O koszenili, czerwcu polskim i o tym, że zjadamy owady (ze smakiem)

Antropolodzy i biolodzy, zajmujący się ewolucją człowieka, dość często podkreślają, że nasi antenaci zjadali różne „robale” (zbieractwo). Białko bezkręgowców podobno jest dobrze przyswajalne i na przykład kobietom w ciąży zaleca się spożywanie kokonów karaluchów. Wzdrygamy się z obrzydzeniem? A wszystkie krewetki i owoce morza to nie „robale”?

Że niby owady i „robale” to wstrętne? A co jemy na co dzień? Te wszystkie mięsa oddzielone mechanicznie, różne dziwne produkty, mączki, przemielone z dodatkami papieru i wielu różnymi substancjami zapachowymi, smakowymi, barwnikami naturalnymi, syntetycznymi i identycznymi z naturanymi? To niby lepsze i ładniejsze?

Gusty smakowe kształtują się w najmłodszych latach. I wtedy możemy nauczyć się jeść ze smakiem najróżniejsze paskudztwa. Wyrosło nam przecież pokolenie rozsmakowane w chipsach, chrupkach i coli (ubocznym skutkiem jest nadpobudliwość i ADHD, o innych problemach zdrowotnych nie wspominając).

Nasi przodkowie zajadali różne pędraki świadomie i mniej świadomie. Jak wyliczyli Amerykanie, obecnie średnio w roku zjadają oni około półtora kilograma owadów na głowę. My zapewne podobnie. Zupełnie nieświadomie. Bo owady dostają się na różnym etapie przygotowywania żywności, zmielone z mąką i innymi produktami. Nie wiemy, że jemy „robale”. Kopyta ssaków także zjadamy.

W trosce o wyżywienie ludności Unia Europejska zaczęła finansować badania nad wykorzystaniem owadów w diecie człowieka. Może więc niedługo obok śródziemnomorskiej mody na owoce morza pojawi się moda na całkiem smakowite owady na różne sposoby: turkucie w miodzie, pasikoniki w czekoladzie, prażone pędraki. I widok stawonogów na straganach nie będzie kojarzył się tylko z egzotycznymi krajami.

W czasie ostatnich Świąt Wielkiej Nocy chciałem pomalować jajka (pisanki). W domu rodzinnym długo stosowaliśmy barwienie w łupinach cebuli (ale skąd tu nagle wytrzasnąć tyle łupin?). Ale jak szybko doczytałem, kiedyś naturalnych barwników używanych było dużo więcej. Teraz o nich zapominamy, bo łatwo i szybko wykorzystać syntetyczne.
Ochrona różnorodności biologicznej ma także wymiar czysto ekonomiczny i gospodarczy. Po co wymyślać i tworzyć nowe substancje, skoro wystarczy sięgnąć do naturalnego i bogatego laboratorium.
I zabarwić wielkanocne jajka w kawie, curry, owsie i wielu innych, dostępnych pod ręka produktach.

O koszenilę zapytany zostałem na Facebooku. Koszenila jest naturalnym barwnikiem, otrzymywanym z owadów (czerwce), żerujących na opuncjach (rodzina kaktusowate), rosnących w tropikalnych rejonach Ameryki Północnej i Centralnej. Konkretnie chodzi o gatunek czerwiec kaktusowy (Dactylopius coccus). Barwnik uzyskiwany jest zarówno z odwłoków owadów dorosłych jak i z ich jaj. W produktach koszenila oznaczana jest symbolem E120. Z dużą nieufnością odnosimy się do wszystkich tych E-cośtam, dlatego najczęściej koszenila mylona jest z czerwienią koszenilową (E124).

Czerwień koszenilowa występuje w dużej liczbie produktów spożywczych: jogurtach, dżemach, galaretkach, napojach i in. których barwa przypomina kolor karminowy.
Czerwień koszenilowa to syntetyczny, organiczny związek chemiczny z grupy związków azowych, używany jako czerwony barwnik spożywczy. Dopuszczalne dzienne spożycie czerwieni koszenilowej wynosi 4 mg/kg ciała, natomiast dzienne dopuszczalne spożycie koszenili (tej z owadów) wynosi 5 mg/kg masy ciała (a więc niewielka różnica).

Koszenila powszechniej była używana w przeszłości (wtedy nie znali ludzie metod chemicznych i syntezy związków organicznych). Obecnie koszenila pozyskiwana z owadów jest wciąż szeroko stosowana w przemyśle kosmetycznym do barwienia m.in.: cieni do powiek, szamponów i tuszów do rzęs, a także w przemyśle spożywczym do barwienia napojów alkoholowych, sosów, "owocowego" nadzienia do ciast, jogurtów itd. Z tego jasno wynika, że kobiety z owadami mają częstszy kontakt na co dzień. Nie tylko zjadają, ale i się malują owadzią koszenilą. Warto pamiętać, że zanieczyszczenia zawarte w ekstrakcie koszenili mogą powodować reakcje alergiczne.

Wróćmy do koszenili, którą uzyskuje się poprzez uśmiercanie owadów w wodzie, a następnie wysuszając je. Innym sposobem jest wysuszenie czerwców (spokrewnione z mszycami) działaniu słońca, pary wodnej albo cieplarki. W ten sposób można uzyskać różne odcienie barwnika. Ze 150 tysięcy owadów można uzyskać kilogram koszenili.

Dawniej koszenila używana była przede wszyskim do barwienia tkanin. W Polsce i Europie pozyskiwana ją z naszego, rodzimego gatunku – czerwca polskiego (na ilustracji wyżej, źródło Wikimedia Commons, ilustracja z książki Breyn, Johann Philip (1731) Historia naturalis Cocci Radicum Tincttorii quod Polonicum vulgo …).

Cudze chwalicie, swojego nie znacie. Wraz z modą na barwniki naturalne, nie tylko przy okazji wielkanocnego malowania pisanek, wrasta zapotrzebowanie na barwniki naturalne. Może więc niedługo skorzystają na tym rodzime czerwce polskie i będą nie tylko chronione dla zachowania populacji (ochrona bioróżnorodności), ale i w celu zwięszenia produkcji. Nowoczesna biologia nie jedno ma imię, a warmińsko-mazurska gospodarka oparta na wiedzy (i napędzana gustami konsumentów) może coraz bardziej kojarzyć się nam z polami lawendowymi czy regionalnymi, lokalnymi kosmetykami, przygotowywanymi na bazie naszych lokalnych ziół i… owadów.

A swoją drogą to ciekawe, czy udałoby się pomalować pisanki z wykorzystaniem czerwca polskiego i koszenili?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s