Betonowe trawniki czyli skąd się biorą podtopienia w miastach

Aura nas nie rozpieszcza. W tym roku często słyszymy o powodziach i podtopieniach w miastach, nawet w Olsztynie. Czy źle zbudowane są systemy kanalizacji, że nie potrafią odebrać spływającej wody? Zbudowane były dla innych sytuacji klimatycznych i urbanistycznych i teraz po prostu są niewydolne. Jednak koszty wymiany i przebudowy byłyby zbyt duże finansowo i społecznie, aby ktokolwiek próbował to zrobić (nie tylko w Polsce). Są prostsze i tańsze rozwiązania.

Po pierwsze w miastach, w tym w Olsztynie, zbyt dużo (niestety coraz więcej) jest powierzchni nieprzepuszczalnych dla wsiąkającej wody. Coraz więcej asfaltu, budynków i betonowych chodników. W rezultacie prawie cała woda deszczowa, która spadnie to spływa po ulicach. Prawie nic nie wsiąka. Na domiar złego w Olsztynie robimy trawniki z polbruku (czytaj na ten temat), systematycznie pogarszając sytuację hydrologiczną. Krótkowzrocznością planistyczną i ignorancją sami sobie systematycznie pogarszamy sytuację.

Żeby uchronić się przed zalewaniem ulic i podtopieniami trzeba zwiększyć liczbę powierzchni, przez które woda wsiąka do gruntu. Wtedy systemy kanalizacji burzowej dostają mniej wody (nie cały deszcz, który spadnie) i spływa ona wolniej i bardziej równomiernie.

Zatem sensownym rozwiązaniem są przede wszystkim trawniki. Na załączonym wyżej zdjęciu widać niepotrzebnie zabetonowaną przestrzeń między jezdniami. Dla ozdoby zawieszono skrzynki z kwiatami. Jest ładniej, ale trzeba podlewać – to też są koszty. Trawnik lub kwiaty wysadzone do gruntu wymagałyby mniejszego podlewania (jeśli w ogóle) i byłyby tańsze w utrzymaniu. Parkingi powinny być budowane z ażurowej kratki (tak jak w Elblągu przed starówką, zdjęcie na dole).

Kraje rozwinięte wprowadzają jeszcze dodatkowe sposoby spowalniania spływu powierzchniowego i w ten sposób chronią się przed podeszczowymi podtopieniami. Są to na przykład zielone dachy… czyli trawniki zakładane na dachach. Część wody jest przechwycona przez roślinność a dodatkowo spowalnia się odpływ deszczówki – w rezultacie opady spływają do systemu kanalizacji w wydłużonym czasie. Tam gdzie można, tworzy się powierzchnie przepuszczalne dla wody, np. ze żwiru. Rynny z dachów odprowadzają wodę bezpośrednio do gruntu (częściowo). Buduje się nawet podziemne zbiorniki na deszczówkę. Każde zagłębienie, nawet na trawniku, ma za zadanie przejmowanie wody i stanowi mini zbiorniczek retencyjny. Po pierwsze im dłużej woda zalega tym więcej jej wsiąka w grunt. Po drugie opóźniany jest spływ wody deszczowej.

Za intensywniejsze opady atmosferyczne w dużym stopniu odpowiedzialne jest globalne ocieplenie klimatu. Działalność człowieka ma na to duży wpływ. Jest więcej burz i opadów w krótszych odcinkach czasowych. Działania globalne, takie jak różnego rodzaju pakiety klimatyczne, poza długim okresem negocjacji (i wrażliwość na populizm) i tak zadziałają dopiero po wielu latach. Tak jak rozpędzonego pociągu nie da się zatrzymać od razu (średnia droga hamowania ponad 1 km), tak nie da się szybko zniwelować skutków antropogenicznych zmian klimatu.

Na pewno jednak mamy wpływ na małą architekturę, na nie betonowanie trawników i na zwiększanie powierzchni wsiąkliwych dla wody. Nie wiem dlaczego przy nowych inwestycjach tak dużo trawników zamienia się w betonowe pustynie. Czy ma to niby zmniejszyć koszty utrzymania, np. poprzez nie koszenie? Ale ta pseudo oszczędność przynosi straty znacznie większe w postaci zalanych samochodów, podtopień i utrudnień w komunikacji. Nawet niezbyt intensywny deszcz padający w Olsztynie przyniósł, wiele zalanych ulic (zobacz więcej).

Głupi i chytry dwa razy traci. Ile jeszcze trzeba stukania w klawiaturę by od dawna i powszechnie znane zależności ekologiczne i hydrologiczne terenów zurbanizowanych dotarły do decydenckich głów w Olsztynie?

Koszulka kontrowersyjna i zbuntowana – nie mają pracy jako inteligenci, więc może buntują się w ten sposób

600274_360853277364387_1758155792_nSwoje juwenalia obchodziłem na WSP. Ale to jest jedyna kortowiadowa koszulka, którą do tej pory kupiłem. Jest w niej coś z młodzieńczego, szlachetnego buntu (więcej o koszulce tu, tu i tu).

Studencka przyszłość nie jest różowa. Magister i doktor na zmywaku lub na bezrobociu, stołujący się w Biedronce. Dlaczego studenci mieliby pozować na ambitnych intelektualistów (tak jak kiedyś), gdy są spychani na margines? Dla mnie to bunt pokolenia. Jeszcze nie nazwany, jeszcze nie do końca uzmysłowiony. Ale bunt…. I chyba nawet globalny, bo wrze na wielu kontynentach, choć niejednakowo.

W moich studenckich czasach kulturą wyższą zajmował się mały odsetek żakariatu (tj. społeczności studenckiej). Ale było zapotrzebowanie. To myśmy, liderzy i animatorzy, chcieli takiej kultury kontestującej, ambitnej, wyróżniającej (bo było więcej wolności, bo mieliśmy odwagę w liczniejszej grupie). A teraz? Teraz podobny odsetek jest ambitny. Ale ginie w demokratycznie rządzącej się większości. Kto chce ten znajduje ambitne imprezy studenckie, ale to mało medialne, więc mniej zauważalne. Nie jest wzywana policja, nie leje się krew, stąd i mniejsze publiczne zainteresowanie popkultury. Mimo, że nawet media o tym piszą i informują, ale w rubrykach „kultura” a nie kronika policyjna. Dostrzegamy w swej świadomości tylko to co masowe i liczne, głośne, popkulturowe.

Studia nie tworzą elity, uprzywilejowanej merytokracji. Owszem, tu dalej rodzi się na uniwersytetach merytokracja, czy digitariat, ale ma charakter indywidualny a nie zbiorowo-pokoleniowo. Teraz elitarność kształtuje się nie po przez sam fakt bycia studentem. Chyba poprzez kompetencje społeczne, uczenie się liderowania, współpracy, nawiązywania kontaktów z aktywnymi. Za moich czasów aktywni studenci… po latach wypłynęli na stanowiskach politycznych, pełniąc ważne funkcje. Studia były okazją do zaistnienia. Zdobyli pozycję i umiejętności społeczne nie na kursowych zajęciach, ale gdzieś pomiędzy… dzięki własnej ambicji, poszukiwaniu, aktywności. Dzisiaj jest podobnie. Są pilni studenci i są ambitni, poszukujący, zdobywający świat. Dawniej i dziś pojawiają się na scenie czy na ważnych wiecach.

Generalnie jak nie ma roboty, to nie ma, choćby wokół byli sami wielcy specjaliści. A jak robota jest, to pracodawca sam zadba, żeby ludzi jej nauczyć. Szkoły i uczelnie nie są winne bezrobociu.

Szkolnictwo powszechne w obecnym kształcie jest dziewiętnastowiecznym przeżytkiem. Kulturowym i politycznym. Jeśli działa do dziś, to tylko mocą biurokratycznej inercji i obezwładniającej hipokryzji. Machina szkolna produkuje bowiem nie tylko zastępy nauczycieli, urzędników oraz, rzecz jasna, absolwentów szkół, lecz również narkotyzującą propagandę własnych sukcesów i ”chwałę resortową”.”
(źródło cytatu)

Kutura i nauka ma wartość wtedy, gdy buduje więzi międzyludzkie

bauman_ksiazka

„Nie zawsze to, co istotne w kulturze, wydarza się w ramach tradycyjnie rozpoznawanej wartości. A kultura ma wartość nie tylko wtedy, gdy wspieramy utwory, które w jakiś sposób posuwają naszą cywilizację do przodu – ma wartość również wtedy, gdy na przykład buduje więzi międzyludzkie.”

Jarosław Lipszyc

Toczy się cicha batalia o dostęp do kultury i nauki. Trzeba zmienić restrykcyjne prawo autorskie i rozumienie dozwolonego użytku (i nie  pozwolić na dalsze zaostrzanie). Na nowo trzeba zdefiniować to, co stanowi dobro wspólne i przestrzeń publiczną w kulturze jak i nauce. Inaczej niebawem wszędzie zobaczymy „druty”, grodzące ogólnoludzkie zasoby. Mam nadzieję, że próby komercjalizacji wszystkiego, łącznie z DNA,  wzmocnią tylko tworzenie wolnych zasobów zarówno w kulturze jak i nauce.

I jeszcze jedne dłuższy cytat, dobrze ilustrujący to, ze w kulturze i nauce im więcej się daje (rozdaje), tym więcej się ma. Zresztą, nie tylko w nauce i kulturze :).

„Jak przychodzi na kolację niespodziewany gość, to gospodyni jest w kłopocie: jedzenia nie będzie dość dla wszystkich. Ale jak przychodzi niespodziewany gość na seminarium, to prowadzący się cieszy: będzie więcej strawy – intelektualnej, rzecz jasna – dla uczestników. (…)  jeśli ja panu dam dolara i pan mi da dolara, to każdy z nas ma po jednym dolarze. Ale jak ja panu dam myśl i pan mi da myśl, to każdy z nas ma dwie myśli. Na tym właśnie polega różnica między kradzieżą dolara i przyswojeniem sobie myśli czy melodii. W społeczeństwie myśliwskim, z którego wszyscy w jakiś tam sposób się wywodzimy, jak myśliwy przynosił ubitą zwierzynę, wszyscy cieszyli się perspektywą smakowych rozkoszy.

Jeżeli pozbawiam pana czegoś, np. pary spodni, to znaczy, że je kradnę, bo pan już tych spodni nie ma, a ja je noszę. Ale w wypadku dzielenia się myślą, wiadomością, poezją, muzyką nie rozumiem, w jakim sensie ma to być kradzież, skoro pan wciąż to ma.

prof. Z. Bauman

Rozważania o uniwersytecie c.d. Nauka z przymusu i kształcenie ludzi szczęśliwych

Kształcenie jest jak wysłanie pojazdu bezzałogowego na odległą planetę. Pojazd ma działać samodzielnie a sterowanie jest mocno opóźnione.
A wakacyjna "nuda" jest po to, by mózg mógł sobie spokojnie pomyśleć i wydobyć zaległe sprawy, zepchnięte w kąt szarych komórek…

Wobec dużego bezrobocia absolwentów spada na nas moralny obowiązek pomocy w znalezieniu pracy dla swoich absolwentów? Jest to zarazem pomoc dla gospodarki… a więc i nas samych (kiedyś będziemy na emeryturze – społeczeństwo jest całością). Ale warto spojrzeć na to w szerszym kontekście. Nowy paradygmat wskazuje na ludzkie dobro jako najważniejsze od wąskiego kształcenia zawodowego. Kiedy ten paradygmat dotrze do nas i realnie się zmaterializuje w codziennej praktyce?

Problem tkwi w systemie motywowania dzieci do nauki: "Musisz się tego nauczyć, żeby dostać dobrą pracę". Tak motywujemy w szkole podstawowej, gimnazjum, liceum i na studiach wyższych. A nie jest to prawda, na co wskazują statystyki bezrobocia absolwentów uczelni wyższych. Niejednokrotnie wiedza, której każemy się wykuć, pracy w ogóle nie daje. Nawet cały system edukacyjnym pracy nie daje, stąd frustracja całego pokolenia wykształconego według naszych wskazań a bezrobotnego, niepotrzebnego i zepchniętego na margines.

Przy motywowaniu "ucz się, bo kiedyś będziesz miał pracę" uruchamia się tzw. krótka pamięć – zapamiętać do czasu testu, kartkówki, sprawdzianu czy egzaminu. To, co znamy z naszych studiów: zakuć, zdać, zapomnieć. W wersji pełnej jest przed „zapomnieć” jest jeszcze „zapić”, żeby łatwiej zapomnieć… Może dlatego Kortowiada jest niczym bachanalia? Podobnie i inne juwenalia w Polsce.

Ten mechanizm krótkiego pamiętania dotyczy przede wszystkim (albo i wyłącznie) przedmiotów, które nas nie interesują (edukacyjny szarwark). Czasami są to pojedyncze tematy, pojedyncze przedmioty. Gorzej jak taka przymusowa i zapominalska zasada dotyczy całych studiów (bo studenci praktycznie nie mają wyboru zajęć).. Bo po co one (te studia), skoro pracy nie ma po nich? Trzeba mieć papier, bo wszyscy mają, a na tych studiach i tak nic pożytecznego się nie nauczę? Sama wiedza teoretyczna, bez praktyki, wiedza oderwana od realów…

Taki system kontestowanej edukacji nie jest nastawiony na to, by budować samodzielną, odpowiedzialną, kreatywną, ciekawą osobowość, która będzie się uczyła ze skutkiem długotrwałym (na całe życie). Bo w edukacji chodzi przede wszystkim o postawy. Autorytet jest potrzebny, aby w jego obecności odnaleźć swoje zainteresowania, swój pomysł na życie. Człowiek pamięta to, co go interesuje. Mała efektywność studiów wynika więc przede wszystkim z faktu uczenia rzeczy mało interesujących, mało przydatnych. Budujemy system kształcenia oparty na arbitralnym przymusie z góry narzuconych treści przez „autorytety” a nie system, gdzie przy prawdziwych autorytetach studenci mogą odkryć swoje pasje, zainteresowanie itd. Prawdziwe autorytety nie muszą obawiać się wyboru zajęć. Bo autorytet uniwersytecki jest mentorem, tutorem, doradcą a nie sędzią-strażnikiem czy selekcjonerem.

Zawody na rynku pracy się szybko zmieniają. Uczelnia nie powinna być więc tylko szkołą zawodową, bo korzyści z takiego kształcenia są jedynie w ciągu 3-5 lat po studiach. Społeczeństwu zależy teraz na wykształceniu absolwenta, który będzie umiał dostosować się do różnych wymogów gospodarki w ciągu całego życia. Czyli kształcenie na 20-30 lat. To znacznie dłuższa perspektywa. To jak wysłanie łazika na Marsa i sterowanie nim z Ziemi, a nie jak jazda zwykłym samochodem z rękami na kierownicy i nogami na pedałach sprzęgła, gazu i hamulca. A więc nauczyć uczyć się przez całe życie i uczyć się samodzielnie.

Uniwersytet powinien w jakimś sensie wprawić w ruch i dać energię nie tylko do dalszej edukacji nieformalnej i pozaformalnej ale i do życia, poszukiwania. Uniwersytet powinien kształcić inteligentnego i odpowiedzialnego za siebie i innych obywatela, potrafiącego współpracować z ludźmi. Wdrażać do dobrego i szczęśliwego życia z… ludźmi. Trzeba więc mieć przyjaciół. I być dla nich przyjacielem. Filozofia szklanych domów? Nie prawda, jeśli człowiek ma takie kompetencje społeczne, to sobie poradzi w różnych sytuacjach w ciągu całego życia. A przede wszystkim będzie szczęśliwy. Bo uniwersytet powinien kształcić ludzi a nie pracowników. Ludzi zdolnych do budowania pozytywnych relacji z innymi.

„Kiedy znika jedno miejsce pracy czy życia, ważne, żeby odnaleźć się w innym. Tego nie daje szkoła ucząca kompetencji pracowniczych. Ona to zabiera dzieciom. Dzieci chodzące do przedszkola są na ogół ciekawe świata, bardzo zsocjalizowane. Idą do szkoły, socjalizacja radykalnie się pogarsza, co pokazują badania Czapińskiego. Zainteresowanie jest zgaszone przez system i w rezultacie mamy serię zbiorowych porażek edukacyjnych. Polskie dzieci coraz lepiej wypadają w części międzynarodowych testów PISA, w których bada się erudycję. Jednak więzi społeczne, umiejętność pracy w zespole są na bardzo niskim poziomie."

Porządkuje wakacyjnie notatki. Ale nie zawsze mogę odnaleźć źródło. Tak jak nie wiem, skąd powyższy cytat, który zainspirował cały wpis blogowy. Porządkuje, wyrzucam z szuflady zbędne rzeczy. Porządkuję zaległe notatki… Tak jak pisanie pomaga w myśleniu tak porządkowanie (i opróżnianie szuflad) pomaga patrzeć dalej, z większa perspektywą. Chyba po to jest udany urlop. Rozmyślam więc o uniwersytecie, mimo że do rozpoczęcia nowe roku akademickiego jeszcze daleko.

O autorytecie, który pomaga a nie przygniata, czyli o chasydach i uniwersytecie

Jeśli świat jest całością (a ja tak zakładam), to z analizy jednego elementu, fragmentu, przysłowiowego ziarenka piasku można wywnioskować o całym świecie. Badając szczegóły można dojść do zrozumienia ogółu.  Piękne zilustrowanie tej myśli znalazłem w recenzji filmu o chasydach ("Wypełnić pustkę", tekst Tadeusza Sobolewskiego):

"jak w chasydzkiej przypowieści, gdzie za pomocą drobiazgu tłumaczy się sprawy największe."

I dalej fragment dotyczący autorytetu i Boga, który znakomicie pasowałby do uniwersytetu i roli profesora (pierwsze zdanie):

"Autorytet jest po to, żeby móc przy nim odnaleźć własną drogę. I Bóg służy chasydom do tego, żeby człowiek mógł, jak w lustrze, odnaleźć swoją prawdę."

Zajmując się szczegółem nie należy tracić z oczu większej całości. Jako ekolog zwracam uwagę na kontekst i wzajemne relacje. Bo od kontekstu wiele zależy. Próbuję to nawet ująć w teorii wysp ekologicznych, jako szczegółowe opisanie kwestii ogólnych.

Przyroda i kultura wzajemnie się przenikają. W kilku aspektach. Zarówno w tym przyrodniczym – bo uznaję ciągłość ewolucji biologicznej i kulturowej, jak i w kontekście wzajemnego wpływu działań człowieka na przyrodę (antropopresja)  i przyrody na człowieka i jego kulturę.

Wakacje (i urlop) to okazja to przyglądania się szczegółom, leniwie siedząc na tarasie, nadjeziornym pomoście, na łące czy na przystanku kolejowo-autobusowym. Bez pośpiechu można obserwować życie. I przez szczegóły poznawać całość. Albo szczegóły widzieć w kontekście całości.

Przyroda i mistrz drugiego planu czyli o potrzebie dialogu w nauce

Nic nie jest takie jak nam się zdaje. Przyroda jest bogatsza w swojej złożoności i różnorodności. A im dłużej obserwujemy, tym więcej dostrzegamy. Na dostrzeganie potrzeba czasu. Siąść i obserwować. Lub poświęcić zjawisku więcej czasu i swoich poszukiwań, rozmyślań, analiz. Wiedza potrzebuje czasu i aktywności, dopiero wtedy przyroda pokazuje więcej swoich tajemnic.

Po drugie obserwujemy poprzez pryzmat swojego doświadczenia i już posiadanej wiedzy. Wiedza nie jest po prostu sumą informacji, jest systemem. A łatwiej dostrzegamy to, co już pasuje do naszego systemu wiedzy. Na przykład powyższe zdjęcie grzybienia. Entomolog dość szybko dostrzeże owada (muchówka). Ale entomolog patrzy na świat przez filtr swoich zainteresowań. Wszyscy patrzymy wybiórczo. Dlatego obserwatorzy tych samych zjawisk snują różne opowieści i odmienne relacje. W jakimś sensie to przejaw wielokulturowości, zazwyczaj niedostrzeganej w codziennym życiu.

Im dłużej się przyglądamy, tym więcej widzimy. Na niższym zdjęciu miała być tylko gąbka słodkowodna (nadecznik – Spongilla lacustris). Na niej się koncentrowałem, gdy z aparatem fotograficznym szukałem dobrego ujęcia. W domu na zdjęciu dostrzegłem znacznie więcej, w odbiciu na wodzie. Inni obserwatorzy życia może dostrzegą jeszcze cos innego, na co zwrócą uwagą. Dlatego dla wiedzy potrzebny jest dialog… różnych obserwatorów.

Żeby dostrzec więcej w przyrodzie, trzeba dłużej obserwować, najlepiej aktywnie. Lub prowadzić dialog z innymi konserwatorami. Dlatego w nauce tak ważne są seminaria, sympozja, konferencje i dyskusja za pośrednictwem czasopism naukowych.

O pracy, która nie męczy

Wybierz sobie zawód, który lubisz, a nigdy nie będziesz zmęczony.

Konfucjusz

Więc dobrego warto szukać, nawet długo. Całe nasze życie to poszukiwanie. Nie we wszystkim trzeba być najlepszym i nie zawsze trzeba uczestniczyć w wyścigu szczurów. Niektórzy myślą, że radość życia rodzi się z rzeczy, które mają. Dlatego zapracowują się w nieprzyjemnej pracy, czasem depcząc innych, by zdobyć najmodniejsze rzeczy. Dorabiają się dużego mieszkania, cudnie wyposażonego… ale i tak prawie ich tam nie ma, bo są w pracy… Więc warto szukać tej pracy, która jest jednocześnie przyjemnością, hobby. Wtedy pracujemy, aby się spełniać i czynić rzeczy dobre i ważne a nie dlatego, żeby dorobić się najmodniejszych gadżetów, najlepszych samochodów, tabletów czy najmodniejszego garnituru. Dobrowolna prostota i niska konsumpcja z wyboru.

Nie wszyscy muszą się rozwijać. Nigdy nie było tak, że wszyscy się samorealizowali i nie ma potrzeby na taki przymus społeczny. Każdy powinien mieć szansę przyjść do pracy po to, żeby popracować na ocenę dostateczną i iść sobie spokojnie do domu, gdzie poświęca czas temu, co budzi jego ciekawość.

Miłosz Brzeziński

Żyj chwilą – przygoda jest wszędzie

„Przygoda jest wszędzie. Nie tylko na biegunie, na środku oceanu albo na szczycie Everestu. Przygoda jest za rogiem, w pobliskim lesie, na polu i nad rzeką. Jest na wyciągniecie ręki. Trzeba tylko inaczej spojrzeć na dobrze znane miejsca.”

Alastair Hymphreys

„Nigdy nie trać świętej ciekawości. Kto nie potrafi pytać nie potrafi żyć.”

Albert Einstein

Przygoda jest wtedy, gdy się podróżuje powoli. Wtedy można zobaczyć, to co pod nogami i to co w stercie kamieni. Nie trzeba daleko wyjeżdżać, wystarczy zwolnić. I z ciekawością obserwować. Nie po to by „zaliczyć” jak najwięcej i jak najszybciej, ale po to, by poznać, dostrzec.
Mniej znaczy więcej. Jedni nazywają to minimalizmem, inni powolnym życiem, jeszcze inni dobrowolną prostotą lub życiem chwilą.

„W życiu każdą chwilą nie chodzi o beztroskę. Chodzi o świadomość, że każda chwila jest niezwykle ważna (nie ma chwil mało ważnych) i że od tej chwili zależy chwila następna. Taka postawa jest wbrew naszej cywilizacji, która pożera czas, usiłuje go przeskoczyć – chce np. byśmy robili kilka rzeczy naraz. Ma być szybko, tanio i przyjemnie. Tymczasem chwila obecna ma wieczną wartość – w tej chwili właśnie Bóg jest tutaj z nami i to, co robimy, rzutuje na przyszłość.”

s. Małgorzata Chmielewska (Tygodnik Powszechny 31 marca 2013)

Rozważania o uniwersytecie c.d. z dygresjami o kształceniu zawodowym

Bywają chwile, że mamy trochę aby czasu rozejrzeć się wokół. Wtedy widać więcej niż tylko czubek własnego nosa w zawodowym wyścigu szczurów.

„Państwo musi wspierać badania, łożyć na naukę, dopłacać do innowacyjnych technologii. I zachęcać ludzi do współpracy a nie do konkurowania. Od szkoły.”

Piotr Kuczyński (Gazeta Wyborcza 6-7 lipca 2013 „ile kosztuje zwariowany świat”)

Z tego ciekawego artykułu (całości a nie tylko fragmentu), traktującego o gospodarce i systemie finansowym, pośrednio wynika, że na uniwersytetach powinniśmy uczyć współpracy i rozwijać otwarty dostęp do wiedzy jako dobra wspólnego, niezawłaszczonego. Rozważania o uniwersytecie mają większy sens jeśli włożyć je w szerszy, społeczny kontekst. Przecież uniwersytety nie istnieją same dla siebie.

Często podkreślamy ostatnio efekt nieadekwatnego kształcenia: dużo i byle jak. Nie jest źle, że  uczy się dużostudentów, ale to że byle jak są kształceni. I nie ważne czy mało czy dużo – bo małej liczby by po prostu nie byłoby tak widać, że knocimy i że tandeta. Troska o rzetelność jest ważna w dużym i w małym. I czy widać czy ginie w tłumie, to nie ma znaczenia dla solidności. To może dobrze się stało, że mamy kryzys i niż demograficzny i kłopoty z naborem. Może teraz wreszcie zaczniemy się zastanawiać i dyskutować. A może w obliczu kłopotów dyskusji i tak nie będzie tylko egoistyczna przepychanka i faulowanie?

Nowoczesna nauka jest zachodnim (europejskim i północnoamerykańskim) konstruktem. Jeśli nie w całości to w zdecydowanej większości. Ale inne uczelnie z innych kultur globalnego świata nieco inaczej funkcjonują. Z całą pewnością ich nie rozumiemy. A może warto byłoby poszukiwać jakiejś kompatybilności? Może warto poszukać idei uniwersytetu uniwersalnego (jak sama nazwa by wskazywała)? Modelu do zaakceptowania w wielu miejscach, połączonego globalnymi uzależnieniami świata.

Współczesny polski uniwersytet staje się polem przede wszystkim edukacji zawodowej. Nowy paradygmat, rodzący się dopiero, zakłada, że wszytko czym się uniwersytet zajmuje (nawet kształcenie zawodowe) ma związek z ludzkim dobrem. Bez etyki i wydziałów teologii (jak i filozofii) uniwersytety tracą orientację i poczucie sensu. Nie oznacza to mieszania metodologii a jedynie sąsiadowanie i interdyscyplinarny wzajemny wpływ.

Gdyby uniwersytety były jedynie szkołami zawodowymi, to przecież są efektywniejsze i mniej kosztowne sposoby kształcenia zawodowego, bez zajęć sportowych, bez wykładów ogólnych, bez organizacji studenckich, klubów, AZS, kabaretów itd. A może to one są najważniejsze, bo tworzą klimat, wspólnotę i dają warunki do społecznego i kulturowego dojrzewania? Teraz chyba na uczelniach za mało jest właśnie studenckich klubów, NGO, kawiarni naukowych i wspólnego dyskutowania studentów ze studentami oraz z pracownikami.

Uniwersytet powinien być miejscem osobistego rozwoju. A nie można mówić o rozwoju, gdy brakuje samoodpowiedzialności za swój proces kształcenia, gdy nie ma szerokiego wyboru zajęć i ścieżki studiów. Sami ograniczamy możliwości jakie daje nam system boloński i KRK (Krajowe Ramy Kwalifikacji). Przykładem jest ograniczenie możliwości swobodnego przejścia na drugi stopień – wymóg określenia kierunków, po jakich można przyjść na drugi stopień (studia magisterskie). Przykład z wydziału biologii i biotechnologii: w ciągu kilku lat tylko jeden student przyszedł po licencjacie z ekonomii. Dał sobie radę, mimo początkowych trudności. To wskaźnik poniżej jednego procenta, rzędu promili. Studenci sami potrafią sensownie wybierać i decydować, znając swoje możliwości i wiedzą, gdzie mogą iść na dalsze kształcenie. Nie trzeba za nich decydować i tworzyć biurokratycznych ograniczeń. Wymogi ograniczające dla kilku promili są działaniem absurdalnym – wysiłek organizacyjny i formalny jest nieadekwatnie duży w stosunku do rzeczywistości. Bardziej jest to ideologiczne ograniczenie wolności i dojrzałości studentów niż jakikolwiek realny wpływ na wybór studentów. Że niby nie są dojrzali i musimy za nich odgórnie zdecydować? Nie sądzę. Jest to błąd nadopiekuńczego rodzica. Nadopiekuńczość najczęściej bywa toksyczna…

Dyskusja i krytyka uniwersytetu musi pochodzić od trzech podmiotów: partnerów (aktorów) społecznych, pracowników uniwersytetu i studentów (dokonując wyborów zajęć wspierają zmiany, współdecydują o tych zmianach) oraz społeczeństwa (wspiera i łoży na uniwersytety). Potrzebne miejsce do takiej interdyscyplinarnej, społecznej dyskusji. Ale najpierw potrzebna jest indywidualna wola rozejrzenia się wokół, poza swoje wąskie zawodowe środowisko.

Gdyby kształcenie uniwersyteckie zamknąć w kształceniu jedynie zawodowym, to zawodówki byłyby lepsze od uniwersytetów. I chyba takie głosy ostatnio słychać, żeby było mniej studentów a więcej zawodówek, bo rynek pracy szybko wymaga tego i owego. W kształceniu zawodowym uzupełnieniem będzie internet, edukacja on-line typu Khan Academy, zawodowe i kursowe kształcenie on-line. Uniwersytety staną się w dużej mierze zbędne. Chyba, że pozamieniamy je w wyższe szkoły zawodowe i kursy wieczorowe.

W szkołach wyższych widać rozrost korporacyjnego zarządzania, które postrzega edukację jako produkt a nie proces. Fabryka a nie wspólnota. Co jest zasadą uniwersyteckiej wspólnoty pracowników i studentów, różnych wydziałów nauk ścisłych, sztuki humanistyki i teologii? Co je łączy, że są w jednym miejscu? Może stworzyć kilka szkół zawodowych i problem będzie z głowy?

Jeśli uniwersytet chce zachować swoją pozycję w społeczeństwie to musi zająć się problemami człowieka, tym co ludzkie i dobru ludzkiemu służyć. Zająć się rozwojem osobistym a nie tylko prostym kształceniem zawodowym. Człowiekiem jest się całe życie, a praca szybko się zmienia, łącznie z potrzebnymi na rynku zawodami.

Osobiście dostrzegam duże luki w kształceniu przyrodniczym i analfabetyzm przyrodniczy szerokich kręgów społecznych na każdym kroku. Skutkuje to brakami w rozumieniu świata. I konsekwentnie przekłada się na codzienne błędne i szkodliwe decyzje. Wiedzy przyrodniczej i rozumienie świata nie traktuję jako wiedzy zawodowej.

Zastanawiając się nad uniwersytetem i jego miejscem we współczesnym świecie, trzeba będzie sobie odpowiedzieć na pytania: za co warto umrzeć, jakie nierówności możemy jeszcze tolerować, a których już nie (nie ma zgody społecznej). Co to jest dobre społeczeństwa? Takie pytania powinny być dużo częściej stawiane na uniwersytecie a nie „za ile punktów opublikowałeś”.

W takich pytaniach właśnie rozumiem slow science – skupienie się na długofalowych efektach i sensie a nie na krótkoterminowej wydajności i rywalizacyjnym wyścigu szczurów. Ktoś młodych ludzi musi nauczyć współpracy, nie tylko jako umiejętności ale jako postawy społecznej także. Inaczej zginiemy.

* Slow science na Wikipedii (na polskiej Wikipedii jeszcze nie ma
takiego hasła)

* manifest slow science

Ryże Zygmunty, środki odmładzające, synantropizacja i długi seks pod lipą

kowalenawarszawskiej

Z nazwami owadów to bardzo dziwnie bywa. Pewno jest jedno (choć nie całkiem) – urzędowa nazwa łacińska. Dlaczego nie całkiem pewne? Bo czasem funkcjonują starsze synonimy i ten sam gatunek odnajdziemy w różnych źródłach pod różnymi nazwami łacińskimi. Niemniej świat naukowy dba o jednolite i jednoznaczne nazewnictwo naukowe. Gorzej jest z nazwami polskimi. Tu nie ma ścisłego kodeksu nomenklatury, więc i rozbieżności w różnych źródła bywają znaczne. Polskie nazwy to najczęściej albo nazwy zwyczajowe, tradycyjne, albo proste tłumaczenie z łaciny. Ale entomolodzy, z braku przyjętych nazw zwyczajowych, sami musieli wymyślać nazwy gatunkowe. Była więc i fantazja i wykorzystywanie dawnej mitologii słowiańskiej i odnoszenie się do biologii konkretnego gatunku. Fantazyjne bywają również nazwy regionalne.

Kowal bezskrzydły. Ani on bezskrzydły ani kowal. Na portalu społecznościom dowiedziałem się, że na Podlasiu mówią na te owady ryże zygmunty. Ryże – to pewnie od koloru, ale dlaczego Zygmunty? Może od imienia Zygmunt? Może od jakiegoś rudego Zygmunta nazwę wzięły? Ciekawa to byłaby historia.

Kowal bezskrzydły (Pyrrhociris apterus) jest jednym z bardziej zauważalnych owadów w naszym regionie. Zamieszczone na górnym zdjęciu osobniki spotkałem na ul. Stara Warszawska, przy szpitalu. Owad ten licznie i często spotykany jest w pobliżu siedzib ludzkich (można uznać więc go za gatunek synantropijny lub semisynantropijny), więc nic dziwnego, że spotkałem niemalże w środku miasta. Kontrastowo ubarwiony w kolorach czarnym i czerwonym, często spotykany na przydrożnych drzewach i na dodatek licznie występujący.

Czerwony kolor kojarzy się z ogniem, co znalazło odbicie w nazwie angielskiej – firebug (ognista pluskwa), podobnie w języku ukraińskim червоноклоп червоний (czerwonopluskwiak czerwony) i po rosyjsku – краснокло́п бескрылый. Erazm Majewski w książce z XIX wieku podaje nazwę rusińską – czerwoniec, czerwoniuch (червонюхъ). Po chorwacku – ridja stĕnica, nie wiem co to ta stenica, ale ridja to najpewniej od rudego lub czerwonego koloru. Regionalne nazwy odnoszą się także do wojska – może ze względu na gromadne występowanie kowali, niczym pułki wojskowe. Po rosyjsku клоп-солдатик, po ukraińsku козачки, клоп-москаль, москалик. Włochom też się z żołnierzami kojarzy – insetto carabiniere.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

W nazwie polskiej i łacińskiej jest „bezskrzydły”. Ale to tylko pół prawdy. W pełni bezskrzydłe są tylko larwy, podobne pokrojem do postaci dorosłych, jak to u pluskwiaków bywa. Skrzydła najczęściej są skrócone (zjawisko to określane jest terminem brachypteria, krótkoskrzydłość). Nazwa kowal bezskrzydły w jakimś stopniu nawiązuje do cechy krótkich skrzydeł. Ale dlaczego kowal? W sumie to można zapytać dlaczego „Zygmunt” lub Moskal.

U kowali bezskrzydłych występuje zjawisko polimorfizmu (wielopostaciowości) – część osobników ma normalnie rozwinięte skrzydła, część jest krótkoskrzydła (tylne skrzydła silnie uwstecznione, zredukowane). Ten polimorfizm w populacji jest ciekawym zjawiskiem. Krótkoskrzydłe osobniki nie muszą marnować energii na lot, stąd mogą wydać więcej potomstwa. Dobre jest to w okresie szybkiej kolonizacji zasobnego w pokarm siedliska. Długoskrzydłe osobniki co prawda marnują energię na lot, ale za to mogą się dalej rozprzestrzeniać (dyspersja) i kolonizować nowe siedliska. Ta strategia korzystniejsza jest w warunkach niestabilnych i zmieniającego się środowiska. A skoro w populacji dwie alternatywne strategie występują, to gatunek poradzi sobie w każdych warunkach – bo wszystkie opcje ma obstawione. Jedne osiadłe inne bardziej mobilne. Tak jak u nas, jedni siedzą na miejscu inni „latają” po świecie, a to za pracą, a to na wakacje.

Pluskwiaki te żywią się sokiem wysysanym z nasion lip i robinii oraz z owoców ślazów a także obumarłymi stawonogów czy nawet rozjechanej (rozdeptanej) żaby. Długą kłujką, typową dla pluskwiaków, wysysają soki, niczym turyści pijący drinki przez słomkę w okolicznych pubach i restauracjach.

Ulubionym pokarmem kowala są orzeszki lipy. Dla innych owadów orzeszki te są szkodliwe, bo zawierają związki toksyczne, podobne do owadziego hormonu juwenilnego (młodzieńczego). Dlaczego owadom szkodzić może taki środek odmładzający? Bo rosną a nie dojrzewają (kobiety złośliwie o mężczyznach mówią, że od pewnego wieku już tylko rosną a nie dojrzewają…). Owady takie nie tylko nie przystępują do rozrodu ale i pojawiają się zniekształcenia w kolejnych, przerośniętych larwach (zaburzony rozwój). Kojarzy mi się to z Blaszanym bębenkiem. Nie wiem czy przez analogię można formułować ostrzeżenie dla pań przed nadmiernym stosowaniem środków odmładzających (czy operacji upiększających). Ale może one jakoś tak uodpornione, jak te kowale? Lipa w sprytny sposób broni się przed zjadaczami jej nasion. Truje, ale perfidnie, nie od razu. Z podobnymi problemami spotyka się i człowiek – w naszym środowisku, poza naturalnymi, pojawia się dużo związków biologicznie aktywnych, podobnych do hormonów czy antybiotyków. Niewielkie ilości w pożywieniu i środowisku, a poważne problemy rozwojowe, utrata płodności czy zaburzenia zdrowia w wyniku zaburzeń naszej mikroflory jelitowej.

Ale wróćmy jeszcze do rudych kowali bezskrzydłych. To co może jeszcze zwracać naszą ciekawość i zainteresowanie to… długi seks, trwający nawet do kilku dni (nawet przez tydzień). I łażą tak razem, większa samica ciąga jak wagonik samca. Dlaczego tak dziwne zwyczaje (w jakimś sensie zagrażające życiu)? Zaplemnienie (przekazanie plemników) następuje w ciągu 3-4 godzin od początku kopulacji. Po co więc kilka dni? Może i jakąś przyjemność samce z tego mają. Ale biologiczny sens jest w pilnowaniu samicy przed innymi samcami. Po prostu je „zatykają” i już. Bo u owadów bywa tak, że kolejny, kopulujący samiec usuwa spermę poprzednika. Jaja zapładnia ostatni. Warto więc z narażeniem życia być wiernym jednej partnerce, i trwać w miłosnym uścisku kilka dni. Z rozsądku lub czystej przyjemności. Endogenne endorfiny (hormony szczęścia) to rozsądek przyrody, abyśmy czynili to co ważne i niezbędne…

kowal_bezskrzydlyTe niewielkie owady (7-12 mm) występują zazwyczaj gromadnie, także i wczesną wiosną – na dole pni lip, kasztanowców, robinii pseudoakacji. Kowala bezskrzydłego najłatwiej spotkać w alejach przydrożnych i w parkach, a także na murach (uwiecznione na zdjęciu siedziały na przyszpitalnym murku), starych cmentarzach, nad brzegami jezior. Czerwony, dobrze widoczny kolor informuje potencjalnych drapieżników, że jest się niesmacznym a może nawet trującym. A jak się jest w gromadzie, to się jest bardziej widocznym i sygnał ostrzegawczy jest silniejszy.

Na przyrodę patrzymy przez pryzmat człowieka. Poznając świat staramy poznać siebie. Więc wakacyjne obserwacje owadów, ich dziwnych zwyczajów miłosnych, „kosmetyków” odmładzających”, długiego seksu, rozmyślajmy o Homo sapiens i naszych problemach. Czy ryży Zygmunt siedział pod lipą czy też raczej gwarantował długi seks?