Warmińska przyroda w Dzikiej Polsce czyli pierwszy film o chruścikach

DSCN8906

Właśnie zakończyły się kilkudniowe zdjęcia do filmu przyrodniczego o chruścikach. Pierwsze podejście zakończyło się niepowodzeniem. Gdy ekipa filmowa przyjechała z Warszawy zaczął padać deszcz. Po kilku godzinnych oczekiwaniach i sprawdzeniu prognozy pogody, filmowcy wyjechali… Przyjechali po tygodniu (pierwszy raz, gdy musieli wracać powtarzać zdjęcia!), w drodze z innego nagrania w Puszczy Kozienickiej. Tym razem w trakcie zdjęć też zaczęło padać, ale deszcz ograniczył się do pory sjesty. Pojawił się inny problem – zostało mało miejsca na dysku. Na szczęście z kłopotu wyratowała olsztyńska TVP.

Przyroda jest naszym turystycznym atutem i szansą na rozwój niebanalnej, całorocznej turystyki. Gdyby powstał taki serial jak „Ojciec Mateusz”, o przyrodzie naszego regionu wiedziałoby mnóstwo ludzi. I zechcieliby tu przyjechać, tak jak teraz jeżdżą do Sandomierza.

Jak na razie „Mazury cud natury” to slogan bez pokrycia w szczegółach. No bo po co tu przyjeżdżać? Zbierać grzyby, łowić ryby czy quadami rozjeżdżać lasy? Rozwieszanie banerów w środku Olsztyna (zdjęcie u góry) nie jest żadną promocją. Zachęca jedynie olsztyniaków do wyjazdu z miasta. Jeśli w ogóle ktokolwiek będzie wiedział o co chodzi. Poza tym, że te banery oszpecają miasto.

Branża kreatywna, zajmująca się reklamą i promocją, jak widać jest mało kreatywna. Ten wiszący baner jest w zasadzie chyba tylko dla zleceniodawcy, żeby widział, że coś robią. Ale przecież informacja ma trafiać do potencjalnego turysty z daleka a nie do olsztyńskich urzędników. Bo przecież jaki jest sens reklamować Mazury na Mazurach (pomijając, że Olsztyn jest na Warmii)?

Film o chruścikach w cyklu Dzika Polska finansowany jest z dotacji Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Dlaczego na Warmii? Bo poszukiwali tematu wodnego i trafiło na mnie oraz chruściki. Jest więc całkiem przypadkową promocją naszego regionu a nie skutkiem przemyślanej strategii. Zwabia kapitał ludzki a nie przemyślana strategia urzędu marszałkowskiego i wydawanych pieniędzy unijnych.

Co wiemy o przyrodzie Warmii i Mazur? Coś tam wiemy o kormoranach, bocianach, żurawiach i jeziorach. Że są. A to maleńki wycinek lokalnej i unikalnej bioróżnorodności. Żeby odkryć ogromne bogactwo przyrody wystarczy sięgnąć po istniejący kapitał ludzki (tu na miejscu – ale wprzódy trzeba w nim mieć rozeznanie). A wtedy okaże się, że wokół nas mnóstwo jest niezwykłych gatunków grzybów, roślin i zwierząt: erotyka bałtycka, niprzyrówka rzeczka, wieszczka północna, czarka austriacka, świtezianka dziewica, topielica i setki innych.

Zdjęcia do chruścikowego filmu kręcone były w rezerwacie Las Warmiński oraz w okolicach Łajsu. Filmowcy byli zachwyceni pięknem i bogactwem przyrody, którą im pośpiesznie pokazywałem (ech ten brak czasu w branży filmowej).

Marzy mi się, żeby z dużych pieniędzy na promocję turystyczną regonu wygospodarować trochę funduszy i nakręcić kilka filmów (cały serial) o naszej przyrodzie. I to filmów prawdziwie odkrywczych! Podpowiadałem ekipie filmowej z Warszawy kilka innych tematów i rozmówców z naszego regionu. Może się uda i będzie jeszcze jeden film o wrotkowej seksmisji, trwającej 80 milionów lat.

Film o chruścikach ukaże się Telewizji Polskiej w cyklu Dzika Polska – Bogatsze Życie. Program z przyrodą Warmii i chruścikami (Trichoptera) w roli głównej przygotowuje Tomasz Kłosowski (narrator), Tomasz Michałowski (zdjęcia) i Dorota Adamkiewicz (scenariusz i reżyseria). O wodnej przyrodzie Warmii w filmie o chruścikach opowiadało trzech olsztyńskich entomologów.

Cykl filmowy Dzika Polska – Bogatsze Życie opowiada o bogactwie świata istot żywych. Bioróżnorodnością w szerokim sensie nasz kraj może się szczycić, a myślę, że nasz region w szczególności. Takie filmowe, niebanalne opowieści o naszej przyrodzie mogłyby być znakomitą promocją Warmii i Mazur. I jestem przekonany, że gdyby udało się sfinansować cykl kilku-kilkunastu filmów, opowiadających o naszej niezwykłej przyrodzie, to efekt mógłby być podobny do serialu Ojciec Mateusz i promocji Sandomierza i Świętokrzyskiego.

Archiwalne filmy można obejrzeć w internecie na stronie www.dzikapolska.tvp.pl.
W Dzikiej Polce przyroda Warmii czy Mazur gościła bardzo rzadko do tej pory.

Reprodukcja wiedzy

Jakiś czas temu wyczytałem ciekawe informacje o badaniach genetycznych, przeprowadzonych wśród ptaków śpiewających. Okazało się, że wiele samców opiekuje się nie swoim potomstwem. Samice tworzą pary z samcami, wysiadują jaja, opiekują się pisklętami. Ale badania genetyczne pokazały, że tylko część jest ojcami, a wiele opiekuje się tak na prawdę nie swoim potomstwem. Innych samców wybierają do reprodukcji, innych do trwałego (lub czasowego) związku i opieki nad potomstwem. Nie wszystko to, co widzimy jest takie, jakim jest w rzeczywistości.  

Podobnie jest z reprodukcją wiedzy – jak u ptaków – nie ten co światowo kwili zostawia po sobie trwały (genetycznie) ślad w naukowych problemach (dociekaniach, publikacjach, kierunkach badawczych). Duża i niedoceniana jest rola nauczycieli i książek popularnonaukowych jako reproduktorów wiedzy. To one najbardziej zapładniają i dyskretnie (skrycie) trwają w głowach. A przecież nie widnieją w indeksach cytowań…

Może i za jakiś czas dla oceny dokonań naukowych i upowszechniania wiedzy naukowcy wymyślą jakiś sposób realnego oceniania wpływu na nowe pokolenie. Bo o postępie naukowym i o trwaniu cywilizacji to właśnie ci niewidoczni "reproduktorzy" najwięcej decydują. Nie wszystko złoto, co się błyszczy a czasem rzeczywiste złoto ukryte jest przez okiem pośpiesznego poszukiwacza.

Są rzeczy ważne i mniej ważne. Sztuką jest je odróżniać. Zwłaszcza, gdy istota rzeczy nie jest tak łatwo rzucająca się w oczy.

Dobrowolna prostota, powolne życie i życie chwilą

Chęć odwrotu od rozpasanej konsumpcji i zawodowego wyścigu szczurów przybiera różnorodne formy i materializacje. Na nowo odkrywamy dawny ryt franciszkański lub na nowo odkrywamy stare prawdy. Chyba każde pokolenie musi odkrywać te prawdy dla siebie. Lub też każdy w swoim życiu. Jedni wcześniej, w dojrzałości, inni później, gdzieś u początków jesieni życia.

Możemy poświęcić swoje życie na robienie pieniędzy i kupowanie mnóstwa zbędnych rzeczy, których w rzeczywistości wcale nie chcemy i nie potrzebujemy. Z drugiej strony możemy zastanowić się, co rzeczywiście czyni nas szczęśliwymi, zacząć kontrolować wydatki i korzystać z życia. Wybór życia w prostocie oznacza spędzanie mniejszej ilości czasu na zarabianiu pieniędzy i prowadzenie egzystencji uniezależnionej od przedmiotów. Oznacza po prostu życie. To nie jest wezwanie do poświęceń. To jest wezwanie do prowadzenia lepszego, bardziej wartościowego i satysfakcjonującego życia. To osobisty wybór."

David C. Korten

Jest to odwrót od udziału w wyścigu szczurów w świecie, w którym "normalny oznacza noszenie kosztownych ubrań, które kupuje się dzięki ciężkiej pracy, przepychanie się przez korki kupionym na raty samochodem, by dojechać do pracy, którą musisz wykonywać, żeby płacić za ubrania, samochód i dom, który zostawiasz pusty na cały dzień, aby zarobić na jego utrzymanie." (źródło cytatu)  

Minimalistyczne "dosyć" oznacza zerwanie z materialistyczną koncepcją "więcej oznacza lepiej". Do prawdziwego zadowolenia w życiu zdecydowanie "wystarczy mniej".
Wystarczy żyć chwilą w dobrowolnej prostocie.

A dekoracją sympatycznego lokalu (Świeże Zupy) może być nawet stara, wysłużona i poobijana łyżka wazowa. Taka, która w nie jeden talerz zupę już nalewała.

Randka na Moście Jana z krwawym i makabrycznym epizodem

lowiec_czarniawyBędzie to opowieść o randce, konsumpcji i makabrycznych zdarzeniach. A wszystko to na moście w Olsztynie letnią porą…

Most św. Jana Nepomucena na Łynie (zwany Mostem Jana), dzięki charakterystycznej figurze świętego jest znakomitym punktem orientacyjnym. I miejscem spotkań randkowych czy towarzyskich. Ciągle ktoś tam czeka. By kogoś spotkać, by coś się zaczęło… jakaś przygoda.

I ja czekałem. Na syna, żeby razem coś zjeść. Jest więc aspekt kulinarny. A gdzie wątek randkowy? Przecież syn jest owocem moich randkowych spotkań, co prawda dużo wcześniejszych, ale jednak! Da się więc pod miłość podciągnąć. Erotycznych wątków będzie więcej, łącznie z lotem dziewic, cierpliwości.

Na moście widać zazwyczaj czekających ludzi. I ja czekałem. Jak zwykle rozglądałem się po świecie. Mucha na kamiennej balustradzie nie zwróciłaby mojej uwagi, gdyby nie spotkanie w kawiarni pół godziny wcześniej, na ul. Dąbrowszczaków. W owej kawiarni do filiżanki wpadła mucha. Na szczęście filiżanka była jeszcze pusta. Ale zanim zdążyłem wyjąć aparat, przeniosła się na okno. Tym niespodziewanym gościem przy stoliku był łowiec czarniawy (Machimus atricapillus), dawniej zwany łowikiem czarniawym (Asilus atricapillus).

Łowiec czarniawy występuje zwykle na obrzeżach dróg i lasów, także na polach i łąkach. W Polsce najczęściej spotkać go można od czerwca do września. Letni to łowca. Preferuje miejsca nasłonecznione. Akurat był to dzień słoneczny i zapewne czekał w kawiarni na ofiarę. Niczym kawiarniany makabryczny przestępca lub uwodziciel, czekający na swoją zdobycz. Po akurat zakończonej lekturze Miłości w czasach zarazy Marqueza  jednoznacznie skojarzył mi się z łowcą damskich serc i myśliwym szukającym okazji. W sumie o konsumpcję chodzi, choć nie kulinarną. A skoro do morderstwa doszło to od razu jest materiał do mediów w sezonie ogórkowym (przecież chętniej piszą o kronice policyjnej niż spotkaniach w kawiarni).

Ale wróćmy do rzeczywistości. Łowiec jest drapieżnikiem i poluje z zasadzki, siedząc bez ruchu. Poluje na owady różnej wielkości, na muchówki, koniki polne, nawet pszczoły i osy. Przelatującego obok owada atakuje błyskawicznie, w locie nakłuwając go kłujką i wstrzykując truciznę, która szybko zabija jego ofiarę (że nawet co niektóre ze swego jadowitego żądła nie skorzystają). Ze zdobyczą siada na czymś i wysysa ciało owada za pomocą silnego ryjka.

Na zdjęciu widać ofiarę łowcy – to jakaś inna muchówka. Nie mogłem rozpoznać.
Niecodzienna konsumpcja w kawiarni. No cóż, różni goście bywają… nawet czarne charaktery, a w zasadzie to czarniawe.scierwica_miesowka

I właśnie czekając na Moście Jana zobaczyłem taką samą muchówkę. Zrobiłem więc kilka zdjęć, aby w domu spróbować rozpoznać.

Okazało się, że na kamiennej płycie wygrzewała się pospolita mucha. Ścisłej biorąc ścierwica mięsówka (Sarcophaga carnaria). Może niezbyt piękna i nazwa nieciekawa? Ale czyż most nie jest dla wszystkich? Ponadto nie dajmy zwieść się pozorom i powierzchownym opiniom. Latem wszystko jest piękniejsze w słoneczny i wakacyjny dzień.

Ścierwica to stosunkowo duża muchówka o długości ciała 13–15 mm. Jest szara z podłużnymi, ciemnymi (czarnymi) smugami na tułowiu i jasno-ciemną szachownicą na odwłoku. Oczy brązowe. Zdawałoby się dama w wieczorowym stroju. W Polsce jest wszędzie pospolita, występuje także w miastach. Najczęściej spotkać ją można na kwiatach w pobliżu zabudowań. Tym razem siedziała na murku. Być może też się z kimś umówiła? Niestety płci nie udało mi się rozpoznać, więc nie wiem czy to on czy ona. Ale jeśli czeka, to na pewno na drugą połówkę i też zapewne w amorowym nastroju. Kwitnące rośliny zielne pełne słodkiego nektaru w pobliżu też były.

Jeśli przyjrzeć się wspomnianej musze o niezbyt sympatycznej nazwie, nawiązującej do padliny, ścierwa (najpewniej psiego), pod powiększeniem i z bliska, czyli tak jak widzą inne muchy… to okaże się, że jest piękna. Piękna w swojej szaro-czarnej barwie, misternym rysunku i dostojnie sterczącym szczecinkom. Można pomylić ją z rączycami lub z bolimuszką (ale to już inna opowieść). Jeszcze do niedawna uważano, że w swej muszej młodości ścierwica żywi się mięsem lub padliną. Jednak najnowsze badania podają, że pasożytują na dżdżownicach.

Samica składa jaja u wylotu wejścia chodnika dżdżownicy, a wylęgające się larwy ścierwicy same już odszukują swoją dżdżowniczą ofiarę. Mają blisko, dzięki zapobiegliwości swojej matki. Kiedy larwy już odszukają swoją dżdżownicę-żywicielkę, to wgryza się w jej ciało. W rezultacie łakomstwa larwy, dżdżownica ginie a mucha już po kilku dniach kończy rozwój.
Może więc mucha z Mostu Jana nie czekała na randkę tylko odpoczywała przed lotem w poszukiwaniu dżdżownic, z myślą o swoim potomstwie? Nie o swojej konsumpcji myślała tylko o konsumpcji swoich dzieci?

hydropsycheCzekając wiele rzeczy niezwykłych można zobaczyć. Słońce prażyło, wiec zszedłem z mostu i schowałem się w cieniu drzewa, rosnącego przy Łynie.  Z trawnika i z brzegów Łyny podrywały się dziesiątki owadów. Najpierw myślałem, że to chruściki wylatują na gody, na przykład wodosówki (Hydropsyche) – bo sporo ich żyje w Łynie. Ale równy lot wskazywał na inne owady – przecież chruściki poznałbym w locie… a dokładniej po ich charakterystycznym locie. Może jakieś jętki lub widelnice?

Okazało się, że to rójka mrówek. Takich pospolitych. Uskrzydlone samice, jeszcze dziewicze, masowo z wielu mrowisk wylatywały na swój jedyny w życiu lot godowy. By gdzieś w powietrzu spotkać się nad Mostem Jana z samcami i zaspokoić swoje miłosne zapędy. Na jedynej randce w życiu.
A tym, które nie zostaną zjedzone przez latające jaskółki i jerzyki, po tej miłosnej eskapadzie opadną skrzydła… to znaczy same je sobie odgryzą, bo zaczną  stateczne życie w swojej mrówczej rodzinie – królowe ogniska (mrowiska) domowego. To był ten masowy lot dziewic, o którym na początku wspominałem. Nie jakieś tam pospolite panienki z różowymi parasolkami, tańczące na rurach.

Było więc o randkach, miłosnych uniesieniach owadów, jedzeniu, zbrodni w kawiarni i na trawniku. A ja się doczekałem i na świeżą zupę z synem poszedłem.

Refleksje o kształcie uniwersyteckiej edukacji i potrzebnych zmianach

Trwa sezon rekrutacyjny na uczelniach wyższych i pojawiają się pierwsze komunikaty o naborze. W mediach można znaleźć informacje jakie kierunki cieszą się zainteresowaniem a które zamierają z powodu braku chętnych do studiowania. Pryz okazji na nowo odżywa dyskusja o niżu demograficznym. Jednak spadek liczby studiujących to nie tylko sprawa demografii ale i rynku pracy oraz niedostosowania jakości kształcenia. W tle toczy się cicha i powolna transformacja uniwersytetów. 

Szkoła wyższa  nie może być jedynie miejscem przechowywania i przekazywania wiedzy zgromadzonej w starych, grubych księgach. Nauczyciel akademicki nie może być już wszechwiedzącym mędrcem, a studenci biernymi odbiorcami wykładów. Specjalizacja naukowa powoduje, że nauczyciele akademiccy opowiadają o bardzo wąskich zakresach wiedzy. Przy okazji – niczym pliszka, która swój ogonek chwali – starają się swoją specjalność, swój przedmiot uczynić wiodącym i zapewniającym wystarczającą liczbę godzin. W niżu demograficzny ta tendencja jeszcze bardziej się nasila i w rezultacie programu studiów czy specjalności bardziej przypominają efekt przepychanki niż dobrze przemyślaną całość). Dobre kształcenie wynika z pracy zespołowej i współdziałania wielu pracowników. Indywidualna, w jakimś sensie egoistyczna i krótkowzroczna rywalizacja szkodzi wszystkim, i studentom (bo są źle wyedukowani) i pracownikom (bo stracą prace w wyniku braku studentów). Gorsza całość to mniej studentów… i systematycznie rosnące kłopoty z godzinami. O przetrwaniu i rozwoju uniwersytetów przesądzi realna umiejętność pracy zespołowej pracowników. Godzina prawdy dla społeczności akademickiej właśnie nadchodzi…

Dzisiaj nie wystarczy zwykły podział wiedzy na poszczególne przedmioty, tak jak to było od dziesięcioleci. Wiedzy jest zbyt dużo, aby nauczyć wszystkiego. Ponadto wiedza się szybko zmienia. Trudno więc nadążyć i wypracować sensowny kanon niezbędnej i zrównoważonej wiedzy, podzielonej na sensowne przedmioty. Właśnie dlatego w kształceniu uniwersyteckim równie ważne jest rozwijanie kompetencji społecznych, które umożliwią każdemu absolwentowi funkcjonowanie w realnym świecie i nauczą go samodzielnego uczenia się przez całe życie.
Musimy dać wędkę a nie rybę. Kształcenie ustawiczne staje się faktem. Wiedza uniwersytecka w dużym stopniu dezaktualizuje się już po kilku latach. To wina szybkiego postępu.

Kształcenie uniwersyteckie powinno koncentrować się na problemie (rozwiązywaniu konkretnego problemu). Każdy problem ze swej natury jest interdyscyplinarny i wielowątkowy. Trzeba więc nauczyć się rozwiązywać problemy i współpracować z ludźmi w zespołach.
Uniwersytet powinien być miejsce, gdzie ostatecznie młodzi ludzie nabędą te umiejętności. Czyli więcej praktycznych działań, mniej wykładów. Wykłady powinny być systematycznie przenoszone do internetu w formie e-learningu. Tak robią już uniwersytety amerykańskie, gdzie wiele treści w formie krótkich wykładów wideo w formie wolnego dostępu dociera w najdalsze zakątki świata. To jest nie tylko wsparcie merytoryczne własnych studentów ale i kształcenie nieformalne czy pozaformalne jak i ustawiczne. W tej otwartej edukacji jest i sprytna promocja. Bo po dalszą naukę ludzie idą do miejsc i osób już znanych.

Jak wynika z dostępnych dany już ponad dwie trzecie części naszej nauki przebiega w miejscu pracy. A więc już po studiach i w formie kształcenia ustawicznego.  W miejscu pracy powstają możliwości (wraz z internetem) oferujące różnorodne formy dokształcania oraz partnerską pomoc w nauce wśród współpracowników. Nawet poprzez portale społecznościowe w coraz większym stopniu pomagamy sobie na wzajem w uzupełnianiu wiedzy. Konektywizm nie jest tylko mrzonką pedagogów.

Pracodawcy narzekają, że umiejętności absolwentów są niewielkie, dlatego rośnie bezrobocie. Zbyt dużo wkuwania zbędnych i archaicznych treści, zbyt mało zajęć praktycznych i nauczania problemowego

"Z jednej strony umiejętności młodych pracowników, którzy kończą szkoły, są niedostosowane do tego, czego żąda rynek. Efekt? Osobom z najniższym wykształceniem najtrudniej znaleźć pracę. Z drugiej strony rośnie armia absolwentów wyższych uczelni, którzy lądują na nisko płatnych stanowiskach."

(czytaj więcej)

"W krajach lepiej rozwiniętych dużym problemem jest rosnąca liczba NEET-sów, czyli tych młodych, którzy nie pracują, nie uczą się, nie uczestniczą w stażach zawodowych. Średnio w państwach rozwiniętych do tej grupy należy 15,8 proc. młodych. Co szósty nastolatek nie robi nic.

Jak napisali autorzy raportu, "Kolejka bezrobotnych rośnie tak bardzo, że wielu młodych w pewnym momencie ją porzuca. Przestaje szukać pracy".
(czytaj więcej)

Spór o miasto deszczem wywołany

zalanytrawnik

Spór, jaki ostatnio rozgorzał w olsztyńskich mediach o przyczynę podtopień, jest krótkotrwały i pełen emocji. Ale jest jednocześnie wywołany długotrwałym sporem o wizję miasta ogrodu. To długa dyskusja nad wizją miasta i inwestycjami. I ona szybko nie przeminie. Jeden deszcz i przypadek podsycił i ujawnił drzemiące od dawna emocje.

Symbolicznie w mediach moje wypowiedzi przeciwstawiane są opinii prezydenta Olsztyna – Piotra Grzymowicza. Czy za powodzie winne jest betonowanie miasta czy nie całkiem sprawna kanalizacja burzowa? Rzeczywistość jest tak złożona i wielowymiarowa, że pewnie jedno i drugie jest prawdziwe. Po wpisie na moim blogu najpierw odezwała się Gazeta Olsztyńska, potem TVP, potem przedrukowali na olsztyńskim portalu a na koniec (?) zadzwonili z Gazety Wyborczej. Pewnie dzisiaj jest w gazecie. Ale to są krótkie wypowiedzi. Szum medialny szybko przeminie, a problem pozostanie.

Problem z podtopieniami będzie się nasilał, bo jest kilka przyczyn. Po pierwsze konserwacja kanalizacji burzowej, po drugie zmniejszanie się powierzchni chłonnych dla wody w mieście w wyniku normalnej zabudowy i błędów w planowaniu, w końcu przyczyną są intensywniejsze opady, spowodowane zmianami klimatycznymi. Nie ma jednej, nawet dużej inwestycji, która by problem rozwiązła. Potrzebne są działania systematyczne i rozproszone. Tak jak z myciem rąk przed jedzeniem, które wielu chorobom zapobiega.

Bo nie ma bezpośredniego związku z zabetonowanie trawnika na ul. Wojska Polskiego a podtopieniami na Jarotach – zbyt duża odległość. Tak jak nie ma związku z tym, że Jaś rąk nie umył a  Kasia zachorowała. Jest jednak ogólny związek z brakiem higieny i chorobami „brudnych rąk”.

Jest wiele inwestycji w Olsztynie, które zwiększają ilość powierzchni nieprzepuszczalnych dla wody. Pisałem o tym wielokrotnie i dlatego najpewniej olsztyńskie media do mnie wydzwaniamy. Podam może dwa kolejne przykłady. Na rogu Iwaszkiewicza i Tuwima powstał duży hipermarket, w miejscu terenów zielonych. To nie tylko powierzchnia sklepu, ale i duży parking. Parking wyłożony polbrukiem. A przecież wystarczyło zastosować powierzchnię ażurową – ta sama funkcja ale z częściową przepuszczalnością powierzchni. Żeby było śmieszniej ażurową kratownicę położono… jako chodnik dla pieszych (strasznie niewygodne, powierzchnia symboliczna i niewielka). Czy jeden parking spowoduje podtopienia? Nie, on tylko pogarsza ogólną sytuację. Czy od jednego papierosa dostaniemy raka płuc? Ale codziennie wieloletni palacz może tak stawiać pytanie i udawać, że problemu nie ma, ze palenie w ogóle nie szkodzi.

Drugi przykład – ulica Iwaszkiewicza. W naturalnym zagłębieniu, na trawniku z bajorkiem postawiono domy tzw. Trzy Wieże. Ubytek powierzchni wchłaniającej wodę. Ale dla wybudowanego tam sklepu wielkopowierzchniowego po drugiej stronie ulicy, w miejscu planowanego od ponad dekady parku, wybudowano polbrukowy parking. I znowu przybywa powierzchni betonowych (ubywa zieleni tak pożądanej przez mieszkańców!), po których woda spływa i gdzieś się musi gromadzić. A wystarczyło tylko zastosować kratownice ażurowe i uciążliwość byłaby mniejsza. Chodnika dla pieszych oczywiście do tej pory nie ma… Taka to inwestycja.

Trzeci bliski przykład, Aleja Warszawska, asfaltową jezdnię poszerzono na buspasy a na rozległym terenie zielonym budowany jest wielki apartamentowiec. Znowu ubywa terenów zielonych a przybywa nieprzepuszczalnego „betonu”. Nie da się zbyt długo zamiatać pod dywan – prędzej czy później widać będzie górkę i śmieci przypadkowo rozsypią się po całym pokoju. W najmniej oczekiwanym momencie.

Miasto musi się rozwijać i nie protestuję przeciw inwestycjom jako takim. Ale wskazuję na fakt, ze brakuje inwestycji i działań kompensujących te negatywne hydrologicznie skutki. Przy takim trendzie nie trzeba być prorokiem by przepowiadać coraz częstsze podtopienia. Bo system kanalizacji musi odbierać coraz więcej wody z coraz większej powierzchni. Przy przeciążeniu nawet drobne kłopoty z piaskiem czy śmieciami w kanalizacji kończyć będą się zalaniami.

Na dodatek w związku z ociepleniem klimatu w ciągu wielu lat możemy spodziewać się intensywniejszych opadów niż kiedyś. Tak więc obiektywna, zewnętrzna sytuacja wskazuje, że powinniśmy wyprzedzająco i roztropnie działać. Chodzi więc nie tylko o niepogarszanie dotychczasowej struktury ale wyprzedzające przygotowanie się na coraz intensywniejsze opady. Stara sieć kanalizacyjna nie jest na to przygotowana i nie ma szansy na odkopanie całego miasta i położenie nowej, znacznie bardziej przepustowej kanalizacji. Sposoby zaradzenia są już znane i na świecie stosowane, nie trzeba więc odkrywać Ameryki na nowo. To, o czym piszę nie jest nauką (odkrywanie nieznanego) a jedynie popularyzacją istniejącej już wiedzy.

Przykład i porównanie

Zanim przypomnę znane już na świecie fakty, posłużę się przykładem. Proszę przypomnieć sobie albo niedzielną mszę świętą w kościele albo jakiś seans w kinie czy teatrze. Jak to jest, że gdy wchodzimy do kościoła, kina, teatru to tłoku przy wejściu nie ma. Ale jak wychodzimy to ścisk i tłok już jest? Przecież tyle samo ludzi i te same drzwi? Różnica polega w czasie – na ogół wchodzący przychodzą w różnym czasie i moment wchodzenia jest rozciągnięty na dłuższy okres. Ta sama liczba ludzi, gdy próbuje wyjść w jednym momencie, powoduje tłok i zator. Czy mamy mówić, że wyjście za małe i należy poszerzyć? Jeśli są dodatkowe wyjścia – to są otwierane. A jak nie ma? To wystarczy, gdy część osób opóźni nieco swoje wstawanie z ławek czy kinowych foteli. Na tym polega retencja w odniesieniu do wody. A co, jeśli na skutek zmian klimaty w pomieszczeniu znajduje się więcej wody-ludzi niż zwykle? Każde dodatkowe, nawet małe, wyjście awaryjne jest przydatne.

zielonyparking

Jakie są potrzebne działania w mieście?

Zamiast zmniejszania ilości powierzchni przepuszczalnych dla wody trzeba zwiększać powierzchnię chłonną. To są trawniki (jak na fotografii górnej), to są ażurowe parkingi itd. Na to nie trzeba większych nakładów tylko wiedzy i wyobraźni. Ale są i nowe rozwiązania tak jak zielone dachy (niższa fotografia) – nie tylko upiększają miasto ale i zwiększają retencję wody. Takie powinny być już na wszystkich nowych inwestycjach, zwłaszcza tych wielkopowierzchniowych (nieznacznie zwiększą koszty budowy). Na dodatek odfiltrowują z powietrza pyły (szkodliwe dla zdrowia ludzi w mieście).

zielonydach

W końcu można część wody z dachu, spływającej rynnami, odprowadzać przynajmniej w części od razu do gruntu lub małych, podziemnych i przesiąkliwych zbiorników wodnych. Wszystkie takie liczne i rozproszone powierzchniowo działania powodują, że po każdym deszczu mniej wody trafia do kanalizacji burzowej oraz spływa ona wolniej, w dłuższym okresie, co ułatwia odprowadzenie kanalizacją z miasta.

Potrzebne są też natułane zbiorniki retencyjne w postaci szerokiej, nie zabudowanej doliny zalewowej rzek. Bo jeśli całą wodę i to w krótkim czasie odprowadzimy z dużego miasta… to pojawi się problem fali powodziowej poniżej miasta dla innych miejscowości i terenów. Nie żyjemy w próżni. Takie tereny zielone jak dawne Jezioro Płocidugi na przeciw Brzezin i tereny zalewowe powyżej Olsztyna są naturalnymi, potencjalnymi zbiornikami retencyjnymi dla dużej wody, która od Rusi i Bartąga ewentualnie mogłaby do nas się zbliżać (po jakiejś intensywnej ulewie). Niech tam ta woda w części się czasowo zgromadzi… to Łyna w mieście nie wyleje.

Planowanie inwestycji w mieście to nie łatwej zadanie. Trzeba o wielu rzeczach wyprzedzająco pomyśleć. A dyskusja wokół ostatnich podtopień jest tylko częścią debaty o kształt miasta, od dłuższego czasu trwającej. Miasto dla ludzi czy parking dla samochodów lub poletko dla inwestorów?

Bunt młodego pokolenia czy transformacja cywilizacji ?

Świat się zmienia jak przepoczwarczający się chruścik. Ale te różne wiosny rewolucyjne to nie tylko bunt młodego pokolenia. To coś więcej, to cywilizacyjna transformacja, która dojrzewa i materializuje się na naszych oczach.

Źle urządziliśmy ten świat. Lub inaczej – zmieniliśmy go tak bardzo, ż potrzebny kapitalny remont, w sensie przemyślenia pryncypiów. Ewidentnie coraz bardziej coś jest nie tak i nie ma co udawać i zwalać że młodzi są leniwi, źli, źle wykształceni etc. Jeszcze nigdy żadne pokolenie nie było tak dobrze wykształcone jak teraz. Ale nie ma dla nich miejsca, stoją w kolejce po uznanie społeczne, ale powoli tracą cierpliwość. Nie tylko w Polsce, nie tylko w Europie, nie tylko „na Zachodzie”.

Podzielić się światem…. Zarówno zasobami środowiska, jak i pracą oraz pozycją społeczną. Jaki świat zostawimy przyszłym pokoleniom? Zadufani w sobie i oburzający się na młode pokolenie…. A co im dajemy, co im zostawiamy? Wyścig szczurów, korporacyjną konkurencję zamiast współpracy, kult konsumpcji, wyczerpujące się zasoby środowiska i rosnące góry śmieci?

„Młodzi są sfrustrowani. Nie mogą znaleźć pracy, do której przygotowywali się podczas studiów, nie mówiąc już o rozwoju i karierze (..). O małą liczbę wolnych stanowisk konkuruje masa świetnie wykształconych młodych ludzi. To oznacza, że ci gorzej wykształceni szybko są wyrzucani z rynku. (…) Bezrobocie wśród młodych bije rekordy. Do końca 2013 r. bez pracy będzie na całym świecie ponad 73 mln osób pomiędzy 15. a 29. rokiem życia. Tym, którzy pracują, zostają "śmieciówki" – alarmuje Międzynarodowa Organizacja Pracy.”

(źródło cytatu

Tak wiele jest do zrobienia zakresie poznawania świata, upowszechniania wiedzy, podboju kosmosu… a jednocześnie tak wiele ludzi jest bezrobotnych a ich życie pozbawione sensu! Pieniądz i gospodarka rynkowa okazują się kiepskim organizatorem życia społecznego. Czegoś ewidentnie brakuje. Jesteśmy jak samochód z pełnym bakiem… który ledwo co jedzie.

O zmianach zadecyduje nie tyle postęp technologiczny co… przewartościowania filozoficzne i stylu życia.

Zasypują koryto rzeki i dziwią się że Łyna wylewa

bartazasypywanielyny_1

Wczesną wiosną 2012 roku wybrałem się na wycieczkę rowerową do Rusi. Za Bartągiem spotkałem widok, uwieczniony na fotografiach – koryto rzeki było systematycznie zasypywane gruzem i ziemią. Kogoś widać kusi działka budowlana. Skutki dość łatwe do przewidzenia.

Jeśli zwęża się dolinę rzeki, ogranicza strefę zalewową i zasypuje koryto rzeczne to powódź i podtopienia są tylko kwestią czasu. Zagrożenie nie tylko dla Bartąga ale i w części dla dzielnic Olsztyna. Kilka dni temu trochę więcej popadało i poza zalanymi ulicami w mieście pojawiły się podtopienia łąk koło Bartąga. Zalane łąki to nie problem. Ale gorzej, że wraz z pazerną presją dublowaną deweloperów systematycznie koryto rzeki Łyny jest zwężane. Zasypywane jest nie tylko śmieciami (co widać wyraźnie w czasie spływu kajakowego) ale i ziemią, gruzem.. i to na dużą skalę.

Pazerność z głupotą i krótkowzrocznością będzie przyczyną kolejnych nieszczęść. I sytuacja powtarza się od lat w wielu miejscach. Być może rozwiązaniem byłoby ewidencjonowanie takich praktyk i potem, w czasie podtopienia, kierować sprawy sądowe o odszkodowania. Niech winni płacą. Jeśli nie można zapobiec złym praktykom, to przynajmniej niech będą karani rzeczywiści sprawcy.

ps 1. zapobiegać jest zawsze taniej niż leczyć (tj. likwidować skutki).

ps. 2. Ja się dowiedziałem, w tym miejscu już budują domki jednorodzinne. Z jednej strony to głupota, z drugiej nieodpowiedzialność i wciskanie trefnego, wadliwego produktu (sprzedam bubla i niech się potem kto inny martwi). Będzie w naszej lokalnej TVP… ale czy to coś da?

bartazasypywanielyny_2

Nauka jest jak domek chruścika, kumulatywna

Nauka jest jak domek chruścika, ma charakter kumulatywny. Z przodu nieustannie dobudowywana, rośnie. Ale z tyłu odrzucane są starsze elementy, zbędne. Domek rośnie, powiększa się, zachowuje kształt i proporcje. Ale nie jest to pełna kumulatywność. Niektóre zbędne rozwojowo elementy są tracone, odrzucane. Cały czas nauka zachowuje swoją całościowość. Mimo rozwoju. Jest przebudowywana, rozbudowywana, modyfikowana a nie burzona i budowana zupełnie od nowa.

A człowiek jest jak chruścik w domku, dobudowuje i odrzuca. Wybiera z otoczenia różne elementy, ziarna piasku, muszli, wycina fragmenty roślin itd. i je wbudowuje. Dobiera a nie wkleja jak popadnie i co się nawinie. Chruścik bez domku żyć nie może, przynajmniej dłużej. A sam domek nie powstałby bez chruścika.

U larw chruścików domkowych na pierwszym segmencie tułowia występują 2-3 wyrostki. Dzięki nim chruścik „czuje” domek. Jeśli larwa urośnie i nie czuje nacisku, to stymuluje ją do dobudowywania domku z przodu. Eksperymentalnie zakładano opaski uciskowe na tę część ciała chruścika – w rezultacie larwa „zapominała” o dobudowywaniu domku od przodu. Na końcu odwłoka znajdują się natomiast włoski-szczecinki czuciowe. Dzięki nim larwa wyczuwa koniec domku i wie, kiedy odgryzać (usuwać) zbędną część. Jeśli wyciąć te włoski, to larwy przestają skracać domek w miarę swojego wzrostu.

W nauce także czasem dochodzi do zaburzeń – naukowcy zapominają o dobudowywaniu wiedzy lub o odrzucaniu elementów nieaktualnych, przestarzałych.

Pokolenie Ja i narcyzm konsumpcji

Próbujemy się nazywać i identyfikować na różne sposoby. Nazywamy (i dzielimy się na) narody, zawody, ale i kolejne pokolenia. Obecnie chyba dominuje – przynajmniej wśród młodych – pokolenie "Ja". Poczucie własnej wartości i dawniej czasem osiągane było przez gnojenie studentów. Lub „kotów” w wojsku, lub jako fala w szkole. Lub hejtowanie w sieci. Grupowe znęcanie się nad ofiarą dawało i daje niektórym poczucie więzi i identyfikacji.

Obecnie wyrosło nam pokolenie Ja – pokolenie w którym wzrosła liczba odniesień do samego siebie, a spadła liczba odniesień i identyfikacji kolektywnych. To skutek (albo jednocześnie i przyczyna) globalizacji. Homogenna globalna wioska ze znacznie łatwiejszym przeżyciem jednostki tę jednostkę i Ja mocniej preferuje. Kiedyś przeżycie warunkowane było życiem we wspólnocie. Czy to plemię, czy rodzina, czy wioska. Tylko we wspólnocie można było przeżyć, fizycznie i psychcznie. Nawet pustelnik żył w relacji ze wspólnotą (do pustelnika wspólnota udawała się po rady i przemyślenia).  Globalna wspólnota jest jeszcze większa. Jedno plemię liczące kilkaset osób, nawet kilka tysięcy – nie byłoby w stanie utrzymać całej naszej konsumpcji i produkcji komputerów, telefonii mobilnej, podróży samolotami, krewetek itd. Czyli z jednej strony rozrasta się nasza kolektywna wspólnota do rozmiarów globalnych (łączą się do niedawna osobne zbiorowości), z drugiej rozpadają się lokalne małe wspólnoty i jesteśmy w stanie życie w pojedynkę… w globalnej wiosce. Integracja na jednym poziomie (globalnym, planetarnym) łączy się z dezintegracją na innym poziomie (np. rodziny). W sumie wychodzi na to samo ale jest zupełnie inaczej.

W konsekwencji obserwujemy społeczny wzrost indywidualizmu, wzrost kulturowego znaczenia "ja" i koncetrowanie się na "ja". Ja –  moje potrzeby są najważniejsze, ważniejsze niż grupa, niż społeczność.
Pokolenie Ja dotknięte jest epidemią narcyzmu. Stąd m.in. pęd do bycia celebrytą (sławnym) choć przez 5 minut. Bo wszystko jest możliwe do osiągnięcia a sława (i szacunek) lokalnej społeczności zamienia się w poczucie sławy medialnej i globalnej, rotacyjnie po 5 minut dla każdego.

Narcyzm jest źródłem nadmiernej konsumpcji i nadmiernej pewności siebie, co skutkuje m.in. kryzysem ekonomicznym i ekologicznym. Konsumować, „bo jestem tego wart”.
Pokolenie Ja powtarza nieustannie mantrę kulturową – „wszystko jest możliwe, wszystko mogę osiągnąć”. Ale wyrastanie w takim przeświadczeniu powoduje wzrost frustracji, depresji, większego niepokoju. Bo nie wszystko jest jednak możliwe. W takim rozumowaniu nie ma miejsca na „siły wyższe”, na przypadek, na niemożność fizyczną. Dlatego tak mocno przeżywamy klęski przyrodnicze, ulewy, powodzie, pożary, choroby, wypadki losowe i komunikacyjne. Od razu szukamy winnych. Bo przecież "wszystko jest możliwe" (dla Ja), a jeśli się nie udaje, to na pewno ktoś zawinił! Trzeba go znaleźć i ukarać. I wtedy znowu wszystko będzie możliwe.
Ratujemy wizerunek kulturowego "wszystko jest możliwe dla mnie" poprzez zbiorowe palenie czarownic – szukanie kozła ofiarnego do rytualnego zlinczowania.

Pokolenie Ja jest narcystyczne, nastawione na "bycie sobą" i jest paradoksalnie bardziej przygnębione, zalęknione, zestresowane. Tak twierdzą socjolodzy. Indywidualizm prowadzi do izolacji. Jeśli czujemy się odizolowani to czujemy się źle. Dawne pokolenia miały większe poczucie przynależności. Mogły na sobie polegać. Pokolenie Ja to indywidualizm i samotność. Samotność w sieci. Poczucie przynależności pozwala znosić wiele niedogodności. Tym tłumaczyć można fenomen dyktatur, ZSRR czy Korei Północnej.

Narcyzm powoduje dużą konsumpcję, co pociąga za sobą nadmierne zużycie surowców i ogromną produkcję odpadów. Narcyzm niszczy nie tylko jednostki ale i środowisko. Żeby chronić środowisko (zostawić je dla przyszłych pokoleń), trzeba chronić duchowość człowieka. A ta duchowość wymaga wspólnotowości i poczucia przynależności. Przynależności opartej na wspólnych wartościach a nie wspólnym wrogu.
Minimalizm, dobrowolna prostota czy franciszkańska asceza stają się coraz bardziej poszukiwanymi stylami życia, alternatywnymi dla konsumpcyjnego Ja. Nie da się ochronić przyrody nie chroniąc człowieka. I vice versa.

Być może najgorszy jest cywilizacyjnie i indywidualnie moment przejściowy, transformacji: kiedy nie ma jeszcze zbudowanej wspólnoty globalnej (identyfikacji ze znacznie większą społecznością już funkcjonującą w gospodarce) a już rozpadły się dawne spólnoty lokalne. Straciliśmy więzi lokalne poprzez zmianę stylu życia a jeszcze nie ugruntowało się poczucie przynależności np. europejskiej (dla mieszkańców Unii Europejskiej). W tym rozpadzie jeszcze próbujemy dzielić się na narody (wzrost nacjonalizmów) ale już gospodarczo i kulturowo funkcjonujemy w społeczeństwie globalnym, gdzie członkami wspólnoty są inni, do tej pory w identyfikacji narodowej utożsamiani jako "obcy". Być może pokolenie Ja jest bardzo przejściowym elementem transformacji kulturowej i swoistej kompartymentacji struktur.