłem się Lidzbarku Warmińskim, potem świadomie wybrałem region, jako miejsce zamieszkania. Jestem więc Warmiakiem z urodzenia i wyboru. Ale cóż to znaczy? Wychowywałem się na wsi (wakacyjnie). Ale była to historycznie Natagia. Odkryłem to po wielu latach i nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Nie czuję się żadnym Natangiem. A Warmiakiem się czuję. Moją krainą jest wieś warmińsko-mazurska, z czerwonymi dachami. Ale z głęboką tęsknotą za Wileńszczyzną. Z potrawami i gwarą przyniesioną z daleka i zakorzeniającą się pośród „Niemców”.

Wakacje spędzałem w Silginach (dawniej Zelginach) nad rzeką Liwną. Mocno wrosłem w ten krajobraz emocjonalnie. Gdy rodzice wyprowadzili się na Mazowsze (notabene kilka kilometrów od prasiedziby Czachorowskich z Czachorowa), zatęskniłem za Mazurami (bo tak nazywaliśmy wtedy ten region). W tęsknocie za moją małą ojczyzną wybrałem Olsztyn jako miejsce studiowania. Potem tu zostałem. Poprzez dogłębnie poznawanie historii, miejsc i ludzi jeszcze głębiej wrastałem w region.

Lasy, jeziora, rzeki – przyroda. Drugi wizualny wyznacznik tożsamości regionalnej. Bo dla mnie „Mazury” to była wakacyjna przygoda z przyrodą. Gdy w czasach licealnych wybraliśmy się dziko-harcerskim obozem na wakacje, to też były to „Mazury”. A jeziora, które poznałem były potem obiektem moich badań w ramach pracy doktorskiej. Ciągłe powroty w miejsca znajome

Tak więc kultura i przyroda kształtowały i kształtują moje poczucie warmińskości. Ale jaka ta jest moja warmińskość, gdy po mieczu jestem Mazowszaninem, po kądzieli Wilniukiem? Nowa fala napływowa i w dodatku wymieszana (w rodzinie osiadłej wżenili się krewniacy w autochtonów, dzisiaj już nie wiem czy Mazurów czy Niemców). W poszukiwaniach genealogicznych dotarłem do pierwszej fali migracji ludzi z północnego Mazowsza, już gdzieś w wieku co najmniej XV. Z tej fali pochodzą Czacharowscy (von Czacharowscy), wywodzący się z Czachorowa (gałąź, która wyemigrowała pod Grudziadz pisała się Ciachorowscy, co wynika z fonetycznego zapisu z typowym mazurzeniem). Drobna zmiana nazwiska (ale i teraz w podobny sposób przekręcane jest moje nazwisko), utrwalona niczym marker genetyczny. Część w Niemczech, część tu, z okolic Rumiana i Działdowszczyzny. Tak więc migracja z północnego Mazowsza odbywała się już w czasach krzyżackich. Nie jest niczym nowym. Mam prawo nazywać się tutejszym od pokoleń, od stuleci. A jeśli wziąć pod uwagę, że na Wileńszczyźnie sporo spolonizowanych Litwinów (o czym świadczą ich nazwiska) oraz przepływie ludności, Prusów na Litwę i odwrotnie, powrót Wilniuków na dawne Prusy nie jest więc niczym nowym dla tej krainy. Mam prawo więc czuć się tutejszy nawet po kądzieli.

Charakterystyczny krajobraz Warmii i Mazur, murowanych domów z czerwonymi dachami. Silginy, Skandawa, Krelikiejmy i Lwowiec (gdzie byłem chrzczony) mocno wdrukował się w moją wizualną pamięć regionu. Ale w domu dziadków panowała przemożna tęsknota za Wileńszczyzną. Była gwara bardzo charakterystyczna a dziadek zaciągał nawet trochę po białorusku (co odkryłem dopiero w larach 90. XX gdy pojechałem na Białoruś). Gwara, która nazywają chachłacką. Ale wielu ludzi tak mówiło. I ciocia, która była na zesłaniu w Kazachstanie (wyszła za mąż za westerplatczyka) – przepięknie śpiewała na dwa głosy. Kresowy klimat. W tym wyrastałem.

Kiedy jeszcze w latach 70. pojechałem na Wileńszczyznę (wtedy ZSRR) doznałem swoistego szoku. Gwara ta sama, ludzie tacy sami, ale architektura zupełnie inna. Drewniane domy, kryte gontem. Moja Wileńszczyzna miała obraz Warmii i Mazur… Albo moja warmińskość miała duszę wileńską. Oba elementy mocno ze sobą zrośnięte, zintegrowane, nierozerwalne, wyjątkowe.

Spędziłem długi czas na Mazowszu. Wtedy poznałem różnice w dziedzictwie niematerialnym – w dziedzictwie kulinarnym. Smakowało inaczej. Ale moja warmińskość miała smak… dawnej Wileńszczyzny i kresów.

W wakacyjnym czasie obcowałem oprócz Wilniuków z autochtonami. Słychać było to w twardej mowie. Ale byli także ludzie z Galicji, to znaczy Łemkowie i Ukraińcy, przesiedleni w ramach Akcji Wisła. I wrastałem w tym klimacie wielokulturowym i przesiedlonym. Trochę wykorzenionym, osieroconym. Tęsknota przesiedleńców była wszędzie widoczna. Nawet u pijących tanie wino pod sklepem. I tych co tu przybyli, i tych co wyjeżdżali. W krajobrazie z okolicznymi PGRami były nieustannie rozwalające się domy. I wyjazdy, wyjazdy, wyludniające się wsie. Bo to było blisko granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Blisko żelaznej kurtyny i martwej granicy. Więc wyjeżdżali do RFN, do miasta, na Śląsk czy Gdańska, do pracy (teraz do pracy młodzi jadą do Londynu, Hiszpanii czy Niemiec).

Czasem przychodziły paczki z Ameryki (bo jeszcze w czasach przed II wojną światową część rodziny z Wileńszczyzny wyjechała do USA.) I zachował się ten tajemniczy zapach rzeczy z paczki… Wrastanie w wielokulturowość miała przeróżne smaki, zapachy, dźwięki, obrazy, wspomnienia.

Na studiach ta wielokulturowość była również widoczna, na WSP w Olsztynie. Dorastając bardziej to rozumiałem, bardziej doświadczałem. I w życiu dorosłym, gdy zacząłem dogłębniej poznawać historię miejsca i ludzi, odkryłem nowy element mojego dziedzictwa. Zarówno autochtonów w postaci Warmiaków i Mazurów, jak i Niemców (tutejszych Niemców). Potem było pozytywne odkrycie Państwa Krzyżackiego oraz Prusów. Potem kolejne poznawanie kultur. Ze zdziwieniem odkrywałem znanych ale przemilczanych Gotów i Wandalów, kultury okresu brązu i neolitu itd. Im szerzej i głębiej poznawać historię, tym bardziej była ona wielokulturową, wielowątkową, różnorodną. Tym bardzie widoczna reintegracja różnorodnych elementów.

Po 1989 r., wraz z otwarciem się na świat i europejską integracją, przyjeżdżać i osiedlać zaczęli się zupełnie nowi ludzie, nie tylko z różnych regionów Polski. Przyjeżdżali z nowymi wspomnieniami, z nowymi elementami dziedzictwa kulturowego. Z Hiszpanii, Portugalii, Francji, Niemiec, Szwajcarii, Holandii. Nawet z Rosji. To właśnie w ostatnich latach w klasie mojej żony (jest nauczycielką) zaczęli pojawiać się Rosjanie. Do codziennej komunikacji z rodzicami zaczął przydawać się język rosyjski – bo można było się skutecznie komunikować. Zupełnie nowe zjawiska, różne sytuacje. Jedni lepiej inni gorzej potrafiący się wpisać w krajobraz i zintegrować z już osiedlonymi. Europa regionów.

Z całą pewnością w naszym regionie jest coś wyjątkowego, specyficznego. To się czuje. Ale jak tę specyfikę przyrody, kultury i ludzi opisać i zdefiniować? Jako coś aktualnego i stającego się a nie zamrożonej historii czasów, które bezpowrotnie odeszły? Czy specyfiką jest duża liczba miast cittaslow? Czy duża liczba wiejskich teatrów amatorskich? Czy wyludniające się wioski popegeerowskie? A może wioski bocianów? Specyficzne Kresy, nowe „Bieszczady” dla twórców, poszukujących nowego życia, dla nowych Judymów i nowych Siłaczek. A przecież tych zjawisk u nas jest więcej. I jeszcze nie wszystkie potrafimy dostrzec i zauważyć.

Tworzymy na nowo swoją tożsamość. Każde pokolenie musi na nowo. I dla siebie. Jałowe jest kalkowanie przeszłości, bo wychodzi z tego martwa, nieautentyczna „cepelia”.

A granice Warmii? Dlaczego trzymać się historyczny granic Warmii jako domeny biskupiej? Przecież tylko w niewielkim stopniu pokrywała się ona z siedzibami Warmów-Prusów. Tak więc i teraz poprawnie byłoby nazywać Warmiakami wszystkich, zamieszkujących województwo warmińsko-mazurskie. Może lepiej Nowowarmiakami? Lub wymyślić zupełnie nową nazwę, integrującą Warmię, Mazury, Górne Prusy, Prusy Wschodnie (w polskiej części) Powiśle itd. Biurokratyczne trzymanie się starych, administracyjnych podziałów nie bardzo ma sens.

zobacz część 1. i część 2.

Prus, Warm, Warmiak (cz. 2)

311055_2327338876284_1634050064_2247425_1321723085_n

Różne są drogi do odkrywania własnej tożsamości. Przychodzi taki okres chyba w życiu każdego, gdy pyta o przeszłość, o swoje korzenie. W dawnej kulturze mówionej, wieczorem dziadkowie opowiadali. I było się w stanie zapamiętać rozległe pokrewieństwa i koligacje wielodzietnych rodzin a przodków do 16. pokolenia. Gdy upowszechniło się pismo, przestaliśmy pamiętać. Po co zapamiętywać, gdy można zapisać? Na dodatek zaczęliśmy inaczej spędzać czas, przed gazetą, radiem, telewizorem czy internetem. Z braku kontaktu pamięć została przerwana.

W polskich warunkach doszła do tego wojna, zniszczenie archiwów, ogołocenie domów z pamiątek rodzinnych i zapisków. A potem sowiecki socjalizm. W wielu domach milczało się o przeszłości, bo było to niebezpieczne. Pochodzenie społeczne miało znaczenie, także dla przeżycia. Dopiero po roku 1989 w dużym stopniu upowszechniła się moda na poszukiwana genealogiczne (odtwarzanie i przypominanie sobie własnej przeszłości). Szperanie po archiwach, bibliotekach, wypytywanie po krewnych i rodzinie. Zaczęliśmy zbiorowo odzyskiwać przeszłość. Kiedy ja zaczynałem, nie znałem imion swoich pradziadków. Teraz z genealogią dotarłem do XV wieku. Poznawanie historii z perspektywy rodzinnej jest emocjonujące i zachęca do czytania, poszukiwania głębszego kontekstu. Zmusza do uzupełniania wiedzy. Pozwala lepiej zrozumieć świat, zwłaszcza ten miniony.

Tak jak i w dawnej kulturze mówionej (opowiadanej), tak i teraz w poszukiwaniach genealogicznych rodzi się pokusa na mitologizowanie przodków. Na siłę doszukujemy się szlacheckości, pochodzenia od sławnych, wielkich rodów, by niejako dodać sobie splendoru i wielkości. To zrozumiałe. Ale warto oddzielić fakty (literatura faktu) od literackiej mitologizacji.

To był potrzebny wstęp do dalszych rozważań o poczuciu tożsamości lokalnej, regionalnej i pytania co to znaczy współcześnie być Warmiakiem.

okladkaprusowieDla mnie dobrym impulsem do staranniejszego poznawania lokalnej i regionalnej historii (poza rodzinnymi poszukiwaniami genealogicznymi) był aktywny udział w projekcie opisywania wsi na Wikipedii. Bo żeby coś napisać, najpierw trzeba przeczytać, poznać, potem znowu poszukać, zweryfikować itd. Wikipedia to jedna z kilku dobrych, aktywizujących form poznawania historii. Bo wymaga aktywności. Teraz, gdy jadę przez nasze miejscowości, to robię fotografie do zilustrowania haseł i coś o tych miejscowościach już wiem.

Sięgałem więc do licznych lokalnych wydawnictw o wsiach i miasteczkach (przez to stawały mi się bardzo bliskie, także te z Warmii), sięgałem do historii i to w szerszym europejskim kontekście. Tylko w takim kontekście lokalność jest bardziej zrozumiała. Sięgałem także do licznym opracowań historii ze średniowiecza oraz do kultur starożytnych z naszego regionu. W tym i do Prusów.

I tak jakiś czas temu kupiłem sobie książkę Lecha Niekrasza pt. „Gdzie jesteście Prusai?”. Przeczytałem i się mocno zniesmaczyłem. Historia została mocno wymieszana z ideologią, jakąś dziwaczną ideologią, wręcz nacjonalizmem. Odradzam jako pozycję do poznawania wiedzy o Prusach. Ale dopiero teraz zrozumiałem jej kontekst – jest to jakaś literacka forma mitologizacji rodzinnej (genealogicznej) oraz próba tworzenia własnej tożsamości regionalnej (tworzenia ciut na siłę).

W poszukiwaniu tożsamości regionalnej na Warmii Prusowie są często wykorzystywani jako punkt odniesienia. Są próby całkiem sensowne, gdy próbuje się aktywnie poznawać historię tej ziemi, nawet z odtwarzaniem języka czy różnych technologii rzemieślniczych. Bo to taka mądra archeologia eksperymentalna. Lepiej można zrozumieć (i poznać) przeszłość, gdy się lepi garnki w dawnej technologii, tka płótno, gotuje jedzenie itd. Jest to jakaś forma rekonstrukcji historycznych oraz udziału w wielu festynach regionalnych.

Ale gdy miesza się literaturę faktu z literaturą fantazji i ideologii, to wychodzi coś okropnego, mylącego dla czytelnika. W książce Niekrasza sporo jest zafałszowań historycznych z próbą idealizacji Prusów. Że byli tu od wieków, że byli idealni, wspaniali itd. Dowiedzieć się można, że nawet Mikołaj Kopernik był Prusem (nie mówiąc o generale Dąbrowskim, Bolesławie Prusie i Marii Skłodowskiej Curie). Dlaczego? Bo jest to nawiązanie do szlachty pieczętującej się herbem Prus. Czyli jest to taka zmitologizowana historia genealogiczna, dla rodów z herbami Prus – próba stworzenia wspólnej, wspaniałej przeszłości.

Przez książkę przewija się na dodatek dawny, dziewiętnastowieczny nacjonalizm. Wyraźna jest antyniemieckość (antykrzyżackość), co jest pozostałością po historii po 1945 r. i ideologicznym uzasadnianiu praw do „ziem odzyskanych”. Ale ten peerelowski nacjonalizm nabiera nowej formy i nowego, regionalnego wcielenia – próba tworzenia narodu pruskiego (staropruskiego). Lepiej to można zrozumieć, odwiedzając stronę www, zaznaczoną w stopce wydawniczej tej książki. Można tam znaleźć pretensje terytorialne do Obwodu Kaliningradzkiego… jako kraju Prusów.

Takie podejście w budowaniu tożsamości jest archaiczne i przebrzmiałe. W duchu i formie jest kalką dawnych nacjonalizmów, próbą literackiego budowania narodu. Jest także próbą budowania nowej religii neopogańskiej (ale takich prób budowania regionalnej tożsamości w oparciu o wyidealizowaną religię dawno-pogańską jest więcej, to zjawisko powszechne). Próbą kreowania nowego narodu, dawniej skrzywdzonego itd. Zupełnie nie pasuje do współczesnych potrzeb budowania tożsamości regionalnej. Nie pasuje do kontekstu współczesnych procesów społecznych i kulturowych. Dlatego jest tylko swoistą ciekawostką literacką.

Jako książka historyczna dzieło Lecha Niekrasza jest bezwartościowe (a nawet szkodliwe). Ale jest bardzo ciekawym materiałem dla socjologów oraz osób zajmujących się tożsamością regionalną. Jest w tym kontekście dobrym materiałem badawczym.

Czy można zbudować poczucie warmińskości, odwołując się do historii Prusów? Bo było plemię Warmów? Poznawanie historii bez wątpienia jest potrzebne dla poczucia zarówno tożsamości lokalnej jak i regionalnej. Ale nie wystarczy. Niezwykle ważna jest współczesność. Można przebrać się w ubrania w skóry, mieszkać w wigwamie, ale to dobre na wakacyjny wypoczynek i urlopową zabawę. Tak jak wizyta w skansenie, lunaparku czy na festynie wiejskim. Jest zabawą i niczym więcej.

Tożsamość jest tym, co ciągle się dzieje. Jest procesem a nie statycznym tworem. Tak jak w przeszłości tak i teraz ciągle dopływają nowe elementy, są integrowane, przetwarzane. Przeszłość jest bardzo różnorodna i zmienna. Dawne kultury, tak jak i obecne, są mocno wielokulturowe z ciągłym przyswajaniem nowych elementów.

Stopniowo pozbywamy się ideologicznego spojrzenia na historię. Bez wątpienia zasługa to integracji europejskiej i lepszego poznania historii zarówno innych narodów, państwa jak i regionów. Coraz śmielej w poznawaniu przeszłości łaskawszym okiem spoglądamy na Państwo Zakonne, jak i głębiej sięgamy do przeszłości, wspominając obecnych na tych ziemiach plemionach Wandalów czy Gotów.

Bo gdyby budować współczesną tożsamość w uparciu o dawnych Prusów czy polskojęzycznych Warmiaków (sprzed 1945 r.), to byłaby to tożsamość wykluczająca. Byłoby to dzielenie na prawdziwych i nieprawdziwych Warmiaków.

Współczesna warmińskość (jeśli taka jest) z konieczności procesów społecznych musi uwzględniać naszą wielokulturowość ludności napływowej. Ale jeśli pozna się historię lepiej i obiektywnie, zawsze tak było, nie tylko w naszym regionie: ciągłe migracje różnych ludów i kultur. Współczesną warmińskość kształtują zarówno tradycje autochtonów, jak i przeniesione kultury z Kresów (z Wileńszczyzny), z Kurpiów, z Mazowsza, z Bieszczadów (myślę o Łemkach i Ukraińcach) oraz współcześni przybysze z różnych części Europy i świata. Bo czyż Szwajcar, Anglik, Rosjanin, Francuz czy Portugalczyk, osiedlający się tu i żyjący, nie współtworzy naszej zbiorowej tożsamości? Naszej specyfiki?

Na pewno trzeba rozróżniać tożsamość lokalną (najbliższego miejsca) jak i tożsamość regionalną. O wiele łatwiej budować tożsamość lokalną. Znacznie trudniej o tożsamość regionalną. Ona z pewnością się tworzy. Trudnością jest jednak dostrzeżenie, opisanie i wyabstrahowanie jej specyfiki i charakteru. Wiele elementów się dopiero staje, jest w trakcie tworzenia…

c.d.n.

Co to znaczy być Warmiakiem cz.1

warmiakoszulkaTożsamość jest czymś co intryguje nie tylko historyków ale i najmłodsze pokolenie. Kim jestem? Warmiakiem czy Nowowarmiakiem? A może Warmio-Mazurakiem? Łatwiej o identyfikację, jeśli zna się i rozumie historię ziemi, na której się mieszka. Ale zamykanie się w historii, zwłaszcza wąskiego, wybranego odcinka, prowadzi na tożsamościowe manowce. Teraz chyba najbardziej widoczne są próby definiowania tożsamości regionalnej w nawiązaniu do Prusów oraz Warmii (lub Mazur, w zależności od miejsca). Są to chyba (moim zdaniem) ułomne podejścia historyczne i chyba skazane na fiasko.

Silna potrzeba lokalnej identyfikacji jest zjawiskiem globalnym. Można powiedzieć, że drugą twarzą globalizacji. Globalna wioska to nie tylko homogenizacja produktów i popkultury w skali całego świata ale i mocne poszukiwanie lokalności. Można powiedzieć znak czasu. I pełne odniesienie do porównania „globalna wioska”. Globlokalizm lub glokalizacja. Jak zwał, tak zwał. U nas też to jest coraz wyraźniej widoczne.

Im bardziej czuję się Europejczykiem w Europie regionów, tym bardziej poszukuję tożsamości regionalnej, swojej własnej. Można byłoby więc powiedzieć, że poszukiwanie tożsamości lokalnej wynika z globalizacji i „ekologizacji”, natomiast poszukiwanie tożsamości regionalnej wynika z integracji europejskiej. Poczucie narodowe nie wymaga granic (współcześnie nie wymaga, bo granice nie izolują ani nie identyfikują, przynajmniej w Unii Europejskiej). A region ma granice ogarnialne indywidualną zdolnością do poznania historii i specyfiki. Oczywiście są to różne, nie wykluczające się a uzupełniające się, warstwy tożsamości: od lokalnej, do warmińskiej, polskiej, europejskiej itd.

I w końcu, nawiązując do McLuhana, kończą się narodowe nacjonalizmy, wykreowane przez słowo pisane i radio a ugruntowują się regionalizmy (przy jednoczesnej, szerszej integracji). Kreowane przez decentralizację i fragmentację internetu oraz trzecią rewolucję technologiczną. To jest chyba właściwy kontekst procesów i czasów, w których rodzi się zarówno współczesny lokalizm jak i regionalizm.

Kultura i tożsamość rodzi się w dialogu. W dialogu z poznawaną przeszłością i w dialogu z teraźniejszością. Nic nie jest takie jak dawniej. Poznana i rozumiana w kontekście tamtych czasów historia pomaga w odnajdywaniu własnej tożsamości. Ale nie wystarcza. Poprzez pryzmat historii własnej rodziny czy rodu łatwiej ogarnąć historię Europy i świata. Genealogicznie jesteśmy mocno wielokulturowi.

Kto ma prawo czuć się Warmiakiem? Co definiuje? Miejsce urodzenia, wybór zamieszkania, tradycja rodzinna? Subiektywne poczucie identyfikacji z miejscem. Poszukujemy tradycyjnych wyznaczników w stroju ludowym, gwarze, architekturze? Zazdrościmy Kurpiom, Kaszubom czy góralom z Podhala – ale tam to jest żywe i trochę niechcący stymulowane zapotrzebowaniem turystycznym. Mają ciągłość tradycji. My nie mamy takich możliwość. Gwara nie istnieje (jest odtwarzana i będzie jako ciekawostka), stroje nie istnieją. Bo ludność jest napływowa, bo u nas jest mieszanka kultur. Do której tradycji się odwoływać? Zarówno w języku, stroju, kulinariach, muzyce? Nie ma szans na ponowne identyfikacje, bo granice się zmieniły.

W skali regionu dobrze historycznie i w odniesieniu do XIX wieku zdefiniowana jest Warmia, Mazury a co z Prusami Górnymi, Powiślem, Wzniesieniem Elbląskim? To wyrzucenie poza możliwość identyfikacji regionalnej. Oni nie mają szansy na warmińskość i mazurskość, historycznie i polsko rozumianą. Co z Niemcami (nielicznie zostali), co z Ukraińcami i co z całą rzeszą tu przybyłych? Nie są prawdziwymi Warmiakami? Bo ich rodzice czy dziadkowie urodzili się gdzie indziej? Bo gwara warmińska nie jest ich korzeniem? A do jakich strojów ludowych (po co zaraz ludowych?) się odwoływać?

Diecezja Warmińska przecież także nie pokrywa się z terytorium plemienia Warmów. Zachowała się nazwa ale tożsamość wyrosła zupełnie inaczej, przestrzennie i kulturowo. Katolicka Warmia, osobne udzielne księstwo Rzeczypospolitej, a wcześniej wspólna historia państwa zakonnego. Wyraźnie się Warmia wyróżniała na tle protestanckich polskich Mazur i reszty Prus Wschodnich. Stąd te kapliczki. Ale tylko w historycznym odniesieniu do Mazur. Przecież kapliczki są wszędzie, nie tylko w Polsce. A teraz to nawet na historycznych Mazurach. Ceglane mury i czerwona dachówka w architekturze? Ale to efekt zmian w XIX wieku. Wcześniej były domy drewniane, strzechą kryte. Tak więc charakter zmieniał się od wieków. I zmienia się dalej. Tyle, że teraz nie jest historyczna Warmia wyizolowana i nie ma szansy na samodzielne budowanie tożsamości. Kulturowo i przyrodniczo nie różni się Warmia od innych regionów województwa warmińsko-mazurskiego.

Trudność z tożsamością regionalną uwidacznia się już w trudności z nazwą. Ani nie można jej nazwać warmińską, ani mazurska, ani pruską (staropruską). Ani niemiecką (wschodniopruską). Kto ma prawo czuć się Warmiakiem, prawdziwym Warmiakiem? Jaki jest wspólny mianownik do wspólnej tożsamości tu i teraz, z uwzględnieniem i zaakceptowaniem historii ale i sytuacji obecnej, wieloetnicznej i wielokulturowej (typowe dla Europy). Kontekst historii miejsca i uwarunkowań.

Europa regionów wzmacnia potrzebę poszukiwania identyfikacji regionalnej. Najbardziej realne to w mniej więcej granicach województwa warmińsko-mazurskiego. Co wyznacza, oprócz historii (nie zapominając o Wandalach i Gotach, którzy tu byli oraz o wcześniejszych kulturach neolitycznych i epoki brązu). Krajobraz pojezierny? Wakacyjne zaplecze do wypoczynku? cittaslow i biogospodarka? Popegerowskie zaniedbania, wyludniający się region, bliskość Obwodu Kalinigradzkiego? Tworzący tu ludzie?

Być może tożsamość rodzi się właśnie w trwających w wielu miejscach festiwalach dziedzictwa browarniczego, jarmarkach regionalnych, piknikach archeologicznych, powstających galeriach z lokalnym rękodziełem itd.

Cdn.

Warmińskie krajobrazy czyli chwasty i robale w barczewskiej synagodze

butelkiwbarczewie

Są różne sposoby organizowania spotkań z referatami, wykładami, prelekcjami czy dyskusjami panelowymi. Czasem na takich spotkaniach więcej jest rytuału niż treści. Na oficjalnym spotkaniu trzeba mówić. Cisza jest przestępstwem. Cisza niepokoi. Trzeba ją zabić gadaniną. Czasem jest więc to gadanie dla wypełniania pustki. Ma być mównica, stóp prezydialny, laptop, rzutnik multimedialny i ekran. Czasem nie bardzo wiadomo po co, ale jest. Bo taki jest rytuał. Naśladujemy formę a nie treść.

Dlatego w ostatnim czasie poszukuję czegoś innego. Aby stworzyć dobre warunki do autentycznej dyskusji a nie naśladować pusty rytuał. Cudnie się dyskutuje o historii, filozofii czy ekologii przy… lepieniu garnków. Albo malowaniu starych butelek. Sytuacja jest taka, że nie ma prezydium, nie ma ważnej i najważniejszej osoby, nie ma rzutnika i ekranu. Są ludzie przy stole. I coś robią. Dogodna sytuacja do rzeczywistego dialogu, bez tremy, bez obawy. Cisza nie boli, nie trzeba jej mordować czczą paplaniną. Nie trzeba się spinać na uczoną mowę. Liczy się treść a nie forma.

Dlatego właśnie zapraszam na warsztaty z malowania na szkle, ale i nie tylko. W Barczewie, w Galerii Synagoga. Można dołączyć o dowolnej porze. Będzie to dopiero 4. września (2014 r.) ale już teraz można dołączyć z przygotowaniami i przemyśleniami na Facebooku: https://www.facebook.com/events/609829592466724/

Dla każdego jest miejsce, choćby nie umiał malować lub czuł, że „nie ma talentu”. Bo najważniejsze jest spotkanie i dialog. Otwarcie na słuchani i poznanie. Jak i chęć opowiedzenia swoich historii, przemyśleć, postawienie pytań. Malowanie jest tworzeniem jedynie dogodnej sytuacji. Prócz malowania będzie (wcześniejsze) pieczenie ciasta, robienie nalewek i konfitur, robienie kanapek, rozmowy, śpiewanie, a nawet tańce, jak kogoś najdzie ochota. Śpiew, opowieść, taniec są formami dialogu, formami komunikacji. Wyrażają nie tylko treść ale i emocje.

Chwasty i robale to określenia pejoratywne, związane z patrzeniem na szybki zysk i korzyść indywidualną. Bo „chwasty” i „robale” są zbędne, pozornie zawadzają, szkodzą, zabierają przestrzeń życiową. Więc je wyplewić, rozdeptać, usunąć, ziemię oczyścić. Podobnie traktujemy ludzi, całe społeczności i kultury: usunąć, oczyścić…. Aluzja jest zamierzona. Podobieństwa między ekosystemem a społecznością nie są przypadkowe. Są dyskretne i nie nachalne. Kto chce, ten dostrzeże.

Gdy usuwane są „chwasty”, to i w ekologicznym i społecznym aspekcie to wielka strata… niezbędnej i ożywczej różnorodności. Pola bez „chwastów” jałowieją, kultury bez „robali” usychają… Utrata bioróżnorodności w skali ekosystemu, krajobrazu czy biosfery kończy się klęskami ekologicznym, biedą i upadkiem cywilizacyjnym (przykładów w historii aż nadto). Dlatego tak dużo wysiłku ludzkość czyni by chronić bioróżnorodność. Trwa międzynarodowa Dekada Bioróżnorodności (2011-2020), proklamowana przez ONZ.

Obiektywnie rzecz ujmując nie ma „chwastów”, „szkodników” i robali, jest bogactwo roślin i owadów. Bogactwo ekosystemów. Bo te chwasty i robale mogą być podstawą rozwoju regionalnego, opartego o szeroko rozumianą biogospodarkę.

Różnorodność biologiczna jest bogactwem naszego regionu, odkrywanym i kreowanym dziedzictwem, a jednocześnie markowym produktem turystycznym. Może być, jeśli to wspólnie odkryjemy. Na przykład na Warmii, na przykład w Barczewie.

Malowanie na szkle jest okazją do rozmów w przestrzeni publicznej i do głębszych przemyśleń. Sztuka łączy się z nauką, humanistyka z biologią a rozważania teoretyczne z praktycznym zastosowaniem. To jest tworzenie klimatu slow life i cittaslow (zasadnicza i gruntowna zmiana filozofii życia). Malowanie na szkle jest relaksem ale jest i próbą uchwycenia dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu.

Nauka i sztuka zachwyca się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie.

Podstawowym surowcem w tym malowaniu są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji (stare butelki, słoiki, gąsiorki do wina). Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom.

Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

No więc rozejrzyj się, poszukaj w piwnicy, na strychu, śmietniku lub w lesie, przy drodze czy jeziorze jakiejś butelki czy słoika. Może być kamyk lub muszla rodzimego mięczaka. Umyj, zdejmij etykietę i wraz z historią przynieś.

Żeby nam się lepiej pracowało, to można przynieść własne ciasto upieczone, lub kanapki zrobione, lub ziółka zebrane na herbatkę lub nalewkę do pokosztowania lub wino domowe, może słoiczek powideł do zjedzenia z chlebem, albo ogórki kiszone. Albo co tam kto ma (chleb samodzielnie upieczony lub opowieść ze świata dalekiego).
Już teraz rozejrzyj się za chwastami polnymi, leśnymi, nadwodnymi. Zrób zdjęcie i postaraj się rozpoznać gatunek. Zdjęcie będzie inspiracją do malowania. Podobnie z owadami. A może uda się coś więcej o nich dowiedzieć? O ich kulturowym i przyrodniczym znaczeniu. Może cos o usługach ekostystemowych?

Będziemy rozmawiać jak by łuskaniu fasoli, darciu pierza, międleniu lnu czy kiszeniu kapusty. Będziemy opowiadać, by mówiąc o szczególe, tak jak w chasydzkiej opowieści powiedzieć o sprawach ważnych, ogólnych, uniwersalnych. O przyrodzie, o kulturze o ludziach. O lokalnej tożsamości, o poczuciu wrastania w lokalność.

Kiedyś ludzie przy pracy śpiewali. Może i nam się uda. Opowiadali historie. Będziemy opowiadali. Ba, nawet tańczono. A wspólnie namalujemy bioróżnorodność warmińskich krajobrazów, chwasty przydrożne, owady wszelakie i inne żywe stworzenia z naszej krainy.

Ale z pewnością wydarzy się coś głębszego, mniej uchwytnego. To trzeba poczuć i przeżyć. Nie ma rzeczy niepotrzebnych, nie ma ludzi zbędnych. Trzeba tylko zobaczyć ten istotny kontekst. Kontekst zmienia wiele.

Mazurska łąka na szkle malowana

butelkadlasynagogiTrochę sobie pomalowałem w czasie urlopu. Tradycyjnie na szkle, z motywami rodzimej bioróżnorodności. Coś z tymi butelkami i słoikami trzeba zrobić. Tradycyjnie rozdaję… ale chyba będą także dwie małe wystawy w najbliższym czasie (a potem coś jesienią w czasie Olsztyńskich Dni Nauki).

Różnorodność biologiczna jest bogactwem naszego regionu, odkrywanym i kreowanym dziedzictwem a jednocześnie markowym produktem turystycznym. Malowanie na szkle jest okazją do rozmów w przestrzeni publicznej i do głębszych przemyśleń. Sztuka łączy się z nauką, humanistyka z biologią a rozważania teoretyczne z praktycznym zastosowaniem. To praktyczne tworzenie klimatu slow life i cittaslow (zasadnicza zmiana filozofii życia).

Malowanie na szkle jest relaksem ale jest i próbą uchwycenia dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu. Nauka i sztuka zachwycają się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. Podstawowym surowcem w tym malowaniu są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji (puste opakowania słoiki, butelki, przygotowane do wyrzucenia na śmieci lub już wyrzucone w krzaki lub do rzeki).

Recykling rzeczy i znaczeń to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom. Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także.

Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań.

Już niedługo będzie wystawa w barczewskiej Synagodze (galeria sztuki) oraz warsztaty w Tumianach. A także mini wystawa w Mrągowie oraz wykorzystanie do zajęć hotriterapeutycznych pt. „mazurska łąka”. Na zdjęciu moje malowanki, przygotowane na tę mrągowską wystawę.

Mazurska Łąka – to pomysł na zwrócenie uwagi na bioróżnorodność i wartość „zaniedbanych” sadów i łąk. A jak to na łące, jest rumianek (lub maruna, bo przecież moje malowanie nie jest idealne i w tych samych obrazach dopatrzyć się można różnych gatunków roślin i zwierząt), cykoria podróżnik, chaber polny (same „chwasty”, co mają dużą wartość i przyrodniczą i kulturową). Jest czerwończyk dukacik (którego widziałem w starym sadzie w Pieckach, przy Muzeum Regionalnym im. Walentyny Dermackiej z Sappiehów) i ćma czyli motyl nocny – sadzanka rumienica (Phragmatobia fuliginosa), jest majka lekarska (z kantarydyną co jest i trucizną i lekarstwem jednocześnie – wszystko zależy od proporcji). Żeby mogły pojawiać się owady w obfitości, zarówno te żerujące na roślinach (np. gąsienice motyli) jak i te odżywiające się nektarem i pyłkiem kwiatowym, muszą być na łące kwitnące „chwasty”. Im większe bogactwo gatunkowe roślin, tym większe bogactwo gatunkowe owadów. Ale jest i mucha Lucilia caesar, z rodziny plujkowatych, larwy uprzątają to, co na łące niepotrzebnego (padlina, gnijące resztki). Jest i pałka wodna i chruściki. Bo łąki na Mazurach z wodą sąsiadują.
Kontekst jest ważny nie tylko w filozofii ale i ekologii.

butelki_mazurska_lakaA jeszcze historia tych butelek i słoików. Jedne już lat kilkadziesiąt mają. Wygrzebane z piwnic i strychów. Inne zupełnie nowiutkie… a już śmieciem się stały. Przywrócone do życia z odkrytą, domalowana nową wartością. By służyć rozważaniom i dyskusjom. Zarówno w trakcie malowania jak i w czasie użytkowania.

W stulecie wybuchu Wielkiej Wojny

jacartagena

Historia uczy a rocznice skłaniają do refleksji. Zwłaszcza, gdy odzywają się syreny alarmowe. Dzisiaj wyły koło 10-tej. Trochę się zaniepokoiłem. Wiem, że będą wyły w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego… ale to przecież nie dzisiaj!. Na szczęście to były tylko próby przed 1. sierpnia i godziną W.
A czy zawyją kiedyś na prawdę? I czy uwierzę…. że to się dzieje a nie jakiś happening?

Dzisiaj setna rocznica wybuchu Wielkiej Wojny. Agresja zbrojna Rosji na Ukrainę, trwająca już kilka miesięcy, zmusza do refleksji. Ta wojna się już rozpoczęła, ale jest inna niż wcześniejsze. Zawsze każda wojna jest inna, a generałowie przygotowani są do wojen, które dawno przeminęły. Sto lat temu także Europejczycy myśleli, że będzie jak dawniej. Że potrwa ze 2-3 miesiące, że będzie to wojna lokalna (na Bałkanach). Wielu zareagowało z radosnym entuzjazmem na wieść o wybuchu wojny. Wtedy jeszcze wojny wypowiadano. Teraz agresja jest bez wypowiadania wojny. Jest z udawaniem, że wojny nie ma, że zielone ludziki zakupiły mundury i broń w survivalovym sklepie na rogu…

Wojna (rosyjsko-ukraińska) trwa i jest inna. Teraz nazywają ją hybrydową. Nie tylko strzelanie i czołgi ale przede wszystkim anonimowa dywersja zielonych ludzików i zorganizowany państwowy terroryzm. To także wojna handlowa, sankcje, aktywność ochotników i najemników w sieci.

Ale wróćmy do Wielkiej Wojny, później nazwanej Pierwszą Wojną Światową. Bo była i Druga. A tę jak nazwiemy? Jak pisze Marshall MacLuhan nacjonalizmy narodziły się dzięki wynalazkowi Gutenberga: gazetom i słowu drukowanemu, ujednolicającymi język i tworzącymi narody. Radio rozbuchało plemienną propagandę. Wielka Wojna toczyła się nie tylko w okopach ale i fabrykach oraz mediach ówczesnych. Także i Niemcy mocno umacniali morale rekruta w okopach i pracownika na zapleczu w fabrykach. Naród niemiecki codziennie był karmiony sukcesami i myślał, że tę wojnę to oni wygrywają, że mają niepokonaną armię. Ale przyszedł dzień klęski. Generałowie znali prawdę, tę rzeczywistą a nie tę medialną, i poddali się. Wojna zakończyła się klęską formalną. Naród niemiecki był rozgoryczony, mówił o zdradzie. Bo jak to, armia zwyciężała a wojskowi zawarli pokój i poddali się? Przegrana zwyciężających Niemiec?

Propaganda dla umacniania morale jest zapewne bardzo potrzebna. Ale siła bezwładu czyni spustoszenia i oszukuje na wiele lat. Z tej niemieckiej frustracji zrodził się faszyzm i Druga Wojna Światowa. Znowu miliony trupów.

Teraz Rosjanie karmieni są putinowską propagandą. Chyba 80-90 % Rosjan myśli (za pomocą telewizyjnej i gazetowej putinowskiej propagandy), że na Ukrainie rządzi zbrodnicza junta banderowców, którzy mordują Rosjan, dzieci krzyżują na czołgach, strzelają do cywilnych samolotów, że terror i międzynarodowy spisek, że kontyngenty z Polski i NATO walczą po stronie banderowców. Rozbudzony nacjonalizm i ambicje mocarstwowej reanimacji ZSRR, podsycone aneksją Krymu, domagają się wojskowej interwencji. I nie jakiejś drobnej pomocy ale wkroczenia całej armii dla ratowania Rosjan na Ukrainie. Bo przecież Ukraina to Rosja a Ukraińcy to tacy gorsi Rosjanie, prymitywni, zacofani, co bimber i słoninę żrą. Że zdradzili Matkę Rosję, Słowian i cerkiew. I temu podobne brednie. Ale wierzy w to większość społeczeństwa współczesnej Rosji…

Putin rozkręcił tę propagandę, by zyskać na popularności. Popularność zyskał. Ale jak powie teraz rozbuchanemu, rosyjskiemu, wielkomocarstwowemu nacjonalizmowi, że nie wejdzie z armią na Ukrainę? Toż to będzie zdrada! I kolejna frustracja milionów ludzi… z bronią jądrową. A jak wejdzie, to jeszcze gorzej, bo rozpęta wojnę, którą przegra. Kolejna frustracja. Na razie sfrustrowani są ochotnicy i separatyści, zbrojnie walczący na Ukrainie. Myśleli – w ślad za propagandą i aneksją Krymu – że pójdzie szybko, gładko i z odrerami, że zaraz wjadą rosyjskie czołgi. Sukcesu nie ma, przegrywają i czują się zdradzeni przez Putina. A jak wrócą do Rosji… to rozprawią się ze zdrajcą….

Świat się zmienia a ludzie pozostają ciągle tacy sami. Historia niby się nie powtarza, ale ciągle popełniamy te same błędy. Troskę o potencjalne ofiary nazywamy słabością. Już byśmy chcieli z czołgami pojechać Ukrainę z odsieczą. Ale każda wojna jest inna. Ta również, choć zwana jest hybrydową…

Już niezauważenie od kilku miesięcy jesteśmy w stanie wojny z Rosją. To Rosja ją nam „wypowiedziała” i ją rozkręca. Co z tego, że przegrają (bo to jest pewne i już widać oznaki klęski Putina). Pozostaną frustracje i okłamany propaganda naród. Pozostana rany i mogiły. Pozostana złe słowa propagandy, które jak trujący jad zatruwać będa cały organizm przez wiele, wiele lat.

Znowu trzeba będzie za jakiś czas budować pokój, odkłamywać fałsze, leczyć narodowe i mocarstwowe kompleksy, zabliźniać rany i szukać pojednania. Każda wojna jest zła… i ciągle chyba nie potrafimy zapobiegać wojnom….

Znowu pozostaną pomniki, jak ta ławeczka na fotce wyżej, w Cartagenie (Hiszpanmia). Czy pomniki czegoś nas uczą i skłaniają do refleksji przed, a nie po wojnie?

Nie dotykaj mnie! Czyli nad Łyną jak w Himalajach

niecierpek1

Faktem jest, że w Olsztynie rzeka Łyna przedziera się przez morenę, miejscami brzegi rzeki są jak w górach, w kształcie litery V. Ale skąd porównanie do Himalajów? A to za sprawą inwazyjnego uciekiniera z ogródków – niecierpka himalajskiego (Impatiens glaudulifera), zwanego także niecierpkiem gruczołowatym oraz niecierpkiem Roylego. Spotkałem ostatnio na spacerze, nad Łyną. Kusi by zjeść. Ale o tym za chwilę.

Pierwotnie występował w Azji Środkowej, w rejonie Himalajów, w zachodnich Indiach oraz Pakistanie. To duża, dorastająca do dwóch i pół metr wysokości, ładnie kwitnąca roślina. Spodobała się, więc zaczęto ją uprawiać jako roślinę ozdobną w ogródkach. W takim celu zawleczono ją do Ameryki Północnej, Europy i Nowej Zelandii, gdzie stała się gatunkiem inwazyjnym. W Europie po raz pierwszy niecierpek himalajski odnotowany został w 1839, w Polsce w 1890 roku. Pierwszą naturalną populację zaobserwowano w naszym kraju w 1960 roku. Teraz występuje w wielu miejscach. Sam widywałem na Morzem Bałtyckim, na Żuławach, a teraz na Łyną na Warmii.

Występuje głównie w miejscach wilgotnych i rozprzestrzenia się wzdłuż rzek (nie licząc ogródków). Pojawia się na nieużytkach w miejscach wilgotnych, cienistych ale także w naturalnych zbiorowiskach okrajkowych na glebach żyznych w prześwietlonych buczynach, grądach i lasach łęgowych.

A czym tu się martwić, skoro kwiaty duże, z dużą ilością nektaru? Od przybytku głowa nie boli. Otóż są obawy czy jako gatunek inwazyjny nie będzie wypierał naszych, rodzimych. A wtedy zysk byłby związany ze stratą w skali lokalnej jak i globalnej (nie będzie u nas i nie będzie na Ziemi bo wyginie w miejscu naturalnym).

niecierpek2Mamy w lasach naszego rodzimego niecierpka pospolitego (Impatiens noli-tangere). Ta niedotykalska w nazwie roślina ma ciekawe owoce, które przy dotknięciu „strzelają” (gwałtownie się otwierają) i wyrzucają owoce daleko (autochoria). Jakby roślina nie cierpiał, aby ktoś ją dotykał. „Nie dotykaj mnie”… ma w nazwie. Kwitnie na żółto, występuje w obszarze euroazjatycko-zachodnioamerykańskim, w klimacie suboceanicznym. Rośnie w siedliskach wilgotnych, cienistych, w lasach nizinnych oraz górskich. Pierwotnie występowała głównie w lasach jesionowych, olchowych i wiązowych. Ale teraz obecna jest także w borach świerkowych i niektórych zbiorowiskach wtórnych. Nic trwałego na tym świecie.

O niecierpku pospolitym wiemy dużo. To znaczy długo był obecny obok kultur europejskich, stąd lepiej do poznaliśmy w przeszłości. Dlatego w lecznictwie ludowym wykorzystuje się odwar z niecierpka jako środek moczopędnych i przeczyszczający, do przemywania ran (uważano, że wtedy nie powstają blizny), a zawarte substancje o gorzkim smaku powodują wymioty i zawroty głowy. Ziele niecierpka pospolitego używano do farbowania wełny na żółto.

Ale teraz mamy jeszcze dwa niecierpki, obecne w naszej florze. Wspomniany niecierpek himalajski i podobny do pospolitego niecierpek drobnokwiatowy (Impatioens parviflora). Oba mają chyba podobne właściwości (bo i zawierają podobne substancje). Na pełne kulturowe rozpoznanie i wykorzystanie trzeba czasu. Czasu współistnienia.

Niecierpek himalajski w naszym kraju uznany został za gatunek inwazyjny, groźny dla rodzimej przyrody. Mało kto pewnie wie, że jego wprowadzanie do środowiska jest zabronione przez Ustawę o ochronie przyrody. Od 2012 roku także jego import, posiadanie, prowadzenie hodowli, rozmnażanie i sprzedaż wymagają specjalnego pozwolenia Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. A więc nie przelewki, tym bardziej, że łamanie tego zakazu traktowane jest jako wykroczenie i grozi karą aresztu lub grzywny pieniężnej.

Ale jeść można. Bo to może będzie jakiś sposób na intruza – po prostu go zjeść. O kulinariach za chwilę. Że problem jest poważny, niech zilustruje to projekt badawczy, realizowany w latach 2014- 2016 w woj. podlaskim, pt. „Niecierpek gruczołowaty – inwazyjny gatunek obcego pochodzenia – inwentaryzacja, rozprzestrzenianie się, metody zwalczania”, na który przeznaczono ponad 800 tys. zł.

Niecierpek himalajski, tak jak nasz rodzimy niecierpek pospolity ma ciekawy mechanizm rozsiewania się. Nazywa się to autochoria –dojrzałe owoce w postaci podłużnych torebek pękają przy dotknięciu lub potrąceniu, wyrzucając nasiona nawet na odległość 7 m. Wyższy to dalej wystrzeliwuje swoje nasiona. A jest ich dużo – jedna roślina produkuje ich do 4 tys., i zachowują długo zdolność kiełkowania. Cechy typowego gatunku inwazyjnego.

W czym problem z tymi gatunkami inwazyjnymi? Przecież od zawsze wszystkie gatunki rozprzestrzeniały się po Ziemi. Gdyby nie dyspersja, żaden by nie przetrwał. A po ustąpieniu lądolodu w całości nasza fauna i flora jest „obca”, bo powróciła z refugiów. Lub przybyła w postaci naturalnej dyspersji. Jak odróżnić procesy naturalne od tych generowanych przez człowieka? Czy wszystko, co związane z wpływem człowieka to złe? Na pewno nie. Ale trzeba mieć to pod jako-taką kontrolą. Ocenia się, że oddziaływanie inwazyjnych gatunków obcych jest obecnie jednym z największych – obok utraty siedlisk – zagrożeń dla różnorodności biologicznej na całym świecie (wypieranie gatunków rodzimych oraz przeobrażanie siedlisk a więc utrata bioróżnorodności sumaryczne w skali globalnej).

Botanicy wśród roślin obcego pochodzenia, zawleczonych za sprawą człowieka, wyróżniają archeofity (zawleczone do roku 1500 – taka umowna granica) oraz kenofity zawleczone po 1500 roku. Wiele archeofitów próbujemy przywrócić środowisku. A to dowód, że nie wszystko co obce i za sprawą człowiek to jest złe.

W każdym razie na niecierpka himalajskiego patrzymy krzywym okiem. A skoro wroga i intruza trudno się pozbyć, to może go po prostu zjeść? Okazuje się, że można. Ważne, żeby rośliny nie były spożywane na surowo, gdyż mają właściwości przeczyszczające i moczopędne. Kwiaty mają słodki smak i w małej ilości można ich używać do jadalnej dekoracji potraw. Liście i miękkie wierzchołki pędów można gotować jak inne warzywa… ale jak piszą w książkach za bardzo smaczne nie są. Z kolei nasiona mają przyjemny, orzechowy aromat. Można je zjadać nawet na surowo. Pojawiają się od września. Można z nich nawet tłoczyć jadalny olej.

Czyli jak będziesz czytelniku na spacerze i zobaczysz okazałego niecierpka himalajskiego, to przysłuż się lokalnej bioróżnorodności i zjedz trochę nasion, kwiatów czy ziela. To będzie kulinarny wymiar patriotyzmu. A przez liczne próby i twórczą inwencję może wymyślimy coś wartościowego do podniebienia… lub domowej medycyny. Dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe (w tym kulinarne) to coś, co ciągle jest tworzone.

Czy uniwersytet jest szkołą zawodową ?

akademicka2

W 2004 r. amerykański minister edukacji zauważył, że w 2010 r. absolwenci szkół wchodzący na rynek pracy będą mogli wybrać wiele zawodów, które jeszcze nie istnieją. Profesje te dopiero zostaną wymyślone. Jeśli dodać do tego zmieniający się rynek pracy, to w niewielu zawodach można liczyć na stabilną pracę. Czas pokazał, że minister miał rację.

Może jako przykład podam zapotrzebowanie na inżynierów, związanych z wydobyciem gazu łupkowego. Rynek pracy pojawił się nagle i niespodziewania. Nie dało się tego przewidzieć i wcześniej uruchomić kształcenia. A nawet jakby wcześniej uruchomiono, to i tak nie byłoby chętnych… bo wydawałoby się, że kierunek bez perspektyw.

Skoro tak trudno z kilkuletnim wyprzedzeniem prognozować potrzeby rynku pracy to co i jak kształcić? Ba, w wielu dziedzinach wiedza tak szybko się zmienia, że absolwenci muszą od razu dokształcać się po uzyskaniu dyplomów.

Narzekanie na niedopasowanie struktury wykształcenia do struktury zatrudnienia jest powszechne na całym świecie, nie tylko w Polsce.  Przy rosnącym wskaźniku wykształcenia wyższego, bezrobotnych ciągle jest dużo. I ciągle dużo kursów dokształcających. Aż do emerytury.

Czego więc powinien uczyć uniwersytet? Przede wszystkim rozumienia współczesnego świata i zdolności do ciągłego uczenia się. Dlatego zamiast sztywnych kierunków i specjalności lepsza jest duża swoboda w studiowaniu, przyjmowanie na wydział a nie kierunek, duża wybieralność zajęć. Z tym niestety uniwersytety nie nadążają (nasz olsztyński na pewno). Ze strachu przed utratą godzin usztywnia się siatki godzin (żeby nie stracić studenta a w zasadzie godzin), ale w rezultacie godzin jest coraz mniej. Bo uciekają studenci na inne uczelnie. Świat jest mały, niczym wioska. Globalna wioska. Kluczowa jest umiejętność współpracy i myślenie w kategoriach całości a nie egoistyczne patrzenie na swoje, krótkoterminowe korzyści. Nadchodzi chwila prawdy, czy umiemy współpracować koncertując się na efekcie czy tylko potrafimy szarpać sukno, każdy w swoją stronę…. Nam na myśli środowisko akademickie.

Można przeforsować większą liczbę godzin dla swojego zespołu, katedry czy siebie samego. Ale równocześnie można stracić studentów, a więc liczba godzin i etatów staje się iluzoryczna (walcząc o część traci się całość). Krajowe Ramy Kwalifikacji dawały możliwość myślenia o celach i efektach kształcenia – a więc skupienie się na efekcie końcowym. W niewielkim stopniu z tego skorzystaliśmy. Zwiększyła się tylko administracja a pisanie „sylabusów” (programów z celami)
stało się tylko sztuką dla sztuki i znacznym usztywnieniem administracyjnym. Zabiera czas a nie daje planowania strategicznego w kontekście kompetencji i efektów kształcenia. Wysiłek idzie na to, by się w tabelce zgadzała liczba godzin, punktów i innych wskaźników…

W sensie dosłownym uniwersytet nie jest szkołą zawodową. Nie powinien się nawet starać. Bo świat zmienia się zbyt szybko, jedne zawody zanikają, inne niespodziewanie rozkwitają. Ale z drugiej strony uniwersytet daje dobre przygotowanie… zawodowe. Bo uczy myśleć, uczy rozumieć świat (a więc absolwent łatwo się przystosowuje do zmian) i uczy uczyć się … przez całe życie. W tym kontekście uniwersytet powinien przygotować się na przyjęcie zupełnie nowych studentów, tj. osoby dorosłe z doświadczeniem zawodowym. Być może powinny pojawić się zupełnie nowe formy. Na przykład na niektórych polskich uniwersytetach pojawiły się Uniwersytety Otwarte. To pokazuje, w których środowiskach są zespoły innowacyjne i kreatywne, rozumiejące zachodzące zmiany w świecie. Bo jak uczyć rozumienia samemu nie rozumiejąc?

Kryzys demograficzny będzie dla polskich uniwersytetów dodatkowym impulsem do poszukiwania zmian i sensownej przebudowy kształcenia na poziomie wyższym. Paradoksalne jest to, że jakkolwiek liczba tradycyjnych studentów spada to rośnie zapotrzebowania na edukację w szerokim rozumieniu. Tak jak to, że spadła liczba dyliżansów do zera… a ludzie i tak podróżują więcej i liczniej niż dawniej. Dyliżansy nie są miernikiem mobilności we współczesnym świecie.

Przez wiele lat wydawało mi się, że mój głos to wołanie na puszczy. Coraz bardziej przekonuję się, że to jednak ja miałem rację co do koncepcji kształcenia (dużej wybieralności zajęć, indywidulanych ścieżek kształcenia, nastawienia na efekt i kompetencje społeczne, modułowej konstrukcji programu itd.). Wątpliwa to jednak satysfakcja – nie udało mi się przekonać do takich rozwiązań na moim własnym podwórku…  Przychodzą one zbyt wolno…

O tym, jak Unia Europejska zesłała mnie na roboty…

Medialnie tytuł dobry (bo sensacyjno-skandalizujący). A w mediach tak jak w bajce, zawsze jest ziarno prawdy. No więc prawdą jest, że Unia Europejska, bo to w ramach stażu naukowca w małym przedsiębiorstwie. Ale nie zesłała, tylko ja sam z dobrej woli o ten staż się starałem. Staż odbywa się w ramach projektu „Regionalny transfer wiedzy z nauki do biznesu – staże i szkolenia praktyczne naukowców w przedsiębiorstwach Warmii i Mazur”, współfinansowany przez Unię Europejską w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego. A skierowało mnie Centrum Innowacji i Transferu Technologii UWM  w Olsztynie.

Staż rozpoczynam we wrześniu, potrwa pół roku. Teraz odbyłem szkolenie w małym, mazurskim przedsiębiorstwie. Co będę robił? Wymyślał innowację. Po co to wszystko? Jest kilka powodów.

W naszym regionie nie ma węgla, rud żelaza, ropy naftowej i wielkiego przemysłu. Szansą na rozwój są małe i średnie przedsiębiorstwa. Więc w nie trzeba inwestować także intelektualnie i technologicznie. Osobiście uważam, że szeroko rozumiana biogospodarka daje możliwości rozwoju. Co prawda mam już pomysł (wypracowany w dialogu z różnymi przedsiębiorstwami), ale teraz muszę lepiej poznać specyfikę działania małych przedsiębiorstw z branży turystycznej i edukacyjnej.

Jest i drugi powód. Trzeba poznać realia miejsc pracy i rynku, aby dobrze przygotować studentów do startu zawodowego. Chcę poznać osobiście i na własnej skórze z jakimi problemami spotkać się może nasz absolwent. I co powinien umieć, aby być dobrym pracownikiem lub samodzielnie założyć własne małe przedsiębiorstwo. Nie chodzi więc o wymyślanie czegoś w murach uniwersyteckich ale o konfrontację z rzeczywistością. BY nie tylko ładnie wyglądało na papierze ale żeby działało. To nie jest mój pierwszy staż w przedsiębiorstwach (przed kilku laty tez byłem i doświadczenia zdobyte dobrze wykorzystałem).

Idę na staż z myślą o kształceniu biologów i biotechnologów na Wydziale Biologii i Biotechnologii oraz z myślą o międzywydziałowym kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Chcę dobrze poznać przyszłe miejsca pracy… oraz szukać dobrych przedsiębiorstw na studenckie staże.

Idę na staż by się czegoś nauczyć, poznać miejsca pracy ale i aby przyspieszyć transfer technologii i innowacji do małych przedsiębiorstw z naszego regionu. Duże same sobie poradzą.

Na zdjęciu buszuję w starym mazurskim sadzie, rozglądając się za bioróżnorodnością. Po co? Za jakiś czas szczegółowo napiszę.

(fot,. Zofia Wojciechowska)