Chyba żyję w ciekawych czasach, ciągle coś rewolucyjnego się wokół mnie dokonuje, także na uniwersytetach. Aż się tęskni za nudnymi czasami…
Tymczasem jednak dokonują się ogromne zmiany cywilizacyjne, o których nieustannie się przekonujemy w codziennym życiu i w czasie wizyt w skansenie czy muzeum (z dystansu lepiej widać ogrom zmian). Zmiany te dotykają także procesów uczenia się, funkcjonowania naszego mózgu i w konsekwencji także systemu edukacji. Dlatego jestem świadkiem i, chcąc-nie-chcąc, uczestnikiem ciągłych reform.
Lata mojego studiowania przypadły na posierpniowy stan wojenny. Kiedy zaczynałem pracę, kończył się komunizm. Był to impuls do bardzo głębokich reform całego systemu edukacji, w tym szkolnictwa wyższego. Docierały zmiany, niosące wolność i swobodę badań a także odideologizowanej edukacji. A potem…. było ciągłe gonienie jakości i dostosowywanie sytemu kształcenia do wspólnych, europejskich standardów. Ale to cała Europa się zmieniała edukacyjnie a nie tylko my ją „doganialiśmy”.
Nie było chyba dwóch lat, w których byłyby te same zasady i przepisy. Niemalże każdy rocznik studetów inaczej.
Nieustanna reforma? Czy dlatego, że coś zrobiliśmy źle, czy dlatego że świat się tak szybko i ciągle zmienia. Biec, aby nie zostać w tyle czyli być w tym samym miejscu? Bez wątpienia jedną z przyczyn jest dokonująca się na naszych oczach trzecia rewolucja przemysłowa (elektronika, internet i energia odnawialna) i przejście ze społeczeństwa produkcyjnego ku społeczeństwu wiedzy. Mam nadzieje, że jest także powolne odchodzenie od konsumpcjonizmu. I zastanawianie się po co wiedza, po co uniwersytety? A w zasadzie jaka wiedza jest nam potrzebna i jakie uniwersytety? Czy elitarne czy egalitarne, czy kształtujące osobowość ludzi, rozumiejących świat czy jako wyższe szkoły zawodowe?
Teraz w murach uczelni wyższych widoczna jest pogoń za uznaniem w rankingach światowych (punkty za publikacje liczone według różnych systemów). Uczelnie w większości utrzymują się z dotacji na studentów ale pracownicy rozliczani są z badań naukowych. Pełne rozdwojenie jaźni. W domyśle – dydaktyka jest dobra lub w ogóle się nie liczy. Jest to zapominanie o jakości kształcenia i traktowanie studentów jako przedmiotu a nie podmiotu. Rosnąca frustracja, że coś jest nie tak, wypełnia środowisko akademickie, zarówno studentów jak i pracowników… a nawet gospodarkę, czekająca na dobrze wykształconych absolwentów. Dobrze to znaczy jak?
Ten klimat dobrze oddaje wywiad z profesorem Janem Stankiem z UJ:
„Drodzy Młodzi Przyjaciele. Czuję się w obowiązku zwierzyć się Wam z bardzo przykrej tajemnicy. Nie jesteście – większość z Was – dobrze wykształceni, a jedynie tak Wam się wydaje. Zostaliście oszukani najpierw przez nauczycieli, a potem przez wykładowców. (…) Dlaczego (…)? Otóż pracownicy dydaktyczni są [wynagradzani] (…) od liczby wydanych dyplomów, a nie od jakości przekazanej wiedzy. Mało tego, rzetelne wypełnianie obowiązków dydaktycznych nieuchronnie prowadzi do zawodowej klęski. Ocenia się, że na uniwersytecie pracownicy naukowo-dydaktyczni powinni 70 proc. czasu poświęcać dydaktyce. Jednak awans zawodowy zależy wyłącznie od osiągnięć naukowych, mierzonych liczbą publikacji. W rezultacie naukowcy z szafarzy wiedzy stali się handlarzami marzeń.
Dydaktyka, zwłaszcza w naukach matematyczno-przyrodniczych, jest w kryzysie. W ciągu ostatniego półwiecza ilość dostępnej wiedzy uległa zwielokrotnieniu, a umysł ludzki, "nasza jednostka centralna", się nie zmienił. Przepełnienie komputera danymi dramatycznie spowalnia, a w ostateczności uniemożliwia działanie. Ponieważ nie możemy zainstalować nowego mózgu, musimy go przeprogramować. Jego zasoby wykorzystać jako pamięć operacyjną z szybkim dostępem do pamięci zewnętrznej, na przykład do internetu.”
(cały wywiad, podkreslenia S.Cz.)
Ostatnie zdanie ilustruje proces przekształcania repozytorium wiedzy i detronizację uniwersytetów. Od kiedy wynaleziono pismo, a zwłaszcza prasę drukarską, książki stały się zewnętrznym (poza naszym mózgiem) magazynem wiedzy. Dostęp do tej wiedzy gwarantowały biblioteki, w tym biblioteki uniwersyteckie. To wokół nich gromadzili się ludzie, dyskutujący, przetwarzający, czytający i w końcu piszący kolejne książki. Uniwersytet jako wspólnota uczących i nauczanych skupiał się wokół bibliotecznych księgozbiorów. O jakości danej uczelni przesądzała nie tylko kadra ale i bogaty księgozbiór.
I o to na naszych oczach, za sprawą komputeryzacji i internetu, uniwersytety i system kształcenia wyższego traci swój fundament. Coraz więcej najważniejszej wiedzy całej ludzkości dostępne jest w internecie, a dostęp do tej wiedzy można mieć z dowolnego miejsca, nawet z zapadłej w lasach mazurskiej czy warmińskiej wioseczki.
Aby uniwersytety dobrze kształciły (dawały rzetelną wiedze a nie iluzję i marzenia) całe środowisko akademcikie musi dostrzec zachodzące zmiany i dostosować koncepcję kształcenia. Musimy uniwersytety wymyśleć od nowa! Całkiem gruntownie przemyśleć sens i kształt kształcenia, w tym także kształcenia nieformalnego i pozaformalnego. I od nowa wymyśleć miejsce uniwersytetów w społeczeństwie. Przecież nie możemy być strażnikami papierowych bibliotek, bo tego nikt już nie potrzebuje.
Skomputeryzowane i podłączone do internetu uniwersytety są jak dawni zapalacze ulicznych lamp gazowych – cieszymy się, że dzięki elektryczności łatwo będzie zapalać gazowe lampy na ulicy. I nie przeczuwamy, że elektrycznośc to także elektryczne oświetlenie i brak pracy dla "zapalaczy". Wisły kijem się nie zawróci, ale możemy wcześniej się przekwalifokować. I znowu będziemy mieli pracę – już jako elektrycy:). Uniwersytet może być miejscem kreatywnego przetwarzania i udostępniania wiedzy oraz wypracowywania strategii przetrwania dla całego społeczeństwa. Aby wszyscy czuli sens i mieli pracę. Potrzeba tylko refleksji i skupieniu się dla dalekosięznych celach a nie codzienej walce o "punkty."