Mój researcher ID czyli od szafki z fiszkami do ulotnej wirtualności

szfkibiblioteczneNauka tworzy się w kontekście. W kontekście istniejącej już wiedzy i w kontekście eksperymentu oraz ciągłego weryfikowania zastanej wiedzy z obserwowaną rzeczywistością. Nauka to także nieustanna praca zespołowa. A w pracy zespołowej trzeba wiedzieć co zrobili i co robią inni (inaczej byłby chaos). Stąd naukowiec … najczęściej czyta i słucha. Rzadziej pisze. Przyrodnik także eksperymentuje.

Jak robić notatki i tworzyć swoją bazę wiedzy, złożonej z   różnorodnych publikacji naukowych? Wszystkiego się nie zapamięta (papie i komputer jako zewnętrzne „przedłużenie” mózgu?). A teraz nawet nie jest się w stanie przeczytać… Podobno w ciągu roku publikuje się ponad milion prac naukowych. Nawet w swojej wąskiej dyscyplinie liczba prac do przeczytania i zapoznania się jest duża. Zbyt duża, stąd rosnąca specjalizacja.

Kiedy zaczynałem swoją przygodę z nauką, jeszcze jako student, szczytem profesjonalnego zbierania informacji były, dziś już archaiczne, fiszki biblioteczne. Udało mi się zdobyć z demobilu małą szafkę biblioteczną i z dumą przez młodzieńcze lata zapisywałem setki fiszek bibliotecznych z danymi bibliograficznymi. Fiszki grupowałem nie tylko alfabetycznie ale i działami tematycznymi. Od co najmniej dziesięciu lat szafka z fiszkami stoi zakurzona i nie zaglądam do niej. Z perspektywy lat wydaje się cała moja praca zupełnie niepotrzebna. A wszystko przez postęp technologiczny.

Duża liczba publikacji to problem z ich odszukiwaniem. Jeszcze na studiach spotkałem się z kartami perforowanymi: pierwowzorem komputerowych baz danych. Na kartę formatu A5 zapisać można było nie tylko dane bibliograficzne ale i notatki z przejrzanej publikacji, np. zagotowując także nazwy gatunkowe, wnioski. Potem według przyjętego systemu nacinało się dziurki na obrzeżach. Żeby wybrać interesujące nas prace wg „słów kluczowych” wystarczyło włożyć drut i podnieść do góry. Zamówiłem u stolarza odpowiednią szafkę i wypełniałem karty… Też od dawna z tego systemu nie korzystałem… Bo pojawiły się komputery. W zasadzie moja inwestycja nie przyniosła spodziewanych efektów… zestarzała się zanim zgromadziłem wystarczającą liczbę danych. Może jedynym zyskiem był bodziec do przeglądania i przepisywania. Coś z tego może w głowie zostało…

Od połowy lat 90. XX w., gdy do powszechnego użycia weszły komputery, systematycznie pojawiają się różnorodne programy i bazy danych. Kłopot tylko taki, że trzeba najpierw bibliografię wpisać. A w zasadzie przepisać z fiszek do bazy danych. W tak zwanym międzyczasie zmieniło się kilka systemów operacyjnych, komputery znacznie „wyewoluowały”. Zaczynałem z kilkoma bazami danych…. Do tamtych już nie wracam a elektroniczne dane śa nie do odzyskania (np. na pięciocalowej dyskietce).

Na początku swojej pracy zetknąłem się także z pismami przeglądowymi, swoistymi przeglądami tego, co w czasopismach naukowych się znajduje. Duże zespoły przepisują dane bibliograficzne oraz streszczenia i (kiedyś) było to drukowane. Wystarczyło przejrzeć zawartość (łatwiej przeszukiwać spisy treści w jednej pracy niż tysiące oddzielnych tomów czasopism) i z tysięcy wybrać kilkanaście interesujących prac. Olsztyn był prowincjonalnym ośrodkiem naukowym. Więc żeby przeczytać często jeździłem do bibliotek w Warszawie (teraz podróżuję internetowo i to znacznie dalej). Wysyłałem też dziesiątki dezyderatek – próśb do autorów o przysłanie nadbitki jego pracy. Obok szafki z fiszkami na półce pęczniały segregatory z papierowymi publikacjami o chruścikach (i nie tylko).

W tamtym czasie miałem dostęp do dwóch różnych materiałów: rosyjskojęzycznego Referatywnyj Zhurnau oraz angielskiego Current Contents. Teraz już takich papierowych wydawnictw nie ma. Pozostały wspomnienia.

W ostatnich latach pojawiło się kilka różnych systemów gromadzenia i przetwarzania informacji bibliograficznych (np. tu , tu google scholar). Wszystkie mają wspólną cechę – bazy danych są zewnętrzne a dostęp jest internetowy. Przedwczoraj dowiedziałem się o Research ID. No i odrobiłem swoją pracę domową.

Ale to było tylko pierwsze zadanie. Teraz trzeba odrobić pozostałe „słupki”, zadane do domu. Kiedy na to wszystko znaleźć czas? Gdy poprzednie systemy nie zostały wykorzystane, a tylko „liźnięte”. Od nadmiaru rzeczywiście głowa boli a czasu coraz mniej…

Od wielu lat dokonuje się proces przepisywania różnych danych z „papieru” na dyski komputerowe.  Chyba znaczący postęp dokonuje się głównie dzięki zaangażowaniu samych naukowców. Bo to dzięki ich wolontariatowi i współpracy powiększa się cyfrowa baza informacji naukowych. Łatwiej dotrzeć, łatwiej wykorzystać. Niemniej pracy jest bardzo dużo. A publikacje gromadzę w formie elektronicznej, na dysku. Łatwo je znaleźć… trudniej przeczytać ze względu na liczbę… Tone bardziej w nadmiarze informacji. Rzeczywiście, kompetencją kluczowa XXI w. jest umiejętnie wyszukiwanie, gromadzenie i zarządzanie informacją.

I tak sobie myślę, czy za jakiś czas cała ta nasza praca nie pójdzie na marne…. bo wymyślony zostanie zupełnie inny system. Przez szybki postęp technologiczny w ciągu jednego życia zmienia się ogromnie dużo. Nawet naukowcy nie nadążają…. I to przez samych siebie – bo nauka przyspiesza postęp:).

Coraz szybciej, coraz więcej…. tylko że zanim się dokończy jedną „inwestycję” i zanim zacznie się czerpać z niej owoce, wchodzi coś nowego, co podważa sens wcześniejszego wysiłku…

Uczenie się w oparciu o kompetencje

W Krajowych Ramach Kwalifikacji mocno akcentuje się kompetencje i zorientowanie na efekty kształcenia. Uczenie się w  oparciu o kompetencje w środowisku nauczycielskim jest już znane i dyskutowane. Warto przytoczyć (przypomnieć) kilka fragmentów (z małymi skrótami, modyfikacjami i dygresjami):

Uczenie się w oparciu o kompetencje wymaga innego niż tradycyjne podejścia do nauczania. W edukacji w oparciu o kompetencje podkreśla się rolę środowiska, w którym zachodzi proces uczenia się, umożliwiającego uczniom (studentom) pełne zaangażowanie (i zbliżenie do realnych warunków a nie sztucznych sytuacji akademickich). Ważne jest więc tworzenie środowiska edukacyjnego, sytuacji edukacyjnych, swoistego całościowego kontekstu.

Znaczące konteksty, w których uczniowie czy studenci odczują przydatność i znaczenie umiejętności, nabywanych w naturalny sposób.
Jest to uczenie się do realnego świata a nie tymczasowych warunków szkoły.

Podejście multidyscyplinarne.

Kompetencje są z natury rzeczy holistyczne, skutkiem czego metody nauczania również muszą mieć charakter integracyjny i całościowy (bo życie codzienne jest całościowe).
Kupując ziemniaki w sklepie w całościowy sposób korzystamy z matematyki, botaniki, języka jako komunikacji itd.

Konstruktywne uczenie się.

Konstruktywne (konstruktywistyczne) uczenie się jest postrzegane raczej jako proces budowania własnej wiedzy w relacji do otoczenia niż absorbowanie wiedzy przekazywanej przez innych. Wymaga aktywności a nie sprawności zapamiętywania. Uczenie się (budowanie własnego systemu wiedzy) skupia się na konstruowaniu modeli, produktów, wytycznych, złotych zasad, relacji i innych namacalnych wytworów. Stanowi to przeciwieństwo procesów kształcenia polegających na przetwarzaniu informacji bez praktycznego wykorzystania wiedzy.

Wspólne, interaktywne uczenie się (między innymi z rówieśnikami, nauczycielami oraz instytucjami – a przecież uniwwersytet to pierwotnie wspólnota uczących i nauczanych – powracamy więc do korzeni).

Zasadniczą ideą przyświecającą edukacji w oparciu o kompetencje jest pomoc uczniom w rozwijaniu i budowaniu ich własnej wiedzy oraz poszukiwanie sposobów optymalnego wykorzystania sprawności innych ludzi w ramach procesu uczenia się.

Współpraca i interakcja są domenami nauki, ułatwiają również uczenie się w innych obszarach. Konieczna jest postawa otwarta, w ramach której nauczanie uwzględnia dialog między studentami i nauczycielami akademickimi w zakresie oczekiwań, potrzeb, celów, itd.

Uczenie się refleksyjne, to nie tylko koncentrowanie się na kluczowych sprawnościach, ale także na samym procesie uczenia się. Refleksja między innymi nad własnymi potrzebami, motywacją, przyjętym podejściem, postępami, wynikami wpływa na rozwój umiejętności (strategii) uczenia się, które można nazwać metakompetencjami.

Osobiste uczenie się. Uczenie się jest procesem konstruowania osobistej wiedzy – budowania własnych modeli na bazie poznawanych modeli i uzyskiwanych informacji. Informacje, wiedza, strategie mają dla jednostki sens o tyle, o ile stają się integralną częścią własnej wiedzy i kompetencji tej osoby. W zakresie nauczania oznacza to, że studenci powinni się identyfikować z kontekstami, ludźmi, sytuacjami i zainteresowaniami istniejącymi w poznawanych domenach nauki.

Źródło

O dyskusjach na seminariach i wykładach, czyli sztuka prezentacji i wystąpień publicznych

Cały czas nurtuje mnie problem, aby zajęcia miały sens, aby studenci na wykładach nie marnowali 90 % czasu , aby nie był to pusty rytuał spotykania się w sali wykładowej czy seminaryjnej. W końcu aby nie był to jałowy rytuał udawania, że coś z takich "spotkań" wynika a później i tak absolwenci są niezaradnymi bezrobotnymi, nawet z doktoratami… bo uczymy ich zupełnie niepotrzebnych rzeczy, zapominając o ważnych kompetencjach. W sumie jest więc to poczucie odpowiedzialności a nie udawanie, że wszystko jest cacy i nie obchodzi mnie, co będzie po wyjściu studentów z sali (byle się w papierach zgadzało i ładnie wyglądało).

Ciągle więc doczytuję, próbuję i obserwuję siebie i sytuacje, licząc że odkryję ów "kamień filozoficzny" i zrozumiem istotę wartościowego kształcenia.

Wystąpienia publiczene są chlebem powszednim studentów i absowlentów i… współczesnych pracowników. A przecież na codzień spotykam się raczej z milczącą salą, z niewielką chęcią dyskutowania po zajęciach, nawet z niewielką chęcią wykorzystania do dyskusji przestrzeni wirtualnej (coś jest nie tak i wcale niekoniecznie winić należy studentów…). W ostanio kupionej książce Jean-Denis Menard pt. "Jak występować publicznie. Klucze do sukcesu i pułapki, których należy uniakać" znalazłem cenne spostrzeżenia. Dlaczego jest tak, że jedni ludzie nie mają trudności z dyskutowaniem i wystąpieniami publicznymi natomiast inni mają wielkie trudności? Nie potrafią, źle się w tym czują a każde wystąpienie to ogromny stres, wysiłek i męczarnia.

"Nie wszyscy startujemy z tej samej pozycji: niektórzy z nas wychowali się w atmosferze wypełnionej pasjonującymi dyskusjami i argumentacjami. Będą oni z pewnością mieli naturalną łatwość wysławiania się, ale ta lekkość może zanikać przy braku treningu. I odwrotnie, osoby mniej uprzywilejowane będą potrzebowały więcej pracy, ale mogą prześcignąć te pierwsze dzięki ćwiczeniom i treningowi (…)."

Jean-Denis Menard

Tak więc milczenie studentów jest ewaluacją dotychczasowego kształcenia oraz obecnej atmosfery na uczelni. Chciałbym więc tworzyć na swoich wykładach (a dlaczego wykład miałby być monologiem?!), seminariach i innych formalnie nazwanych zajęciach, atmosferę wypełnioną pasjonującymi pytaniami, dyskusjami, argumentacjami. Chyba sensem jest nie tyle "wykładanie" co tworzenie dobrych edukacyjnie sytuacji. Sytuacji, umożliwiających samorozwój i doskonalenie się studentów w przyjaznej atmosferze, a nie warunków do jednokierunkowej transmisji danych. W dobie powszechnego dostępu do informacji oraz szybkich łączy interentowych i szybkich procesorów wykład "tradycyjny" jest jedną z mniej efektywnych form pozyskiwania wiedzy (wiedzy rozumianej jako informacje i wiadomości).

Moje wątpliwości nie są jakieś egzotyczne i unikalne. Podobnie myśli i pokszukuje wielu nauczycieli różnych szczebli. Po prostu świat się zmienił i zmienić musimy gruntownie nasz dotychczasowy system kształcenia.

ludzie uczą się poprzez doświadczanie i odkrywanie, co bezpośrednio determinuje sposób nauczania. Stąd wniosek, że uczniowie muszą być aktywnie zaangażowani w proces uczenia się. Osiągają najlepsze wyniki, jeśli uczą się w znaczących kontekstach, poprzez współpracę i współdziałanie ze sobą oraz nawiązując relacje z otoczeniem. Dzięki temu sami sobie umożliwiają nabywanie wiedzy, jej rozumienie, wymianę i konfrontację wyniesionych wniosków z rozumowaniem innych. Oczywiście nie oznacza to odejścia od tradycyjnego nauczania, lecz podkreśla konieczność prowadzenia go w sposób odpowiadający potrzebom uczniów, nie zaniedbując przy tym obowiązku ukazywania im nowych horyzontów i punktów widzenia oraz rozbudzania entuzjazmu dla zjawisk, o których wcześniej nie słyszeli.”
(czytaj więcej )

„Na tegorocznym Kongresie Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie kardynał Gianfranco Ravasi powiedział, że każdy potrafi odpowiadać, ale tylko geniusz potrafi pytać. Pytania są ważniejsze od odpowiedzi?

– Tak. Bo nie poprzestają na tym, co jest, nie uświęcają rzeczywistości, ale otwierają nowe światy. Odpowiedzi nie dość, że domykają możliwości, zamykają przestrzenie, to jeszcze obiecują, że rozwiążą wszystkie problemy.

A zwykle tego nie robią, bo nie mogą. Rozstrzygają doraźnie, raczej uspokajają, niż zaspokajają nasz niepokój. Dają nam święty błogostan. Wolę więc pytania. Pod warunkiem, że to nie pytania – tezy. Mam takiego studenta, który pyta nie po to, żeby rozmawiać, tylko po to, by upewnić się co do słuszności swoich przekonań (…) pyta nie po to, żeby rozmawiać, tylko po to, by upewnić się co do słuszności swoich przekonań.”

Prof. Zbigniew Mikolejko  (cały wywiad)

Dobre pytania  otwierają nas na innych, na inny świat, na zmiany. Możemy coś zyskać w rozmowie z otwarciem na innych. Otwarcie to nie tylko dobre pytana ale i słuchanie. Ale czy my, na UWM w Olsztynie, uczymy studentów otwartego słuchania i otwartego pytania? Czy stwarzamy dobre warunki do pytania, dyskutowania, argumentowania? Czy potrafimy stworzyć atmosferę, aby ci co potrafia swoich umiejętności nie tracili, a ci co jeszcze nie potrafią się nauczyli?

„Złe pytania o nic naprawdę nie pytają – są jedynie pozorem i obrzędem podtrzymującym to, co zastane. Utwierdzającym człowieka i wspólnotę, że to, co robią i myślą, jest absolutnie słuszne i doskonałe. Złe pytania po prostu usypiają umysły i sumienia. Gwarantują "święty spokój", zapewniają samozadowolenie, sieją niechęć – jeśli nie nienawiść – do zmian.”

Prof. Zbigniew Mikolejko 

W poniedziałek kolejny tydzień, kolejne spotkania ze studentami, kolejne okazje by coś sensownie zmienić. Taki patriotyzm codziennej solidności. A przynajmniej dążenie do niej.

Wołanie absolwentów z puszczy

Porozjeżdzali się absolwenci po świecie, po miastach, wioskach i puszczach, i teraz czasem listy piszą. A jakże, elektroniczne i to z dzikiej puszczy: "założyłam blog. Całe dwa dni temu. jeszcze nie umiem go dobrze obsłużyć ale … ". Rzeczony blog pisany jest ze środka Puszczy Kampinoskiej: http://mojapuszcza.blog.pl/

Byłem, widziałem, potwierdzam: zaskoczenie totalne. Tuż przy wielkiej Warszawie całkiem dzika i niedoceniana (nieodkryta) przyroda. Jakby zatrzymanie w czasie. Do tej pory były to badania drobne (z mojej strony), w odniesieniu do chruścików i innych owadów wodnych. I oczywiście za sprawą absolwentów, którzy tam – w puszczy – osiedli i gościnie zapraszają. Kolejni studenci i absowlenci pojechali na staże. Tak oto absolwenci, tęskniąc za Warmią i Mazurami, w puszczę "swojaków" ciagną. Mazowiecka puszczę.

List brzmi jak ponaglenie, aby wyniki badań nad chruścikami Puszczy Kampinoskiej wreszcie opublikować…. Zatem wpisuję do kolejki zadań pilnych i ważnych.

A Warmiaczkę w dalekiej puszczy pozdrawiam ciepło i nerwikowo.

Czy wykład dla studenta to strata czasu?

"Z każdego wykładu, nawet dobrze przygotowanego, najbardziej interaktywnego i pasjonującego, 80 minut to kompletna strata czasu. Wszystko, co pamiętam z moich studiów, pochodzi z seminariów i konwersatoriów i z tych 20-25 prac seminaryjnych, które musiałem napisać w ciągu czterech lat. Z wykładów nie pamiętam nic. W Polsce mamy kierunki i programy studiów, które w ogóle nie wymagają pisania przed obroną pracy magisterskiej. Dlatego tak dużo studentów odpada w ostatnim semestrze albo oddaje plagiaty. I dlatego potem pracodawcy się dziwią, że z uczelni wychodzą półanalfabeci, którzy nie są w stanie napisać raportu na dwóch kartkach papieru, albo na precyzyjne pytania odpowiadają chaotycznym słowotokiem.
"

Klaus Bachmann (czytaj całość wypowiedzi)

Ostatnio spotkałem się w interencie z ogłoszeniami oferującymi pisanie nie tylko prac licencjackich czy magisterskich ale i prac doktorskich czy habilitacyjnych. Oferta była od strony prawnej sprytna, do niczego formalnie nie można się przyczepić.  Mamy więc taki system, gdzie wszystko można kupić, nawet napisanie doktoratu czy habilitacji… Niewydolną szkołę, nawet na poziomie wyższym, uzupełnia "prywatny biznes"…

Uczenie pisania i wypowiadania się to jeden z ważniejszych elementów kształcenia uniwersyteckiego (efekty kształcenia zapisane w Krajowych Ramach Kwalifikacji). Uczymy takich nowoczesnych "opowiadaczy ludzkich historii". Ostro protestowałem (ale bezskutecznie), gdy u mnie na wydziale, w  ślad za innymi, zniesiono pisanie pracy licencjakciej. Po roku i tak wyszło "na moje" – wbrew oczekiwanion jako pracownicy napracowaliśmy się jeszcze więcej a i tak po roku przyszło ogórne polecenie (standardy, wymogi), wymuszające przywrócenie pracy licencjackiej. Bo w sumie jest to logiczny trend światowy. Z cytowanego wyżej fragmnety widać wiraźnie, że musimy umieć pisać raport, relacjonować wyniki obserwacji, uzasadniać swoje przekonia czy koncepcje. Ważne jest to także dla dzienikarza dowolnych mediów.

"Ewolucja człowieka polega od zawsze na rozwoju środków do opowiadania swoich historii: mowa, pismo, druk, e-book – to media do przekazywania kolejnym pokoleniom swojego dorobku."

Nowe Horyzonty Edukacji (mięsiecznik)

We współczesnym świecie, świecie łatwego dostępu do informacji, tradycyjny wykład, nawet z rzutnikiem multimedialnym, stracił swój dawny sens. Próbując zmieścić się w określonych warunkach (w planie jest wykład 1,5 godz. i muszę go zrealizować…) oraz uwzględnić kontekst współczesności i warunków zewnętrznych, poszukuję nowych możliwości. Współpraca z mediami jest w tej koncepcji tylko formą wykładu i kształcenia ustawicznego, nieformalego i pozaformalnego. W tym roku próbuję z licencjatami (seminarium) i doktorantami (wykład) uzupełniać "klasową" dyskusję i mniej lub bardziej wykładowy monolog uzupełnić przedłużoną dyskusję z wykorzystaniem Facebooka (zamknięta grupa) oraz …. wspólnym zespołowym pisaniem esejów (naukowych). Tak, żeby studenci nie tylko słuchali ale i się wypowiadali. Nie tylko w formie krótkich i nieuporządkowanych wypowiedzi w sali wykładwej, ale bardziej dopracowanych i uporządkowanych wypowiedzi publicznych. Pierwsze rezultaty już są widoczne na blogu http://biologiaolsztyn.blogspot.com/. Liczę na więcej w innych mediach…

Liczę, że uda mi się poeksperymentować nie tyle "na studentach" co "ze studentami" w poszukiwaniu nowej formuły wykładów.  Bo nie chcę, aby z 90. minutowego wykładu było aż "80 minut kompletną stratą czasu". Co z tego poszukiwania wyniknie, zdam relację za klika miesięcy.

Bardzo brakuje mi Jacka Kuronia czyli o objaśnianiu świata

Bardzo brakuje mi śp. Jacka Kuronia. Jako minister objaśniał świat. Pojawiał się w telewizji, aby wyjaśniać zmiany, uzasadniać, przekonywać. Tacy ministrowie, dyrektorzy, szefowie są niezbędni, a jest ich jak na lekarstwo… A przecież teraz jest internet i można się kontaktować po stokroć łatwiej!

Znakomita koncepcyjnie reforma oświaty i posłanie sześciolatków do szkoły… zmarnowana. Bo zbyt mało było przekonywania i uzasadniania. Skołowaceni byli rodzice, zdezorientowani nauczyciele. Czy ktoś wyjaśniał sens i cel? Minimalnie.. Ech, gdyby ministrem edukacji był teraz ktoś taki jak śp. Jacek Kuroń…. Podobnie z Krajowymi Ramami Kwalifikacji na uniwersytetach… W sumie wygrywa Harry Potter…. bo to wiara w czarodziejskie słowa: wystarczy coś zadekretować, powiedzieć, wydać polecenia i stanie się jak za machnięciem czarodziejską różdżką…. A się nie staje. Zaklęcie złe? A może nie ta księga czarów?

Brakuje mi takich ludzi jak Jacek Kuroń. Ludzi, którzy objaśniają świat i przekonują. A nie tylko autorytarnie wydają polecenia.

W Olsztynie nieliczni radni protestują przeciw nadaniu jednej z ulic imienia Jacka Kuronia. Jemu nie tylko ulica się należy ale i pomnik. A najlepiej ławeczka, żeby można było przysiąść i posłuchać objaśniania świata. A w zasadzie to nie Jackowi Kuroniowi jest potrzebna ulica, lecz nam. By przypominać o innym stylu rządzenia. By przypominać o objaśnianiu świata i przekonywaniu…

W mediach wiele sensacji. A ja oczekuję edukacji, informacji i objaśniania otaczającego świata (bo wielu rzeczy nie rozumiem i nie potrafię się odnaleźć!). Żeby wiedzieć i zrozumieć. A nie tylko maglowo się ekscytować i pienić się emocjami…

Brakuje mi bardzo Jacka Kuronia. I takiego właśnie stylu życia, stylu kierowania ludźmi. Jak praca z wolontariuszami, jak praca z obywatelami i wolnymi ludźmi, których najpierw trzeba przekonać a nie rozkazywać…

Olsztyński i europejski globlokalizm

Rocznice sprzyjają refleksjom (20 lat olsztyńskiej redakcji Gazety Wyborczej). Gazeta Wyborcza nieodłącznie kojarzy mi się z wolnością, dyskusją i odpowiedzialnością, oraz z przeplataniem się spraw lokalnych z globalnymi (globlokalizm). Pamiętam euforię czerwca 1989 r., mój udział w komisji wyborczej i duchowe odzyskanie wolności. W tym samym czasie pojawiła się Gazata Wyborcza. Wybory minęły, tutuł pozostał. Polskie odzyskiwanie wolności widziałem z lokalnej i indywidualnej perspektywy.

Olsztyńską redakcję GW pamiętam jeszcze z ul. Głowackiego i wspólnie organizowane akcje ekologiczne, np. obchodzienia Dnia Ziemi. Święta międzynarodowego, ale zakorzeniającego się lokalnie i na naszym gruncie. Było to myślenie o ochronie przyrody i środowiska, ważne w skali globalnej, ale realizowane przez bezpośrednie, lokalne akcje i próbę aktywizowania „prowincji” . Swoiste myślenie obywatelskie brania odpowiedzialności za najbliższy świat, w poczuciu wolności i z szerokim dyskutowaniem.

Rok 1989 był nie tyle powrotem do Europy (bo Polska nigdy z Europy nie zniknęła), co powrotem do decydowania o Europie. Był rokiem powolnego powrotu do bycia obywatelem Europy a nie tylko parobkiem czy niewolnikiem. I w tym wymiarze ostatnie lata – okres funkcjonowanie Gazety Wyborczej w Olsztynie – były przede wszyskim dyskutowaniem o wartościach. W Gazecie Wyborczej najbardziej właśnie cenię szeroką dyskusję i opiniotwórczość.

Tegoroczna pokojowa nagroda Nobla dla Unii Europejskiej daje mi dużą satysfakcję. Czuję się Europejczykiem i podwójnie jestem dumny. Raz z faktu bycia Europjeczykiem, dwa z docenienia niezwykle wartościowego pomysłu, jakim jest Unia Europejska. Europa bez wojen, integrująca się, poznająca się, współpracująca, wspierająca się. W tym czasie, z mojej perspektywy olsztyńsiej prowincji, były to różne próby współpracy międzynarodwej, wymiany studentów, zaciekawionego poznawania się, wyjazdów oraz przyjmowania młodych Europejczyków z różnych krajów u siebie na stażu (drobne ślady pozostały w Gazecie, w numerach archiwalnych). Jestem głęboko przekonany, że warto Unię Europejską rozszerzać o kolejne kraje. Nie zatrzymywać zazdrośnie tego, co wartościowe, tylko dla siebie.

Europa bez granic wybitnie sprzyja odradzaniu się lokalności i regionalności. Gdyby nie likwidacja zasieków na przejściach granicznych najpewniej dużo bardziej niechętnie odnosilibyśmy się do krzepnięcia lokalnej tożsamości, w tym Kaszubów czy Ślązaków. Na pewno poczycie europejskiego bezpieczeństwa ułatwia krzepnięcie i krystalizowanie się warmińskiej czy mazurskiej tożsamości. Sprzyja poznawaniu przeszłości, odkrywaniu własnej wielokulturowości i rodzeniu się nowo-Warmiaków. Nie boimy się już Niemców a nawet Rosjan. Ksenofobia bierze się ze strachu i niewiedzy. Fakt, nie wszytscy przestali się bać… Ale tak jak Polska tak i Europa jest procesem stawania się.

Okres „olsztyńskiej” Gazety Wyborczej to także okres wylęgania się idei uniwersytetu i powstania UWM. Dla mnie uniwersytet jest miejscem zdobywania szerokiej wiedzy, jako elementu szczęścia. Wiedza umożliwia zrozumienie świata, a w konsekwencji jesteśmy bardziej otwarci i nie boimy się otoczenia. To daje poczucie szczęścia. To również dyskutowanie o wartościach, w gruncie rzeczy europesjkich. Unia Europejska nie likwiduje naszej kulturowej różnorodności i tożsamości. Wręcz przeciwnie.

Kiedyś Europa nieustanie szarpana była wojnami. Dalej się różnimy, rozwijamy swoją lokalność i odmienność, lecz nie zatracamy ani kultury ani języka. Wręcz przeciwnie. Silny wspiera słabszego. Pomysł na "Unię" jest nawet naśladowany, mniej lub bardziej wiernie, w innych częściach świata. Mimo trudności i narzekania wiecznych malkontentów i przestraszonych, dumny jestem z Unii Europejskiej.

Czuję się Europejczykiem, ale wcale nie przestaję być Polakiem czy Warmiakiem. Te wartości się dopełniają a nie wykluczają. Na przykład w UE czuję kontynuację w znacznie poszerzonej wersji Rzeczypospolitej Obojga Narodów.
Łatwiej podróżować bez wiz i stania w długich kolejkach na granicy. I wszędzie czuję się jak u siebie, czy to w Wilnie, Rumunii, Francji, Niemczech, Wiedniu, Daugavpils. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo, my Europejczycy, jesteśmy do siebie kulturowo podobni. Na dodatek Unia Europejska niesie w sobie wiele ideałów chrześcijańskiej Europy. Łączą nas wspólne wartości. Zbyt często mówimy o gospodarce i pieniądzach, za mało o wartościach. A przecież Unia Europejska to unia wartości a nie tylko unia gospodarcza!

Nie boję się świata i odmienności. Wiedza pozwala zrozumieć świat nas otaczający. Wiedza jest w tym sensie źródłem szczęścia. I tak też widzę uniwersytet. Nie jako wyższą szkółkę zawodową, ale jako miejsce, gdzie zdobywa się prawdziwą wiedzę i prawdziwe szczeście (wiedzę jak żyć i być szczęśliwym, spełnionym). Owszem, to projekt daleki do zakończenia. Tak jak i Unia Europejska. Banalnie napiszę: to nasz zbiorowy obowiązek. I czuję się dumnym obywatelem Europy, który może płacić składki i wspierać słabszych. Nie jestem parobkiem, patrzącym jedynie na UE jako międzynarodową pomoc społeczną. Jestem dumnym Europejczykiem, ciagle zgłębiającym naszą wspólną, europejską historię. A łączy nas wiele od wielu stuleci, nawet tysiącleci. A teraz zostałem noblistą… W zespoele wielu innych milionów Europejczyków. To duża satysfakcja z tak ogromnej pracy zespołowej.

Gazeta Wyborcza kojarzy mi się z dobrymi latami odzyskiwnaia wolności i poczucia odpowiedzialności w różnorodnych wymiarach. Oby pogłębiała swoją rolę opiniotwórczą i lokalnego opisywania spraw globalnych. Taki olsztyński i europejski zarazem globlokalizm.

Wobec postępującej tabloidyzacji mediów chciałoby się ocalić przynajmniej kilka przed sensacyjną miałkością i skandalizowaniem. Żeby zostało coś dla normalnych ludzi.
Życzę tego Gazecie.

Profesor Klara Bartkowska – zaduszkowe wspominki

Premier Exif JPEG

Nie zawsze możemy być na grobach tych, których wspominamy. Nie tylko rodzina rozsiana jest po świecie, także mogiły dobrych ludzi, których spotkaliśmy w swoim życiu. Modlitwa za duszę zmarłych możliwa jest w każdym miejscu. Odwiedzać groby możemy także myślą i wspominaniem…

Przed trzema dniami dotarła do mnie pocztą druga część drugiego tomu zoologii pod red. prof. Czesława Błaszka (na fotografii wyżej). Najpierw duża radość, bo po kilku latach prac redakcyjnych ukazał się podręcznik do zoologii, w którym jestem autorem jednego rozdziału (oczywiście o chruścikach). Sympatyczny finał prac. W informacji o autorach wiele znanych osób, przyjaciół. To chyba będzie ostatni papierowy podręcznik do zoologii w języku polskim. Bo taki podręcznik do bardzo duże, zespołowe przedsięwzięcie. Naukowcy nie podejmują się często takich prac, raz na 20-30 lat. A biorąc pod uwagę zmiany, jakie się w upowszechnianiu wiedzy dokonują oraz w wyglądzie podręczników, za jakiś czas wydawane będą jedynie multimedialne podręczniki w wersji elektronicznej i internetowej… Coś odchodzi powoli w przeszłość. Co wcale nie znaczy, że jest mniej wartościowe…

W tym podręczniku autorem jest nieżyjąca już prof. dr hab. Klara Bartkowska, wybitny i ceniony zoolog, wieloletni kierownik Zakładu Zoologii Systematycznej Wydziału Biologii, UAM w Poznaniu. Prace nad podręcznikiem trwały kilka lat, w tym czasie odeszła od nas Pani Profesor…

Profesor Klarę Bartkowską wspomnam niezwykle ciepło. Jest dla mnie symbolem życzliwych ludzi z Wydziału Biologii w Poznaniu, gdzie dojeżdzałam by obronić doktorat i habilitację. Była recenzentem mojej pracy doktorskiej. Była wyjątkowo ciepła i otwarta w kontaktach. Miała bardzo dobrą opinię wśród studentów. Panią profesor spotkałem także na konferencjach naukowych. Kiedyś spotkaliśmy się na konferencji w Białowieży. I wtedy nie tylko podniosła mnie na duchu ale i zmobilizowała do napisania rozprawy habilitacyjnej. W tamtym czasie, po różnych trudnościach, drobnych intrygach i takim typowo polskim zniechęcaniu, czy „rzucaniu kłód pod nogi”, życzliwe zmobilozowanie Pani Profesor bardzo mi się przydało. Napisałem co napisać miałem i znowu pojechałem do Poznania…

Cudownie jest spotykać mądrych, życzliwych i dobrych ludzi na swojej drodze. Obyśmy tak ścieżki swojego życia wybierali, aby takich ludzi spotkać jak najwięcej i jak najczęściej. I obyśmy to my byli takimi dla innych.

Człowiek nie całkiem umiera, nie całkiem odchodzi. Żyje w pamięci innych, a naukowiec także w publikacjach i podręcznikach, w których nadal naucza i upowszechnia wiedzę.

Pani Profesor urodziła się 16 lutego 1939 r. w Poznaniu. W 1956 r. rozpoczęła studia na Wydziale Geologii na Uniwersytecie Wrocławskim, po trzech latach przeniosła się na Wydział Biologii Uniwersytetu Wrocławskiego a w 1960 r. na Wydział Biologii i Nauk o Ziemi UAM w Poznaniu. W 1965 r. obroniła pracę magisterską, poświęconą jej ulubionym owadom – pchłom. Tej grupie owadów poświęciła całe swoje naukowe życie. W tym samym roku rozpoczęła studia doktoranckie w Zakładzie Zoologii Systematycznej… i z tą jednostką naukową związała się na całe dalsze życie (w dzisiejszym świecie naukowej mobilności już chyba nieosiągalne). W 1973 r. obroniła pracę doktorską, poświęconą pchłom polskich Tatr. Praca doktorska zostało opublikowana w czasopiśmie Fragmenta Faunistica. Habilitację uzyskała w 1985 r. Jej praca habilitacyjna uzyskała nagrodę ministra w 1987 r.

Prof. Klara Bartkowska zatrudniona była na stanowisku docenta w latach 1988-1991, a na stanowisku profesora UAM w latach 1991-2005.
Zmarła 23.08.2010 r.

Jej naukowy dorobek obejmuje 46 publikacji, w tym cztery monografie, jak również wiele komunikatów konferencyjnych, ulotnych wystąpień ustnych i nieoszacowana wymiernymi indeksami praca dydaktyczna. Była członkiem kilku towarzystw naukowych, m.in: Polskiego Towarzystwa Zoologicznego (była przez wiele lat członkiem zarządu oddziału poznańskiego), Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra”, Polskiego Towarzystwa Entomologicznego (dwukrotnie była wiceprezesem tego). Otrzymała Złota Odznakę PTEnt. Była także czonkiem komitetu redakcyjnego czasopism naukowych, m.in.: „Badania Fizjograficzne na Polską Zachodnią” (od 1994 r.) oraz „Polish Entomological Monographs”.

Prof. Klara Bartkowska była wieloletnim kierownikiem Zakładu Zoologii Systmematycznej (w latach 1991-2005). Była promotorem 5 prac doktorskich, recenzentem 4 prac doktorskich i jednej habilitacyjnej (w tym i mojej), 70 prac magisterskich oraz 20 prac licencjackich.

Naukowcy
wspomnienia o innych naukowcach piszą w czasopismach naukowych, np. Baraniak E., Nowosad A., 2010. In memoriam profesor Klara Bartkowska (1939-2010). Polskie Pismo Entomologiczne, 79: 339-334.
Sensownym miejscem utrwalania zobiektywizowanych i pozbawionych emocji informacji biograficznych są różnego typu encyklopedie, np. Wikipedia  Klara Bartkowska. Ale brak tam miejsca na emocje i być może na to, co najważniejsze.

Dlatego i ja zapalam, swoją wirtualno-blogową świeczkę w Dzień Zaduszny. Coraz więcej będzie takich wspomnień…

(na zdjęciu zapomniany fragment cmentarza w Olsztynie oraz okładka podręcznika do zoologii).

zoologiabalaszka

Blog – ciągłość procesu i skuteczność wyrażania opinii publicznej

"Nie potrafię znaleźć uniwersalnej definicji bloga, jak również nie potrafię znaleźć takowej definicji blogowania – natomiast właśnie to uważam za podstawową cechę tej działalności, ściślej mówiąc – jest nią płynność. Brak jednoznacznych ram, kryteriów, schematów sprawia, że blog, mimo niematerialnej, dla części nierzeczywistej formy oddziaływania, staje się jedną z najskuteczniejszych form wyrażania, lecz również wywierania opinii publicznej pośród innych, powiedzmy klasycznych, form przekazu.” 

Łukasz Kołodziej (jego blog)

Projekt jest zorientowany na cel, jest jednorazowy i niepowtarzalny. Proces jest zorientowany na powtarzalne czynności wykonywane ciągle, zorientowany na ilość, tak jak w fabryce na taśmie, ciągle te same buty, krzesła, telewizory…
Blog jest jednocześnie procesem i projektem. Procesem w tym sensie, że nie ma końca, nie ma jednoznacznego celu. Ma opowiadać a nie opiewiedzieć (ta historia nie ma zaplanowanego końca). Ale jednocześnie jest jak projekt, za każdym razem powstaje niepowtarzalne, oryginalne "dzieło" – pojedynczy wpis z ilustracją.
Podobnie jest z życiem biologicznym: życie jest procesem, który trwa. Ale każdy osobnik, który się rodzi, żyje i kiedyś umiera, jest niepowtarzalny oryginalny, jedyny w swoim rodzaju. Nasze, ludzkie, życie też jest projektem i procesem zarazem. Trwa, ale to nie my decydujemy o końcu i celu. Koniec przychodzi czasami bardzo niespodziewanie. To my cały czas odszukujemy, odgadujemy, czy nawet wymyślamy sobie cele. Czasem jesteśmy konsekwentni w dążeniu, czasem codziennie rano wymyślamy, odgadujemy sens i cel naszego życia.
Dzień zaduszny i Wszystkich Świętych są znakomitą okazją, aby zadumać się nad przemijaniem, tworzeniem, procesem a jednocześnie projektem. Bo nasze życie jest procesem w biosferze a jednocześnie projektem dla nas samych. A blog jest sposobem opowiadania…. o życiu… w każdym, nawet interdyscyplinarnym sensie. Okazją zadumy nad tym, co ulotne i przemijajace, nad tym co trwałe i nieprzemijające. Być może więc nad tym, co jest przemijającym, powtarzalnym procesem, a tym co jest oryginalnym sensem i projektem (a może nawet Projektem).