Żółciak siarkowy, jadłem, bardzo smaczny

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak w swej książce trafnie zaznaczył Marshall MacLuhan „zasoby naturalne (…) istnieją dzięki kulturze i umiejętnościom danej społeczności.” Pisał to w kontekście informacji (istnieją dzięki wspólnej wiedzy i umiejętnościom społeczeństwa), ale dobrze oddaje wpływ człowieka na środowisko i integralną koewolucję dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. Żółta „huba” rosnąca na drzewach jest tego dobrym przykładem.
Nawet społeczności łowiecko-zbierackie wpływają na otaczająca przyrodę. Udomowienie roślin i zwierząt (domestykacja) jest kolejnym krokiem w silniejszym wpływie na środowisko i narastającym zarządzaniu zasobami przyrody. No i silniejszym, wzajemnym uzależnieniu człowieka i gatunków, które wykorzystuje (koewolucja).

Wbrew pozorom sporo zostało w nas z pierwotnych łowców –zbieraczy, mimo że wiedza o jadalnych roślinach i zwierzętach dziko występujących powoli zanika w codziennej praktyce (przyrasta w książkach i zasobach internetowych). Teraz coraz częściej „polujemy” i „zbieramy” w super marketach.

Wiedzę co i jak jeść w największym stopniu uzyskujemy w rodzinie i najbliższym kręgu znajomych. A nasze kulinarne gusty i smaki kształtują się w pierwszych kilku latach życia. Gotowanie nie tylko zmieniło ale w dużym stopniu stworzyło człowieka. Znakomicie ten proces opisuje Richard Wrangham z książę „Walka o ogień. Jak gotowanie stworzyło człowieka”.

Należę jeszcze do pokolenia, które zbiera w lesie jagody, borówki, maliny i grzyby. Rozpoznawania grzybów w największym stopniu nauczyłem się na wakacjach, od wujka i babci. To wtedy nauczyłem się zbierać surojadki, koźlaki, maślaki, czerwone łebki, prawdziwki, kurki, opieńki i olszówki. Już na Mazowszu od kolegi nauczyłem się zbierać i jeść kanie. Znajomi z Białorusi częstowali mnie zupełnie dziwacznymi grzybami. Okazywały się jadalne (ale po odpowiednim kulinarnym przygotowaniu). W ostatnich latach w zdecydowanej większości robię grzybom jedynie zdjęcia. Cieszy ich widok i świadomość, że są jadalne. Jest to radość z oglądanie tego co jest bez konieczności posiadania (w tym skonsumowania).

Znajomości tego, co można zjeść i jak przyrządzić, ludzkość uczyła się przez setki tysięcy lat. I zawsze było to lokalne. Społeczności ludzkie są bardzo mobilne. Wędrujemy po świecie i spotykamy coraz to inną przyrodę i coraz inne gatunki roślin, grzybów i zwierząt. Głód często zaglądał nam w trzewia. Lokalnej i konsumpcyjnej różnorodności biologicznej uczyliśmy się albo od tubylców albo sami eksperymentując. Dzisiejsze, bogate dziedzictwo kulinarne, okupione zostało wieloma eksperymentami, śmiercią, zdrowiem, bólami brzucha, wymiotami itd. Nikt o tym anonimowych bohaterach już nie pamięta. Teraz sięgamy do książek i do internetu, dawniej była to tylko pamięć społeczna, przekazywana z pokolenie na pokolenie (stąd szacunek dla starości i siwizny). Czasem coś dodawaliśmy, czasem o czymś bezpowrotnie zapominaliśmy.

zolciaksiarkowy2

Żółciaka siarkowego znałem od dawna. Nawet wyczytałem w książkach, że jest jadalny. Ale dopiero niedawno skosztowałem. Poczęstowała mnie słuchaczka studiów podyplomowych (sam grzyb zebrany w Olsztynie, na osiedlu – jak widać na grzyby wcale nie trzeba jeździć do lasu). Był to smażony w panierce i marynowany w zalewie słodko-kwaśnej. W smaku bardzo podobny do marynowanej, smażonej na wzór mazurski, sielawy. Doznania kulinarne zaskakujące. Teraz spróbuję sam. Z ciekawości i chęci przeżycia przygody.

Żółciak siarkowy, bo o nim mowa, nosi naukową nazwę Laetiporus sulphureu, należy do grzybów z rodziny żagwiowatych (Polyporaceae). Nazwa trochę tautologiczna bo obie części odnoszą się do żółtego koloru. Ale dwuczłonowa nazwa gatunkowa jest wielkim wynalazkiem w porządkowaniu nazw gatunków. Żółciał siarkowy ma podobno około 70 synonimów naukowych. Teraz nazewnictwo porządkowane jest i pilnowane przez kodeks nomenklatury biologicznej. Precyzyjne zapisy wskazują, którą nazwę uznać za obowiązującą a które za starsze synonimy. Bo w starszych książka z różnych krajów można spotkać te inne nazwy. I warto wiedzieć co konkretnie się za nimi kryje. Precyzja w nauce jest niezwykle ważna.

W polskich nazwach znaleźć możemy także i inne określenia na żółciaka siarkowego: huba żółta, żagiew Rostafińskiego, żagiew topolowa, grzyb siarkowy, huba siarkowa. Lokalne nazewnictwo powoli ustępuje za sprawą globalizacji w postaci powszechnie dostępnych w księgarniach atlasów do rozpoznawania grzybów. Pismo, a zwłaszcza druk, ujednolica. Internet przyspiesza ten proces.

Owocnik żółciaka jest charakterystyczny i raczej nie do pomylenia z innymi grzybami, zwłaszcza trującymi. Owocniki w kolorze żółtym, czasem z odcieniem pomarańczowym są zazwyczaj bez trzonu, grubomięsiste, przyrośnięte bokiem do drzewa, o średnicy 10-30 cm i grubości 2-5 cm. Najczęściej owocniki rosną dachówkowato jeden nad drugim.

Żółciak jest gatunkiem kosmopolitycznym (poza Antarktydą występujący na wszystkich kontynentach, no ale na Antarktydzie nie ma drzew), powinien być więc powszechnie znany. Ale mało kto go zbiera w celach konsumpcyjnych. Zapewne dawniej było inaczej. Obecnie w Holandii nie zbierają do jedzenia nawet koźlaków czy prawdziwków. Jedynie grzyby kupowane w supermarkecie uznawane są za jadalne. A więc pierzarki, boczniaki czy uszaki bzowe (grzyby mun). Dla współczesnego człowieka istnieje tylko to, co można kupić w sklepie….

Żółciak siarkowy najliczniej spotykany jest na półkuli północnej, zwłaszcza w Ameryce Północnej i w Europie. W Polsce jest pospolity. Owocniki pojawiają się głównie w maju i czerwcu, ale spotkać można je aż do września. Młodsze owocniki są intensywnie żółte, potem nieco blakną . Zazwyczaj grzyb ten występuje w parkach, sadach, ogrodach, na przydrożnych drzewach, powalonych pniach. W lasach jest rzadszy. A więc krajobraz antropogeniczny wyraźnie mu sprzyja. W jakimś sensie jest to więc grzyb synantropijny. Występuje głównie na drzewach liściastych (np. w lasach łęgowych), na drzewach iglastych spotykany jest bardzo rzadko. Podobno owocniki rosnące na cisach są trujące (może przez substancje przenikające z cisa?). Najczęściej atakuje dęby, brzozy, wierzby, topole, robinie akacjowe i drzewa owocowe.

zolciaksiarkowy3

Przez leśników uważany jest za grzyb chorobotwórczy (a więc za szkodnika). Atakuje głównie drzewa liściaste, zarówno osobniki osłabione, jak i te w pełni zdrowe. Zanim pojawią się owocniki, grzybnia długo rozrasta się w środku drzewa. Powoduje intensywną brunatną zgniliznę drewna, najpierw w twardzieli, później w bielu. Pień drzewa w środku staje się pusty (jakby wydrążony) i tworzy się dziupla. Opanowane przez niego drzewo ginie w ciągu kilku lat. Najczęściej owocniki powstają na jeszcze żywym drzewie.

Dla przyrodników jest to gatunek dziuplotwórczy. Tworzy więc siedliska dla wielu bezkręgowców. Sam jest wykorzystywany przez wiele gatunków owadów.

Grzyb jest jadalny ale po obgotowaniu (10-20 minut). Surowe owocniki są trujące. Przed spożyciem wymagają płukania (w tym pozbycia się resztek kory i małych mieszkańców czyli sześcionogich zjadaczy grzybni), obgotowania i odlania wody, dopiero potem można je dalej przetwarzać. W smaku jest przyjemny, nieco kwaśny (w starszych owocnikach lekko gorzki) o aromatycznym zapachu grzybowym.

W przepastnych zasobach internetowych znalazłem wiele przepisów kulinarnych na żółciaka (w niektórych krajach jest ceniony i uważany za ekskluzywny, a więc kosztowny przysmak). Bez trudu znalazłem przepisy na flaczki z żółciaka siarkowego, sznycle, paprykarz, pasztet z żółciaka czy marynowany w zalewie miodowo-korzennej. Jest tego zapewne więcej, bo kreatywność kulinarna ludzi jest ogromna. Można więc go smażyć, dusić, gotować, marynować.

Podobno wysuszony żółciak był bardzo dobrym materiałem do krzesania ognia krzesiwem. Współczesny człowiek z krzesiwa nie korzysta, więc pamięć o takim wykorzystaniu pozostaje już tylko w książkach.

Dziennikarz i naukowiec w jednym stali domu…

Dziennikarz i naukowiec – dwa różne zawody a jednak mocno podobne. Misja zbliżona ale różne formy wypowiedzi.
Celem jednego i drugiego jest obiektywne poznanie i obiektywne relacjonowanie. Dziennikarz i naukowiec są przedłużeniem zmysłów i umysłu społeczeństwa: oczami dziennikarza i naukowca myślimy, słyszymy, poznajemy odległe światy. Dzięki ich pracy możemy być w wielu miejscach na raz. Szybka podróż, lub wykorzystanie specjalistycznego sprzętu.

Zdonie z koncepcją Marshalla McLuhana media są przedłużeniem człowieka, przedłużeniem zmysłów. Dziennikarz i naukowiec to społeczne wyspecjalizowane narządy zmysłu całego społeczeństwa.
Dziennikarz i naukowiec – inna metodologia (choć podobna, ewolucyjnie wywodząca się z tej samej ludzkiej ciekawości) i inny styl relacjonowania, opowiadania. Literatura stawia bardziej na estetykę opowieści, nauka na obiektywizm (nawet kosztem piękna języka). Dziennikarstwo jest gdzieś pomiędzy: ma być obiektywnie ale i pięknie opowiedziane.

Naukowiec jest bardziej wyspecjalizowany (wąska dziedzina, ciągle to samo), dziennikarz ciągle obraca się w szerokim zakresie tematycznym. Dlatego dziennikarz musi być erudytą i w rezultacie na niczym się nie zna dokładnie (w uproszczeniu). Naukowcy erudytami w nauce byli w Oświeceniu. Wtedy jeszcze się dało. Teraz specjalizacja i przyrost wiedzy jest zbyt duży, by móc ogarnąć wszystko. Co roku ukazuje się chyba milion nowych publikacji naukowych. Tego nie da się ogarnąć. Dlatego w nauce specjalizacja coraz bardziej się pogłębia.

Naukowiec i dziennikarz mówią (piszą, komunikują) do innych odbiorców: naukowiec do innych specjalistów (innych naukowców z danej dyscypliny), a więc jego język jest żargonowy, specjalistyczny, z dużym kontekstem wiedzy (niewypowiedzianej, ale do niej się odwołuje), dziennikarz – do szerokiego odbiorcy a więc język musi być prosty a trudne terminy objaśnione. Inne więc formy tekstów pisanych, sposobów komunikacji. Ale istota pozostaje ta sama – komunikacja treści społecznie przydatnych. Emocje w gatunkach dziennikarskich są po to, aby wzbudzić zainteresowanie, w tekstach naukowych jest ich mniej, bo sięgają po nie już zmotywowani, poszukający czegoś konkretnego. Ale i to się zaczyna zmieniać za sprawą nie tylko trzeciej kultury i popularyzacji nauki.

Skoro następuje hybrydyzacja mediów, to może będzie nowe wymiksowanie stylów? Naukowcy sięgają po nowe formy, by zainteresować obywateli finansowaniem badań. Obywatel, żeby chciał finansować badania naukowe, musi je rozumieć oraz rozumieć ich sens i cel. Dlatego naukowcy, jako coraz bardziej rosnąca grupa zawodowa, muszą i chcą coraz bardziej komunikować się z szerokim odbiorcą. Muszą więc nauczyć się nowego stylu przekazu obiektywnej wiedzy. Muszą wyjść z koleiny jednego stylu i rytuału komunikacji i nauczyć się także stylów typowo dziennikarskich. Z drugiej natomiast strony dziennikarze, chcący pisać o nauce i wykorzystywać popularyzację wiedzy… muszą się dokształcać w konkretnych dyscyplinach naukowych. By rozumieć to, o czym piszą.

Hybrydyzacja jest w jeszcze jednym wymiarze. We współczesnym świecie nie tylko dziennikarz musi umieć więcej (czytaj o dziennikarzach fotografujących i filmujących), ale i naukowiec musi umieć dużo więcej.

Dziennikarskie massmedia czyli środki masowej komunikacji bardzo się zmieniają. Odbiorca jest coraz bardziej zróżnicowany i zindywidualizowany (polecam np. książkę Karola Jakubowicza „Nowa ekologia mediów. Konwergencja a metamorfoza”).

Dziennikarz jest sprawozdawcą. Jest oczami dla innych. Bo samemu się wszędzie nie pojedzie. Dziennikarz jest (a przynajmniej powinien być) specjalistą w zbieraniu, opracowaniu i upowszechnianiu informacji. Powinny być one obiektywne. Ale gdy dziennikarz staje się nauczycielem, politykiem, kaznodzieją, mędrcem – wychodzi ze swej funkcji. A dzieje się to od wielu lat, nie tylko obecnie. Mylenie funkcji jest powszechne – politycy też uważają się za dziennikarzy. Ostatnio nawet za dziennikarzy podają się szantażyści i przestępcy. Groźne jest mylenie stylów: felieton, reportaż, opinia, wywiad, refleksje, szantaż. Nie ma problemu w tym, że hydraulik czy piłkarski kibic idzie do teatru. O ile dostosuje formę swojego ubioru i zachowania do miejsca. Nie ma więc problemu w tym, że ludzie wykonują różne zawody, nawet symultanicznie. Ale przyjmując rolę dziennikarza trzeba przyjąć i rzetelny, dziennikarski styl relacjonowania. Czytelnik powinien wiedzieć (odczytać) ze stylu jaka to wypowiedź, i czy to pisze obiektywny dziennikarz czy emocjonalny, subiektywny mentor, kaznodzieja, polityk. Tak samo, jak idąc do sklepu oczekujemy, że na półce z makaronami będzie makaron, a napis na opakowaniu odzwierciedlać będzie zawartość. Nie chcemy niespodzianek: kupując konserwę rybną po otwarciu znaleźć zielony groszek lub mielonkę turystyczną.

Groźni są „dziennikarze”, którzy uważają, że mają monopol na pouczanie ludzi. Naukowcy zresztą też. Medialni celebryci… nie są dziennikarzami. Każdy, gdy coś powie lub napisze, myśli że jest dziennikarzem… pomieszanie z poplątaniem. Winę za ten stan rzeczy ponoszą zarówno media jak i odbiorcy. Mniejsze jest zapotrzebowanie na informacje, bo są za darmo jak ulotki z supermarketu w skrzynce pocztowej. W rezultacie jest mniej pracy dla rzeczywistych dziennikarzy. Ich miejsce zajmują tańsi, niewyrobieni warsztatowo stażyści i … pospolite ruszenie bez warsztatu. Zamiast wywiadu z politykiem sam polityki pisze a forma przybiera wygląd obiektywnego wywiadu czy reportażu. Służby i kelnerzy podrzucają podsłuchy, które dalej „robią” za dziennikarstwo śledcze lub reportaż.

Mniej jest czasu na sprawdzenie tekstów, dźwięków, filmów, faktów (pośpiech i mało pieniędzy na etaty), mniej czasu na obiektywizm i wysłuchanie racji, wizji, punktów widzenia dwóch stron (żeby było obiektywnie a nie propagandowo). Mniej czasu na próbę weryfikacji informacji (tak jak naukowiec weryfikuje obserwacje i wyniki eksperymentów). Nawet w dziennikarstwie otaczają nas tandetne jednorazówki.

Profesjonaliści to rzetelność, obiektywizm, że prawda, że sprawdzone a nie tylko wymyślone. Dziennikarz to nie literat. Bo czym innym „jest napisane to i tu” (ze skomentowaniem wiarygodności owego "tu") a czym innym „jest”. W pierwszym jest tylko stwierdzenie faktu, w drugim daleko idąca interpretacja.

Wśród naukowców też są nierzetelni, też jest mylenie gatunków literackiej komunikacji naukowej, wychodzenie z roli. Naukowiec jest tylko specjalistą w swej dziedzinie, a nie w każdej swojej tematyczne wypowiedzi. Nie powinien ulegać pokusie i stosować tytułu naukowego w każdej sytuacji a tylko w wyjątkowych przypadkach, wtedy gdy rzeczywiście wypowiada się jako ekspert. Jest to trudne i wiem coś o tym. Stopień naukowy jest potwierdzeniem specjalizacji. Udzielam różnych wypowiedzi, czasem na tematy odbiegające od specjalności i kompetencji. Dziennikarze nie zawsze przesyłają tekst do autoryzacji. Często lubią wstawiać tytuł, aby podkreślić „eksperta”, mimo że w konkretnym przypadku ekspertem nie jestem. Ale ładniej wygląda.

Naukowcy także wychodzą z roli, stając się politykami i kaznodziejami, że wspomnę z przeszłości Łysenkę a ze współczesności Dawkinsa. W dużej części to nie tylko ich wina, ale i różnych środowisk, które dodają sobie autorytetu wpisując na sztandary naukowców. Każdy ma prawo do wypowiedzi w różnych tematach. A przecież nie zawsze wypowiada się jako naukowiec. Często wbrew intencjom i wbrew woli występuje poza swoją specjalnością jako ekspert od wszystkiego.

Profesjonalizm – zgodnie z rzemiosłem, ze sztuką czy to dziennikarską, czy naukową.
Podobieństwo jest duże. Osobiście jestem i dziennikarzem i… naukowcem. O może raczej bywam. Sądzę, że naukowcem się bywa… wtedy, gdy się odkrywa. Tytuł i stopnie naukowe pozostają na stałe, jak kiedyś tytuły szlacheckie przy nazwisku….

Przez żołądek do wiedzy

ksiazkichwasty

Chwasty są uciążliwością działkowiczów z ogródkiem i rolników z polami uprawnymi. Ciągłe pielenie, a one rosną i rosną. Kusi potraktować je chemicznymi środkami ochrony roślin. Ale cóż, te środki nie tylko niszczą chwasty na polu ale i bioróżnorodność wokół. A najgorsze, że przez jedzenie na talerzu trafiają do naszego organizmu. Broń obosieczna. Gracka, mimo że bardziej męczy to jest finalnie zdrowsza (i ruch i zdrowe jedzenie)…

Lepiej jest więc chwasty… zjeść. Znane jest porzekadło, że przez żołądek trafia się do serca mężczyzny. Ostatnio odkrywam, że przez żołądek trafić można do wiedzy.
Z przybierającym zaskoczeniem obserwuję rosnące zainteresowanie przyrodą. A wszystko przez renesans zainteresowania dziedzictwem niematerialnym a konkretnie dziedzictwem kulinarnym, czyli dziedzictwem kulturowym i przyrodniczym.

Szukając przygody wracamy okazjonalnie do diety naszych przodków. Tak wiele da się zjeść i wyczarować cuda na talerzu z chwastów. Ale, żeby móc zjadać grzyby czy rośliny, ba nawet owady i inne bezkręgowce, trzeba je poznać i nauczyć się ich rozpoznawania (oczywiście grzybów nie zalicza się do chwastów, podobnie jak bezkręgowców, tu raczej mówi się o patogenach i szkodnikach). Żeby się nie otruć. A więc potrzebna jest wiedza przyrodnicza. I uczymy się z przyjemnością, nawet nie zauważając faktu uczenia się….

W księgarniach coraz liczniej pojawiają się atlasy rozpoznawania grzybów (z coraz większą liczbą dobrze opisanych i zilustrowanych gatunków), atlasy roślin, albumy z owadami. Ale to jeszcze nic. Pojawiają się książki kucharskie, gdzie głównym przedmiotem są właśnie dziko rosnące rośliny. Iść, jak koza na łąkę i się najeść.

Bardziej chodzi tu o przygodę (także wakacyjną przygodę). W części jest to zainteresowanie miłośników survivalu, w części archeologiczne i etnograficzne poszukiwania przeszłości. Taka swoista archeologia eksperymentalna. Ziołami interesujemy się więc nie tylko w celach leczniczych (ziołolecznictwo), ale także kulinarnych i kosmetycznych. W ten sposób ponownie odzyskujemy utraconą, zbiorową wiedzę o zasobach przyrody.

W sposób nieformalny i pozaformalny edukacja przyrodnicza rozwija się w najlepsze (proste przypomnienie faktu, że edukacja odbywa się nie tylko w szkole i nie tylko na uniwersytecie – to znak czasów). W sporej części to zainteresowanie lokalną bioróżnorodnością wynika z proekologicznych postaw ograniczania negatywnego wpływu na planetę i chęci ograniczania zbędnego transportu (w tym odgraniczania antropogenicznego efektu cieplarnianego).
I jak zakupiłem niedawno dwie książki („Jadalne rośliny dziko rosnące. Lecznicze właściwości i składniki odżywcze 200 gatunków polskich roślin” oraz „Pyszne chwasty. 137 przepisów na dania z chwastów”).

Zawartość tych książek ogromnie mnie zaskoczyła. Pozytywnie. Nawet nie wiedziałem, że tyle lokalnie występujących roślin da się zjeść. A wraz z rosnącą wiedzą przyrodniczą będzie rosła świadomość ochrony przyrody. Bo to znaczne poszerzenie racjonalnego korzystania (i zarządzania) zasobami przyrody. Do tej pory na przyrodzie znali się leśnicy (z racji pracy) wędkarze, grzybiarze, myśliwi, rolnicy. Teraz dołączają także domowi zielarze, miłośnicy jadalnych chwastów. I oczywiście miłośnicy fotografii. Przyroda w zasięgu ręki i… rosnąca wiedza o lokalnych zasobach bioróżnorodności.

Coraz więcej osób poprawnie rozpoznaje gatunki grzybów, roślin i zwierząt. Znacząco pomaga w tym Internet i portale społecznościowe.

A ja, zaopatrzony w nowe i stare książki tego lata poeksperymentuję. Bo znacznie ciekawiej jest doświadczać przygody, niż tylko o niej czytać. Slow life w krainie cittaslow.
Czyli na Warmii i na Mazurach.

20 lat biologii w Bydgoszczy. A ile w Olsztynie?

Czas szybko biegnie, i dzień dzisiejszy szybko staje się historią. Spoglądanie w tył ma sens, nie tylko dlatego że porządkuje. Daje także refleksję i perspektywę na przyszłość. Szersza, czasowa i procesowa perspektywa daje nam dystans do przemijającej codzienności.

Właśnie od kolegi z Bydgoszczy dostałem ciekawą książkę pt. "20 lat biologii w Bydgoszczy", pod red. Haliny Ratyńskiej, wydaną w 2014 roku. Jak łatwo się zorientować finanse pochodzą z urzędu marszałkowskiego i Programu Regionalnego Unii Europejskiej. Wbrew niedawnym jękom eurosceptyków Unia Europejska nas nie wynaradawia ani nie niszczy. Wręcz przeciwnie, pozawala nam dokumentować naszą historię i mocniej się zakorzeniać.

Zmiany w szkolnictwie wyższym bardzo szybko zachodzą. 20 lat w kształceniu biologów na poziomie wyższym to dużo. Przykładem jest Bydgoszcz. Powstał kierunek, rozwijał się, a teraz spada liczba studentów. Może niebawem zaniknie a raczej ulegnie transformacji, swoistej metamorfozie. Dobrze, że takie książki powstają. Zebrana jest w nich nie tylko historia lokalna. To dobry materiał w przyszłości do analiz i porównań, do szukania procesów bardziej ogólnych (trzeba mieć co porównywać).

W opisywanej książce zebrane są biogramy twórców biologii, obecne i dawne badana naukowe, sylwetki absolwentów, losy studenckich kół naukowych. Miło się czyta. I porównuje.

Wyznaczanie granic historycznych jest trudne. Procesy się dzieją ciągle. Tylko umownie wyznaczamy jakieś daty jako cezury czasowe. Jedno się kończy, zaczyna drugie, niemalże w formie płynnego przejścia (ewolucji czy sukcesji ekologicznej). Wybór faktów i osób w jakimś sensie zawsze będzie subiektywny (każda pliszka swój ogonek chwali). Skoro w pisanie zaangażowani są sami uczestnicy, to i subiektywny jest wybór tego co ważne i mniej ważne. Niemniej powstaje dokument, relacja, bardzo ważna dla przyszłości.

Bez wątpienia podobna książka przydałaby się w Olsztynie, dla zebrania i ocalenia od zapomnienia olsztyńskiej biologii. Kiedy się zaczęła? Bez wątpienia blisko 40 lat temu w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie. Początkowo w ścisłym związku z geografią. Potem powstał samodzielny Instytut Biologii, kształcący nauczycieli biologii… ale wiele osób trafiło do nauki i zawodów pozanauczycielskich. Potem nazwa jednostki została rozszerzona: Instytut Biologii i Ochrony Środowiska. Równie znak czasu. Dwa lata przez powstaniem UWM, na ówczesnej ART , powstał Wydział Biologii i uruchomiono kształcenie w zakresie biologii. Była to konkurencja w stosunku do WSP. Ale w momencie połączenia uczelni i powstania Uniwersytetu, Wydział Biologii powstał z połączenia odrębnych jednostek. Była tylko jedna, zintegrowana biologia. Poza kształceniem magisterskim szybko uzyskano uprawnienia do doktoryzowania i habilitowania w zakresie nauk biologicznych. Rozwój bez wątpienia. Potem uruchomiono kolejny kierunek kształcenia: biotechnologię. I niebawem okazało się, że więcej jest studentów biotechnologii niż biologii. Także i z tych względów wydział zmienił nazwę na Wydział Biologii i Biotechnologii. Rozpoczęte zostały także starania o pełne prawa akademickie, czyli możliwość doktoryzowania i habilitowania w zakresie biotechnologii. Pojawił się kolejny nowy kierunek: mikrobiologia a ostatnio międzywydziałowy kierunek licencjacki "dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze". Biologia uniwersytecka jako nauka podstawowa, wydaje się w zaniku (kosztem biologii jako nauki stosowanej). Na to nakłada się obecny niż demograficzny. Biologia – jako kierunek kształcenia – ulega ewolucyjnej transformacji.

Warto spisywać i ocalić od zapomnienia. Świat szybko się zmienia a niebawem zabraknie osób, które pamiętają, natomiast dokumenty ulegną rozproszeniu i zapomnieniu…. Sensem nauki jest przecież obserwowanie, dokumentowanie, przechowywanie i upowszechnianie. Zostawmy jakiś materiał badawczy dla historyków, socjologów, historyków nauki itd. Technologie informatyczne na dodatek dają nam zupełnie nowe możliwości.

Ożywianie papierowych gazet – dlaczego idzie tak wolno i z dużymi oporami?

kalamarz2

Intermet i hybrydowe media dają duże możliwości. W gazetach papierowych pojawiają się nie tylko zdjęcia, ale w ślad za hipertekstowym stylem internetowych mediów mogą pojawiać się filmy. Papier ożywa, ale za sprawą czytników czytelników. Gazeta ożywa, gdy czytelnik ma tablet lub smartfona. I coraz więcej ludzi je ma.

I gazety eksperymentują. Kolejne tytuły zapowiadają rewolucję, pokazują nowinki… i na tym się kończy. Najpierw Gazeta Olsztyńska pokazała filmiki poprzez program Aurasma. Na moim tablecie się nie sprawdził. Dobrze działa chyba tylko na smarfonach. Ale po kilku próbach filmiki zniknęły z Gazety. Długo zastanawiałem się dlaczego.

Niedawno Tygodnik Powszechny, zmieniając format papierowy, także zapowiedział „ożywianie”, z wykorzystaniem programu Actable. Nawet pojawiły się filmiki. Ale potem zamarło. Dlaczego?

Kilka dni temu zrozumiałem dlaczego tak się dzieje, że mimo iż są możliwości techniczne, mimo że przetestowane, to brakuje adekwatnego wsadu. Przyszła do mnie na wywiad młoda dziennikarka. Chwilę porozmawiała, nagrała na dyktafon, zrobiła zdjęcie i nagrała krótki filmik. Jedna osoba – wszystko w jednym (zobacz efekt). Jedna osoba potrafi napisać, zrobić zdjęcie i filmik (a potem edytować tekst, edytować zdjęcie i krótki filmik). Dziennikarz hybrydowy, bez podziału na prasę, radio i telewizję.

Jeszcze do niedawna, dziennikarz prasowy, jeśli chciał zdjęcie do swojego tekstu… to przychodził z fotografem, albo fotograf przychodził w innym terminie. Zrobić ilustrację. Tak przez lata media funkcjonowały. Dziennikarz był do tworzenia tekstu słownego. Od ilustracji był fotograf. A nagrać film? To kolejna osoba. Lub nawet kolejne medium. Teraz to się wszystko miesza i powstaje zupełnie nowa jakość. Czasem przychodzący do mnie dziennikarz radiowy od razu robi także zdjęcie. Zdjęcie  do radia? Tak, na stronę. Bo współczesne radio można słuchać dodatkowo w dowolnym czasie przez internet, czytać informacje na stronie www i oglądać zdjęcia.

Ożywianie gazety wymaga dodatkowego wsadu, nie tylko tekstu ale i obrazu ruchomego. Technicznie to nie jest takie trudne. Większy przełom musi dokonać się w nawykach i umiejętnościach. I nowe pokolenie się już tego uczy. Nic już nie będzie takie jak dawniej. Współczesny dziennikarz musi umieć znacznie więcej, także pod względem technicznym.

Technologia nie wystarczy. Potrzebny kapitał ludzki. O tym, jak bardzo zmienia się przekaz za sprawą technologii i jak technologia zmienia sam proces komunikacji, przekonuję się w trakcie lektury. Bo właśnie czytam dwie książki:

  • Marshall McLuhan „Zrozumieć media. Przedłużenia człowieka”
  • Karol Jakubowicz „Nowa ekologia mediów. Konwergencja a metamorfoza”

Ta ostatnia pozycja jest intrygująca także ze względu na przenikanie biologicznego sposobu patrzenia na świat do nauk społecznych. Pojawiają się już ekosystemy inwestycyjne jak i ekologia mediów. To nie tylko inspiracja słowem ale interdyscyplinarne wykorzystanie modeli.

O skójce z grubą skorupką, monitoringu środowiska i guzikarstwie

sochoguziki1Jako dziecko wakacje spędzałem zazwyczaj nad małą rzeczką. Uregulowana, płytka, piaszczysta. Wtedy żyły tak jeszcze raki szlachetne i kiełbie. W płytkiej wodzie rzeki Liwny zbieraliśmy muszle małży. Teraz wiem, że były to skójki malarskie. Ale z pewnością było tam więcej gatunków. Muszle zachwycały mieniącą się masą perłową.

Z dzieciństwa pamiętam jeszcze jakieś starodawne, nierówne guziki z masy perłowej. Mieniły się, ale każdy był jakiś ciut inny. I było ich mało. Więc do zabawy chętniej wybierałem jednakowe guziki plastikowe.

Wspomnienie guzików z masy perłowej przywołały mi dwa fakty, wcześniejsze odwiedziny z Muzeum Mazowieckim w Płocku i wystawy o sochocińskiej manufakturze guzikarskiej i ostatnie wyjazdy terenowe, związane z monitoringiem skójki gruboskorupowej (Unio crassus). No i wcześniejsze wpisy na blogu poświęcone szczeżui pospolitej, po których zacząłem się zastanawiać czy ze szczeżui wyrabiano guziki?
(czytaj 1, 2, 3)

Skójka gruboskorupowa, jako gatunek naturowy, została objęta monitoringiem państwowym. Niestety na mapie badanych rzek brakuje tych z Warmii i Mazur. Może więc warto odnotowywać miejsce jej występowania (zob. Skójka gruboskorupowa w Olsztynie).
Liczną populację skójki gruboskorupowej w tym roku widziałem w rzece Pasłęce, od Bażyn aż po Pelnik. Jest liczna i ma się dobrze. Od lat widuję ją w rzece Łynie, w Lesie Warmińskim, Olsztynie i na wysokości Smolajn. Pojedyncze okazy spotykałem także w rzece Kirsnie. Natomiast na mapce rozmieszczenia tego gatunku w Polsce, nasz region to jedna wielka biała plama („Poradniki ochrony siedlisk i gatunków – skójka gruboskorupowa 1032”, Katarzyna Zając). Po prostu brakuje informacji o tym gatunku. Aż dziwne.

SONY DSC

Skójka gruboskorupowa jest dużym słodkowodnym małżem. Średnie wymiary muszli mogą różnić się znacznie w zależności od stanowiska, w Polsce znajdowane muszle o wielkości 4,4 do 7,2 cm (K. Zając, „1032 Skójka gruboskorupowa”, Biblioteka Monitoringu Środowiska, i dalsze informacje). Tak dużych muszli nie sposób przeoczyć w czasie badań terenowych, nawet okazów martwych, żyjących wcześniej w danym siedlisku. Wygodne do inwentaryzacji są puste muszle, po martwych małżach. Wyraźnie palcami można wyczuć, że muszla jest grubsza niż u innych skójek. Ponadto nie niepokoimy tego gatunku (nie wyjmujemy z wody żywych małży).

Skójka gruboskorupowa jest filtratorem, odżywiającym się sestonem (odfiltrowuje z wody glony, drobne zwierzęta planktonowe, martwą materię organiczna). Na ogół przebywa zakopana w osadach dennych (tylko tylny koniec muszli z syfonami wystaje ponad powierzchnię dna), ale jest widoczna gołym okiem. Dojrzałość płciową osiąga przy długości muszli 30–40 mm. Do rozrodu przystępuje wiosną (kwiecień i maj).
Tak jak i inne skójkowate w cyklu życiowym ma pasożytnicze glochidium (czytaj więcej). Żywicielami glochidiów skójki gruboskorupowej są: ciernik (Gasterosteus aculeatus), cierniczek (Pungitius pungitius), jelec (Leuciscus leuciscus), kleń (Leuciscus cephalus), strzebla potokowa (Phoxinus phoxinus), okoń (Perca fluviatilis), wzdręga (Scardinius erythrophtalamus) i głowacz białopłetwy (Cottus gobio). Inne gatunki mogą być nieodpowiednie – przyczepiające się glochidia mogą być przez system odpornościowy usuwane i uśmiercane. Sporym kłopotem mogą być gatunki obce i inwazyjne. Układ pasożyt-żywiciel to złożony system, kształtujący się przez wiele lat.
Jeżeli potencjalne ryby, żywiciele glochidiów skójki gruboskorupowej występują a skójki brakuje, to najwyraźniej siedlisko jest nieodpowiednie dla przeżycia tego małża.

Pasożytowanie trwa zwykle około czterech tygodni, po czym młode małże opuszczają ciało żywiciela i rozpoczynają samodzielne życie. Przez 2–5 lat żyją zakopane w osadach dennych (w tym stadium jest trudne do wykrycia w cieku, bez specjalistycznego sprzętu nie zobaczymy ich w rzece). Starsze osobniki najczęściej tworzą skupienia, składające się z osobników obu płci.
Skójki należą do organizmów długowiecznych. Maksymalna długość życia osobników różni się w zależności od populacji, złożone z osobników krótko żyjących, w których maksymalna długość życia wynosi 8 lat, oraz długo żyjące – 23 lata. W Skandynawii dożywają 70 lat. Można postawić pytanie, czy na Warmii i Mazurach są przyjazne warunki do długiego życia skójek?

Długi okres życia sprawia, że jeśli w danej rzece skójka gruboskorupowa pojawiała się nawet okazjonalnie, to pozostawałyby żywe lub martwe dorosłe osobniki. Stabilność siedliska w skali wieloletniej jest ważna dla przetrwania tego gatunku. Dlatego został wybrany do monitoringu stanu środowiska.

Siedliskiem skójki gruboskorupowej są czyste wody bieżące (duże potoki, strumienie i rzeki) z piaszczystym lub piaszczysto-żwirowym dnem, małż ten preferuje rzeki krainy lipienia i brzany. Zdarza się, że występuje także w innych siedliskach, np. w rejonie, gdzie rzeki wpadają do jeziora i w wypływach rzek z jezior.

Skójka gruboskorupowa zasiedla rzeki dość szybko płynące w porównaniu do cieków zasiedlanych przez inne gatunki skójkowatych, jednak osobniki tego gatunku występują zazwyczaj w takich miejscach, gdzie prędkość przepływu wody spada, przeważnie w strefie przybrzeżnej.
Jako gatunek wrażliwy na zanieczyszczenia, skójka gruboskorupowa jest bardzo dobrym wskaźnikiem czystości wód. Zatem to zanieczyszczenie wód jest głównym czynnikiem sprawiającym zanikanie tego gatunku z naszych wód. Drugim jest melioracja, czyli bagrowanie rzek (zobacz zdjęcia z poprzedniego wpisu). Dla pogodzenia celów odwodnieniowych i ochrony bioróżnorodności proponuje się etapowe pogłębianie cieków, tak aby z części niebagrowanych organizmy zdążyły przejść do już oczyszczonych.

Zwierzęta te prowadzą na ogół osiadły tryb życia. W wypadku, gdy warunki pogorszą się (np. na skutek spadku poziomu wody), skójki mogą przemieszczać się na stosunkowo niewielkie odległości, w ciągu godziny są w stanie pokonać dystans około dwóch metrów. Tak więc dyspersja tego gatunku odbywa się przede wszystkim w stadium larwalnym, w okresie pasożytowania na rybach (zobacz też wpis o szczeżui). O obecności gatunki (kolonizacja, rekolonizacja cieków) w dużym stopniu decyduje obecność odpowiednich gatunków ryb.

Wędrówka małża przez osady denne pozostawia charakterystyczne rowki w podłożu, szczególnie dobrze widoczne w drobnych osadach (cecha ta ułatwia wykrycie obecności gatunku w rzece). Gdy niekorzystne warunki mają większy zasięg w przestrzeni i czasie (np. powódź, zima) małże spowalniają metabolizm, rezygnują z normalnej aktywności i w takim stanie usiłują przetrwać.
W ostatnich kilkudziesięciu latach wiele siedlisk skójki gruboskorupowej uległo degradacji lub daleko idącym przeobrażeniom, głównie na skutek zanieczyszczenia wody oraz regulacji rzek. Czy na występowanie skójki i wielkość populacji ego gatunku mogło mieć wykorzystywanie jej jako surowca do produkcji guzików?

Zachęcam do obejrzenia wystawy pt. „Sochocińskie guziki – ślad dawnej tradycji” lub odszukania w internecie towarzyszącej jej broszurze. Chyba trzeba udać się do Sochocina i sprawdzić, z jakich mięczaków wyrabiano tam guziki. Na razie udało mi się dotrzeć, do dwóch fotografii ( http://xenna.com.pl/sochocinskie-guziki/, http://tc.ciechanow.pl/fotoreportaz-172-sochocinskie_guziki.html#/resources/image/fotoreportaze/big/172/200912151850550.jpg
Na zdjęciu widać, że do produkcji guzików wykorzystywano skójki, w tym skójkę gruboskorupowa, malarską i zaostrzona. Nie widać szczeżui. Być może dlatego, że szczeżuje mają zbyt cienką muszlę. Najbardziej odpowiednia wydaje się skójka gruboskorupowa.

Sochocin, zlokalizowany na północnym Mazowszu, niedaleko granicy naszego regionu, lokowany był na prawie chełmińskim w 1385 r. Położony nad Wkrą oraz w pobliżu jej dopływów (m.in. Łydyni). Jakie małże tam teraz żyją? Ciekawe. Wkra mnie zawsze kusiła pod względem chruścików. Trzeba będzie kiedyś zrealizować marzenia i zaspokoić ciekawość.

Kiedy rozwinęła się manufaktura guzikarska w Sochocinie, w drugiej połowie XIX w. Sochocin był miejscowością typowo rolniczą. Rzemiosło i handel były słabo rozwinięte. Mieszkańcy poszukiwali nowych źródeł zarobkowania. I tak powstały tam zakłady rzemieślnicze guzikarskie. Być może, guziki, które pamiętam z dzieciństwa tam zostały zrobione.
W tym czasie, pod rosyjskim zaborem w Królestwie Polskim, rozwijał się przemyśl włókienniczy (zwłaszcza w okolicach Łodzi, Kalisza, Sieradza, Warszawy). Wzrosło więc zapotrzebowanie na guziki. Kiedyś wyrabiane z drewna, potem były produkowane z muszli mięczaków (ale morskich). W 1866 r. powstała pierwsza na północnym Mazowszu fabryka guzików z masy perłowej w Krasnem. Surowcem do produkcji guzików były muszle małży morskich, pochodzące z basenu Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego. Produkcja więc opierała się na importowanej bioróżnorodności.
Nieznane są dokładnie gatunki dużych i twardych muszli morskich mięczaków, z których przed II wojną światową sochocinianie produkowali guziki. W samym Sochocinie zostały pojedyncze fragmenty muszli morskich, które dawniej po wycięciu krążków, usypywano w wielkie hałdy lub wyrzucano na drogi w celu ich utwardzenia. Nie dziwmy się więc obecności na Mazowszu muszli egzotycznych mięczaków. Kultura łączy się z przyrodą czasami w zaskakujący sposób.

Po II wojnie światowej, w czasie które wymordowano Żydów i wielu polskich mieszkańców, produkcja guzików w Sochodcinie powoli się odradzała. Zmieniły się warunki gospodarcze i zabrakło importu czarnomorskich i indyjskich muszli mięczaków. A zapotrzebowanie na guziki było duże. Najpierw korzystano z tego, co pozostało na wysypiskach. Z niektórych muszli udawało się jeszcze wyciąć coś na guziki. Ale i to szybko się skończyło. Zainteresowanie sochocińskich guzikarzy zwróciło się w kierunku rodzimych małży. Czy wykorzystywano małże z Wkry? Być może, ale albo było ich za mało, albo było to głównie szczeżuje. Od dawna działająca cukrownia w Glinojecku zapewne przyczyniła się do zamieszczenia Wkry i zaniku wrażliwych skójek, w tym skójki gruboskorupowej.

Wcześniej już pisałem o tym, że małże nasze skarmiano świniom. Zapewne jako uzupełnienie paszy białkowej. Rolnicy nadwiślańscy, od Dobrzynia nad Wisłą aż po, Wyszków czy Nowy Dwór Mazowiecki co roku wypływali łodziami na połów małży(na bezrybiu i małż ryba?). Płynęli aż do Narwi i Bugu (a więc nie tylko z Wisły małże pochodziły). Następnie parzyli je wrzątkiem, otwierali i wyjmowali ze środka mięso, którym karmili zwierzęta. Bezużyteczne muszle usypywali w ogromne pryzmy. To był odpad poprodukcyjny. Te bezużyteczne mięczakowe hałdy wypatrzyli sochocinianie i wyprosili możliwość zabrania muszli niby w celu wysypania ich na błotniste uliczki i utwardzenia podłoża. Kiedy wydało się, że służą do wyrobu guzików, później nadwiślańscy rolnicy zaczęli żądać zapłaty, początkowo symbolicznej, potem wyższej.

Ale nie cena przyczyniła się do upadku sochocińskiego guzikarstwa. Eksploatacja mięczaków wynikała z potrzeb rolniczych. Guzikarstwo wykorzystało tylko odpad „poprodukcyjny”. Ciekawe jest jednak jak dawna była tradycja skarmiania świniom rzecznych małży i jaki skutek wywierało to na populacje tych mięczaków. Dane współczesne, już bez eksploatacji, pokazują ze najbardziej szkodliwe jest zanieczyszczenie wód oraz regulacja rzek.

Rzemieślnicy z Sochocina po swojemu nazywali surowiec. Ciekawe czy nazwy: „wiślanki”, „bużanki” oraz „narwianki” wiązały się z konkretnymi gatunkami małży i ich przydatnością do produkcji guzików, czy też z innego powodu nadawali takie nazwy. Wątpię także czy do produkcji guzików wykorzystywano szczeżuje (ale na pewno te muszle docierały). Resztki muszli, pozostałe po wyborowaniu krążków na guziki, wysypywano na ulice celem utwardzenia nawierzchni. Teraz to znakomity materiał badawczy do poznania bioróżnorodności. Dziedzictwo kulturowe wspaniale łączy się z dziedzictwem przyrodniczym.

Państwo socjalistyczne niechętnie patrzyło na przydatne rzemiosło. To była pierwsza przyczyna upadku sochocińskiego guzikarstwa. Drugim było wprowadzenie łatwych w produkcji i w bogatym wzornictwie guzików plastikowych. Guzikarstwo w Sochocinie, bazujące na lokalnej bioróżnorodności, zakończyło się przed rokiem 1963. A więc przed moim narodzeniem. Zostały tylko gdzieś pojedyncze guziki w pościeli czy koszulach.

Czy na fali rosnącej mody na lokalność i rękodzieło, powróci zainteresowanie muszlami krajowych małży? Może ozdoby, pamiątki, może w sztuce użytkowej? I czy potrafimy korzystać z lokalnej bioróżnorodności nie niszcząc jej? To znaczy umiejętnie korzystać z zasobów przyrodniczych, umożliwiając jej odtwarzanie się?

Czy dawniej jedliśmy szczeżuje i skójki? Słodkowodne zapomniane owoce jeziora?

skojkowate

Francuska kuchnia jest niezwykle bogata i wyrafinowana. Podobno dlatego, że mieszkańcy tego kraju przeżyli kilka klęsk głodu. A wiadomo, że z głodu to różne rzeczy się zje. Wyobraźnia kucharza jest niewyczerpana. W czasach niedostatku jedzono żołędzie (mimo, że gorzkie), mielono korę z drzew i dodawano do mąki. Byleby czymś brzuch wypełnić. Z części tego bieda-jedzenia zrezygnowaliśmy a dziś na powrót odkrywamy (pokrzywa, lebioda, komosa, czosnek niedźwiedzi). Inne zostały wcześniej nobilitowane i trafiły na salony, np. kawior, pizza, bigos. Czy chociażby owoce morza. Przecież to nic innego jak jakieś „robactwo”.

Skoro jemy owoce morza, jakieś omułki, ostrygi to czy jedliśmy kiedyś słodkowodne małże: skójki, szczeżuje? Prusowie zjadali wiewiórki, łabędzie, Kurowie jeszcze w wieku XX zjadali wrony. Jedliśmy pokrzywę, lebiodę i inne chwasty. Francuzi jedzą żabie udka. Jedliśmy i jemy ślimaki winniczki. A co z naszymi małżami z rzek i jezior? Łatwo je złowić – nie uciekają, nie gryzą, nie drapią. I chyba nie są trujące.

Jeszcze na początku XX wieku w Polsce karmiono świnie małżami (nad Wisła, Narwią i Bugiem). Parzono wrzątkiem, wybierano mięso a muszle wyrzucano (albo wyrabiano z nich guziki, ale to już inna opowieść). To może wcześniej sami jedliśmy małże? Jeśli nawet nasi przodkowie żywili się słodkowodnymi małżami, to niematerialne dziedzictwo kulinarne przepadło. Brak ciągłości. Teraz w internecie spotkać może wiele zapytań o przepisy. Ale to raczej eksperymentowanie survivalowe a nie tradycja.

Warto przy okazji przypomnieć, że szczeżuja wielka i szczeżuja spłaszczona są pod ochroną, podobnie jak skójką gruboskorupową i skójką perłorodną. Zanim więc łakomym okiem spojrzymy na małże z naszych jezior czy rzek warto się poduczyć w ich rozpoznawaniu by nie łamać prawa i nie niszczyć krajowej bioróżnorodności. Kiedyś wody były bardziej czyste to i małży było więcej. Na skutek zanieczyszczeń wód oraz regulacji koryt rzecznych wiele skójek i szczeżui niepotrzebnie zostało wyniszczonych. Wystarczy przyjrzeć się osadom, wybranym z rzeki w czasie pogłębiania przez meliorantów (na zdjęciach niżej rz. Łyna w okolicach Smolajn, kilka lat temu, po pogłębianiu koryta).

Ciekawe jak kiedyś je jedzono? Teraz można spotkać na nowo tworzone przepisy, marynowane z cytryną, oliwą i ziołami (dawniej u nas cytryn i oliwy nie było), potem grillowane. Inne przepisy to posypywanie przyprawą do ryb, skrapianie cytryną i smażenie na patelni grillowej. Jeszcze inny przepis: „w rondlu roztopić masło, poddusić cebulkę, zetrzeć trochę marchewki. Wrzucić małże, podlać winem, dusić do czasu aż się muszle otworzą, czyli ok. 20 min. Mieszać od czasu do czasu, w razie konieczności podlać odrobiną wody. Na koniec wrzucić natkę pietruszki.” Czyli gotowanie, aby małże się otworzyły. Podobnie parzono dla świń, ale w samej wodzie, bez dodatków przypraw czy wina. Gotowanie jest chyba wygodnym sposobem dobrania się do umięśnionej nogi. Małż zamyka się w swej muszli i bardzo trudno go otworzyć. Po co się męczyć z nożem, kiedy wystarczy zagotować w rondlu? Tak jak omułki.

A co zrobić z pustymi muszlami? Ozdoby? Narzędzia? A może nawozić pole lub zrobić guziki? O guzikowej manufakturze będzie kolejnym razem. I odnosić się będzie głównie do skójek.

Ps. Unia Europejska przeznaczyła spore fundusze na poszukiwanie i promowanie jedzenia owadów. Dziedzictwo kulinarne to nie tylko przeszłość, ale i kreatywne poszukiwanie dla przyszłości.

skojka

O szczeżui, glochidiach i wiedzy kumulatywnej oraz o kolonizacji wód śródlądowych

szczezuja2

Wiedza naukowa ma charakter kumulatywny i ewolucyjny, niczym organizm biologiczny. Przybywa faktów ale cały system wiedzy (paradygmaty, teorie) ciągle się reorganizuje. Niektóre elementy ulegają „wyrzuceniu”, część przez przypadek, część dlatego, że są nieaktualne. Inne nabierają zupełnie nowego znaczenia (zmiana funkcji). Zupełnie jak rozwijający się owad: przybywa nowych komórek, organizm rośnie ale i zmienia się plan budowy. Larwa wygląda inaczej niż poczwarka, a poczwarka inaczej niż imago. Dawniej nawet sądzono, że na przykład gąsienice i motyle to różne gatunki.

Podobnie kiedyś sądzono o stadiach larwalnych szczeżui – glochidiach.
Stoimy na barkach gigantów (że odwołam się do znanej wypowiedzi). To, co teraz wyczytujemy szybko w jednym zdaniu podręcznika, naszym poprzednikom zajmowało lata obserwacji i przemyśleń. Wiedzę przyswajamy szybko, mimo że powstawała latami. Może dlatego nie wzbudza w nas tylu emocji? Za łatwo i zbyt prosto przychodzi (zdobywana latami i wieloma pomyłkami, błądzeniem po bezdrożach wiedzy).

Szczeżuja to rodzaj słodkowodnego małża z rodziny skójkowatych. W Polsce występują cztery gatunki: szczeżuja pospolita (Anodonta anatina), szczeżuja wielka (Anodonta cygnea), szczeżuja splaszczona (Anodonta complanata) oraz od jakiegoś czasu także szczeżuja chińska (Anodonta woodiana, gatunek obcy, zawleczony do podgrzanych Jezior Konińskich ze wschodniej Azji). Małże z rodziny skójkowatych w stadium larwalnym (glochidia) pasożytują na rybach. Glochidia szczeżui pasożytują na skórze a glochidia skójek na skrzelach ryb. Dla porządku przypomnijmy, że występują u nas cztery gatunki skójek: skójka gruboskorupowa (Unio crassus), skójka malarska (Unio pictorum), skójka zaostrzona (Unio tumidus) i skójka perłorodna (Margaritifera margaritifera).

Szczeżuja tak jak i inne skójkowate, potrafi się poruszać, przemieszczając po dnie zbiornika wodnego, ale nie są to wędrówki dalekie. Niemalże osiadły tryb życia odcisnął swoje konsekwencje w budowie anatomicznej. Szczeżuje są filtratorami. Małże te nie mają głowy, nie mają oczu, ale reagują na zmiany natężenia światła, dzięki wyspecjalizowanym komórkom światłoczułym. Posiadają serce, nerki, żołądek, zwoje nerwowe i gruczoły rozrodcze. Skójkowate, mimo że są małymi zwierzętami, mogą dożywać nawet do kilkudziesięciu lat.

Szczeżuja posiada skrzela (zwane ktenidiami) i oddycha tlenem, rozpuszczonym w wodzie. Woda wpływa do jamy płaszcza przez otwór zwany syfonem wlotowym, omywa skrzela i wypływa syfonem odpływowym. Wraz z wodą małż pobiera zawiesinę z drobnymi organizmami, odfiltrowuje je i zjada.

Ale przecież nie o budowie anatomicznej chciałem pisać, te szczegóły każdy znajdzie w podręczniku do biologii lub na Wikipedii. Niezwykłością są larwy, zwane glochidiami. Zanim napiszę, jak kręta i długa była droga do ich odkrycia, to postawię pytanie po co one są?

Wiele organizmów o złożonym cyklu życiowych z przeróżnymi, planktonicznymi larwami, po skolonizowaniu wód śródlądowych przechodzi na rozwój prosty. Czyli bez larw, różniących się budową, z jaja wylęga się osobnik podobny do dorosłego. Tak dzieje się na przykład u naszych raków. A ich morscy krewniacy mają planktonicznie żyjące larwy – żywiki. Te złożone cykle życiowe z najprzeróżniejszymi larwami to zmora studentów biologii – kto by to zapamiętał?!

Po co te larwy? Otóż służą przede wszystkim do dyspersji. Jako plankton, wraz z prądami morskimi mogą przemieszczać się na dalekie odległości, znacznie dalej niż takie kraby czy homary mogłyby zawędrować na swoich odnóżach. W rzekach i jeziorach taka dyspersja nie jest możliwa, a dodatkowo nurt rzeki zniósł by planktoniczne larwy w zupełnie inne niż potrzeba miejsce. Więc i takie stadium larwalne nie jest potrzebne.

No dobrze, raki sobie poradzą, mają odnóża kroczne. A co ze słodkowodnymi małżami i naszą tytułowa szczeżują? Mają jedną nogę, ale daleko na niej nie zawędrują. I tu pojawiają się pasożytnicze glochidia, przyczepiają się do ryb… i w ten sposób mogą kolonizować nowe rzeki, jeziora i stawy. Pasożytniczy tryb życia nie jest po to, by się najeść, ale by daleko zawędrować.

Glochidium ma dwuklapową muszlę i nić czepną, przyczepia się do skrzeli, skóry lub płetw ryb, po czym zostaje otoczone tkanką żywiciela, tworząc cystę. Glochidium pobiera pokarm z tkanek żywiciela na drodze dyfuzji. Po jakimś czasie przekształca się w postać młodocianą, wydostaje się z otorbionej cysty i osadza na dnie, gdzie rośnie i wiedzie typowo szczeżujowy tryb życia.

Na koniec jeszcze o tym, jak to z odkryciem glochidiów było. W 1797 r. Jens Rathke (1769-1855), pracujący w Muzeum Zoologicznym Uniwersytetu w Kopenhadze, opublikował wyniki swoich obserwacji. Badając szczeżuję pospolitą (Anodonta anatina) odkrył na jej skrzelach dużą liczbę nieznanych, zaopatrzonych w dwuczęściową muszlę, organizmów. Jego oczami świat naukowy zobaczył te stworzenia pierwszy raz. Trzeba więc było je nazwać i zinterpretować, to co widział. Duński zoolog uznał je za pasożyty małża i nazwał Glochidium parasiticum. Trójkątne muszelki, połączone jednym mięśniem, zaopatrzone są w haczyki, brak organów ruchu, trawienia, skrzeli. W niczym niepodobne do organizmów dorosłych. Przez wiele lat trwały spory wśród zoologów o to, czym jest glochidium. Dopiero w 1832 r., przeprowadzone przez Carusa bezpośrednie obserwacje wędrówki jaja małża i jego przeobrażenie w glochidium jednoznacznie wskazało na to, że glochidium nie jest innym gatunkiem, ale larwą małża (co prawda są i tacy co płód uważają za pasożyta kobiety…, więc ci pewnie upieraliby się i w przypadku glochidium).

W jednym miał Rathke rację – glochidium jest pasożytnicze. W 1866 r. Leyding zaobserwował na płetwach ryb otorbione, dwuskorupowe pasożyty. Po długich poszukiwaniach i próbach identyfikacji odkrył, że jest to właśnie glochidium. Wiele lat pracy, naukowych sporów, a my to w kilkanaście sekund z łatwością w kilku zdaniach podręcznika do biologii wyczytamy. Zupełnie bez emocji.

c.d.n

(czytaj część 1.)

Co szczerzy szczeżuja, skoro zębów nie ma? I co wspólnego ma szczeżuja z pokrzywą?

szczezuja1Już od Adama – symbolicznie rzecz ujmując – nazywamy rzeczy wokół nas. Zapewne odkąd człowiek nauczył się mówić (a nie tylko wydawać dźwięki). Spotykamy rośliny i zwierzęta i je nazywamy. Po swojemu, tak jak się nam wydaje. Albo przejmujemy nazwę od innych, od przodków lub tubylców, gdy się osiedlamy w nowym środowisku. I tylko czasem się zastanawiamy, czy nazwa jest adekwatna.

Wszystko zależy od kontekstu, a ten się zmienia to i nazwy wydają się niezrozumiałe lub opacznie interpretowane. Zastanówmy się więc skąd się wzięła nazwa dla szczeżui pospolitej (Anodonta anatina), naszego słodkowodnego małża. Dlaczego szczeżuja ma taką nazwę? Czy się szczerzy i czym? Jeśli spojrzeć na małża, żyjącego w rzece czy jeziorze, gdy otwarty ma syfon i filtruje (dolne zdjęcie), to rzeczywiście wydawać by się mogło, że szczerzy do nas jakiś zęby. Syfon wlotowy, wygląda jak gęba z zębami, jakby rzeczywiście szczerzyła zęby.

Ale wiemy przecież już ze szkoły (teraz wszyscy chodzi do szkoły, chcą czy nie chcą), że mięczaki, a w każdym razie małże z rodziny skójkowatych, zębów nie mają (otwór gębowy zaopatrzony jest w dwie pary orzęsionych płatów przygębowych, wspomagających przesuwanie pokarmu – i te orzęsione płaty mogłyby od biedy uchodzić za otwór gębowy z małymi „zębami”). Może nasi przodkowie nie mieli szerszej wiedzy biologicznej i nazwali szczeżuję tak jak się wydawało i tak, jaką wiedzę o świecie mieli?

Szczerzyć pochodzi prawdopodobnie od szczerby, szczerzyć zwykle pojawia się w odniesieniu do zębów: obnażać, odsłaniać, pokazywać (np. w uśmiechu lub złości, mizdrzyć się, podlizywać itd.). Zwierzę pewnie szczerzy żeby, aby odstraszyć lub przestraszyć. W każdym razie nic dobrego to nie wróży. Człowiek może szczerzyć zęby w uśmiechu, choć i w złości także. Więc na dwoje babka wróżyła – sympatia lub antypatia.

A szczeżuja? Gdyby od szczerzenia wzięła nazwę to by była szczerzuja? Chyba, że nastąpiły zmiany w ortografii, tak jak w przypadku chruścików, które po reformie ortograficznej w drugiej połowie XX wieku zaczęto pisać przez u otwarte – chruściki (owady wodne z rzędu Trichoptera). Pierwotna pisownia pozostała jedynie w nazwie porostu – chróścik. Albo inny przykład, wieś Bożewo z północnego Mazowsza. Dawniej pisano jako Borzewo, bo nazwa pochodziła od boru lub imienia Borek. W czasie zaboru rosyjskiego cyrylicą pisano Божево. Po odzyskaniu niepodległości zapisano już w alfabecie łacińskim jako Bożewo. Widać zapomniano pierwotną nazwę a kojarzyło się z Bogiem a nie borem. Może więc jak Borzewo zmieniło się Bożewo, lub chróścik w chruścika, tak i szczerzuja zmieniła się w szczeżuję? Analizy etnograficzno-lingwistyczne są jak analiza DNA – docieka przeszłości i funkcji.

A może od żucia szcze-żuja? Ale tym bardziej małże nie przeżuwają, są filtratorami.

szczezuja2Pora więc coś więcej o szczeżui pospolitej napisać. Jest to gatunek małża, po łacinie zwany Anodonta anatina, z rodziny skójkowatych (Unionidae). Szczeżuja pospolita, jak sama nazwa wskazuje jest (w przynajmniej była w czasach, gdy jej nazwę przydawano), szeroko rozprzestrzeniony w zachodniej Palearktyce. Żyje w wodach bieżących (rzeki, kanały, rowy melioracyjne) i stojących (jeziora, stawy). Jest stosunkowo dużym gatunkiem, bo muszla osiąga długość do 10 cm. Większe od niej są dwa inne gatunki (w tym jeden obcy, niedawno się u nas pojawił w Jeziorach Konińskich). Szczeżuja zagrzebuje się częściowo w mule (tylko częściowo wystaje z dnia), a porusza się przy pomocy organu zwanego nogą. Odżywia się odfiltrowując (odcedzając) pokarm z wody. Pokarm stanowią drobne jednokomórkowe organizmy wodne (fitoplankton i zooplankton) oraz seston. W Polsce szczeżuja jest gatunkiem pospolitym, niepodlegającym ochronie gatunkowej i siedliskowej, cennym przyrodniczo i łatwym do monitorowania.

Na równi ze skójkami szczeżuja pospolita stała się jednak małżem coraz rzadziej spotykanym, gdyż wymaga czystej wody. Tak więc w nazwie pospolita w naturze pospolita już za bardzo nie jest. Nazwy mogą mylić i się … dezaktualizować.

Wróćmy jednak do pochodzenia nazwy tego małża. W słowniku etymologicznym Aleksandra Brϋckera znalazłem starsze nazwy: szczeżuła, szczeszuja, szeszelinki, czasołki, czasula (o rybiej łusce, czaszce orzecha czy żołędzi) i w końcu czeżuja i czeszuja. Czyżby szczeżuja nazwę swoją wzięła od czesania? Grzebienie z niej robiono? Chyba o inne czesanie chodzi – czesanie, czochranie (czuchranie), czosanie. Więcej się dowiemy, gdy przypomnimy sobie dawne czynności z czesaniem wełny, drapaniem, czesaniem, ocieraniem. I pewnie muszla szczeżui nie do czesania wełny ale raczej do czesania czyli odzierania z paździerzy lnu lub prędzej pokrzywy czy konopi. Bo i pokrzywa nad wodą i szczeszuja-czeszuja w wodzie, przy brzegu, lub pusta muszla nad woda. Bo pokrzywa była kiedyś rośliną włóknistą.

A że nie są to czcze wymysły to cytat ze strony surwiwalowej, przytaczającej dane techniki: „Plemię Ajnów z Sachalinu tak robiło włókna z pokrzywy: Późną jesienią zbierali łodygi pokrzywy, kładli je na leżącym pniu i krawędzią muszli oddzierali włókno i części zdrewniałe. Następnie włókna przemywali i suszyli rozwieszone. Potem było już tylko skręcanie sznurków albo przędzenie nici” (http://www.survival.strefa.pl/u/sz_pokrzywa.htm)

A czemu nie muszla skójki? Bo są mniejsze i mniej wygodnie układają się w dłoni. Muszla szczeżui jest większa i chyba wygodniejsza jako narzędzie prostej pracy, do uchwycenia w dłoni. Słowianie dawniej żyli nad wodami. W zasięgu ręki była pokrzywa (jak i inna roślina włóknista – wierzbówka) oraz muszle małży w rzece. Stąd może i nazwa od czesania się wzięła, od czesania włokiem przy wyrabianiu sznurka z pokrzywy lub włokiem do przędzenia i tkania płótna.

To nie wszystko o szczeżui i słodkowodnych małżach. W kolejnej opowieści będzie o zjadaniu szczeżui, wyrabianiu guzików i dziwnych pasożytach co się larwami małży okazały. c.d.n (czytaj dalej)

Ważka ruda i żagnica wielka, czyli prawdziwe cuda, które zobaczyć można w przydomowym ogrodzie

wazka_ruda2

Nie trzeba daleko jechać, ani przedzierać się przez tropikalną dżunglę, ani iść za siódmą górę czy siódmą rzekę aby zobaczyć siódmy cud przyrodniczy świata. Przyrodnicze cuda zobaczyć można na Warmii, Mazurach i Powiślu. W leniwym, wakacyjnym czasie wystarczy siąść po prostu gdzieś w ogródku w pensjonacie, domku wczasowym, przy namiocie lub w hotelowym tarasie. I patrzeć.

Małe też jest piękne, niezwykłe, unikalne. Trzeba tylko o tym wiedzieć. Przyrodniczym siódmym cudem świata nie są reklamy telewizyjne czy przydrożne bilbordy. Mazury to cud natury? Ale co konkretnie? Jest bo jest, bo na plakatach napisali? Widzimy tylko w koło jakieś „robale” i „zielsko”. Drogi wakacyjny urlopowiczu, siądź, poobserwuj, a zaczniesz rozróżniać… ponad 20 tysięcy gatunków tych robali i kilkaset gatunków „chwastów”. Jeśli rozpoznasz gatunek rośliny czy zwierzęcia, to wtedy dostrzeżesz głębszy kontekst, głębszą teść. Bo do zauważonej ważki … dodamy historię jej życia, zwyczaje, ludzkie historie, kontekst kulturowym. W epoce cyfrowej i mobilnego internetu łatwo znaleźć dodatkowe informacje oraz szybką pomoc w rozpoznaniu gatunku (wystarczy zrobić zdjęcie). Znając nazwę szybko dotrzemy do niezwykłych opowieści o otaczających nas niezwykłościach. To zupełnie tak, jakby ślepy nagle odzyskał wzrok.

Przykładem niech będzie niebieska ważka (zdjęcie wyżej, spotkałem ją nad rzeką Pasłęką), która dziwnym trafem nazywa się ważką rudą lub ważką żółtą (Libellula fulva). Rudawa czy żółtawa jest tylko samica, samiec jest niebieski. Oczywiście chodzi o jego odwłok. Jest kilka podobnych gatunków, więc nie każda niebieska ważka to samiec ważki rudej.

Ta ważka nie jest zwykła, jest bardzo silnie związana z pojezierzami, bo praktycznie tylko w takim krajobrazie u nas występuje, gdzie indziej jest rzadka i raczej pojawia się przypadkowo. Trudno powiedzieć na czym konkretnie w biologii tego gatunku polega związek z pojezierzem. Fakt obserwowany, wymagający wyjaśnienia. Z mazurskimi jeziorami najczęściej wiążemy kormorany. Ale to jest już takie banalne. Ważka ruda jest bez wątpienia oryginalniejsza… i tylko dla wtajemniczonych.

zagnica_wielka_2Albo na przykład żagnica wielka (Aeshna grandis), widoczna na zdjęciu poniżej (fot. Z. Wojciechowska). Pozowała w Muzeum Regionalnym w Pieckach im. Walentyny Dermackiej. Podobno przylatują tam bardzo często. Można połączyć więc poznawanie dziedzictwa kulturowego z dziedzictwem przyrodniczym naszego regionu. Pani Zofia Wojciechowska wybrała się do tego Muzeum, by ugotować zupę z pokrzyw. Dla telewizji. Co jest niezwykłego w chwaście, co wszędzie rośnie, że aż przyjechała filmować zupę pokrzywową telewizja?

Współczesny świat i turysta szuka lokalności, unikalności i „ekologiczności”. Czy potrafimy opowiedzieć odwiedzającym nas turystom, na czym polega przyrodnicza niezwykłość i unikalność naszego regionu Warmii i Mazur? Czy umiemy odczytać niezwykłe dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze po mijanych gatunkach roślin, grzybów i zwierząt?

Ale wróćmy co żagnicy wielkiej. To samica. Dawniej zwana także szklarzem (żagnica, nie samica). Może od witrażowych niemalże skrzydeł? Lekko brązowych – co ułatwia rozpoznanie gatunku (bo jest kilka gatunków żagnic). Ważki, zaliczane niegdyś do owadów siatkoskrzydłych (razem z chruścikami) były częstym motywem, wykorzystywanym przez artystów, zwłaszcza w secesji. Zachwycają swoim pięknem i wielkością. I archaiczną przeszłością, bowiem w epoce karbońskiej, przed wielu milionami lat (jeszcze przed dinozaurami) na Ziemi żyły olbrzymie praważki, których rozpiętość skrzydeł wynosiłam ponad 80 cm. Wtedy były panami przestworzy.

Żagnica wielka jest na prawdę duża – długości niemalże 8 cm i rozpiętości skrzydeł do 10 cm. Dorosłe owady spotkać można fruwające nawet daleko od wody, na leśnych drogach i polanach, od czerwca do września. Polują na inne owady, człowiekowi żadnej krzywdy nie zrobią (chyba, że złapiemy ją w rękę, wtedy może się bronić i żuwaczkami ugryźć w palec). Często żagnice nazywamy helikopterami, ze względu na doskonałe umiejętności lotu, z momentami zawiśnięcia nieruchomo w jednym miejscu. Larwy są również drapieżne. Potrafią zjeść nawet kijankę i małą rybkę.

Ile żyje żagnica? Cały cykl życiowy trwa dwa lata. Zimuje w stadium larwalnym. Żagnica wielka jest gatunkiem pospolitym w Europie Środkowej. Liczniej spotykana jest ta terenach zalesionych. Larwy tego gatunku żyją w różnego typu wodach stojących lub wolno płynących (kanały i starorzecza). Dużo ciekawych rzeczy można powiedzieć o jej zwyczajach rozrodczych. Ale to już zostawiam wnikliwym obserwatorom i miłośnikom odkrywania wakacyjnej przyrody w każdej postaci.

zagnicawielka1