Balisaskarioza, szop pracz i gatunki inwazyjne

Wszystko płynie jak powiedział Pan Tarej z Miletu*. W konsekwencji nieustannie wchodzimy w relacje z innymi organizmami (w sensie ekologicznym) i innymi osobami (w sensie społecznym). Eliminując jedno zagrożenie, jednego wroga, zaraz spotykamy następnego. Mimo niekwestionowanych postępów medycyny ciągle chorujemy i umieramy. Żyjemy w spokojnych i dobrych czasach, a mimo to ciągle się czymś martwimy, czegoś się obawiamy.

Zmienia się i przyroda wokół nas. Jedne gatunki znikają, inne się pojawiają. Ochrona przyrody może poszczycić się wieloma sukcesami. Ale niezależnie od nich za sprawą aktywności człowieka ciągle docierają do nas gatunki obce. Niektóre z nich są inwazyjne. Znacznie mniej widoczne są pasożyty, przynoszone „niechcący” z tymi gatunkami. Przykładem jest choroba zwana balisaskariozą.

Balisaskarioza powodowana przez nicienia (czyli taką glistę) o naukowej nazwie Balisascaris procyonis. Żywicielem ostatecznym tegoż pasożyta są szopy, szopy pracze. A co nas mogą obchodzić jakieś amerykańskie szopy? U nas ich przecież nie ma. To znaczy nie było. Kilka lat temu pierwszego rozjechanego przez samochód szopa zauważono koło Szczytna. Prawdopodobnie więc już i są na Warmii oraz Mazurach.

Pasożytniczy nicień Balisascaris procyonis po raz pierwszy został odkryty i opisany naukowo w Polsce. A stało się to w Łodzi, gdy
u szopa padłego w ogrodzie zoologicznym, wykryto tego pasożyta. Widać Amerykanom się nie chciało albo nie było tam odpowiednich specjalistów, żeby naukowo opisać ten gatunek nicienia. Bowiem pasożyt występuje bardzo powszechnie w północnoamerykańskiej populacji szopów.

Skąd szopy w Europie? Są od dawna w ogrodach zoologicznych i w prywatnych hodowlach. W czasie drugiej wojny światowej uciekły z berlińskiego ZOO i zdziczały. Po jakimś czasie przekroczyły Odrę, a potem Wisłę. I tak mamy u siebie szopa. Bo na przykład jenoty pojawiły się u nas dużo wcześniej (ze wschodu).

Gdy szop zje jajo pasożytniczego nicienia, inwazyjna larwa wykluwa się i w śluzówce jelita przez około 2 miesiące dojrzewa. W jelicie osobniki dorosłe kopulują i pojawiają się jaja. Wraz z odchodami kolejne pokolenia jaj wydostają się do środowiska. Wydostając się z odbytu mogą trafić do pyszczka szopa… i cykl życiowy się zamyka.

Jaja tegoż nicienia mogą być przypadkiem zjedzone przez inny gatunek zwierzęcia, w tym również człowieka. W tym przypadku człowiek jest żywicielem paratenicznym (przypadkowym), w którym nicień nie może rozwinąć się w postać dorosłą. Kontakt z człowiekiem dla nicienia jest szkodliwy, ale dla człowieka także. Poza człowiekiem żywicielami przypadkowymi (paratenicznymi) mogą być ptaki (w tym drób hodowlany), gryzonie, zające i inne zwierzęta u nas nie występujące.

W żywicielu paratenicznym larwy nicienia „zdezorientowane” innym środowiskiem, przebijają się przez ścianę jelita i wraz z krwią wędrują po organizmie, osiedlając się w różnych tkankach, np. sercu, płucach, wątrobie czy gałce ocznej. W takich tkankach nicienie nie mają szansy na dojrzałość i wydanie potomstwa. Marna to dla nas pociecha, kiedy zachorujemy na zapalenie płuc, ślepotę czy różnego typu upośledzenia nerwowe (gdy nicień osiedli się w mózgu). Ba, może się to skończyć śmiercią żywiciela, czyli naszą. Marna pociecha z tego, że pasożyt także zginie. Pasożyty składają ogromne ilości jaj – któremuś się uda trafić na odpowiedniego żywiciela i wydać potomstwo.

Jaja pasożyta są niezwykle wytrzymałe na niesprzyjające warunki środowiskowe i mogą pozostać zdolne do inwazji, leżąc np. w glebie, nawet przez kilka lat. Spożywanie nieumytych owoców leśnych czy nawet głaskanie sympatycznego szopa pracza (na przykład takiego z prywatnej hodowli – bo jakichże to zwierzątek w domach nie trzymamy?) umożliwia się przedostanie niewidocznym jajom (niezwykle małych rozmiarów) z rąk do buzi… Trzeba iść więc za przykładem szopa i… myć wszystko przed jedzeniem. Także ręce.
Z prozaicznych względów najbardziej na balisaskariozę narażone są dzieci.

A co z tym panem Tarejem? Ano, to że ciągle na nas czekają nowe wyzwania. Ale dzięki temu nasze życie nie jest nudne. I braku nudy w Nowy Roku  życzę w  Czytelnikom niniejszego bloga.

Nie ma zmartwień, które się powymartwiają – szczęście i radość życia nosimy więc w sobie. Niezależnie od szopów praczy, jenotów czy lisów (o tych ostatnich będzie w kolejnym blogowym wpisie). Robota jest nie do przerobienia, zmartwienia są nie do przemartwienia, cieszmy się więc życiem każdego dnia.

 
Więcej informacji o balisaskariozie i pasożycie.

* cytat autentyczny 🙂

Niepoliczalne zalety bloga a kształcenie niepozorowane

blogczachorowskicopy

Blog jest dla mnie poszukiwaniem nowych i adekwatnych (do współczesności) form komunikacji jak i eksperymentowaniem z kształceniem ustawicznym oraz edukacją mobilną. Nawiązując do tradycji oświeceniowych naukowców… eksperymentuję sam na sobie. Bo jak polecać coś studentom uprzednio tego samemu nie sprawdziwszy?

Z dużą radością przeczytałem (blogujmy po wiedzę i umiejętności), że i inni nauczyciele dostrzegli edukacyjne walory blogowania.

Blog jest współczesną formą współpracy i komunikacji. Tak jak kiedyś na przykład gazetka ścienna. Uczy formułowania i wypowiadania własnych myśli, sądów, refleksji czy ekspresji artystycznych. Blog jest jedną z form nauki przez działanie.
„Blog jest narzędziem, które uczy m. in. współpracy, planowania i komunikacji w zespole. Uczy również zasad komunikacji społecznej. Tworząc bloga rozwijamy oczywiście umiejętności dziennikarskie – tworzymy teksty, filmy, prowadzimy wywiady, montujemy nagrania dźwiękowe. Dzięki setkom narzędzi dostępnych w internecie możemy tę samą treść przekazać na dziesiątki sposobów. Filmem, głosem, tekstem, ale również np. gadającym obrazem, przez puzzle, plakat, komiks… co kto sobie życzy. Każdą taką „wypowiedź“ możemy łatwo w blogu osadzić. Dzięki blogom rozwijamy zatem ważne kompetencje – i społeczne i cyfrowe.” (źródło)

Nauczyciele proponują wykorzystywać blogowanie w nauczaniu języka polskiego, języka angielskiego (czy innego obcego języka), matematyki, geografii, przyrody czy biologii.

Dla mnie blogowanie jest wyrazem poszukiwania w drodze do zupełnie innego portalu wiedzy i kształcenia poprzez działanie i uczenie się wypowiedzi publicznych. Jest stwarzaniem szansy na publiczne wypowiedzi. Jest dla mnie wsparciem zarówno zajęć z seminariów jak i z autoprezentacji.

Pisanie i publikowanie jest czymś bardziej naturalnym w kształceniu niż kolokwia, które przeczyta tylko jedna osoba – prowadzący zajęcia. Jest więc uczeniem się rzeczywistych kompetencji a nie tylko uczeniem się dla ocen. Czym innym jest pisanie publiczne a czym innym szkolne „odpękanie” zajęć i „oczarowanie” wykładowcy. Publiczne pisanie nie jest wypełnianiem czasu i pozorowaniem „ważności”, nie jest udawaniem „mądrości”.

Czy blog różni się czymś od gazetki ściennej? W sensie edukacyjnym – niczym istotnym. Tylko w wielu XXI nikt już gazetek ściennych nie tworzy i nie upublicznia.  W kształceniu warto trzymać się istoty a nie formy. Bo zmieniają się warunki. Kształcenie jest jak życie – ciągle ewoluuje i dostosowuje się do aktualnych warunków środowiska. Nauczanie jest więc ciągłym poszukiwaniem.

W mediach co jakiś czas pojawia się narzekanie, że studenci popełniają dużo plagiatów (stąd urzędowe stosowanie komputerowych systemów antyplagiatowych) oraz, ze studenci nie wiedzą jak pisać i jak wykorzystywać źródła. A gdzie się tego mają nauczyć? W czasie kolokwiów? Pisania i korzystania ze źródeł (dorobku innych) trzeba się nauczyć. Najlepiej poprzez codzienną praktykę a nie tylko przez słuchanie wykładów. Po ćwiczeniowym blogowaniu dużo łatwiej będzie napisać własną pracę dyplomową…. bo to będzie już nie pierwsza samodzielna praca intelektualna i pisemna.

ps. kilka lat temu prace studenckie zamieszczałem na tym blogu. Teraz stworzyłem zupełnie osobne współautorskie blogi 🙂 oraz namawiam studentów do własnych prób.
Lepsze jest wrogiem dobrego.

Koniec świata, skarpeciaki i ekorozwój

Koniec świata jednak będzie. On już nadchodzi! Ale nie będzie to 21 grudnia 2012 roku. Zwiastunem końca świata są skarpeciaki – lalki szyte ręcznie z "odpadów". A co do tego końca mają skarpeciaki, ułożone na kanapie? Zatem po kolei….

W wieku XIX przeżyliśmy pierwszą wielką współczesną rewolucję technologiczno-przemysłową. Był to wiek węgla, pary i kolei żelaznych. Za sprawą węgla kamiennego przemysł zaczął produkować więcej i więcej. Za sprawą kolei żelaznych ludzie ruszyli w świat na skalę do tej pory niewyobrażalną (globalna mobilność). Był to koniec świata… poprzedniego i narodziny zupełnie nowego. Narodziły się miasta jako wielkie skupiska ludzi. Fabryki i węgiel zmuszały do koncentracji w jednym miejscu i do produkcji taśmowej. Dużo, tanio i szybko.

W wieku XX była druga wielka rewolucja i kolejny koniec świata oraz narodziny nowego. Silnik spalinowy, ropa naftowa i elektryczność znacząco zwiększyły konsumpcję. Zwiększone wydobycie surowców, jeszcze większa produkcja i rozrost przedmieść – bo pracownik mógł do fabryki dojechać własnym samochodem. Epoka rosnącego konsupcjonizmu. Rozwój realizowany był w opraciu o rosnącą konsumpcję towarów jednorazowego użytku (jednorazowe – aby więcej konsumować!). Żeby zapewnić pracę trzeba zwiększyć konsumpcję. A przecież koszty wytwarzania i tempo produkowania stale rosną. Ile można mieć pralek, samochodów i wszystko-mogących-niezbędników-kuchennych? Ciągłe przyspieszanie zużycia energii, surowców i zwiększanie ilości odpadów… A my zapracowani nie mamy czasu na życie społeczne. To musi skończyć się globalną kraksą prędzej czy później.

I właśnie ten świat na naszych oczach się kończy w konwulsjach cyklicznych kryzysów. Nie możemy się tak dalej rozwijać bo po prostu brakuje surowców, rośnie bezrobocie i góry śmieci. Rozwój przez rosnącą konsumocję staje sie niemożliwy, nawet jeśli zwiększamy jednorazowość wszystkiego, nawet pralek i samochodów. I z takiego końca świata ja się bardzo cieszę. Kryzys przyspiesza agonię chorego organizmu… ale i ułatwia narodziny nowej rewolucji przemysłowej.

Od jakiegoś czasu rodzi się zupełnie nowy świat i nowa cywilizacja. Wyrazem tych zmian jest internet (ułatwiający komunikację międzyludzką) oraz rozwój gospodarki w oparciu o odnawialne źródła energii. Rodzi się namacalny ekorozwój.

A co ze skarpeciakami? Są przykładem zmian, jakie się dokonują. Zamiast kultury masowej i jednorazowej, zautomatyzowanej konsumpcji, powrót do rękodzieła i unikalnej, trwałej produkcji. Skarpeciaki są przykładem reusingu – powtórnego wykorzystania produktów. To co "zbędne" nie jest wyrzucane ale przetwarzane. I to w oparciu o unikalne rękodzieło.

Skarpeciaki są symbolem zorientowania na relacje międzyludzkie. Są przykładem pracy wolontariuszy, aktywności charytatywnej, zmierzającej do ratowania ludzi pozornie "wyrzuconych", "wadliwych". Są symbolem przywracania wartości zarówno rzeczom jak i ludziom. Symbolem koncentrowania się na wartości rzeczy a nie ich cenie. To odwrót od finansjalizacji i powrót do relacji w kontaktach międzyludzkich. Mamy powód, aby być częściej ze sobą zupełnie niekomercyjnie…

W środku siedzi skarpeciak-profesorek. Patrzy, jak piszę na klawiaturze. Sprawdza czy dobrze :). Jacek i Agatka od jakiegoś czasu są w szkole (SP6 w Olsztynie). Uczestniczą w procesie dydaktycznym. Są symbolem praktycznego ekorozwoju… końca świata jednorazowej konsumpcji i finansjalizacji są symbolem narodzacego się świata, bazującego na przywracaniu pogłębionych relacji międzyludzkich, na rękodziele i twórczości. Każdy skarpeciak jest unikalny. Tak jak każdy człowiek. I na uszycie trzeba wiele czasu oraz starań.

W okresie przedświątecznym, nawet w prowincjonalnym Olsztynie, narasta moda na rękodzieło (nie tylko w formie skarpeciaków) i na społeczne bycie ze sobą. Także w formie odzyskiwania przestrzeni miejskiej.

Finansjalizacja czyli czym się różni wartość rzeczy od ceny

Są rzeczy ważne i mniej ważne. "Nie ucz dziecka jak być bogatym. Naucz go jak być szcześliwym, a będzie znało wartość różnych rzeczy, a nie ich cenę."

Uniwersytety – moim zdaniem – to nie tylko miejsce kształcenia zawodowego. Przede wszystkim to miejsce, gdzie powinniśmy uczyć studentów jak być szczęśliwymi. Do szczęścia potrzebne jest rozumenia świata wokół nas. A do rozumienia potrzebna wiedza.

Finansjalizacja, to postępująca zamiana relacji na transakcje (mylenie wartości rzeczy z inch cena).
„Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. Czytelnika czy widza przemienia w target reklamowy, wierzyciela w anonimowego posiadacza prawa do kredytu, które może w każdej chwili komukolwiek odstąpić, z adwokata czyni przedstawiciela prawnego, z dziennikarza – mediaworkera, z naukowca – dostawcę wiedzy lub innowacji itp. Istotą przestaje być treść relacji, a staje się wartość transakcji.”

Więcej

Jacek Żakowski

Luki w naszej wiedzy o bioróżnorodności

mieniakteczOd dłuższego czasu swoim mało słyszalnym, prowincjonalnym głosem (na puszczy) wołałem o potrzebie badań podstawowych i inwentaryzacji różnorodności biologicznej. Bo trudno jest zarządzać zasobami przyrody i chronić bioróżnorodność, jak nie wiadomo co i gdzie mamy. Przegląd stanu wiedzy o chruścikach Polski (Czachorowski S., Majewski T., 2003. Stan poznania chruścików (Trichoptera) obszarów chronionych Polski) pokazał wiele luk i białych plan. Zachęciło to do badań i publikowania danych z kolejnych obszarów chronionych, ale wciąż wiemy zbyt mało by mówić o wiedzy, pozwalającej na skuteczną politykę ochrony przyrody. Po prostu entomologów-chruścikarzy jest zbyt mało (a to tylko przykład jeden z wielu w odniesieniu do bezkręgowców). Podobnie z wiedzą o zagrożeniu chruścików w Europie Środkowej i Wschodniej (Czachorowski S, G. Visinskiene, A. Uherkovich, P. Chvojka, M. Kalnins, M. Moroz, P. Neu, T. Pitsch, V. D. Ivanov, R. Goduńko, L. Ujvarosi, 2004. Europejskie ostoje entomofauny – chruściki (Trichoptera) obszarów chronionych Europy Środkowej i Wschodniej).

We wtorkowej Gazecie Wyborczej (11 grudnia 2012) ukazał się tekst prof. Jana Marcina Węsławskiego (w cyklu „przepis na polską naukę”). Artykuł bardzo dobrze oddaje stan naszej niewiedzy i potrzeb. Wskazuje także na szanse dla polskiej nauki, zaniedbującej badania podstawowej i proste (??) opisywanie gatunków. Uczmy się od Amerykanów, którzy w porę się zreflektowali i wracają do nauk podstawowych.

W 2001 r. Unia Europejska ogłosiła deklarację o zatrzymaniu spadku różnorodności biologicznej. Po dziesięciu latach okazało się, że nie można tej deklaracji spełnić z prostej przyczyny: żeby mówić o spadku, zatrzymaniu lub naprawie bioróżnorodności trzeba wiedzieć jaki jest stan tejże różnorodności biologicznej. Obszary Natura 2000 nie rozwiązały problemu. Znacznie więcej trzeba chronić…. poza obszarami chronionymi. Umiejętnie i czynnie chronić a nie grodzić i zakazywać.  Na przykład na obszarach rolniczych. Polska nauka może wiele ważnego dla naukowego świata dokonać w naukach podstawowych, w inwentaryzowaniu bioróżnorodności jak i w opracowywaniu skutecznych metod biomonitoringu i w aktywnej ochronie przyrody. Przy okazji warto przypomnieć, że trwa ONZtowska Dekada Bioróżnorodności (2011-2020).

Zamieszczone wyżej zdjęcie to motyl mieniak tęczowiec w uprawie wierzby „energetycznej” w Samławkach. Inwestowanie w odnawialne źródła energii dotyczy także przekształceń krajobrazów rolniczych z oczywistym wpływem na stan różnorodności biologicznej. Warto wiedzieć jak te przekształcenia wpłyną na przyrodę i jak ewentualnie przeciwdziałać negatywnym skutkom. Akurat moje pilotażowe badania wskazują, że przynajmniej w krajobrazie pojeziernym i w otoczeniu wielkohektarowych upraw poletka z wierzbą wpływają pozytywnie na stan bioróżnorodności, zarówno w aspekcie różnorodności gatunkowej jak i ekosystemowej.

W tym kontekście nawet „zwykłe” badania podstawowe wspierać mogą ambitne cele regionalne rozwoju OZE. Liczę, że głos prof. Węsławskiego, zamieszczony w poczytnej i wpływowej gazecie, pomoże odwrócić trend zamykania i zawężania kształcenia w zakresie zoologii i botaniki oraz kształcenia taksonomów, znających się na wielu grupach organizmów żywych.

ps. Biorę udział w dużym projekcie badawczym w ramach programu strategicznego NCBiR „Zaawansowane technologie pozyskiwania energii” – projekt „opracowanie zintegrowanych technologii wytwarzania paliw i energii z biomasy, odpadów rolniczych i innych – konwersje biochemiczne”.
Badania mają bardzo szeroki, technologiczny charakter. Moja „działka” dotyczy tylko małego fragmentu – oceny jak ewentualnie pojawienie się upraw wpłynąć może na przyrodę Warmii i Mazur. Tytuł mojego zadania badawczego brzmi „Analizy bioróżnorodności wewnątrz i wokół plantacji roślin lignocelulozowych”.

Chruścik prosto z Olsztyna

Od razu można poznać, że ten chruścik rodem jest z Olsztyna. Baba pruska (co jest płci męskiej) w domku z pięknych kamyczków. Ale nic dziwnego, pomysł Dnia Chruścika narodził sie w Olsztynie.

"Szanowny Kolego Stanisławie!
Z okazji jutrzejszego Dnia Chruścika
moc gorących pozdrowień –
Przesyłają
B.T.K."

Za cudnego chruścika w stylu iście olsztyńskim oraz życzenia mocno dziękuję!

A z okazji Dnia Chruścika przesyłam wszystkim chruścikarzom, chruścikolubom i chruścikoamatorom życzenia fascynacji nauką i badaniami oraz poczucia humoru przez cały rok.

Bocianie gniazdo, mrowisko i chruściki

Jak co roku 11 grudnia obchodzonyny będzie Dzień Chruścika. W tym roku akurat w tym dniu będę w podróży do Białegostoku. Celem podróży są motyle, a więc owady blisko spokrewnione z chruścikami. Niemniej zawodowe obowiązki uniemożliwiły mi świętowanie naukowo i chruścikowo. Tuż przed, na spotkaniu seminaryjnym, jednak o chruścikach dyskutowalismy (czytaj więcej). Tradycji stało się zadość.

"Ponieważ zbliża się doroczne święto chruścika, więc przesyłam Wam takie oto nietypowe chruściki, które wyłowiłem w czasopiśmie Wielkopolanin z 1886 r. (wśród reklam)."

Stanisław Cios

To, że chruściki-owady kojarzone są z ciastkami (faworkami, chrustami) nie jest dla mnie nowością. Ta sama nazwa ale inne desygnaty. Jednak źródłósłów podobny: i domki chruścików kojarzą się z chrustem (suche gałązki) i ciasto przypomina chrust w lesie. Ale teraz, informacja z XIX wieku wskazuje na bocianie gniazdo. W podobnej formie, na Suwalszczyźnie, znane jest pod nazwą mrowisko.  

  

Mrowisko – góra faworków,
produkt wpisany na listę produktów tradycyjnych w dniu20.07.2006, kategoria wyroby piekarnicze i cukiernicze, woj. podlaskie.

Przepis na chruścikowe mrowisko znalazłem taki:

Z żółtek i cukru kręcimy kogel-mogel. Z mąki, śmietany, 1 łyżki spirytusu i kogla-mogla zagniatamy ciasto, wyrabiamy do momentu, gdy na cieście zaczną pojawiać się pęcherzyki powietrza (najłatwiej tłuc ciasto wałkiem przez ok. 20 min.). Rozwałkowujemy cieniuteńko, wykrawamy dowolne kształty, smażymy na złoto na oleju rozgrzanym z łyżką spirytusu.
Układamy mrowisko: układamy warstwę chruścików, oblewamy ją płynnym miodem, posypujemy makiem i rodzynkami. Układamy kolejną warstwę – miód, mak, rodzynki i tak do szczytu mrowiska. Zapraszamy miłych gości i zajadamy, mmm 🙂
( źródło 1, źrodło 2)

Nawet naukowo milej świętować, gdy coś słodkiego znajdzie się pod ręką. Teraz oferta nam się poszerza entomologicznie o mrowisko i ornitologicznie o bocianie gniazdo. Jest i wątek regionalny w postaci produktu regionalnego.

W pełni dziedzitcwo kulturowe i przyrodnoicze wpisuje się w Dzień Chruścika. Może więc warto będzie rozszerzyć tematykę naukowych i popularnonaukowych spotkań w Dzień Chruścika o kolejne elementy problematyki naukowej? W podróży pociągiem przez Warmię, Mazury i Podlasie przemyęlę tę kwestię.

Miłego i owocnego świetowania!

O Antarktydzie, Marsie i poszukiwaniu istoty życia (czekając na śnieg)

zimarzekalajs

Obserwacja odkryć naukowych może być nie mniej ekscytująca niż śledzenie meczu piłkarskiego czy serialu kryminalnego. Nauki biologiczne są jedną z tych dziedzin, w których w ostatnich latach dzieje się niezwykle dużo. Ciągle nowe odkrycia zmieniają nasz pogląd na świat. W ostatnich miesiącach docierają do nas niezwykle interesujące wyniki badań antarktycznych jezior podlodowcowych oraz relacje z poszukiwania życia na Marsie.

Wydaje się, że pojęcie życia należy do aksjomatów, pojęć podstawowych, niedefiniowalnych. Bo każdy wie, co to jest życie. Łatwiej jest życie biologiczne opisywać, poznawać, niż podać zwięzłą definicję „co to jest życie”. Do niedawna łatwiej było wymieniać organizmy żywe i elementy przyrody nieożywionej. Poznanie naukowe zbliża się do granic, a przez to wymagana jest definicja. Bo człowiek tworzy zupełnie nowe sytuacje – a więc nie można odwoływać się do aksjomatów i powszechnej wiedzy.

Po drugie przygotowujemy się na spotkanie życia na nowych planetach. Będzie inne, a więc niezbędna jest definicja (abstrakcja a nie wymienianie lub opis). Po trzecie granica między życiem biologicznym a życiem psychicznym (informacja biologiczna i informacja kulturowa) jest płynna. Tak jak w książkach Stanisława Lema – czy roboty mogą być żywe? Tworzymy życie syntetyczne (biologia syntetyczna, transplantacje) – to swoista falsyfikacja naszej definicji życia.
Jeśli potrafimy stworzyć żywe istoty od początku a nie tylko modyfikując, to eksperymentalnie zweryfikujemy to, czy znamy istotę życia.

Ostatnie informacje z NASA pokazały, że jest woda na Marsie oraz, że znaleziono tam ślady węgla. Może (ale nie musi) oznaczać to, że życie istniało (istnieje?) na Marsie. Na taką ekscytującą chwilę czekałem od kilkudziesięciu lat. Kiedyś były to książki science-fiction oraz spekulacje, dzisiaj jesteśmy zdaje się o krok od przełomowego odkrycia. Wodę na dodatek odkryliśmy także na innych ciałach Układy Słonecznego oraz jeszcze dalej w kosmosie.

Zrozumienie tego, jak może wyglądać ewentualne życie pozaziemmskie, ułatwia nam badanie Antarktydy. Naukowcy próbują się dowiercić (z sukcesem) do jezior, znajdujących się pod lodowcem na Antarktydzie. Jak możemy dowiedzieć się z doniesień prasowych, naukowcy znaleźli w Jeziorze Vida wiele bakterii, żyjących w słonej wodzie o temperaturze -13 stopni Celsjusza. Są to warunki niezwykle ekstremalne. Do tej pory wydawało się nam, że w takich warunkach nic żywego nie może istnieć.

Ale w odkryciach z Antarktydy jest jeszcze coś niezwykle ekscytującego. Te bakteryjne (i nie tylko bakteryjne) biocenozy rozwijały się bez łączności z naszym światem przez kilka tysięcy lat. W  Jeziorze Vida, pod 16-metrową warstwą lodu, rozwija się życie, mimo że nie dociera tam światło. Stężenie soli jest kilka razy większe niż w wodzie morskiej. To właśnie dzięki tak dużemu zasoleniu woda nie zamarza mimo ujemnej temperatury.

To nie jedyne podlodowcowe jezioro badane na Antarktydzie. Można zatem spodziewać się kolejnych ekscytujących i być może sensacyjnych doniesień. Jezioro Wostok, do którego dowiercają się naukowcy z Rosji, odizolowane było od naszego świata przez miliony lat.
Co tam żyje – jeśli żyje – i jakie to będzie miało znaczenie poznawcze i praktyczne (może epidemiologiczne)?

Także biolodzy z Olsztyna wyjeżdżają na badania
antarktyczne. Co prawda nauka to nie serial telewizyjny i na efekty trzeba czekać długo, to i tak jest to niezwykle intrygujące.

A w oczekiwaniu na śnieg w Olsztynie i kolejne doniesienia z badań antarktycznych i marsjańskich, zamieszczam zimowe zdjęcie. Tak było kilka lat temu w Łajsie.

O innowacjach, kreatywności, zaufaniu i miłości bliźniego

filizanka_i_ciatskoZestawienie (słów w tytule) wydawałoby się dziwaczne. Ale psycholodzy udowadniają, że do innowacyjności i postępu technologicznego potrzeba pewnych konkretnych kompetencji społecznych.

„do innowacji niezbędne jest nie tylko wykształcenie, ale też miłość bliźniego: zaufanie, umiejętność współpracy, brak podejrzliwości, że bliźnim kierują niecne intencje i za chwilę mnie wyroluje. (…) Zaufanie między ludźmi pozwala na współpracę w zespole”

Prof. Janusz Czapiński

Polacy bez wątpienia są bardzo kreatywni. Ale do innowacyjności mierzonej liczbą patentów, wdrożeń i gospodarki opartej na wiedzy brakuje, nam umiejętności współpracy w zespole. A na przeszkodzie stoi m.in. zbyt duża nieufność. Inni – dzięki pracy zespołowej i wzajemnym zaufaniu – wdrażają to, co my wymyślimy…

Ten brak zaufania owocuje także ogromną biurokracją. Do kontroli pracowników, którym nie ufamy, wymyślamy mnóstwo papierów, sprawozdań. Dotarło to już do nas, na uniwersytety. Coraz więcej czasu będę spędzał na wypełnianiu tabelek i biurokratycznej sprawozdawczości. Podobnie jak policjanci czy nauczyciele. Liczy się coraz bardziej to, co w papierach niż rzeczywiście zrobione.

Bez wzrostu zaufania „daleko nie pociągniemy”… Zwiększanie nieufności osłabia naszą gospodarkę i szanse na rozwój.