O koszenili, czerwcu polskim i o tym, że zjadamy owady (ze smakiem)

491pxPolish_cochinealAntropolodzy i biolodzy, zajmujący się ewolucją człowieka, dość często podkreślają, że nasi antenaci zjadali różne „robale” (zbieractwo). Białko bezkręgowców podobno jest dobrze przyswajalne i na przykład kobietom w ciąży zaleca się spożywanie kokonów karaluchów. Wzdrygamy się z obrzydzeniem? A wszystkie krewetki i owoce morza to nie „robale”?

Że niby owady i „robale” to wstrętne? A co jemy na co dzień? Te wszystkie mięsa oddzielone mechanicznie, różne dziwne produkty, mączki, przemielone z dodatkami papieru i wielu różnymi substancjami zapachowymi, smakowymi, barwnikami naturalnymi, syntetycznymi i identycznymi z naturalnymi? To niby lepsze i ładniejsze?

Gusty smakowe kształtują się w najmłodszych latach. I wtedy możemy nauczyć się jeść ze smakiem najróżniejsze paskudztwa. Wyrosło nam przecież pokolenie rozsmakowane w chipsach, chrupkach i coli (ubocznym skutkiem jest nadpobudliwość i ADHD, o innych problemach zdrowotnych nie wspominając).

Nasi przodkowie zajadali różne pędraki świadomie i mniej świadomie. Jak wyliczyli Amerykanie, obecnie średnio w roku zjadają oni około półtora kilograma owadów na głowę. My zapewne podobnie. Zupełnie nieświadomie. Bo owady dostają się na różnym etapie przygotowywania żywności, zmielone z mąką i innymi produktami. Nie wiemy, że jemy „robale”. Kopyta ssaków także zjadamy.

W trosce o wyżywienie ludności Unia Europejska zaczęła finansować badania nad wykorzystaniem owadów w diecie człowieka. Może więc niedługo obok śródziemnomorskiej mody na owoce morza pojawi się moda na całkiem smakowite owady na różne sposoby: turkucie w miodzie, pasikoniki w czekoladzie, prażone pędraki. I widok stawonogów na straganach nie będzie kojarzył się tylko z egzotycznymi krajami.

W czasie ostatnich Świąt Wielkiej Nocy chciałem pomalować jajka (pisanki). W domu rodzinnym długo stosowaliśmy barwienie w łupinach cebuli (ale skąd tu nagle wytrzasnąć tyle łupin?). Ale jak szybko doczytałem, kiedyś naturalnych barwników używanych było dużo więcej. Teraz o nich zapominamy, bo łatwo i szybko wykorzystać syntetyczne. Ochrona różnorodności biologicznej ma także wymiar czysto ekonomiczny i gospodarczy. Po co wymyślać i tworzyć nowe substancje, skoro wystarczy sięgnąć do naturalnego i bogatego laboratorium. I zabarwić wielkanocne jajka w kawie, curry, owsie i wielu innych, dostępnych pod ręka produktach.

O koszenilę zapytany zostałem na Facebooku. Koszenila jest naturalnym barwnikiem, otrzymywanym z owadów (czerwce), żerujących na opuncjach (rodzina kaktusowate), rosnących w tropikalnych rejonach Ameryki Północnej i Centralnej. Konkretnie chodzi o gatunek czerwiec kaktusowy (Dactylopius coccus). Barwnik uzyskiwany jest zarówno z odwłoków owadów dorosłych jak i z ich jaj. W produktach koszenila oznaczana jest symbolem E120. Z dużą nieufnością odnosimy się do wszystkich tych E-cośtam, dlatego najczęściej koszenila mylona jest z czerwienią koszenilową (E124).

Czerwień koszenilowa występuje w dużej liczbie produktów spożywczych: jogurtach, dżemach, galaretkach, napojach i in. których barwa przypomina kolor karminowy.
Czerwień koszenilowa to syntetyczny, organiczny związek chemiczny z grupy związków azowych, używany jako czerwony barwnik spożywczy. Dopuszczalne dzienne spożycie czerwieni koszenilowej wynosi 4 mg/kg ciała, natomiast dzienne dopuszczalne spożycie koszenili (tej z owadów) wynosi 5 mg/kg masy ciała (a więc niewielka różnica).

Koszenila powszechniej była używana w przeszłości (wtedy nie znali ludzie metod chemicznych i syntezy związków organicznych). Obecnie koszenila pozyskiwana z owadów jest wciąż szeroko stosowana w przemyśle kosmetycznym do barwienia m.in.: cieni do powiek, szamponów i tuszów do rzęs, a także w przemyśle spożywczym do barwienia napojów alkoholowych, sosów, „owocowego” nadzienia do ciast, jogurtów itd. Z tego jasno wynika, że kobiety z owadami mają częstszy kontakt na co dzień. Nie tylko zjadają, ale i się malują owadzią koszenilą. Warto pamiętać, że zanieczyszczenia zawarte w ekstrakcie koszenili mogą powodować reakcje alergiczne.

Wróćmy do koszenili, którą uzyskuje się poprzez uśmiercanie owadów w wodzie, a następnie wysuszając je. Innym sposobem jest wysuszenie czerwców (spokrewnione z mszycami) działaniu słońca, pary wodnej albo cieplarki. W ten sposób można uzyskać różne odcienie barwnika. Ze 150 tysięcy owadów można uzyskać kilogram koszenili.

Dawniej koszenila używana była przede wszystkim do barwienia tkanin. W Polsce i Europie pozyskiwana ją z naszego, rodzimego gatunku – czerwca polskiego (na ilustracji wyżej, źródło Wikimedia Commons, ilustracja z książki Breyn, Johann Philip (1731) Historia naturalis Cocci Radicum Tincttorii quod Polonicum vulgo …).

Cudze chwalicie, swojego nie znacie. Wraz z modą na barwniki naturalne, nie tylko przy okazji wielkanocnego malowania pisanek, wrasta zapotrzebowanie na barwniki naturalne. Może więc niedługo skorzystają na tym rodzime czerwce polskie i będą nie tylko chronione dla zachowania populacji (ochrona bioróżnorodności), ale i w celu zwiększenia produkcji. Nowoczesna biologia nie jedno ma imię, a warmińsko-mazurska gospodarka oparta na wiedzy (i napędzana gustami konsumentów) może coraz bardziej kojarzyć się nam z polami lawendowymi czy regionalnymi, lokalnymi kosmetykami, przygotowywanymi na bazie naszych lokalnych ziół i… owadów.

A swoją drogą to ciekawe, czy udałoby się pomalować pisanki z wykorzystaniem czerwca polskiego i koszenili?

O tym, dlaczego nawet naukowiec powinien się czasem zatrzymać i zastanowić

Pośpiech i cywilizacyjny wyścig szczurów wkradł się i w mury uniwersyteckie. Więcej i szybciej. Praca w zapatrzeniu na wskaźniki, punkty. Ile to mi puntów przyniesie a nie czy to ma sens. Tak jak szkolna nauka dla ocen – nie z ciekawości i wewnętrznej motywacji, ale żeby mieć jak najlepsze oceny. Rodzi to pokusę ściągania (w nauce są to np. plagiaty), poprawiania wyników, niezdrowej rywalizacji zamiast współpracy – bo trzeba być lepszym od kogoś… we wskaźnikach akurat uznanych za ważne i "na topie".

Uniwersytet nie jest izolowaną i samotną wyspą. Tkwi we współczesnym świecie mocno i głęboko. I to nie jest wada. Bo tkwi i w tym złym i w tym dobrym.

„Wspaniała umiejętność polegająca na zatrzymaniu się i zastanowieniu nad istotą i sensem docierających do nas bodźców, zamiast natychmiastowego i bezpośredniego poddawania się ich wpływowi, leży u podstaw największych intelektualnych i artystycznych dokonań ludzkości.”

Winfried Gallangher

Potrzebujemy klasztorów i pustelni. Nie po to tylko, żeby spędzić tam całe życie. Muszą być widoczne w naszym krajobrazie kulturowym, aby przypominały o potrzebie zatrzymania się i refleksji. Szybciej nie znaczy lepiej i więcej nie znaczy lepiej.  Potrzebujemy zakonów, aby udać się tam chociaż na chwilę.

Zatrzymanie się i refleksja to takie swoiste, duchowe rekolekcje, potrzebne każdemu naukowcowi. Każdemu człowiekowi. Refleksja i dystans pozwala lepiej wykonywać swoje codzienne zadania.

Jak rozmyślać, kiedy od razu oczekuje się od nas odpowiedzi? Nie mamy czasu na refleksję. Pustelnie i zakony są dla ludzkości niezwykle potrzebne. A dla pracy uniwersyteckiej spacer umożliwiający wyciszenie i rozmyślanie.
Lub dłuższy urlop bez wyrzutów sumienia i popędzania codziennymi, rozpraszającymi obowiązkami…

Jak Internet zmienia życie naukowca

Dzięki zwiększonym możliwościom komunikacji międzyludzkiej i współpracy coraz większych zespołów, znacząco wzrasta szybkość pojawiania się nowych wynalazków i ich upowszechanienie w życiu codziennym. Nowe technologie – takie jak internet i elektronika – zwiększają tempo komunikowania się, co jeszcze bardziej przyspiesza rozwój innowacji technologicznych. I tak coraz szybciej i szybciej. Trudno za tym nadążyć. W ciągu mojej krótkiej kariery naukowej (w sensie pracy a nie sukcesów czy awansów) zmieniło się niezwykle dużo. Przed trzydziestu laty zaczynałem z maszyną do pisania i papierem milimetrowym. Teraz to już muzeum. Ciągle muszę się czegoś nowego uczyć i ciągle jestem zapóźniony. Okazuje się jednak, że to nie jest tylko moja przypadłość.

"Nigdy wcześniej nowożytna nauka nie ulegała takim transformacjom, jakie mają
miejsce od końca ubiegłego wieku. Wraz z rozwojem internetu zmienił się sposób
uprawiania nauki oraz komunikowania się naukowców."

Emanuel Kulczycki

W zakresie upowszechniania nauki jesteśmy mocno do tyłu. Ale i w formie publikowania także. Czy nawet liczenia efektywności wpływu naukowego, a więc i efektywności pracy naukowej a co za tym idzie awansu zawodowego.

"Niepewność, która dotyczy medialnej atrakcyjności nauki to kluczowy czynnik, określający styl komunikacji polskich instytucji akademickich i badawczych w internecie. Niczym huragan spycha promocję nauki na manowce: nudy, bierności i przypadkowości."

Ilona Iłowiecka-Tańska

W różnych publikacjach, relacjonujących najnowsze trendy zza oceanu, znalazłem dobre potwierdzenie tego, że znajduję się na dobrej drodze w swoich blogowo-internetowych poszukiwaniach, także w zakresie promocji uczelni i upowszechniania nauki. Wystarczy empatia (i nastawienie na cel a nie odtwarzanie rytuałów) a można doganiać Amerykę. Nawet w perowincjonalnym Olsztynie.

Moje koncepcje w zakresie promocji poprzez blog wydziałowy czy e-portfolia, i nastawienie się na pokazywanie nauki, okazały się trafne w swej intuicji. Bo okazuje się, że amerykańskie uczelnie promują się w czasie akcji rekrutacyjnych eksponując badania i pracę naukową.  U nas badania naukowe wstydliwie ukryte za banerami konferencji. W rektutacyjnej retoryce króluje sport i imrezy kulturalne, najlepiej o masowym charakterze, czy tak jak w przypadku Kortowa eksponowane jest atrakcyjne położenie nad jeziorem i rozrywkowa Kortowiada. A nie jest to wcale jakaś wyjątkowa, tylko olsztyńska przypadłość. Średnia polska przeciętność. Wydaje się nam, że tak trzeba…

Trudno odróżnić to, co ważne i nowatorskie, od tego co mocno przeciętne i rutynowe. Poszukiwanie zawsze wiąże się z ryzykiem poniesienia porażki, także w sensie osobistej kariery. Ale głównym motorem działania i motywacji jest satysfakcja z robienia rzeczy naprawdę nowych i przyszłościowych. Tak jak alpiniści i himalaiści ryzykują, tak i naukowcy powinni ryzykować. Wtedy można odczuć prawdziwą satysfakcję z uprawiania nauki na uniwersytecie. 

P.S. Powyższe cytaty zaczerpnięte z 16 numeru czasopisma NIMB (wersja on-line)

Naprawianie zepsutego systemu edukacji

„Nie liczmy, że inni to za nas załatwią – to my mamy załatwić tu i teraz. Nie przebuduję struktur globalnych, ale mogę zmienić ten kawałek świata, który jest wokół mnie.”

s. Małgorzata Chmielewska

Czy system edukacji jest zepsuty jak niektórzy twierdzą?

Bo takie opinie dość często można spotkać. Ale czy na pewno jest zepsuty? A może tylko zmieniły się warunki? Tak jak zmieniamy odzież z zimowej na wiosenną, i wcale nie dlatego, że ta zimowa jest "zepsuta". Na pewno jest nieadekwatna do pogody.

Według niektórych sytem edukacji w obecnej formie nie jest już potrzebny. Tak twierdził Mitra podczas swojego wystąpienia na konferencji TED w lutym 2013 r. w Long Beach. Jak oceniał, współczesny system edukacji nie przygotowuje nas do tego, jak będzie wyglądać praca w przyszłości (Cały tekst). Coś trzeba więc zmienić.

Poczucie niezadowolenia z niewydolności sytemu edukajci na różnych szczeblach, w tym i na poziomie wyższym i poczucie dyskomfortu jest faktem. Ale zamiast bezproduktywnie narzekać i próbować zmienić świat globalnie, lepiej zrobić coś w swoim bezpośrednim otoczeniu. Małymi krokami można osiągnąć wiele. A przymajniej cokowielk, a jest to znacznie więcej niż nic.

I ja tej wiosny znowu próbował będę małych kroków, realizując proste zadania dydaktyczne metodą projektu i nauczania przez działanie. Wybiorę się ze studentami do lasu, na majówkę. Ale bardzo nietypową majówkę.

Naukowcy lubią bajki

futoronauta1Naukowcy lubią bajki, bo bajki to forma uogólnionego prawa. Naukowcy lubią także fantastykę naukową (science fiction) – bo jest to swoisty eksperyment myślowy (w przypadku biologii taki prekursor biologii syntetycznej). Bajki i fantastyka to efekt obserwowania realnego świata. Opowiadanie o świecie fikcyjnym jest zabiegiem oderwania się od konkretnego przypadku. Jest swoistą próbą uogólnienia. Próbą opowiadania o rzeczywistym świecie ale z wykorzystaniem innej formy literackiej.

W wieku szkolnym rozczytywałem się w literaturze science fiction. To w połowie ona rozpaliła moją chęć poznawania świata w sensie uprawiania nauki. Bardzo ważnym elementem mojego zafascynowania biologią była twórczość Stanisława Lema, z Cyberiadą włącznie. Wspaniała, futurystyczna wizja i próba ujęcia ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej. Po kilkudziesięciu latach na moich oczach się to staje! Uogólnienia Stanisława Lema były trafne, a literacka forma rozpalała chęć do poznania i dociekania istoty rzeczy. Tego nie dają podręczniki szkolne czy akademickie.

Żeby czytać obszerne podręczniki trzeba albo przymusu (oceną, egzaminem, odpytywaniem)… albo fascynacji. Fascynacja i ciekawość pozwala z zapałem czytać nawet kilkusetstronicowe podręczniki specjalistyczne tak, jak się czyta powieści czy kryminały.

Czy naukowcy potrafią pisać (opowiadać o swoich poszukiwaniach i odkryciach)? I dlaczego zostają naukowcami?

W literaturze także poszukujemy prawdy o nas samych, o świecie zewnętrznym, a nie tylko rozrywki. W fantastyce naukowej głównym bohaterem (wprost albo w dalekim ukryciu) jest naukowiec i badania naukowe.

Jak kapitał ludzki ożywia miejsca zapomniane i przywraca do wspólnej pamięci.

O studentach obiegowa opinia mówi, że tylko piją, nic nie robią i z regionu w świat uciekają. W tej retoryce uniwersytety są tylko drogimi fabrykami bezrobotnych. Lepsze więc są zawodówki niż uniwersytety. Kapitał ludzki wydaje się jakąś ulotną mrzonką, bo ani go zważyć, ani zmierzyć ani policzyć. Ale powietrza też nie widać gołym okiem, a bez niego nie da się żyć.

Media w swoim pobieżnym opisie rzeczywistości częściej odnotowują wypadki i pijackie burdy niż pozytywne działania. Dlatego dominuje obraz studenta pijaka i leniucha-nieroba. Studenci jednak swoją aktywnością skłaniają do poszukiwań i wydobywania z otchłani niepamięci miejsca na uboczu, małe, o których już świat zapomniał. Są więc realnym elementem kulturotwórczym i społecznotwórczym regionu. Kapitał ludzki przynosi dobre owoce, ale trzeba trochę wysiłku aby dostrzec te powolne i subtelne procesy rozwoju dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Czy będą jakieś pozytywne efekty podnoszenia wykształcenia także w biednych regionach, do jakich niewątpliwie należy województwo warmińsko-mazurskie?

Kilka dni temu studenci trzeciego roku biologii (Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie), w ramach projektu realizowanego z przedmiotu „ochrony środowiska”, zaproponowali sadzenie lasu w leśnictwie Dzierzguny koło Nowej Kaletki. Pomyślałem, że to blisko Olsztyna więc wybiorę się na rowerze. Zacząłem szukać lokalizacji na mapie, aby zaplanować trasę. Wpisałem w internetową wyszukiwarkę nazwę „Dzierzguny”… i nic nie znalazłem. W Wikipedii takiej miejscowości także nie było. Wpisałem Nową Kaletke – myśląc, że teraz znajdę. Ale na mapie internetowej nie było widać Dzierzgun, bo nie wiedziałem gdzie szukać.

Nie ma w internecie, więc nie istnieje? To jak tam las będziemy sadzić? I to tysiąc dębów!
No cóż, internet wie wszystko (ponoć), trzeba tylko umieć zapytać. Sięgnąłem do starszych, papierowych opracowań regionalnych, wydawanych swego czasu przez Stowarzyszenie Pojezierze. I też nic. Zaintrygowało mnie to jeszcze bardziej. Zwykłe miejsce okazało się tajemniczym. Będziemy więc sadzić drzewa w miejscu zapomnianym, miejscu bardzo daleko od szosy?
Sięgnąłem do opracowania papierowego Anny Pospiszylowej „Toponimia południowej Warmii”, wydanej w 1987 r. Rzetelne opracowanie naukowe przyniosło mi odpowiedź… i zachęciło do dalszych poszukiwań, już bardziej ukierunkowanych.

Szybko w internecie znalazłem leśnictwo Dzierzguny (Nadleśnictwo Nowe Ramuki). Ale jak łatwo było wywnioskować siedziba leśnictwa mieści się w Nowej Kaletce. Po dawnej osadzie pozostała tylko nazwa i polana śródleśna z oczkiem wodnym, widocznym na zdjęciach satelitarnych.
W 1987 r. A. Pospiszylowa napisała o osadzie Dziergunka vel Dzierzgunka – już wtedy określana była jako opustoszała osada, dawne leśnictwo. Widać leśnictwo zostało (jako jednostka administracyjna Lasów Państwowych), ale leśniczówka już nie. Leśniczy najwyraźniej mieszka w Nowej Kaletca. No i nazwa inna. Dzierzgunka to nie Dzierzguny, dlatego trudno było znaleźć coś w internecie. Znalazłem „Dzierzgunka – (leśnictwo nad Jeziorem Łańskim)” oraz Podleśniczówka Dzierzguny.

Czy Dzierzgunka i Dzierzguny to to samo czy różne osady lub miejsca?

W Monitorze Polskim z 1949 r., w rozporządzeniu o ustaleniu polskiej pisowni miejscowości wyczytać m.in. możemy że była miejscowość Dzierzgunka (dawna nazwa Kiebitzbruch, a więc nazwa chyba od strumienia) i Dzierzguński Młyn (dawna nazwa Kiebitzbruchmühle). Czyli jeszcze w 1949 r. te osady istniały. Potem najpewniej zostały opuszczone, w czym możliwe że przyczyniło się powstanie partyjno-rządowego ośrodka w Łańsku.

W "Geografii polskiej Warmii" ks. Walentego Barczewskiego wymieniane jest Jezioro Dzierzguńskie "Na Warmii przed Kurkami, w kącie pod Ząbiem są Ząbskie Bagna i opodal Ząbia Chudek i Orzechowskie Jezioro, w borach: Dzierzguńskie, Galek, Oczko, Kaletskie i Młyńskie bagna przy Mendrynach”. Sąsiedztwo wymieniania wskazywałoby na jezioro Jełguńskie (niedaleko położone w Lesie Warmińskim). Czyżby więc to błędnie zapisane jezioro Jeguńskie? A może Dzierzgunka była miejscem i nazwa jeziora (obecne oczko wodne?) wzięła się od tego miejsca? Nazwa Dziergunka/Dzierzgunka/Dzierzguny kojarzy mi się z Dzierzgoniem (rzeką i miejscowością), a więc z dawnymi Prusami.

Jakże przyjemne są te poszukiwania historyczno-przyrodnicze, zainspirowane studenckim pomysłem posadzenia lasu z okazji Dnia Ziemi (lub bez okazji).
W opracowaniu Pospiszylowej z 1987 r. możemy znaleźć, że osada Dziergunka znajdowała się nad Jeziorem Łańskim, 3 km na zachód od Nowej Kaletki. W dawnych dokumentach zapisywana była pod nazwami: Dziergunk (1755), Dzierdzunka (1772), Dziergunka (1785), Dziersgunken (1790), Dziergunken (1820), Dzyrzgunken (1868), Dzyrgunka (1875), Dziergunka (1879), Dzierzgunka (1881), Dzierzguny (1964), Dzierzgunka (1968). A więc dopiero w latach 60,. XX w. nazwa zmieniła się na Dzierzguny, jako próba podciągnięcia toponimu pod formę nazw rodowych (odosobowych). Pierwotnie więc była to nazwa utworzona od nazwy miejsca.

Druga osada – Dzierzguński Młyn (a skoro młyn to musiała być jakaś struga, rzeczka – może to ona właśnie nazywała się Dzierzgunka?) w 1987 r. określana była w cytowanym opracowaniu jako dawna osada młyńska koło leśniczówki Dzierzgunka (Dzyrgunka Mühle – wzmiankowana w 1868 r.). Dzierzguński Młyn wymieniany jako istniejąca osada był jeszcze w 1947 r.

Buszując po internecie, już bardziej wyedukowany, znalazłem trochę więcje informacji. Przeglądając różne ogłoszenia i powielające się bardzo skąpe dane, mogłem wyczytać, że obiekt „Dzierzguny 605f” to parking leśny i miejsce postoju pojazdów w Nadleśnictwie Nowe Ramuki (a poprawniej byłoby Nowy Ramuk). Miejsce postoju pojazdów przed miejscowością Kurki jadąc w kierunku Olsztynka.
Dowiedziałem się także, że w leśnictwie Dzierzguny ustanowiono w 1968 r. dwa pomniki przyrody w postaci dwóch dębów szypułkowych. Nie wiem czy jeszcze tam są. Ale studenci zasadza tysiąc nowych dębów.

W leśnictwie Dzierzguny jest leśna ścieżka edukacyjna “Las bliżej nas” (ok. 3 km długości).
Na ścieżce można zapoznać się z bogactwem lasów i sposobami ich ochrony. Tematy stanowisk edukacyjnych to: cykl życiowy drzewostanu (uprawa, młodnik, drzewostan, drzewostan dojrzały), drzewostan porolny, skrzynki lęgowe, pułapki feromonowe, paśnik dla zwierząt. Wyczytałem także, że 21.X.2008r. w Leśnictwie Dzierzguny gościła około 50-osobowa grupa osób z Liceum Ogólnokształcącego w Olsztynku. W miłej i serdecznej atmosferze młodzież spacerowała po trasie leśnej ścieżki dydaktycznej, słuchając leśnych opowieści leśniczego. Na zakończenie pobytu goście posadzili pamiątkowe drzewa, ogrzali dłonie nad płomieniami ogniska i upiekli kiełbaski.
Wyczytałem także, że 5 września, w czasie III Warmińskiego Konkursu Wabienia Jeleni dodatkową atrakcją był pokaz sprawności drwali przy użyciu pilarek. Poprowadził je Kazimierz Morawiak, leśniczy Leśnictwa Dzierzguny. Udało się więc z przepastnego internetu wyszukać nazwisko leśniczego.

„Dzierzguny” w wyszukiwarce Google dało 1750 wyników (ale niezwykle mało informacji), „Dzierzgunka” już 92 400 wyników wyszukiwania. Ale jeszcze mniej informacji, bo widać, że różne automaty wyszukały nazwę z map i pododawały w przeróżne strony, aby zwiększyć ich pozycjonowanie. Wabienie ale bez informacji. „Dziergunka” dała zaledwie 9 wyników, ale za to owocnych. Były to niemieckie strony historyczne i dotyczyły Dzierzguńskiego Młyna (współrzędne geograficzne 53.55°N 20.5°E ). Dziergunkenmühle w 1939 r. przekształcony został w Kiebitzbruchmühle (najpewniej efekt akcji germanizowania nazw). Dawniejsze nazwy w dokumentach to: Mühle Dziergunka (1785, 1817, 1861),  Dziergunkenmühle (1905, 1907).
Natomiast w tym samym procesie germanizowania nazw w latach 30. XX w. Dziergunken zamieniono na Kiebitzbruch.

Już na polskich stronach internetowych (gazety elektroniczne) wyczytałem „Z kolei na niemieckich mapach z początku XX wieku (przed I wojną światową), najczęściej używaną nazwą jest „Alt Ramuck” (nazwa Lalka lub Lallka pojawia się rzadziej) – mówi Jolanta Weihs z Urzędu Gminy w Purdzie. – Wszystkie Ramuki, czyli Nowy Ramuk i Stary Ramuk to były miejscowości leśników, więc Lalka musiała być osadą leśną, tak samo jak pobliska Dzierzgunka, Dzierzguński Młyn czy Dziuchy. Obecnie żadna z tych miejscowości administracyjnie już nie istnieje." (źródło)

Sadzić, ochronić, imprezować (początek hasła studenckiej akcji). Mogłoby się wydawać, że to zawołanie wiecznego melanżu. Pozory mogą mylić. Bo to tworzenie dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Swoją aktywnością na powrót wprowadzają do obiegu nazwy miejsc dawno zapomnianych. Teraz Dzierzguny będą się „googlać” znacznie lepiej. Może nawet hasło w Wikipedii powstanie?

Z drugiej strony ta studencka majówkowa aktywność to konkretne działanie na rzecz dziedzictwa przyrodniczego. Dlaczego zasadzone mają być dęby? To wspieranie przebudowy drzewostanu w naszych lasach na bardziej pierwotny, naturalny. To powolna przebudowa, dla której dały podstawy wieloletnie badania ekologii lasu. To już oczywiście temat na zupełnie inna opowieść.

O e-portfolio, agregatorze blogów i kreatywnych poszukiwaniach w dydaktyce uniwersyteckiej

Przemierzanie nowych ścieżek jest trudne i ryzykowne. Bo można zabłądzić, bo inni mogą krytykować, obśmiewać, nie rozumieć sensu i celu (stąd ta uszczypliwość i nieprzychylne komentarze). Chodzenie utartymi ścieżkami jest bezpieczne, bo po wielokroć sprawdzone i przez wszystkich akceptowane. Nikt się nie dziwi, nie szydzi, nie kręci nosem. Ale chodząc po utartych szlakach, trudno coś odkryć. Co było do odkrycia najpewniej zobaczyli i opisali wcześniejsi podróżnicy. Można tylko powielać i przetrawiać przetrawione.

Rolą naukowca jest nieustanne poszukiwanie (za to nam płacą). Kreatywność wpisana jest w uprawianie nauki, więc każdy prawdziwy naukowiec powinien być kreatywny z definicji. Nawet ryzykowanie, nawet błądzenie wpisane jest w zawód naukowca. Bo nie pobłądzi, ani guza sobie nie nabije tylko ten, kto niczego nie poszukuje i nie próbuje odkrywać.

Od jakiegoś czasu prowadzę autorski przedmiot pod nazwa „autoprezentacja”. Wcześniej głównym celem było uczenie wygłaszania ustnych referatów, przygotowania posteru naukowego i pisanie krótkich tekstów popularnonaukowych. Z czasem, na prośby studentów, dołączyłem CV, pisanie listu motywacyjnego i elementy planowania własnej kariery naukowej (studenckiej). Ale kto stoi w miejscu, ten się cofa. Świat tak szybko się zmienia, że umiejętności i wiedza sprzed kilku lat stają się nieaktualne i nie w pełni przydatne.

W tym roku odważyłem się na wprowadzenie e-portfolio (także w ramach metody projektu – zobacz agregator). Sam musiałem doczytać, poszukać i samemu spróbować. Tworzę więc swoje e-portfolio, bo jak uczyć studentów? Tylko na podstawie zasłyszanych informacji? Jestem biologiem i natura eksperymentatora tkwi we mnie mocno i głęboko. Ale trudno jest przekonywać i motywować studentów, by również spróbowali czegoś zupełnie nowego.

Najszybciej dołączyli ze swoimi e-portfolio studenci najlepsi, najbardziej odważni i ciekawi świata, najlepiej zorientowani w rynku pracy i w niezbędnych kompetencjach. Ale co z resztą przeciętnych, zwykłych studentów – przecież takich jest większość. Spisać na straty? Szkoda i nie taki jest sens kształcenia uniwersyteckiego (to nie survivalowa selekcja). Motywowanie i zachęcanie do nowinek i eksperymentowania wymaga większej wiedzy i wysiłku ze strony wykładowcy akademickiego. Trzeba się uczyć… także liderowania i motywowania. I chodzić po nierozpoznanym gruncie.

Jednym z elementów eksperymentowania z e-portfolio jest założenie publicznie widocznego agregatora blogów i pokazanie publicznie rezultatów. Jak motywować, kiedy publiczne odsłonięcie się wiąże się z ryzykiem hejtowania czy zwykłego kuluarowego plotkowania (te dochodzą później)? A przecież to jest prawdziwe życie i z tym się spotkają po opuszczeniu murów uniwersytetu. Lepiej więc przygotować do trudnego życia i rzeczywistej konfrontacji ze światem niż trzymać pod kloszem w iluzji.

Ale jeszcze trudniej zachęcić do podobnego współuczestnictwa samych pracowników. Przekonać a nie rozkazywać czy zmuszać. Jak przekonać pracowników uniwersyteckich do eksperymentowania z nowymi technologiami internetowymi i odkrywaniem zupełnie nowego świata? Jak przekonać, by pójść na niezbadane ścieżki wspólnie ze studentami?

Biorąc pod uwagę gotowość do eksperymentowania z nowościami, nasi studenci nie są gorsi od nas samych. Narzekanie więc na ponoć niski poziom studentów nie za bardzo pokrywa się z faktami.

Są i pozytywne rezultaty e-portfoliowego eksperymentowania (nauka przez działanie). Agregator z epotrfolio został już dostrzeżony nie tylko w lokalnej gazecie (Nasz Olsztyniak), ale i daleko poza Olsztynem, w kręgach w pełni zawodowych i profesjonalnych. To mała nagroda i zachęta by próbować dalej. Nie oglądając się na hejtowanie i złośliwości, wynikające z niezrozumienia. Z czasem i reszta, ta nieśmiała i z obawami, także zrozumie sens i wartość takiej formy obecności w interencie i poszukiwania pracy czy współpracy.

O uniwersytecie, małych wiejskich szkołach, narkotykach i sensie życia

Sporo się ostatnio dyskutuje o sensie uniwersytetu. Dostrzec moża duże rozczarowanie, zarówno ze strony studentów i absolwentów jak i pracowników. Co jest źródłem tego dyskomfortu? Być może przyczyną jest traktowanie uniwersytetu w kategorii szkoły zawodowej. Wtedy rzeczywiście miarą sukcesu czy raczej klęski jest duży odsetek bezrobotnych licencjatów, magistrów a nawet doktorów.

Poszukuje się przyczyny tego stanu, wymieniając gimnazja, system boloński, brak egzaminów wstępnych itd. Moim zdanie to niewłaściwe poszukiwania. Bo na przykład co by zmieniło ponowne wprowadzonie egzaminów wstępnych? Selekcję i ograniczenie liczby studiujących? Wielu pracowników narzeka, że obniża się poziom zajęć (i poziom studentów), że ze strachu przed utratą studentów przez przedmioty przepuszcza się wszystkich. Jeśli tak, to ze strachu przed utratą studentów obniżono by poziom samych egzaminów wstępnych. Żadnej różnicy.
Trzeba zrozumieć obecną sytuację i do niej dostosować formę kształcenia a nie rozpamiętywać, że dawniej to wszystko było lepiej…. (tak mówi każde starsze pokolenie od stuleci).

Z całą pewnością wiele się zmienia w samym społeczeństwie i otoczeniu uniwersytetów. Moim zdaniem wśród studentów znacząco spada motywacja do studiowania. Dlatego możemy mylnie odbierać ich jako leniwych czy mało zdolnych. Nie jest to wina ani gimnazjów, ani braku egzaminów wstępnych, ani systemu bolońskiego i czego tam jeszcze.

Dawniej dyplom studiów wyższych dawał szybki awans społeczny i pewną pracę. Teraz już niestety nie. Ograniczyć liczbę studiujących? Ale według jakiego systemu i jakiej reglamentacji? Tak jak w dawnych wiekach reglamentowano liczbę szlachty? Sumarycznie organiczenie wykształcenia i tak dawałoby upośledzenie całego społeczeństwa na globalnym rynku pracy i innowacyjności. Mały przykład – kiedyś w Polsce samochód był synonimem luksusu. To co, żeby ten stan przywrócić pozabierajmy ludziom samochody a zostawny tylko nielicznym?

Dawne zjawisko kolektywnego awansu (poprzez wykształcenie wyższe, dawniej elitarne) systematycznie zmienia się w zjawisko kolektywnej degradacji. I nie dotyczy to tylko Polski. Osobiście główną przyczynę widzę w konsumpcjonizmie. Całe pokolenie młodych ludzi napotyka na zjawisko „windy w dół” i widmo długotrwałego bezrobocia, które coraz częściej dotyka absolwentów kierunków uważanych za pewniaków w możliwościach znalezienia pracy (prawo, ekonomia, psychologia, biotechnologia). Ale bezrobocie młodego pokolenia i utrata sensu dotyczy także osób bez studiów wyższych.

Zawiedzione nadzieje wynikają z pewnego bezwładu społecznego, gdzie w mentalności pobrzmiewają jeszcze nadzieje minionego pokolenia (pęd do wiedzy jako awansu) i zderzają się ze współczesnością, jakże inną. Widać to wyraźnie, zwłaszcza jeśli traktować uniwersytet jako szkołę zawodową. Przecież znacznie łatwiej o pracę po zawodówce czy szkole policealnej niż z dyplomem magistra? Po co więc studiować? Po co utrzymywać uczelnie wyższe?

Sfrustrowane młode pokolenie nie ma motywacji do wysiłku i nauki. Bo po co, kiedy to nie mam sensu (gdyby traktować uniwersytet jako szkołę zawodową). Jedni stosują strategię „kwaśnych winogron” (obrażeni i zdystansowani), inni oszukują, kradną (ściąganie i plagiaty), jeszcze inni wyładowują swoje frustracje w aktach bezmyślnego wandalizmu czy agresji.

O sensie istnienia uniwersytetów nie jako szkół zawodowych, ale miejsca poszukiwania sensu życia, ciekawego życia, poszerzania horyzontów intelektualnych i duchowych, miejsca rozwoju osobowości, przekonują dane dotyczące narkomanii, alkoholizmu czy ogłupiającego konsumpcjonizmu (przykład niżej).

Inwestycja w uniwersytety i … małe wiejskie szkoły to inwestowanie w kapitał społeczny i zapobieganie kosztownym patologiom społecznym.
To, co przeraża, to myślenie o edukacji w perspektywie krótkoterminowej ekonomii. Dlatego zamykane są małe szkoły wiejskie i biblioteki z powodów ekonomicznych (samorządy chcą zaoszczędzić). Przeraża umysłowa czy cywilizacyjna krótkowzroczność. Co z pieniędzy zaoszczędzanych na edukacji, kiedy pojawiają się zwielokrotnione problemy społeczne, jeszcze bardziej kosztowne ekonomicznie? Po co nam lepsze drogi z pieniędzy zaoszczędzonych na edukacji i kulturze? Żeby młodzież szybciej i wygodniej wyjechała? Kto nie wyda na edukację, wyda na zasiłki dla bezrobotnych, zasiłki społeczne i leczenie patologii społecznych z narkomanią włącznie.

Warto więc inwestować nie tylko w uniwersytety ale i w kawiarnie naukowe, lokalne domy kultury, teatry gminne, amatorską twórczość w różnorodnych wymiarach. To inwestycja a nie filantropia.
Po co jedni mają być przepracowani a drudzy bezrobotni? I jedni i drudzy sięgają po narkotyczne lub alkoholowe czy seksoholiczne dopalacze….

Znakomicie moją myśl ilustruje wypowiedź profesora Jerzego Vetulaniego, neurobiologa, biochemika, członka PAN i PAU:
„Przede wszystkim jednak trzeba stwarzać ludziom jak najbardziej komfortowe warunki do życia i rozwoju. Najwięcej narkomanii jest w środowisku, w którym ludzi dręczy nuda, brak perspektyw; wtedy narkotyki stanowią ucieczkę. To jest główna przyczyna alkoholizmu wśród kobiet. Gdyby wielkie pieniądze wydawane obecnie na walkę z narkotykami, która jest – wszyscy to widzą – nieskuteczna, przeznaczyć na wsparcie różnych inicjatyw społecznych, takich jak Uniwersytetu Trzeciego Wieku, działające na wysokim poziomie zespoły amatorskie, koła zainteresowań, różnego typu stowarzyszenia, gdzie ludzie mogliby się ze sobą spotkać, dzielić i rozwijać pasje, budować relacje, gdyby osobom już uzależnionym można było wskazać realną alternatywę dla nałogu, wtedy narkomania przestałaby być tak bardzo wyniszczającą nasze społeczeństwo epidemią.”

(„Groźne sobowtóry” – rozmowa Justyny Siemowicz z prof. Jerzym Vatulamin, miesięcznik Znak, nr 693, luty 2013 r.)

O pluskwach i karaluchach z warmińsko-mazurskich pociągów, lasów i rzek

Ecotobius.lapponicus.safero

Za sprawą happeningów sejmowych w wykonaniu posłów, na 2-3 dni wzrosło zainteresowanie entomologią. Podczas debaty sejmowej nad wotum nieufności dla ministra transportu, budownictwa i gospodarki morskiej poseł Patryk Jaki wręczył ministrowi słoik z owadem podróżującym ponoć pociągiem relacji Olsztyn-Wrocław, informując, że jest to pluskwa (owad krwiopijny, atakujący człowieka). Obecny na sali profesor S. Niesiołowski, zoolog i entomolog zarazem, szybko wyprowadził z błędu, mówiąc, że jest to karaczan wschodni (Blatta orientalis). Dobrze, że i profesorowie nauk przyrodniczych są posłami. Ale w mediach później pojawiała się nawet nazwa karaczan brazylijski (to gatunek cieplarniany). Wzrosło więc zainteresowanie owadami i poszukiwaniem specjalistów, którzy rozpoznają co to za „robal”.

Dobierając gadżety do ilustracji w retorycznej dyskusji – jeśli się nie ma wiedzy własnej – warto konsultować się ze specjalistami. Nie byłoby wpadek i ujawniania swojej niewiedzy i luk w wykształceniu. Przy okazji okazuje się, że wiedza i wykształcenie jednak się w życiu przydają. Biologia i entomologia przydatne są również, tak jak wiedza i wykształcenie w szerokim sensie. Samą błyskotliwością i happenerstwem wiele osiągną nie można (poza ulotnym pierwszym wrażeniem).

Czy  pluskwy i karaluchy to owady świadczące tylko o brudzie i zaniedbaniu? Warto poznać naszą różnorodność biologiczną trochę głębiej. Łatwiej byłoby dobrać zwierzęta do publicznej prezentacji z trybun sejnowych i salonów medialnych. Bo Warmia i Mazury pełna jest karaluchów i pluskiew. I możemy być z tego dumni. Tyle, że to trochę inne karaczany i trochę inne pluskwy. Korzystając z zainteresowania entomologią, za sprawą debaty o pociągach, chcę o tych gatunkach choć trochę opowiedzieć.

Na zdjęciu wyżej nasz rodzimy, polski i warmińsko-mazurski karaluch (karaczan) – zadomka polna (Ectobius lapponicus) (zdjęcie autorstwa safero, Wikimedia Commons).

Zadomka polna w pokroju troszkę przypomina prusaka (Blattella germanica), gatunek synantropijny, pojawiający się w naszych mieszkaniach. Gdyby więc następnym razem ktoś chciał przerazić „robalem”, to proponowałbym wykorzystać zadomkę leśną w roli prusaka – przynajmniej będzie jako-tako podobna a mistyfikacja trudniejsza do ujawnienia.

Zadomka polna jest naszym rodzimym karaczanem (owadem z rzędu karaczanów – Blattodea), żyje w zaroślach na skraju lasów. Jest gatunkiem pospolitym i zazwyczaj licznym, ale nie łatwo ją zobaczyć, bo jest płochliwa. Nie występuje w budynkach, w przeciwieństwie do prusaka (ten w Polsce poza budynkami nie występuje, tak jak przystało na gatunek synantropijny, może pojawiać się tylko okresowo w trakcie dyspersji i szukania nowego domu – byłby więc w stanie podróżować na gapę pociągiem, ale tylko latem).

Bardziej krępa w kształcie jest zadomka leśna (Ectobius sylvestris), zasiedlająca krzewy i wysokie rośliny zielne. Też nie występuje w budynkach.

W Polsce występuje kilkanaście gatunków karaczanów (większość to synantropy cieplarniane), w Europie zanotowano około 150 spośród ponad 3500 gatunków znanych z całego świata. W dzikiej przyrodzie występuje w naszym kraju zaledwie sześć gatunków, wliczając karaczana wschodniego i prusaka, które są na tyle dostosowane do naszego klimatu, że w okresach cieplejszych mogą przemieszczać się samodzielnie i przebywać okresowo poza domami.

Poza gatunkami synatropijnymi (prusak, karaczan wschodni zwany też karaluchem, przybyszka azjatycka itd.), zamieszkującymi nasze budynki jako nieproszeni goście, w Polsce jest już sporo gatunków egzotycznych – ale są one hodowane w insektariach jako gatunki ozdobne lub jako pokarm dla innych zwierząt. Można je nazwać gatunkami cieplarnianymi. Przykładem jest poniższe zdjęcie: pokarm dla pająków ptaszników, zdjęcie z pokazu na szkolnym festiwalu nauki w Purdzie, jaki przygotowałem swego czasu ze studentami biologii.

Warto wrócić do pluskwy domowej. Osobiście miałem kontakt z tymi krwiopijnymi owadami w latach 80. XX w. w akademiku. Nocne spotkania z pluskwami nie należały do sympatycznych. Ale to owady niezwykłe w swej historii. Przeniosły się na człowieka z gołębi i to w starożytnym Rzymie, gdzie bliskie sąsiedztwo tych ptaków i ludzi zaowocowało ewolucyjnym transferem. Gatunek ten ma niezwykłe zwyczaje seksualne, ale to już opowieść na inną okazję.

Do pluskwy domowej w pokroju ciała i wyglądzie podobny jest inny rodzimy i warmińko-mazurski pluskwiak (rząd Hemiptera, dawniej także pod nazwą Heteroptera, około 2400 gatunków w Polsce) – Aphelocheirus aestivalis (polskiej nazwy chyba nie ma, choć spotkałem się kiedyś z nazwą – zgłębień czy wgłębień czy dennik – pamięć zawodzi…) Ciało ma silnie spłaszczone, skrzydła skrócone, nieco większy i bardziej okrągły w kształcie od pluskwy domowej. Też ma długą kłujkę jak krwiopijna pluskwa domowa, ale żyje…. w czystych wodach. Jest drapieżny (zjada a w zasadzie wysysa owady wodne i małe małże – gałeczki), występuje w rzekach bogatych w tlen z kamienistym lub piaszczystym dnem. Licznie występuje w rzece Pasłęce, ale i w Łynie można go spotkać. Kiedyś złowiłem ten gatunek w Łynie na olsztyńskiej Starówce. Z takiej „pluskwy” możemy być dumni, bo świadczy o dobrym stanie naszych rzek.

Może warto – korzystając z medialnego zainteresowania – zrobić na naszych dworcach kolejowych wystawę (np. fotograficzną) z naszymi, rodzimymi karaczanami i „pluskwami”, chwaląc się naszą bioróżnorodnością. Niech turyści przyjeżdżają do nas pociągami zobaczyć nasze pluskwiaki i karaczany co wcale nie są synonimem brudu i zaniedbania :).

Rumianki z chruścikami, czyli zegar biologiczny w Synagodze w Barczewie

butelkadlasynagogi

8 czerwca 2013 r. w Synagodze w Barczewie (Galeria Sztuki „Synagoga”, prowadzona przez członków Stowarzyszenia „Pojezierze” http://synagogawbarczewie.pl/) organizuje koncert na rzecz niepełnosprawnych dzieci z powiatu olsztyńskiego połączony z aukcją zegarków przekazanych od aktorów, polityków, profesorów. Z prośbą o zegarek zwrócono się i do mnie. Mój zegarek marny, wysłużony, porysowany. Zamiast tradycyjnego czasomierza, przeznaczyłem swój malowany zegarek biologiczno-recyklingowy.

Butelka malowana w rumianki i chruściki to mój zegar biologiczny. Rumianki nawiązują do prowincji, gdzie czas płynie inaczej. Zdawałoby się wolniej. Ale za to pełniej i dogłębniej. W zabieganym świecie tęsknimy za wolnym życiem na prowincji. Powolnym, w poczuciu upływającego czasu, i wolnym od zniewalającego wyścigu szczurów. Chruściki fruwające nad rumiankami to owady wodne, którymi się zajmuję naukowo od lat. Chruściki (Trichoptera) są owadami z przeobrażeniem zupełnym. Tak jak motyle. Są ilustracją zegara biologicznego. Gdy przyjdzie czas, larwa przeobraża się w owada doskonałego (tak samo z gąsienicy – poprzez poczwarkę – wylęga się piękny motyl). Zegar biologiczny wyczuwa upływ czasu a przeobrażenie jest jak bicie zegara z kurantem. Albo z kukułką. Zegar biologiczny nie ma trybików i sprężyn. I czasem działa w zmiennym rytmie. Ale działa. Model organizmu żywego jest lepszym niż model zegara (maszyny) do opisu świata wokół nas, od atomów po galaktyki. To wyraz swoistej filozofii przyrody, dyskretnie ukrytej w malowanej butelce. Zielone szkło butelki wiąże się z nadzieją. Nadzieją na lepsze życie dla niepełnosprawnych dzieci.

Maluję butelki wyrzucone, pozornie niepotrzebne, zbędne (tak jak ludzie pozornie zbędni). Przywracam farbami im wartość, pozwalając dostrzec to, co w butelkach jest piękne i bez malowania. To swoisty recykling. Bo i życie jest kwintesencją recyklingu.

W końcu butelka może być posłańcem wiadomości – kartka schowana do środka a butelka wyrzucona do morza, płynie ze swoim listem-przesłaniem. Niech i koncert na rzecz niepełnosprawnych dzieci z powiatu olsztyńskiego będzie taką butelką z przesłaniem, rzuconą w ocean dobrych ludzi i ludzkiej dobroci.

Może ktoś tę butelkę zobaczy i przekaże mi, gdzie i kiedy ją widział? Dokąd zawędruje?