O Wilniukach, tożsamości regionalnej i żalu po utraconych Żydach

W piątek, 30 listopada, uczestniczyłem w wielce sympatycznym, sentymentalnym i symbolicznym spotkaniu. Była to promocja nowej książki pt. "Wileńskie korzenie, wspomnienia, relacje dokumenty", wydanej przez Edytor Wers w Olsztynie. W Hotelu Wileńskim – bo jakżesz mogło by to być inne miejsce – spotkałem wiele znajomych osób. Nawet nie wiedziałem, że są potomkami Kresowiaków. Wilniucy – cisi i z niezrównanym poczuciem humoru – budujący ten region i jego tożsamość…

Niemalże andrzejkowe spotkanie. Cóż ono wróży dla tożsamości regionalnej współczesnych Warmiaków? Repatrianci z Wileńszczyzny stanowili znaczny odsetek ludności Warmii i Mazur. Tworzyli i tworzą współczesną tożsamość regionu. Swoje dziedzictwo materialne zostawili "za Bugiem". Przywieźli niewiele. Trochę zdjęć, drobnych rzeczy i wspomnienia oraz tęsknotę. Teraz częściowo uwiecznione na papierze wspólne przecież dziedzictwo kulturowe Europejczyków… ułatwiające nowemu pokoleniu wrastanie we własną tożsamość regionalną, narodową, europejską. Ludzką.

W publicznym dyskursie o tożsamości współczesnych Nowo-Warmiaków czy Nowo-Mazurów kresowe korzenie są jakoś pomijane. Stąd niezwykle ważna jest ta książka, zawierająca wspomnienia spisane przez ponad 50 autorów.

Nasz region, tygiel narodów, jest niezwykle wielokulturowy. Chyba najbardziej w całej Polsce. Ale ze swoistym brakiem ciągłości. Swoje "oscypki" wykreować musimy na nowo. Przez wiele lat uśrednieniu ulaga  dziedzictwo niematerialne w postaci tradycji kulinarnych jak i języka. W dzieciństwie często słyszałem jakże miły memu uchu wileński zaśpiew w mowie. Teraz słyszę niezwykle rzadko. Wygnani ze swojej ojczyzny stosunkowo przyjaźnie odnosili się do autochotnów. Jako Wilniuk po kądzieli nie mam problemu wypierania niemieckiej historii regionu. Autochtonów mam nawet w dalszej rodzinie… Wygnańcowi łatwiej było zrozumieć niedolę wysiedlanych. W dzieciństwie byłem świadkiem ich wyjeżdżania, świadkiem opustoszenia wsi. I tęsknoty za Wieleńszczyzną. Kiedy – jeszcze jako podrostek – po raz pierwszy pojechałem w rodzinne strony mojej mamy i dziadków, ze zdziwieniem zobaczyłem inną architekturę. Przecież moja wileńska tęsknota zilustronawa była czerwonymi dachami mazurskich wsi… a tam… drewniane domy i szare gonty dachów…

Każde pokolenie ma problemy ze swoją tożsamością. Każde pokolenie musi tę tożsamość kształtować, wypracowywać. Współcześni mieszkańcy warmińsko-mazurskiego także. Jedni poszukują mitycznych korzeni wśród plemion Pruskich, inni odwołują się do XIX wiecznej warmińskości z wymarłym już językiem, inni odwołują się do niemieckości. Region – nie poraz pierwszy – tworzyli imigrancji z różnych części Europy i dawnej Polski. Tygiel narodów. I jeśli sięgnąć wiele stuleci do tyłu, to zawsze tak tu było. Byli i Prusowie, byli i germańscy Wandalowie oraz Goci, byli Słowianie. Potem Niemcy, Ślązacy, Holendrzy, Szkoci. Łemkowie i Ukraińcy. Teraz dołączają Rosjanie, Hiszpanie, Anglicy. Ale taka jest cała Europa. Być może dlatego tak łatwo poczuć się Europejczykiem na Warmii i Mazurach.

Wrócę jeszcze do urokliwej symboliki spotkania.  Na sali, oprócz Wilniuków z krwi i kości, pojawiła się książka Warmiaka – Edwarda Cyfusa, był i "rasowy" Mazur w osobie pana Leyka. Byli Polacy z Centrali (dawna migracja na te ziemie). Ale był i "Jankiel", który zagrał na cymbałach. Aż łza w oku się zakręciła. Za utraconą ojcowizną gdzieś na kresach i za utraconymi polskimi Żydami. Brakuje mam teraz tej cząstki naszego dziedzictwa kulturowego. Brak naszych Żydów kłuje w wielu miejscach. Próbujemy to jakoś uzupełnić, "zaklajstrować" dziurę poprzez festiwale, pomniki, książki. Ale jest to pustka niewypełnialna…

Czasu minionego się nie wróci. Nikt Wilna szabelką nie biegnie odzyskiwać. Tym bardziej doceniamy znaczenie wspólnej Europy w granicach Unii Europejskiej i pokojowego podróżowania do Wilna, czy Olsztyna (ci zza Odry). Granice bez zasieków, bez paszportów i rosnące poczucie wspólnego dziedzictwa kulturowego.

Urodziłem sie w Lidzbarku Warmińskim. Jestem Warmiakiem o mazowiecko-wileńskich korzeniach. Zresztą pierwsi Czachorowscy z Czachorowa na Prusy przybyli już w XVI wieku. Wystarczy poznać swą genealogię i koligactwa rodzinne by w pełni zaakceptować wielokulturowość regionu. I cieszyć się różnorodnym dziedzictwem zarówno kulturowym jak i przyrodniczym.

Jak nazwać się obecnie? Warmiakiem? Nowo-Warmiakiem? Warmio-Mazurakiem? Dojrzewające poczucie tożsamości i indentyfikacji potrzebuje słów. Nowych i adekwatnych słów. Te dopiero trzeba wymyśleć. Póki co warto spisywać wspomnienia :). I na papierze przekazywać je kolejnym pokoleniom.

Dziennikarze i naukowcy. I po co ja to piszę?

Odwołując się do początku tego blogowania, jak i do chwili obecnej, mógłbym przytoczyć słowa prof. Zygmunta Baumana:

"W momencie, w którym zaczynam pisać (…) nie mam zupełnie pojęcia co – jeśli w ogóle coś – z tego wyniknie, ile czasu potrwa to wszystko, jak długo będę odczuwał chęć i potrzebę, by to kontunuować."

I mnie również trudno odpowiedzieć na pytanie "po co?". Trudno w sensie dogłębnego wniknięcia w istotę i przyczynę. Znowu odwołam się to słów prof. Baumana (bo po co silić się na oryginalność, jeśli zostało to już przez mądrzejszych ode mnie wypowiedziane): "nie potrafię myśleć bez pisania." Z całą pewnością pisanie porządkuje myśli i pomaga w myśleniu. W głowie myśli są mgliste, ogólne, przelewając je na papier trzeba ukonkretnić, doszczegółowić i w rezultacie widzi się je zupełnie inaczej. W jakimś sensie pisanie jest substytutem dialogu z inną osobą. Pisanie bloga jest upublicznieniem własnych myśli. Ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Taka jest istota dziennika: spisywanie, notowanie. Inaczej jest z dziełem przemyślanym (publikacja, książka, esej), gdy znamy cel i układamy całościową strukturę. Blogowanie i pamiętniki są procesem zapisywania myśli (bez struktury, bez końcowego celu, bez wyznaczonego końca). Inne prace naukowe (czy literackie) są projektami (mają cel i koniec).

Naukowcy są bardzo podobni do dziennikrarzy. W sumie jestem naukowcem (z zawodu oraz uzyskanych kwalifikacji i dyplomów) jak i dziennikarzem (z racji dzialności dziennikarskiej i legitymacji zawodowej). Dostrzegam dużo podobieństw obu zawodów. I naukowcy i dziennikarze starają się obiektywnie opisać świat i opowiedzieć (zakomunikować) innym o tych odkryciach, spostrzeżeniach. W obu zawodach dąży się do obiektywizacji. Nauka jednakże ma lepiej dopracowaną metodologię. W sumie łatwiej zostać dziennikarzem niż naukowcem. W sensie formalnym.

W kodeksie etyki dziennikarskiej Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich odlaneźć można potwierdzenie powyższego porównania dziennikarzy do naukowców "(…)
zadaniem dziennikarzy jest przekazywanie rzetelnych i bezstronnych informacji oraz różnorodnych opinii, (…) wolności słowa i wypowiedzi musi towarzyszyć odpowiedzialność za publikacje w prasie, radiu, telewizji czy Internecie,
(…) dobro czytelników, słuchaczy i widzów oraz dobro publiczne powinny mieć pierwszeństwo wobec interesów autora, redaktora, wydawcy lub nadawcy.
(…) Informacje należy wyraźnie oddzielać od interpretacji i opinii.
(…) Informacje powinny być zrównoważone i dokładne, tak by odbiorca mógł odróżnić fakty od przypuszczeń i plotek, oraz powinny być przedstawiane we właściwym kontekście i opierać się na wiarygodnych i możliwie wielostronnych źródłach.
(…) Opinie mogą być stronnicze, ale nie mogą zniekształcać faktów i być wynikiem zewnętrznych nacisków.
(…)  Opracowanie lub skrót informacji, wywiadu czy opinii nie może zmieniać ich sensu i wymowy; materiały archiwalne i rekonstrukcje zdarzeń przedstawiane w mediach elektronicznych powinny być odpowiednio zaznaczone.
"

Nauka jednakże w dążeniu do obiektywizmu wypracowała specyficzny język. Publikacje naukowe mają być napisane przede wszystkim tak, aby ułatwić odróżnienie faktów, obserwacji od ich interpretacji czy przypuszczeń. Temu podporządkowana jest struktura typowej publikacji (wyraźnie oddzielony wstęp, materiał i metody, wyniki i dyskusja). Ten obiektywizm odbywa się często kosztem estetyki. Dlatego zdecydowana większość publikacji naukowych jest literacko nudna. Ciężko je czytać bez ciekawości i silnej wewnętrznej motywacji.

Dziennikarze przekazują swoje odkrycia przeciętnemu odbiorcy. Muszą więc dbać o estetykę języka. Bardzo często spieszą się z opublikowaniem. Po pierwsze jest to wynik konkurecji (pęd do bycia pierwszym) oraz efekt zajmowania się tematami aktualnymi, bieżącymi, które szybko tracą świerzość. Pośpiech stoi w sprzeczności z obiektywizmem. Naukowcom także się to zdarza, w pogoni za sławą i palmą pierszeństwa.

Ale komunikaty naukowe i naukowe opowieści to nie tylko standardowe publikacje naukowe czy akademickie wykłady. Naukowcy sięgają także po bardziej estetyczne formy przekazu w postaci esejów czy książek popularnonaukowych. To inny rodzaj przekazywania wiedzy, zbliżający do dziennikarstwa. Blog naukowy byłby tylko kolejną formą przekazu.

Na koniec odwołam się do ojca-założyciela Oświecenia i współczesnej nauki – Franciszka Bacona: "Uczony powinien bez obawy sięgać po wszelkie dostępne formy literackie i środki stylistyczne: aforyzm, metaforę, przypowieść, analogię czy bajkę*, które pomogą mu plastycznie przekazać prawdę czytelnikowi."

Jednym słowem nie tylko wiele łączy dziennikarzy i naukowców ale jedni i drudzy mogą się od siebie wiele nauczyć: dziennikarze od naukowców metodologii i obiektywizmu, naukowcy od dziennikarzy komunikatywności i piękna przekazu.

Dlaczego piszę tego bloga? Bo piszę w ogóle, bo ułatwia procesy myślowe i porządkuje myśli, bo ćwiczy w komunikatywnym przekazie, bo uczy piękna języka. Piszę bo jestem naukowcem i dziennikarzem zarazem (a więc opowiadam o świecie wokół nas).

Czasem mój blog odwiedzają wirtulane tłumy, po kilka tysięcy wejść dzienie. To trochę peszy (choć i cieszy). Peszy, bo jestem dyslektykiem i robię sporo błędów. Poprawiam, poprawiam i wciąż znajduję nowe lub ktoś życzliwie podpowiada. Czym innym jest kameralne blogowanie, czym innym publiczne pisanie, ze świadomością, że wielu przeczyta…

* Bajkę rozumiana jako formę opowieści, formę uogólnienia a nie kłamstwo, nieprawdę – bo i tak w potocznym rozumieniu traktujemy "bajki".

Piaszczyste drogi północnego Mazowsza i przyrodnicze białe plamy

Północne Mazowsze omijane jest przez wielu naukowców, zajmujących się badaniami przyrody. Mnie również Mazowsze wydawąło się zbyt cywilizowane i mało ciekawe przyrodniczo.  Stereotypy bywają jednak mylące. Dobrym przykładem jest  urokliwy Kampinoski Park Narodowy, który praktycznie omijany był przez liczne przecież środowisko naukowców warszawskich. W latach sześćdziesiątych XX. w. wybudowano nawet w Dziekanowie Instytut Ekologii P.A.N., ale tamtejsi naukowcy szybko zaczęli badać zbiorniki wodne innych regionów Polski i świata, o puszczy całkowicie zapominając. Teraz Puszcza zachwycają się absolwenci…. z Olsztyna (zobacz blog Moja Puszcza). 

W ostatnich latach badania owadów Puszczy Kampinoskiej przyniosły wiele ciekawych wyników i ukazały puszczę jako obiekt bardzo wartościowy przyrodniczo. Sam byłem ogromnie zdzowiony „dzikością” przyrody Kampinosu oraz znalezionymi tam chruścikami.

Intensywnie zagospodarowywane i meliorowane północne Mazowsze powoli się odradza. To efekt podejmowanych działań i aktywności… bobrów.

Dziedzictwo kulturowe mocno wiąże się z dziedzictwem przyrodniczym. Zarówno człowiek wpływa na przyrodę jak i przyroda wpływa na człowieka i jego gospodarkę. Wiele ekosystemów ukształtowało się pod wpływem wielowiekowej aktywności ludzkiej. Mówi się nawet o ekosystemach antropogenicznych.

Na północnym Mazowszu zachował się krajobraz z elementami rolnictwa ekstensywnego, co ma duże znaczenie dla ochrony różnorodności biologicznej. Liczne zadrzewienia, miedze, niewielkie zbiorniki wodne, miejscami niezbyt intensywna gospodarka rolna, to warunki swoiście archaicznego, rolniczego krajobrazu. Małe pola to zaszłość licznie tu osiadłej drobnej szlachty i dziedziczenia. Na Warmii są duże pola, dawniej junkierskie, potem pegeerowskie. Na Mazowszu w wielu miejscach krajobraz jest inny. Na dodatek liche ziemie, piaseczek. Teraz porzucane i wyłączane z uprawy, zarastają lasem lub zbiorowiskami wczesnosukcesyjnymi.

 

Kłopot tylko taki, że w odniesieniu na przykład do owadów niewiele wiemy co tu występuje. Jest to więc biała plama w poznaniu zasobów przyrodniczych (bioróżnorodności) Polski. O ile duże kręgowce: ptaki, ssaki, ryby czy płazy oraz rośliny naczyniowe są stosunkowo dobrze poznane i zinwentaryzowane, o tyle małe bezkręgowce są poznane niezwykle słabo. Wynika to z faktu dużej liczby gatunków oraz trudności w ich rozpoznaniu (oznaczaniu). W Polsce występuje ponad 26 tys. gatunków owadów. Dla porównania ptaków jest 435 a ssaków 105 gatunków. A samych owadów wodnych jest ponad 3400 gatunków.

Chruściki (Trichoptera) należą do owadów wodnych i jest ich w naszym kraju około 280 gatunków. Dlaczego podawane są wartości szacunkowe? Bo brak jest wystarczających danych. Niektóre informacje są bardzo stare i wymagają współczesnego potwierdzenia, inne gatunki prawdopodobnie wymarły a jeszcze inne dopiero teraz kolonizują Polskę (ciągle trwająca rekolonizacja polodowcowa oraz migracje wynikające ze zmian klimatu). W ciągu ostatniego dziesięciolecia w publikacjach naukowych podawane są gatunki chruścików nowe dla Polski i do końca nie wiadomo czy są to gatunki inwazyjne, rozszerzające zasiegi występowania, czy od dawna występują u nas tylko nie były zauważone. 

A czy na połnocnym Mazowszu można znaleźć coś ciekawego i niezwykłego? Na przykład w rzece  Raciążnicy pośród 14 gatunków chruścików znalazłem także niprzyrówkę rzeczną (Leptocerus interruptus) – jeszcze niedawno gatunek uznany za prawdopodobnie wymarły w Polsce. Kilka lat temu był liczniej stwierdzany w rzece Łynie na Pojezierzu Mazurskim oraz na Pomorzu (rzeka Wąsawa i rzeka Drawa). Wydawało się, że współcześnie chruścik ten zasiedla tylko rzeki na pojezierzach w północnej części Polski. Znalezienie tego gatunku w rzece Raciążce jest dużą niespodzianką. Po pierwsze jest to znacznie rozszerzenie obecnego obszaru występowania na południe. Po drugie rzeki północnego Mazowsza pod względnem zasobów bioróżnorodności są cenniejsze niż się do tej pory nam wydawało.

Mazowsze czeka na przyrodnicze odkrycie i docenienie.

NEETs po studiach i rola wolontariatu

NEETs (od angielskiech słów not in employment, education and training – nie pracują, nie kształcą się, nie dokształcają) jako zjawisko społeczne trafili do statystyk w roli indykatora poziomu życia i stanu społeczeństwa oraz gospodarki. Do bycia NEET predysponuje kilka czynników, m.in. słabe wykształcenie. Ale w wielu krajach pokolenie "nic" to również absolwenci uczelni wyższych: licencjaci i magistrowie. Wniosek z tego taki, że nie każdy dyplom to wykształcenie i że część uczelni i kierunków daje tylko produkt wyszktałceniopodobny…

Do innych czynników spychających w NEETs należy zamieszkanie na źle skomunikowanej prowincji, bycie imigrantem, niepełnosprawność, bycie dzieckiem bezrobotnych lub rozwiedzionych. Trudniej w takim środowisku się odnaleźć i odszukać swój sens życia. Bo pokolenie "nic" to nie tylko bezrobocie ale i swoista alienacja i brak perspektyw, apatia i brak motywacji.

Kolejnym ważnym czynnikiem spychającym w NETTs są ewentualne trudności w znalezieniu pierwszej pracy. Absolwenci z dyplomem pytani są o doświadczenie. A kiedy mieli zdobyć doświadczenie zawodowe, gdy się uczyli? Nierozwiązywalna kwadratura koła? Bynajmniej. Można zdobywać doświadczenie chociażby poprzez wolontariat. Na uniwersytecie koniecznie trzeba robić więcej niż tylko chodzić na zajęcia i pilnie odrabiać lekcje. Być może ważniejsza jest aktywność w klubach, zespołach muzycznych, kołach naukowych, dorabianie w barach i pracach dorywczych, udział w akcjach charytatywnych itd.

Ale zanim dojdę do przedświątecznych konkluzji jeszcze jedna refleksja i jeden obrazek. Wiele ciekawych reform padło bo… zabrakło przekonywania. Mówiono co należy zrobić, jak i kiedy…. ale nie dlaczego. Zabrakło stylu śp. ministra Jacka Kuronia. Podobnie w wielu przedsiębiorstwach: wydawanie poleceń i słabe rezultaty (nawet mobbing). Przyczynę tej niefunkcjonalności uświadomiłem sobie wczoraj, w rozmowie z panią poseł Beatą Bublewicz. Jako socjolog i bystry obserwator rzeczywistości naprowadziła mnie na małe "odkrycie" (w wartościowej dyskusji tworzy się rzeczy nowe, swoistą "wartość dodaną"). Otóż ogromnej liczbie ludzi brakuje doświadczenia wolontariatu i pracy społecznej. Wolontariusza nie można zmusić rozkazem ani służbowym poleceniem pod groźbą zabrania premii. Wolontariusza trzeba przekonać. Inaczej pójdzie sobie do domu… Pracodawca powinien umieć przekonywać, pokazywać cele i uzasadnianie. Ludzie potrzebują sensu do działania.

Tak więc doświadczenie zdobyte w wolontariacie jest niezwykle przydatne w życiu zawodowym. Uczy przekonywania ludzi i bardziej efektywnego zarządzania czy to małym przedsiębiorstwem czy dużymi reformami. Na dodatek daje doświadczenie zawodowe.

W tym sensie uczelnie powinny nie tylko namawiać do wolontariatu ale i tworzyć odpowiednie warunki. Nie zamęczać zbyt napiętym planem zajęć obowiązkowych. Musimy dać sposobność i czas naszym studentom na własny rozwój, na pracę w wolontariacie, na rozwijanie swoich zainteresowań, na swobodne poszukiwanie. Tylko wtedy będzie to dobre wykształcenie, gwarantujące nabycie ważnych (i niezbędnych!) kompetencji społecznych.

Dawne dziedziczenie zawodów zachowało się tylko w klasie kreatywnej: wśród lekarzy, prawników, naukowców, artystów. Czy nasz uniwersytet kształci przyszłe elity – klasę kreatywną? To pytanie warto sobie stawiać nieustannie. Bo jest to w gruncie rzeczy pytanie o jakość kształcenia i ewentualne zasilanie pokolenia NEETs.

Studencie, idą święta, pomóż innym … i sobie :). Jest na pewno okazja włączyć się do licznych akcji charytatywnych, kulturalnych, społecznych itd.

Nauka rozwija się szybciej niż możliwości percepcyjne ludzkiego umysłu

Zrozumieć świat i uczestniczyć
w nim. Nie jest to łatwe zadanie, bo ciągle wokół nas wszystko się zmienia. Nie tylko zachodzą globalne zmiany klimatu ale przede wszystkim oszałamiający jest postęp technologiczny oraz postęp wiedzy, które zmuszają nas do ciągłego uczenia się świata wokół nas i prób zrozumienia tego, co się dzieje. Zmieniają się teorie w niektórych dziedzinach (np. naukach biologicznych) tak szybko, że i podręczniki szkolne nie nadążają i filozofowie.

Ostre kontrowersje często powstają w jakimś określonym momencie rozwoju nauki, gdyż pycha i niecierpliwość uczonych dyktuje im obstawanie przy własnych odkryciach i uważanie ich za ostatnie słowo, na co oponenci reagują kategorycznym sprzeciwem. (…)
Nauka rozwija się szybciej niż możliwości percepcyjne ludzkiego umysłu.”

Prof. Maciej Władysław Grabski

Warto podkreślić ostatnie, cytowane zdanie. Nie tylko nauka, ale świat wokół nas rozwija się szybciej niż możliwości percepcyjne naszego umysłu. Stąd często zagubienie, frustracja i ucieczka w różnorodne teorie spiskowe (jedna, prosta zasada porządkująca cały świat raz na zawsze).

Szkoła powinna przygotowywać do samodzielnego życia w szybko zmieniających się warunkach społecznych i gospodarczych epoki informacyjnej, do bycia nie tylko konsumentem informacji, ale również twórcą wiedzy (tworzenie jest współudziałem, ułatwiającym rozumienie wiedzy, jest interaktywnym korzystaniem z wiedzy, jest też sprawdzianem rozumienia i zachętą do uzupełniania). Samodzielność rozumiana jako zdolność rozumienia otaczającego świata i zachodzących w nich zjawisk. Także i samodzielność rozumiana jako umiejętność (kompetencja) uczenia się, poznawania. To powinien być cel nadrzędny szkoły jak i uniwersytetu. Teorie spiskowe są objawem braku zrozumienia, nieporadności, niesamodzielności, są atrapą prawdziwej wiedzy.

Uniwersytet coraz bardziej funkcjonuje jako swoista inicjacja do dorosłości i usamodzielnienia. Kiedyś chłopiec stawał się dorosłym, gdy przeszedł inicjację i udowodnił, że potrafi przeżyć w lesie i upolować zwierzynę. Oznaczało to, że da sobie radę w życiu. Teraz musimy nauczyć dawania sobie rady w "dżungli" informacji, szybko zmieniających się informacji. Uniwersytet jest więc swoistą inicjacją do dorosłości w społeczeństwie informatycznym i gospodarce opartej na wiedzy. Powinien uczyć jak się uczyć i rozumieć szybko zmieniający się świat.  

Polska szkoła jako instytucja powinna dokonać przewartościowania swojej strategii edukacyjnej, nawet jeśli taka strategia jest nieuświadomiona i jest przypadkowa. W przeciwnym razie pokolenie NEET będzie rosło w siłę i liczbę, a to prędzej czy później oznaczać będzie katastrofę.  Wyciągajmy wnioski z zamieszek i rozruchów, które miały miejsce w Warszawie 11 listopada oraz wcześniej w innych miastach europejskich czy pozaeuropejskich.

Czas już najwyższy na poważne zmiany w kształceniu młodzieży.
A kształcenie jest pochodną stylu życia. W dużym stopniu ten nowy styl i nowa strategię edukacji tworzy klasa kreatywna. Twórzmy więc warunki w Olsztynie do osiedlania się tejże klasy kreatywnej. Bo zwabiać może nie wyższa stopa życiowa co wyższa jakość życia, np. powolny styl życia w cittaslow.

„W społeczeństwie industrialnym ogólnym celem systemu edukacyjnego było wykształcenie społeczeństwa, (…) nauczenie społeczeństwa, jak używać wiedzy. Tymczasem w społeczeństwie informacyjnym zadaniem stawianym przed systemem edukacyjnym będzie nauczenie społeczeństwa nie tylko, jak używać wiedzy, ale, jak tworzyć wiedzę. Zauważmy bowiem, że wiedza konwencjonalna, dostępna dla wszystkich, będzie warunkiem istnienia na rynku pracy. Natomiast warunkiem konkurencyjności na rynku pracy będzie wiedza niekonwencjonalna, a najbardziej niekonwencjonalna jest wiedza twórcy”.

prof. Wojciech Cellary (rapor „Polska w drodze do globalnego społeczeństwa informacyjnego“, UNDP, 2002)

W istocie kształcenia uniwersyteckiego jest uczenie tworzenia wiedzy. Temu służą m.in prace dyplomowe, które przecież sprawdzają czy dyplomant umie tworzyć nową wiedzę. To nie jest egzamin z zapamiętanej wiedzy ale egzamin praktyczny z tworzenia nowej wiedzy. I dobrze by było, żeby klimat uniwersyteckiego tworzenia wiedzy przenikał do szkół a nie klimat szkolnej wiedzy odtwórczej (biernej) zadomawiał się w murach uniwersytetu.

Internet ułatwił kontakt z ludźmi, co sprzyja i nauce i kulturze

Internet ułatwił kontakt z innymi ludźmi. Przyspieszona została wymiana informacji naukowej nie tylko między naukowcami ale i w formie upowszechniania wiedzy. Internet ułatwił także dostęp do kultury. W tym sensie internet jest tylko logicznym elementem rozwoju, poprzez drukowaną książkę i telewizję czy radio.

"Kiedy pojawiła się telewizja, ludzie, którzy nigdy nie mogliby sobie pozwolić na to, żeby pójść do opery czy do teatru, bo nie było ich stać, mieli pilniejsze wydatki, a do operowej wyprawy nie mieliby nawet odpowiedniego ubrania, nagle mogli obejrzeć wspaniałe przedstawienia. I nikt jakoś wtedy nie mówił, że trzeba za to płacić, poza rzecz jasna wprowadzeniem abonamentu telewizyjnego, który był nieporównywalnie niższy od teatralnego. Ale jak się odkryje dobra, których ludzie pragną bez tego, by pieniądz przeszedł z ręki do ręki, zaraz mędrcy od marketingu powiadają: oto ziemia dziewicza, niczyja, niezagospodarowana, czeka na uprawę, czyli na niej zarabianie. Skomercjalizowany świat próżni komercjalnej nie znosi. Niczemu nie odpuści."


prof. Zygmunt Bauman

Na szczęście kreatywność ludzka jest olbrzymia a możliwości technologiczne coraz większe. Sprzyja to upowszechnianiu wiedzy na skalę do tej pory nie obserwowaną. Biomasa wspołpracujacych ze soba mózgów jest niewyobrażalnie wielka! I wciąż rośnie.

Kontakty internetowe nie wystarczą człowiekowi. Jesteśmy istotami społecznymi i chcemy być wśród ludzi. Przyjazna przestrzeń publiczna i przyjazne miasto zwabiać mogą ludzi kreatywnych, co przekłada się na wzrost gospodarczy. Globalny kontak z kulturą i wiedzą nie zabija potrzeby kontaktu bliskiego, lokalnego, niemalże podwórkowego.

Czy nasze uniwersytety są kuźnią nowej klasy kreatywnej?

Czy nasze uniwersytety są kuźnią nowej klasy kreatywnej? Jeśli tak, to nie jesteśmy prowincjonalnym zaściankiem. Jeśli nie, to jesteśmy zaściankiem produkującym nie tylko bezrobotnych ale i ludzi nieszczęśliwych, nie przygotowanych do współczesnego świata. Jacy jesteśmy na UWM?

Pojęcie klasy kreatywnej stworzył Richard Florida w pracy „Narodziny klasy kreatywnej”. Jako klasę kreatywną Florida opisuje artystów, specjalistów, menedżerów tworzących nowe idee, sposoby zarządzania, technologie i regulacje prawne, zamieszkujących dzielnice miast, które oferują im dobrą infrastrukturę oraz otwartą, wielokulturową i przyjazną atmosferę. „Ich praca wiąże się nie tylko z rozwiązywaniem, ale i z wyszukiwaniem problemów. Ludzie ci zajmują się twórczym rozwiązywaniem konkretnych problemów, korzystając z rozległej wiedzy”. R. Florida sądzi, że w przeciągu najbliższych lat tacy ludzie staną się głównym motorem wzrostu gospodarczego. W sumie nic w tym dziwnego, jeśli przyjrzymy się gospodarce opartej na wiedzy – liczy się przede wszystkim pomysłowość, kreatywność, współpraca.

Być może powstająca klasa kreatywna wiąże się z głębszymi przewartościowaniami w naszej kulturze i gospodarce. Bo gospodarka oporta na wiedzy to nie tylko zysk w tradycyjnym rozumieniu ale i jakość życia. Chyba nie przypadkiem obserwujemy modę na slow food, cittaslow czy wolne życie. W takim podejściu klasa kreatywna wiąże się ze zmianą stylu życia. A przecież nasza gospodarka jeśli nie odejdzie od modelu stałego wzrostu, zadusi się. Czego skutki już widzimy w skali globalnej.

Kreatywni, według Floridy, to współczesna awangarda, która nie tylko tworzy nowe sposoby wypracowywania zysku, ale lansuje nowe style życia.
Do klasy kreatywnej zalicza się między innymi naukowców, prawników, dziennikarzy, inżynierów, architektów i projektantów, ludzi pracujących w szkolnictwie i rozrywce, artystów i muzyków, czyli ludzi których funkcją ekonomiczną jest tworzenie nowych idei i pomysłów, nowych technologii i nowych treści.

Teoretycznie kuźnią klasy kreatywnej powinny być uniwersytety i miasta akademickie. A jak jest w Olsztynie? Czy i u nas kwitnie ta współczesna awangarda? Czy uczestniczymy w tworzeniu nowego, szczęśliwszego świata, czy też jak na prowincję przystało z opóźnieniem podążamy śladami innych? Dodać trzeba, że mały nie musi oznaczać „prowincjonalny-zaściankowy”.

Motorem gospodarki opartej na wiedzy jest kreatywność, otwartość, międzynarodowa współpraca. To wszystko teoretycznie powinno się znaleźć (i kwitnąć) na uniwersytecie w Olsztynie.

„Nie wystarczy dużo wiedzieć, aby być mądrym”

Heraklit z Efezu

Tymczasem nasza szkoła, także ta wyższa, nie uczy zadawania nowych, kreaktywnych pytań. Wszyscy dostają takie same pytania na kolokwium i uczą się takich samych odpowiedzi na egzamin. A przecież nie wiemy gdzie nasi absolwenci będą pracowali i jak.
świat zbyt szybko się zmiania. Ciągle tkwimy jednak w wieku XIX., kiedy to wiedza deklaratywna była trudno dostępna i elitarna (mało książek, drogie, niewiele bibliotek). Wtedy przekazywanie wiedzy deklaratywnej miało sens. Dziś szybko i łatwo można znaleźć każdą informację i chyba wszystkie wiadomości dzięki wyszukiwarce internetowej (pamiętając, że wiedza to nie suma wiadomości). Kluczem do sukcesu jest umiejetność zadawania innych pytań niż wszyscy.
Bo wszyscy inni wpiszą te same słowa do wyszukiwarki i będą szukali w takich samych miejscach. I tak samo zinterpretują (jak na egzaminie).

Alternatywą dla klasy kreatywnej jest pokolenie
NEETS
(nie uczą się, nie pracują nie dokształcają się, brak aktywności edukacyjno-zawodowej).
Albo pokolenie iPOD (insecure, pressred, overtaxed, debridden – niepewni, pod presją, nadmiernie opodatkowani, zadłużeni).

Innym określeniem jest prekariat: wykształceni bezrobotni, wykluczeni.
Wykluczeni, bo źle i nieadekwatnie wykształceni. To jest jak z zakupami w sklepie – nie chodzi, żeby wypełnić cały koszyk, ale żeby napełnić towarami na prawdę nam potrzebnymi.

"Trzeba młodych ludzi uczyć, żeby byli elastyczni, a nie konserwatywni w myśleniu. Żeby zadawali pytania, a nie zapamiętywali odpowiedzi."

Miłosz Brzeziński

To jakich kształcimy anbsolwentów? Klasę kreatywną czy prekariat i pokolenie NEETS i iPOD?

Korzystanie z cudzych genów czyli narodziny symbiozy i horyzontalny transfer genów

Nasze życie zależy od innych… i to w znacznie większym stopniu niż byliśmy w stanie sądzić. O jakości i postępie decydują nie jakieś wyjątkowe jednostki (superman, nadczłowiek itd.) lecz jakość interakcji między organizmami. W przypadku człowieka ważniejsze jest tworzenie dobrych relacji niż dbałość o czystość dobrych genów. Jak to w dawnych przysłowiach już zawarto: lepsze stado baranów dowodzone przez lwa (a więc sprawna organizacja, współdziałanie) niż stado lwów dowodzone przez barana. Bo to nie tylko uznanie dla „wodza” ale i uznanie dla sprawnego działania w grupie.

Przez wiele lat w biologii obowiązywał dogmat o jednokierunkowym przepływie informacji genetycznej: od rodziców do potomków, i to tylko w szlaku komórek generatywnych (płciowych). Mutacje i inne zmiany w komórkach somatycznych nie są przekazywane potomstwu a więc nie miałyby znaczenia ewolucyjnego. Od wielu jednak lat systematycznie naukowcy odkrywają przykłady horyzontalnego transferu genów. Psuje to dotychczasowe teorie (szybki postęp w biologii potrzebuje nowej, teoretycznej syntezy). Najpierw były to bakteryjne plazmidy, potem pojawiły się dane dotyczące kręgowców. Odnajdywano ślady horyzontalnego transferu (przeskoku) genów nawet na odległe systematycznie grupy. Wykluczone było więc krzyżowanie się w procesie płciowym. Poszukiwano więc wektorów. Odnalezione przykłady wskazują, że chyba za sprawą wirusów chorobotwórczych mogą przenoszone być „przypadkowo” fragmenty genomu.

Jednym ze stosunkowo nowych odkryć są obserwacje dotyczące owadów i ich nabywanej w ontogenezie odporności. Jednym z przykładów jest pluskwiak Riptortus pedestris, który uzyskuje odporność przeciwko środkom owadobójczym, dzięki symbiotycznym bakteriom, żyjącym w jego przewodzie pokarmowym. Zjawisko odkryli japońscy naukowcy (czytaj więcej) Do tej pory myśleliśmy, że wszelkie ewolucyjne innowacje dzieją się poprzez powolne mutacje. Uwagi o symbiogenezie trudne były do włączenia do głównego nurtu bo nie bardzo pasują do dotychczasowych paradygmatów i koncepcji (zobacz np. Globalna opcja rozwoju. Kategorie biologiczne,   Alternatywność strategii życia na różnych poziomach organizacji, Rozwój człowieka w integrującej się noosferze).

Dzięki horyzontalnemu transferowi genów organizmy mogą korzystać z cudzych genów. A kiedy integracja ekologiczna zachodzi daleko, trudno jest już odróżnić, gdzie zaczyna się jeden gatunek a kończy inny (czyli odróżnić co jest moje a co twoje, a co wspólne). Badane przez Japończyków owady wykorzystują do nabytej odporności bakterie z rodzaju Burkholderia. Niektóre (tylko niektóre!) szczepy tych prokariontów rozkładają fenitrotion (środek owadobójczy) w procesach metabolicznych. Ubocznym skutkiem ich działalności jest pozbawianie szkodliwości dla owadów tego insektycydu. Jak wykazali w swoich badaniach Japończycy ponad 70% owadów z bakteriami (w przewodzie pokarmowym) rozkładającymi fenitrotion przeżywało ekspozycję na ten środek owadobójczy, w porównaniu z tylko 10-20% owadów nie posiadających  bakterii rozkładających fenitrotion. Bakterie, o których mowa, są organizmami wolnożyjącymi, pobieranymi przez owady jeszcze w stadium larwalnym wraz ze zjadaną glebą. Jak na razie nie  ma żadnych dowodów sugerujących, że bakterie te są przenoszone z rodziców na potomstwo (tak jak to dzieje się u niektórych owadów, żyjących w symbiozie z mikroorganizmami). Każdy więc osobnik, w stadium larwalnym, sam musi wyszukać „dobroczynne” bakterie. Po części dzieje się to przypadkowo, bowiem w glebach spryskiwanych fenitrotionem można znaleźć więcej bakterii rozkładających ten związek. Wspomniany insektycyd stosuje się w uprawach soi. W wyniku „współpracy” owadów i bakterii używanie fenitrotionu staje się coraz mniej skuteczne. Naukowcy w swoich laboratoriach będą musieli wymyślić coś nowego do zwalczania „szkodników”.

Także i człowiek w dużym stopniu korzysta z cudzych genów. W każdym z nas żyje około 1,5 kg bakterii, posiadających łącznie więcej genów niż w naszym DNA (gdyby policzyć komórki, to okazałoby się, że jesteśmy głównie… bakteriami – komórki bakteryjne są dużo mniejsze od naszych, eukariotycznych). Już z mlekiem matki – zanieczyszczonym mikrobiologicznie – niemowlę zdobywa dobroczynne mikroorganizmy (i ich geny). Później także, w społeczności lokalnej, wymieniamy się mikroflorą. Jest to horyzontalny przepływ genów w szerszym znaczeniu, bo to transfer nie przez bezpośrednie wbudowanie do genomu komórki, ale organizmalne (ekologiczne) korzystanie z cudzych genów. Bo analogicznie: czy musimy kupować samochód, żeby jeździć samochodem?

Samodzielnie nie da się żyć a interakcje ekologiczne znacząco komplikują nam obraz życia. Bo jak tu używać starego pojęcia „gatunek”? Przecież sporego fragmentu genów nie dziedziczymy w prostym przekazywaniu od rodziców na potomstwo, w postaci jądrowego DNA.

Biologia w swej rozciągłości jest fascynująca. I nie trzeba samemu posiadać nowoczesnego laboratorium. Wystraczy śledzić doniesienia z innych laboratoriów, spisywane w setkach tysięcy publikacji naukowych. A dzieje się tak dużo, że w zasadzie trzeba będzie wszystkie podręczniki do biologii…. i filozofii napisać na nowo.

 

ps. Czy nie wspaniale byłoby w telewizji posłuchać i pooglądać o tych wszystkich niezwykłościach? Zamiast śledzić banalne i fikcyjne losy Lucii z ubogiej chatki…

Jedzenie zamiast seksu. I można długo żyć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Biologia systematycznie zmienia nasz sposób myślenia i postrzegania świata. Wywraca także ugruntowane już pojęcia, np. „gatunek”. W zasadzie wiele teorii należałoby sformułować na nowo. W ostatnim stuleciu najważniejszym inspiracyjnym źródłem dla filozofii jest właśnie biologia.

Życie biologiczne na Ziemi przez wiele milionów lat (dużo ponad miliard), obywało się bez rozmnażania płciowego. Pojęcie „gatunek” w zasadzie wymyślono dla zwierząt rozmnażających się płciowo (takich jak człowiek i wszystkie kręgowce). Od tej pory poznano wiele innych organizmów, a używanie pojęcia gatunek stało się coraz bardziej wątpliwe…. ale na razie nic mądrzejszego biolodzy nie wymyślili. A czas i odkrycia ponaglają.

Rozmnażanie płciowe – poprzez znaczącą i szybką rekombinację genetyczną – oszałamiająco przyspieszyło ewolucję i dostosowywanie się biosfery do ciągle zmieniających się warunków środowiska. Rozmnażanie płciowe – mimo że uciążliwe i kosztowne – trwa.

Kiedy odkryto u prokariotycznych bakterii plazmidy i inne sposoby horyzontalnego wymieniania materiału genetycznego, legły w gruzach kolejne „dogmaty” biologiczne. Ale teraz sporo zamieszania narobiły wrotki z gromady Bdelloida. U wrotków od dawna znany był fakt rozmnażania partenogenetycznego. Samców nie obserwowano nigdy. Grupa istnieje na Ziemi ponad 80 milionów lat i ma się doskonale. Jak może ewoluować bez rozmnażania płciowego? To było zagadką dla biologów przez wiele lat. Owszem, spotyka się gatunki dzieworodne, ale ten sposób rozmnażania jest okresowy. Ale tak kilkadziesiąt milionów lat bez „seksu”? Same mutacje nie wystarczyłyby dla zachowania procesów ewolucji i szybkiego dostosowywania się do środowiska.

Najnowsze badania naukowców z Uniwersytetu w Cambridge wykazały, że wrotki z gromady Bdelloida …. „zjadają” DNA innych gatunków: bakterii, grzybów i glonów. W ten sposób wzbogacają własną pulę genetyczną. Nawet do 10 procent ich aktywnych genów jest obcego pochodzenia (a więc nie dotyczy to tak zwanego „śmieciowego” DNA). Nie wiadomo jeszcze, w jaki sposób dokładnie zachodzi proces transferu genów. Ale naukowcy są niemal pewni, że DNA zjadane przez wrotki jest włączane do ich własnego genomu. Brak samców i rekombinacji materiału genetycznego w procesie rozmnażania płciowego, rozwiązany jest przez horyzontalny transfer genów z organizmów, którymi  żywią się te wrotki. Kolejny cios dla definicji gatunku. I jeden z wielu elementów, wymuszających napisanie podręczników do biologii zupełnie od nowa.

Te niezwykłości działy i dzieją się pod naszymi nogami. Bowiem wrotki z gromady Bdelloida żyją na dnie zbiorników wodnych, pełzają lub pływają. Mają podłużne ciało z pseudosegmentami i teleskopowo składaną nogę. Jajnik jest parzysty a rozmnażają się przez partenogenetyczne jaja.

Gdyby tak spróbować uogólnić…. jedzenie zamiast seksu? Czy taki świat jest możliwy? Może, wbrew medialnej popkulturze, seks nawet w życiu człowieka nie jest tak ważny i dominujący? Na razie Seksmisja nam nie grozi… ale naukowcy robią różne dziwne rzeczy :). To co dzisiaj wydaje się filmową fantazją, jutro może się stać rzeczywistością i naszym wyborem.

Trudno na blogu dokładnie opisać nadmienione wyżej zjawiska i procesy. Na to trzeba znacznie więcej czasu i miejsca. To tylko zasygnalizowanie i zachęta do dokładniejszego postudiowania życia. Bo biologia jest niezwykła i bardziej tajemnicza niż Harry Potter i dziesiątki innych „magicznych” postaci razem wziętych.

Na zdjęciu wrotek z gromady Bdelloida Habrotrocha rosa, fot. Rkitko, Wikimedia Commons.

Skarpeciak Profesorek, czyli o tym jak wylicytowałem 20 minut rehabilitacji

.

Skarpeciaki bardzo mi się podobają. Bo jest to tworzenie ze "śmieci", z rzeczy z pozoru niepotrzebnych. Jest to rękodzieło, wykorzystujące jako surowiec skarpetki nie do pary czyli coś, co normalnie byśmy wyrzucili na śmietnik. Jest to także promocja konsumpcji lokalnej i unikalnej. Sparpeciaki bliskie są w warstwie filozoficznej moim malowanym butelkom (jak równieżz idei ekorozwoju oraz cittaslow).

Kiedy pojawił się skarpeciak o nazwie Profesorek (na zdjęciu wyżej), założyłem konto na Allegro i po raz pierwszy w życiu przystąpiłem do licytacji. Szło mi to niezwykle opornie, ale w końcu wygrałem. Jak się dowiedziałem, wylicytowałem 20 minut rehabilitacji młodego człowieka.

Teraz siedzi Profesorek na moim domowym biurku i patrzy mi na ręce. Następnym razem lepiej sie postaram i wylicytuje więcej rehabilitacji dla Grzesia.