
"Nie obfitość wiedzy, ale wewnętrzne odczuwanie i smakowanie rzeczy zadowala i naszą duszę."
św. Ignacy Loyola

"Nie obfitość wiedzy, ale wewnętrzne odczuwanie i smakowanie rzeczy zadowala i naszą duszę."
św. Ignacy Loyola
Lato w pełni więc i pasikoniki wieczorami i nocami koncerty muzyczne urządzają. Pory roku różnią się nie tylko kolorami i zapachami, różnią się też dźwiękami jakie nas otaczają. Nie tylko widzimy upływający fenologicznie czas, ale go czujemy i słyszymy, nawet jeśli nie uświadamiamy sobie tego na co dzień.
No więc mamy pełnię lata. Do znajomej przez okno wleciał pasikonik zielony (Tettigonia viridissima), samiczka (co widać po długim pokładełku) – górne zdjęcie. Jest u nas także pasikonik śpiewający (Tettigonia cantans), ale ma krótsze skrzydła. Też cały zielony. Skoro jest muzyka, to niech i będzie opowieść wakacyjna o seksie, jedzeniu i … kurzajkach i o tym, że kochanego ciała nigdy za dużo. Ale po kolei.
Pasikonik zwany niegdyś także rżeń (zapewne od śpiewu samca, a że konik polny to musi jak koń rżeć) lub miecznik (to od długiego pokładełka samicy). Śpiewa oczywiście samiec. W zasadzie stryduluje, więc bardziej poprawne byłoby powiedzieć, że gra. Pasikoniki grają na swoich skrzydłach niczym smyczkiem na skrzypcach. Samce śpiewają od południa poprzez wieczór, noc aż do rana. Tą swoją owadzią muzyką zwabiają samiczki. Samice wchodzą na grzbiet samcowi. Tak trochę nietypowo, na ogół to samca widzimy na wierzchu….
Jak pisze Marek Kozłowski w swojej książce „Owady Polski” samce przekazują nie tylko plemniki w czasie kopulacji, ale i spermatofilaks (spermatophylax, pochodzący ze spermatoforów) – odżywczy dodatek do plemników, który samiec przyczepia do odwłoka samicy, a po kopulacji samica zjada ten odżywczy pakuneczek. Spermatofilas wg słownika entomologicznego Razowskiego to lepka, gęsta substancja ochraniająca spermatofor szarańczaków przed zjedzeniem przez samicę… No to jak w końcu jest z tym zjadaniem?
Spermatofor (po polsku plemniomeszek) to torebka wytworzona z twardniejącej wydzieliny, zawierająca plemniki. Składany do przewodów płciowych częściowo lub całkowicie. Spermatofory wytwarzane są przez owady, posiadające torebkę kopulacyjną (m.in. motyle, prostoskrzydłe). Najpierwotniejsze są chyba u skoczogonków, spermatofory składane na przedmiotach w terenie i czynnie przejmowane przez samice. Spermatofory są więc archaiczną cechą, powstałą w procesie wychodzenia owadów (przodków owadów) z wody na ląd. Na lądzie trudno o zapłodnienie zewnętrzne, stąd najpierw spermatofor pozostawiany, by samiczka sobie znalazła, a później (ewolucyjnie) umieszczany w przewodzie płciowym, tak jak to jest u zwierząt lądowych.
Spermatofilaks pierwotnie służył do ochrony plemników, ale zauważono zjadane ich przez szarańczaki (samice). Niecne marnowanie całego samczego wysiłku! Przecież to ku pozyskaniu potomstwa a nie nakarmieniu wybranki serca (ciekawe czy owady kochają sercem?). Spermofilaks może pierwotnie powstał by chronić przed zjadaniem? Taka danina dla łakomej samicy. W sumie to i tak lepiej niż u modliszek. Najeść się możesz, ale plemników nie ruszaj! Podobnie u modliszek czy pająków, gdy samica zjada samca. Samiec poświęca się dla dobra potomstwa. Takie samcze i bohaterskie poświęcenie obserwuje się nawet u komarów – samce bzycząc latają w koło i odciągają naszą uwagę od tego co robi samiczka. Ona tymczasem cichcem siada na naszym ciele i żłopie krew. Samce najczęściej giną. Ale to bohaterskie poświęcenie. Ciekawe, u ludzi podobnie – faceci u dentysty mdleją ale jeśli chodzi o bójkę w obronie kobiety czy ojczyzny to bólu nie czują. Albo nie zważają.
Ale wróćmy do pasikoników. Koszt energetyczny produkcji takiego spermatofilaksu jest duży. Jak pisze prof. M. Kozłowski u amerykańskiego pasikonika Anabrus simplex samce produkują tylko jeden taki w swoim życiu. Są więc wybredne względem samic. Chętniej wpuszczają na swój grzbiet duże i ciężkie samice – jak twierdzą zwolennicy teorii egoistycznego genu, gwarantuje to sukces genom samca, bo większa i grubsza samiczka złoży więcej jaj. Skoro seks raz w życiu, to niech będzie z pożytkiem. Raz (ale kopulacja trwa długo) a dobrze (zobacz też kowal bezskrzydły). Wykonywano nawet eksperymenty i bardziej atrakcyjnie seksualnie dla samców były samiczki obciążone mini-ciężarkami. Kochanego ciała nigdy za wiele, samce wolą więc samiczki „puszyste”. Przynajmniej u pasikoników. Jeśli pasikoniki mają uszy na nogach, to co im się dziwić? A jeśli spojrzymy na paleolityczną Wenus z Willendorfu to możemy skonstatować, że i ludziom (znaczy się mężczyznom) bardziej podobają się czasem panie o dużych i obfitych kształtach. Bardzo obfitych.

Dlaczego pasikoniki zielone włażą tak wysoko na drzewa, że i przez oka w bloku na piętrze się pojawiają? W miarę spadku temperatury w nocy, wspinają się na drzewa, śpiewają tam gdzie cieplej. W gorące południe czy popołudnie zaczynają niżej, na trawie, a potem się wdrapują, na co się da.
Z pasikoników warto wspomnieć o takim, co najczęściej na suchych łąkach spotkać można. Ten by najbardziej zasługiwał na miano konika polnego. To łatczyn brodawnik zwany też łatczyn brodownik (Decticus verrucivorus), dawniej zwany także konikiem polnym, skoczkiem, łatczynem (bo zielony w brązowawe łatki). Spotkać go można na ciepłych łąkach, miejscach nasłonecznionych i suchych, prowadzi dzienny tryb życia.
Kiedyś sądzono, że łatczyn umie usuwać kurzajki ze skóry. Tak jak i wiele innych owadów, złapany łatczyn wydziela brunatną ciecz. Przystawiano łatczyna do brodawek, które zgryzał silnymi żuwaczkami, a powstałą ranę smarowano sokiem trawiennym owada. Chirurgia polowa i chemioterapia w jednym.
Pasikonikowate są wszystkożerne, zjadają inne owady (pasikonik zielony nawet aktywnie na nie poluje), martwe owady, owoce i rośliny. Brany w rękę mógł więc wygryzać kurzajkę. Może kiedyś leśne znachorki w dawnych czasach stosowały łatczyny na usuwanie kurzajek? Nie pierwszy to „robal” wykorzystywany w medycynie ludowej, tak jak stosuje się pijawkę lekarską czy larwy niektórych muchówek do czyszczenia trudno gojących się ran. I to we współczesnej medycynie! Nie jest to wyraz zacofania ale kreatywnego korzystania z dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. Dawną wiedzę można udoskonalać i stosować jako najnowszą technologię.
O innym pasikoniku, który może nas odwiedzać pisałem już wcześniej – to długoskrzydlak.
Autorzy zdjęć: górne – Katarzyna Enerlich, dolne – böhringer friedrich (Wikimedia commons)


Tytuł wpisu brzmi niczym Harry Potter i czara tajemnic, czy jakoś tak. A będzie o pogodzie, telewizji i nocnym motylu. Dzisiaj w telewizyjnej prognozie pogody (TVP Olsztyn) wystąpi nastrosz topolowiec (Laothope populi).
A było to tak. Zadzwoniła pani z telewizji (Natalia Karapuda) i powiedziała, że ma jakiegoś owadomotyla, i żeby powiedzieć kto on zacz i czy szkodliwy. Stwora przyniosła jakaś słuchaczka z Dywit czy Dajtek. Przez telefon to się nie dało zidentyfikować stwora, zbyt trudne dla mnie. Lepiej było już po otrzymanym zdjęcia. Udało się rozpoznać tak mniej więcej (wątpliwości były co to gatunku, bo wahałem się czy czasem nie nastrosz osinowiec). Ale dopiero, przed kamerą, po odchyleniu skrzydła jednoznacznie udało się zidentyfikować jako nastrosz topolowiec.
W naturalnej pozycji ten nocny motyl ma nietypowo ułożone skrzydła, tak jakby był nastroszony. Chyba stąd jego nazwa – nastrosz i określenie słuchaczki owadomotyl. W atlasach entomologicznych zazwyczaj są okazy spreparowane, z rozłożonymi skrzydłami. Widać wszystkie cechy, ale w pozycji w jakiej owad w naturze się nie pokazuje.
I tak oto motyl wystąpił przed kamerą telewizyjną w zapowiedzi pogody, w olsztyńskiej TVP. Bardzo fotogenicznie i medialnie się zaprezentował.
Przypomniały mi się dawne zapowiedzi telewizyjne pogody, prowadzone przez pana „Wicherka”. Czasem pokazywał niezwykle duże grzyby, jakieś dynie lub inne dziwadła czy sezonowe niezwykłości. A nasz nastrosz topolowiec należy do oryginalnych i nietuzinkowych ilustratorów prognozy pogody. Wiadomo, w Olsztynie wszystko jest niezwykłe. Bo żyją tu niebanalni ludzie i potrafią dostrzec więcej niż tylko dorodne borowiki czy przerośnięte dynie.
Polacy lubią rozmawiać o pogodzie. To temat uniwersalny do rozpoczęcia rozmowy, nawet z nieznajomym. Być może to pozostałość po naszych wiejskich przodkach, nie ważne czy chłopach czy szlachcie zagrodowej. Życie na wsi, codzienna praca, mocno są związane z pogodą. Także i to, czy będą dobre plony czy raczej nieurodzaj. Nic dziwnego, że rozpoznawanie jutrzejszej i całorocznej pogody to ulubione zajęcie Polaków. W przysłowiach dużo tego znajdziemy. Ale teraz, jako przed-ekranowe mieszczuchy, nie potrafimy przewidzieć pogody po wschodzie czy zachodzie słońca, po chmurach czy zachowaniu dzikiej przyrody. Słuchamy telewizyjnych prognoz czy zaglądamy do internetu. Tam nam wszystko objaśnią.
Nastrosz topolowiec (Laothope populi) należy do motyli nocnych, rodziny zawisaków. Niektóre spijają nektar w locie, co przypomina kolibry. Zawisaki to duże motyle, więc o wrażenie, że w Olsztynie widziano kolibra nie trudno (znajoma kiedyś podekscytowana pytała się czy w Olsztynie można spotkać te egzotyczne ptaki, bo wydawało się jej, że właśnie coś takiego widziała w ogródku). Nastrosz topolowiec w swej larwalnej młodości jest roślinożercą, gąsienice żerują na liściach topoli, rzadziej na liściach wierzb. Dorosłe motyle spotkać można od początku maja po początku sierpnia w całej Polsce. Ale to gatunek nocny, więc za dnia nie jest aktywny. W nocy jest bezpieczniej bo nie ma owadożernych ptaków.
Nastrosz jak na motyla przystało aparat gębowy ma w kształcie rozwijanej trąbki. Spija nektar z kwiatów. Można by więc go nazwać nocnym moczytrąbką (bo mordy nie ma). Dorosły owad jest włochaty – to wyciszająca powłoka, mająca za zadanie bycie niewidzialnym dla nietoperzy.
Skoro o nocnych motylach jest mowa, to warto wspomnieć i to, że czasem usłyszeć możemy pisk ćmy. Ryby i motyle głosu nie mają? Zazwyczaj, ale w przyrodzie są wyjątki. Motyle mają trąbki i za ich pomocą spijają nektar z kwiatów, czasem różne płyny z uszkodzonych drzew, gnijących i fermentujących owoców a nawet odchodów zwierząt. Ale zmierzchnica trupa główka za pomocą swojej trąbki potrafi wydawać dźwięk – w momencie zaniepokojenia piszczy, a głos jej podobny jest do głosu nietoperzy. Trupia główka, czyli ćma co dźwięki wydaje. Trąbka służy jej do trąbienia a nie tylko wysysania płynów.
Zmierzchnica (bo dorosłe prowadzą nocny tryb życia, a więc po zmierzchu) to jeden z największych motyli nocnych – zmierzchnica trupia główka zwana także zmora trupia-głowa (Acherontia atropos). Rozpiętość skrzydeł dochodzi do 10–14 cm, gąsienice mierzą do 13 cm. Waży do 10 gramów. Zaiste duża. Ale nazwę swoją wzięła od wzoru na grzbiecie, do złudzenia przypominającego czaszkę człowieka. U nas pojawia się rzadko. Jej ojczyzną jest południowa Europa i Afryka. Czasem do nas zalatuje wiosną i wczesnym latem. Składa jaja na liściach ziemniaka, pomidora, bielunia lub pokrzyku (same trujące rośliny, co jej mroczność tylko podkreśla). Jesienią mogą pojawić się dorosłe osobniki drugiego pokolenia. Ale nie zostają u nas tylko lecą na południe, wracają do siebie. Co nie jest takie rzadkie u naszych motyli. Bo nie tylko ptaki na zimę od nas odlatują.
Zmierzchnica trupia główka byłaby jeszcze bardziej medialna od nastrosza topolowca. Mroczność i tajemniczość w niej wielka. Co nawet w łacińskiej nazwie jest zawarte. A telewizja lubi sensacje, zbrodnie i nieszczęścia. Więc jak zobaczycie gdzieś zmierzchnicę – to dzwońcie do lokalnych dziennikarzy.

Żyjemy w przeświadczeniu, że wiemy coraz więcej i że ciągle nam wiedzy wszelakiej przybywa. Ale zapominanym o tym, że zapominamy. Zmienia się świat, zmieniają się warunki w jakich żyjemy. Ciągle uczymy się czegoś nowego. A zbędne czynności i wiedza niepotrzebna ulega zapomnieniu. Ale czy warto zapominać o swoim dziedzictwie?
Odtwarzanie dawnych technologii, dawnych zawodów, sposobów życia jest przygodą. Jest podróżą w czasie. Jest swoistym aktywnym muzeum. Nie oglądamy eksponatów za szybą w gablocie ale próbujemy żyć, tworzyć, doświadczać. Dzięki tej wiedzy o przeszłości nie tylko lepiej rozumiemy naszych przodków ale i lepiej rozumiemy teraźniejszość. Przypominamy sobie o tym, że jednak jesteśmy uzależnieni od przyrody i że nie możemy wszystkiego.
„Zanik (…) wiedzy o przyrodzie jest przerażający. Odbywa się setki razy szybciej niż zanikanie gatunków. Giną wiedza i systemy współżycia z przyrodą, które funkcjonowały tysiące lat. Ginie pamięć o tym, jak uprawiać, kosić, jakie zioła zbierać. Giną odmiany roślin.” (Łukasz Łuczaja)
Różnorodne grupy historyczne to nie tylko wakacyjna zabawa czy atrakcja turystyczna, To także poszerzenie wiedzy. Wiedzy zapomnianej, zagubionej. To archeologia eksperymentalna i w jakimś stopniu historyczny eksperyment.

Co ma zaufanie społeczne do usychających drzew w mieście? Ilustruje to powyższy obrazek z dawno zakończonej inwestycji na Placu Konsulatu. Niby wszystko ładnie, pięknie i nowocześnie, a jednak coś jest nie tak. Diabeł tkwi w szczegółach. Spróbujmy się zastanowić skąd ten diabeł się bierze. Będę dowodzić, że z braku zaufania i wynikającej z tego nieumiejętności dialogowania (komunikacji międzyludzkiej).
Może najpierw wyjaśnię co z tą inwestycją jest nie tak. Duża powierzchnia wyłożona granitem i polbrukiem tudzież ulicznym asfaltem. Dla gleby z drzewami zostawiono niewielką przestrzeń. Na dodatek ta zieleń odgrodzona jest wysokim murkiem. Nawet jak popada, to woda z placu nie zasili gleby, spłynie kanalizacją. Z jednej strony to rosnące obciążenie dla systemu kanalizacyjnego, z drugiej brak wody dla zieleni (trzeba podlewać, ale administracja o tym zapomina).
Ostatnio sporo w Olsztynie pada, ale proszę zwrócić uwagę na wysuszoną polepę pod drzewem i resztki rachitycznej zieleni. Dużo pada, a zieleń i tak usycha. Paradoks wynikający z błędów w realizacji inwestycji (braku wyobraźni od projektanta to szarego wykonawcy). Woda zamiast podlewać roślinność i zasilać wody powierzchniowe – spływa kanalizacją. Marnotrawstwo i rosnące zagrożenie podtopieniami. Bo im więcej miasta w taki sposób wybetonujemy, tym większe obciążenie dla systemu kanalizacji burzowej. Czyli drzewa będą usychać przy równoczesnym zalewaniu chodników, piwnic i samochodów? Skąd takie niefunkcjonalne projekty?

Dobrze ilustrują ten problem cytaty z wywiadu z prof. Hausnerem.
„Innowacyjność nie powstanie za sprawą działań administracyjnych. Nawet najbardziej sprawna władza publiczna nie może nakazać gospodarce innowacyjności”
„Innowacyjność to wykorzystanie zasobów, w tym wiedzy, do wytwarzania wartości dodanej”
„Indywidualnie, klanowo, jesteśmy zaradni, ale nie jako zbiorowość, wspólnota. Dlaczego? Bo nie mamy zaufania do nikogo poza najbliższym otoczeniem. (…)Cechy naszej administracji to: zaściankowość, widzenie tylko swojego odcinka, nieufność i zabieganie o swoje.”
Prof. Jerzy Hausner (Tygodnik Powszechny z dnia 28 lipca 2013 r.)
Im więcej nieufności, tym mniej dialogu i komunikacji. W konsekwencji nie dostrzegamy ważnych elementów, które po zakończeniu inwestycji mocno doskwierają a nie ma ich jak poprawić. W przypadku Placu Konsulatu, po interwencjach społecznych postawiono ławki. Ale tych betonowych murków nie ma jak naprawić. I drzewa będą usychały. Prędzej czy później.
To zapatrzenie na siebie, brak zaufania – za wyjątkiem swojego klanu – pozbawia nas innowacyjności i spycha w drogie i niefunkcjonalne inwestycje. Żeby projekty inwestycji miejskich były lepsze, potrzeba więcej dialogu i zaufania. To drugie buduje się bardzo powoli. Trzeba wytrwałości. Ale po pierwsze trzeba wizji i budowania przestrzeni przyjaznej kontaktom międzyludzkim. Kapitału ludzkiego niby nie widać… ale skutki braku tego kapitału już są bardzo widoczne.
Za dialog wszyscy jesteśmy współodpowiedzialni.
Budujmy zaufanie a nie podsycajmy nieufność, m.in. przez mnożące się teorie spiskowe.

Kreatywne jednostki żyją we wszystkich ludzkich społecznościach, nawet w dalekiej dżungli czy zapomnianej prowincji, gdzie diabeł mówi dobranoc. Tyle tylko, że niektóre środowiska kulturowo-przyrodniczej dostarczają im więcej inspiracji i stwarzają bardziej sprzyjające warunki do rozwoju i zastosowania wynalazków.
W wieku XXI nie musimy już wymyślać ani koła, ani silnika parowego, ani samolotu. Warto jednak zadać sobie pytanie jaką my tworzymy przestrzeń kulturową i przyrodniczą na Warmii i Mazurach? I jak w ten sposób przesądzamy o swojej przyszłości i rozwoju? Czy stwarzamy szanse kreatywnym jednostkom do ich rozwoju i wspierania rozwoju nie tylko naszego regionu? Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie za źdźbła do góry, ale dlatego że tworzy się dobre warunki do wzrostu: podlewa, nawozi, nie zasłania dostępu do słońca.
Czy Warmia i Mazury mają jakieś dogodne warunki przyrodniczo-kulturowe, by rozwijał się tu gospodarka oparta na wiedzy i kreatywności? Co oryginalnego możemy tu stworzyć, wykreować i zaproponować innym, jako pomysł na życie w XXI wieku i/lub innowacyjną gospodarkę?
Istnieje związek między czynnikami środowiskowymi a biegiem wydarzeń historycznych, zarówno w niewielkiej, jak i w dużej skali czasowej i przestrzennej. Znakomicie te zależności opisuje Jared Diamond w książce „Strzelby, zarazki, maszyny. Losy ludzkich społeczeństw”, wydanej w Polsce w 2010 r.
Kreatywność jednostek i społeczeństw objawia się między innymi w wykorzystaniu różnorodności biologicznej w produkcji żywności. Niektóre społeczeństwa ludzkie na przestrzeni dziejów zaprzepaściły swój rozwój, gdy w niezamierzony sposób niszczyły różnorodność gatunkową. Kreatywność opiera się na wykorzystaniu miejscowych zasobów jak i przyswajaniu wynalazków i zdobyczy cywilizacyjnych, powstałych w innych społecznościach, gdzieś daleko.
Zatem drugim po bioróżnorodności czynnikiem sprzyjającym rozwojowi jest umiejętność komunikacji międzyludzkiej.
W czasie letnich wycieczek i spacerów pośród terenów podmokłych i wilgotnych, jakich nie brakuje nad rzekami, jeziorami, bagnami i wilgotnymi łąkami czy lasami, natknąć się możemy na dziko rosnące… polskie pomidory. Takie fioletowo kwitnące a potem wydające czerwone owoce, niczym małe pomidorki. Tą rośliną jest psianka słodkogórz (Solanum dulcamara), gatunek rośliny z rodziny psiankowatych, krewniak pomidora i ziemniaka, pochodzących i udomowionych w Ameryce. Ale i tam pomidor nie od razu był pomidorem. Wymagało to setek lat eksperymentów oraz hodowli w uprawach i powolnego udoskonalania rośliny, aby systematycznie zwiększać walory użytkowe. Dlaczego amerykańscy Indianie udomowili pomidory a my nie? To temat na dłuższe rozważania i długą opowieść.
Nigdy nie jest jednak za późno. Co prawda nie ma sensu na nowo wynajdywać koła czy odkrywać Ameryki a w zasadzie „tworzyć” pomidorów, ale jest możliwość wykorzystania lokalnej bioróżnorodności w nowoczesnym przemyśle… biotechnologicznych, farmaceutycznym, kosmetycznym czy nawet turystycznym.
Łacińska nazwa psianki bierze się od słów Solanum–solamen – pociecha, otucha, dulcis – słodki i amarus – gorzki, co naśladuje i polska nazwa gatunkowa – słodkogórz czyli psianka słodko-gorzka. Psianka pewnie dlatego, że takie pomidory to się chyba tylko dla psów nadają…

Jest to niewielkie trujące półpnącze (niewielka roślina płożąca się i „pokładająca” się na innych roślinach, na dole zdrewniała), dochodzące do 2 m długości. Rośnie dziko w całej Europie, Afryce Północnej, Azji Zachodniej oraz Indiach. W Polsce gatunek pospolity. Została nawet zawleczona do Ameryki Północnej. Lubi środowiska bogate w azot. Nazywana bywa czasem polską lianą.
Fioletowe kwiaty ma podobne do kwiatów ziemniaków i pomidorów (nic dziwnego, wszak to krewniacy). Owoce o długości 1 cm spotkać można od sierpnia do października, najpierw zielone, potem stają się czerwone.
Ta pospolita w Polsce roślina, charakterystyczna dla terenów wilgotnych, ma zastosowanie w medycynie. Te same substancje w małej ilości mają właściwości lecznicze – w większej ilości stają się trucizną. We wszystkich organach tej rośliny występują glikoalkaloidy oraz steroidowe saponiny. W korzeniach dodatkowo są obecne alkaminy. Poza wymienionymi substancjami w psiance słodkogórz występują cukry, karotenoidy, polifenole, szczawiany, śluzy i garbniki, a więc bogaty zestaw związków biologicznie czynnych. Mniej toksyczne są dojrzałe owoce, choć to właśnie one najczęściej powodują zatrucia (głównie u dzieci). Czerwony kolor jagód wygląda kusząco. Czy takie piękne owoce nie są smaczne? To właśnie dzieci, jako najbardziej ciekawe świata i eksperymentujące oraz poznające rzeczywistość wszystkimi zmysłami, najczęściej łakomią się na „pomidorki”. Dodajmy przy okazji, że kiedyś, gdy sprowadzono ziemniaki do Europy, niektórzy próbowali zjadać owoce kartofli. Ani to smaczne ani zdrowe było. Wszystkiego się trzeba w życiu nauczyć.
W psiance słodkogórz zwłaszcza niedojrzałe owoce zawierają duże ilości trującej solaminy (alkaloid). Dojrzałe jagody początkowo kuszą słodkim smakiem, ale po chwili stają się paskudnie gorzkie. I nazwa jest już zrozumiała. Solamina występuje także w ziemniakach. Można się nią zatruć zjadając albo owoce albo zielone bulwy (gdy wystają nad glebę w skórce pojawia się zielony barwnik – chlorofil oraz solamina). Ten alkaloid jest formą ochrony rośliny przez roślinożercami. Ma zniechęcać do zjadania. Taka biologiczna broń chemiczna. Tylko nieliczne gatunki owadów ewolucyjnie przystosowały się to unieszkodliwiania tej trucizny, np. stonka ziemniaczana.
Ale nawet te roślinne, obronne trucizny w niewielkich ilościach mogą wykorzystane w medycynie jako lekarstwa.
W dawnych czasach psianka używana była jako trucizna. Ale i wykorzystywana była w ziołolecznictwie ludowym. Podobno ma właściwości przeciwdrobnoustrojowe, antyseptyczne, przeciwzapalne, antywirusowe, moczopędne, odtruwające, osłaniające, pobudzające, przeczyszczające, rozkurczowe, żółciopędne i wykrztuśne. Dużo tego. Trzeba tylko wiedzieć jakie części rośliny zebrać (a więc i jakie związki tam są zawarte) i w jakiej formie oraz w jakich dawkach stosować. W zależności od swojej wiedzy leśna Baba Jaga może być zielarką (gdy leczy) lub czarownicą (gdy truje). W tym sensie czarownica jest niedouczoną zielarką :). O wiedzy dużo zależy w ludzkim życiu…
W lecznictwie ludowym z kory i liści wytwarza się specyfiki na leczenie biegunki, zaparć, kamicy moczowej, zapalenia pęcherza, zapalenia oskrzeli, owrzodzenia skóry, brodawek, zapalenia powiek, egzemy, łuszczycy, trądzika i boreliozy (tą ostatnią można zarazić się po ukąszeniu kleszcza). Z jagód wytwarza się preparaty na zapalenie mięśni, przykurcze, bóle głowy i napady padaczki. Odwary z łodyg stosuje się na astmę, koklusz, żółtaczkę i jako lek przeciwrobaczy (czyli glisty, tasiemce i przywry, pasożytujące w naszym przewodzie pokarmowym). W Szwajcarii i w Niemczech roślina ta uchodzi za pożyteczny lek wykrztuśny i odkażający. Okłady z naparu ułatwiają likwidację siniaków, wspomagają usuwanie przebarwień, rozjaśniają cerę, przyśpieszają leczenie urazów i kontuzji sportowych. Czyli coś na efekty intensywnych sportów letnich na Warmii i Mazurach). Nalewka z ziela działa zmiękczająco na naskórek, oczyszczająco na pory, przeciwzaskórnikowo, wybiela piegi i plamy. Nie doczytałem tylko jak stosować taka nalewkę – doustnie czy zewnętrznie i domiejscowo. To chyba ważne, bo można przedawkować…Okłady z naparu wykorzystywane są w leczeniu trądziku i wyprysków. Napar z psianki nadaje puszystość i połysk włosom, usuwa drożdżaki i łupież, zapobiega elektryzowaniu się włosów.
Mamy więc bogaty zestaw ziołolecznictwa i dbania o urodę. Jak nic potencjalny produkt markowy dla niejednego SPA. Zdrowie i wypoczynek w przyjaznych warunkach przyrodniczych… ale i kulturowych. Dusza dla zdrowia także potrzebuje odpowiednich warunków: ciszy, piękna i… dobrego towarzystwa. Powolne życie na prowincji leczy…
Psianka słodkogórz – roślina jak roślina, niby nic w niej nadzwyczajnego. Setki takich pospolitych roślin mamy na Warmii i na Mazurach. Ale jeśli stworzymy sprzyjający klimat społeczno-kulturowy dla kreatywnych i wykształconych jednostek, to może z tego „nic” potrafią zrobić zupełnie nowe biotechnologiczne kosmetyki czy medykamenty. A może zupełnie coś innego, bo przecież kreatywność jest nieprzewidywalna, zwłaszcza w krainie cittaslow.

Chciałbym nauczyć się opowiadać o przyrodzie i o świecie wokół mnie tak, jak w chasydzkiej przypowieści, gdzie za pomocą drobiazgu tłumaczy się sprawy największe. Chciałbym się nauczyć opowiadać słowem, pismem i obrazem, tak aby mówiąc o szczególe dać obraz całości.
Pozostaje więc ćwiczyć, ćwiczyć i ciągle próbować…
Dobre i trafne komentarze z bloga warto wydobyć i wyraźniej udostępnić. Niżej głos w dyskusji sprzed kilkunastu dni, dotyczący edukacji i rozczarowań bezrobotnych absolwentów.
Wszystko zaczyna się od myślenia, że lepsze życie można sobie wykupić nie dobrymi umiejętnościami, lecz dobrymi papierami. Gdy nie było pracy, ludzie mówili: "trzeba mieć maturę, bo patrz ile ludzi bez matury nie ma pracy" .Więc miliony zaczęły kończyć maturę z myślą, że ten papier jest potrzebny do pracy. Ale z tych milionów nie każdy znalazł pracę, bo piątka chętnych po podstawówce, którzy nie umieją pracować na frezarce, jest tak samo bezwartościowa jak piątka maturzystów którzy nie umieją pracować na frezarce.
Więc ludzie pomyśleli, że trzeba mieć więcej papierków. "Idź na studia. Dopiero po studiach znajdziesz pracę". Na jakie studia? Obojętnie, byle był papierek, bo w powszechnym mniemaniu wystarczy sam dyplom, nie ważne co tam napisane. Więc miliony poszły na studia i miliony zostały licencjatami i magistrami. I okazało się, że dla milionów studentów też nie zawsze się znajdzie praca, bo po co pracodawcy piątka magistrów polonistyki, nie umiejących obsługiwać frezarki.
Teraz więc ludzie nie rozumieją "Przecież mam wszystkie wymagane papierki. Nie zapomniałem o żadnej pieczątce. Zaklęcie powinno zadziałać".
Przedmiotowe traktowanie szkół, jako etapów pośrednich do dobrego życia, służących do zajmowania wolnego czasu i wydawania papierków, skutkuje tym, że mało kto przejmuje się tym co tam jest uczone. I trudno już wyrwać się z tego kręgu skoro uczeń w szkole od początku jest uczony, jak ma dostać jak najwięcej punktów na teście, czyli że punkty i testy są najważniejsze.
Autor: zaciekawiony, 77-242-225-166.net.pbthawe.eu
Trafne i obrazowe przedstawienie istoty problemu. Sam papier nic nie daje. Liczą się rzeczywiste umiejętności. Nie ważne gdzie (i czy w ogóle) studiujesz, ważne kogo spotykasz, co robisz, w jakie relacje z ludźmi i ze światem wchodzisz. Samo "chodzenie" na studia czy do szkoły przyszłości nam nie otwiera.

W połowie lipca założyłem profil i dołączyłem do dziennikarzy obywatelskich Gazety Olsztyńskiej. Gazeta wykorzystuje to do promocji dziennikarstwa obywatelskiego. To dobrze, bo to w słusznej sprawie. I ja do tego rękę z chęcią przyłożę.
Dziennikarzem obywatelskim jestem już od dawna, współpracując okazjonalnie z różnymi portalami i blogując a nawet wykorzystując Facebooka. Ale może teraz warto zachęcić innych do pisania? Przede wszystkim chcę na sobie samym wypróbować nowe możliwości, aby po wakacjach, już z nowym doświadczeniem, zupełnie nową propozycję przedstawić swoim studentom. W ramach nauczania przez działanie.
Z całą pewnością czytanie kształci. Ale jeszcze bardziej kształci pisanie. Bo jest to sposób na uporządkowanie myśli, sposób na poszukiwanie brakujących informacji. Pisanie zmusza do czytania. Bo żeby o czymś opowiedzieć, trzeba samemu najpierw wiedzieć i po kilka razy przemyśleć. Pisanie jest formą aktywizującą w uczeniu się. Pisanie publiczne uczy bardziej niż pisanie sprawdzianów do szuflady wykładowcy.
Dziennikarzem obywatelskim jestem od dawna… bo to forma otwartego uniwersytetu i forma upowszechniania wiedzy. W zasadzie w jakimś sensie każdy naukowiec jest dziennikarzem. Biolog na przykład opisuje… przyrodę – jest więc "dziennikarzem przyrodniczym". Relacjonuje to, co odkrył i to, co się dzieje w życiu biologicznym. Owszem, publikacje naukowe mają swoją formę i specyficznego odbiorcę. Ale w swej istocie nie różnią się od obiektywnego dziennikarstwa. I naukowiec i dziennikarz opisują świat wokół nas. Tyle, że naukowiec potrzebuje znacznie więcej czasu na zebranie materiałów do swojej naukowej publikacji. Ale i naukowiec i dziennikarz pisze dla ludzi, żeby być czytanym i zrozumianym… a nie tylko w ich obecności.
Ważnym elementem kształcenia uniwersyteckiego jest nauczenie komunikowania się ze światem, z innymi ludźmi. Uczymy wypowiedzi ustnych, referatów z prezentacji multimedialnych, uczymy pisania publikacji naukowych i raportów. Jedną z form wypowiadania się jest dziennikarstwo.
Media, w tym gazety, cierpią na brak dobrych materiałów do publikacji. Wynika to z oszczędności i mniejszych nakładów na utrzymanie etatów dziennikarskich. Mniej dziennikarzy musi napisać więcej tekstów, a to przekłada się na spadająca jakość (dominuje policyjna kronika wypadków). W epoce cyfrowej współczesne media poszukują nowych możliwości. Jedną z nich jest współpraca z czytelnikami w formie dziennikarstwa obywatelskiego. Ale nic nie zastąpi dobrego i solidnego dziennikarstwa zawodowego. Wolontariusze piszą kiedy chcą i co chcą (i jak potrafią). Gazeta musi ukazywać się codziennie. Nadesłane materiały musi ktoś ocenić i oddzielić ziarno od plew. W tym kontekście dziennikarstwo obywatelskie to tylko uzupełnienie tradycyjnego dziennikarstwa. Nie zamiast ale tylko obok.
Nie stać redakcji na utrzymanie licznych korespondentów lokalnych? Muszą więc zbudować dobre relacje z wolontariuszami-dziennikarzami. Chodzi o dobrą współpracę i rzetelne więzi.
Coraz więcej ludzi jest wykształconych. Są więc ogromne moce przerobowe zupełnie niewykorzystane. Można byłoby w niewiarygodny sposób tworzyć współczesne encyklopedie i zbierać oryginalne i wartościowe informacje z całego regionu, kraju i świata. Tyle jest do opisania, uporządkowania i upowszechnienia! Przecież można wspólnie tworzyć na przykład Wikipedię, na serwerach Gazety Olsztyńskiej encyklopedię wiedzy o regionie itd. Nawet blogując można opisywać świat wokół nas w całej jego ogromnej różnorodności i bogactwie: słowem, dźwiękiem, obrazem, filmem.
Dziennikarstwa trzeba się jednak nauczyć. Nie muszą to być pięcioletnie studia. Można i w sposób nieformalny, w działaniu. Na przykład we współpracy z Gazetą Olsztyńską. Uczyć się przez ciągłe doskonalenie własnego warsztatu. W przypadku Gazety przydałyby się nie tylko zachęty ale i swoisty samouczek czy nawet cykliczne warsztaty dziennikarskie, albo w formie on-line, albo w formie sympatycznych zjazdów terenowych. Uczyć obiektywizmu, weryfikowalności, korzystania z różnych źródeł, uczyć różnych form dziennikarskich jak i technik wykorzystania aparatu fotograficznego, dyktafonu, obróbki plików tekstowych, dźwiękowych, filmowych, graficznych.
Dla mnie dziennikarstwo obywatelskie jest formą aktywizującego kształcenia ustawicznego, sposobem aktywnej turystyki i poznawania świata, sposobem porządkowania i utrwalania własnej wiedzy. Jest formą upowszechniania wiedzy i bezpłatnego udostępniania innym.
Dziennikarstwo obywatelskie uprawiam na blogu już od lat. Teraz chciałbym i innych do tego namówić, nie tylko swoich studentów (jako forma wypowiedzi publicznych). To ma sens.
Gorączka narodzin królewskiego dziecka (royal baby). Jeszcze się nie narodził a już miał hasło w Wikipedii. Książęce dziecko w Wielkiej Brytanii, a cały, medialny świat tylko tym żyje. Ale przecież ta monarchia nawet na Wyspach nie ma znaczenia, jest turystyczną wisienką. Skąd to zainteresowanie? Świat współczesnych celebrytów, którzy błyskawicznie się pojawiają i znikają. Tak jak w filmie Woody’ego Allena Zakochani w Rzymie z bohaterem Leopoldo Pisanello. Nie wiadomo czemu się nim media zainteresowały i nie wiadomo czemu po kilku dniach przerzuciły się na kogoś innego.
Sława powiązana z historią to dawne dzieje. Teraz sława istnieje bez historii, sława związana z szybko przemijającą teraźniejszością. Tak jak kiedyś w maglu, przy trzepaku, w wiejskim sklepie czy mleczarni. O czymś trzeba gadać. Najczęściej o niczym ważnym. Rozmowa jest tylko sposobem na wspólnotowe bycie ze sobą, na przebywanie. Bo człowiek jako istota społeczna chce być w relacjach z innymi ludźmi.
Historia i dawni bohaterowie to pamiętanie o ważnych dziejach dla ludzi i ludzkości. I to jest trwałe. Próba czasu niszczy celebrytę, bo dokonania są nieznaczące dla ludzkości. Tak jak pogoda – dziś o niej rozmawiamy by rozmawiać, jutro już zajmujemy się pogodą dnia jutrzejszego. Są i sławy, które dopiero po jakimś czasie, czasem po śmierci rozbłyskują. Ale to ze względu na ważność dokonać dla ludzkości. Przykład? Święci chrześcijańscy, za życia najczęściej nieznani, nie celebrowani, nawet prześladowani, szykanowani, pogardzani. Jak dobre wino, trzeba czasu by sława dojrzała i dorobek został uświadomiony. By ważność dokonań sprawdziła się w czynach i przemyśleniach. Prawdziwi bohaterowie najczęściej mają „pod górkę”.
Z bohaterami i celebrytami jest jak z ekosystemem. Pośród różnorodnych, alternatywnych strategii życiowych są i długowieczne drzewa (z długim, niewidocznym dorastaniem przez kwitnięciem i owocowaniem) są i efemeryczne rośliny zielne, szybko się pojawiają, kwitną, wydają owoce i znikają, przemijają. Nim rok upłynie, albo i szybciej.
Dzisiejsza kultura medialna żyje celebrytami. Znani z tego, że są znani (pokazywani). W globalnej wiosce tabloidalne media pełnią rolę magla, wiejskiego sklepu czy mleczarni. W szalonym pędzie wszystko się szybko zmienia, celebryci wymieniani są jak kubeczki jednorazowe w barze.
W tęsknocie za relacjami społecznymi (tymi prawdziwymi relacjami) współczesny człowiek staje się sławoholikiem. Niczym Herostrates, podpalić coś, rozebrać się publicznie na golasa by mieć swoje pięć minut celebryckiej sławy. By być znanym z tego, że się jest znanym (być widzianym przez wielu).
Władza i sława są seksowne, tak twierdzą socjobiolodzy. Celebryci – potężni i seksowni, potrafią przeżyć i reprodukować. Jest w nich coś z samca alfa. Celebryci mają coś z dawnego wodza-lidera czy niegdysiejszego bohatera plemiennego. Przynajmniej nam się tak wydaje.
Ludzie mają unikalną zdolność obserwowania i naśladowania ważnych społecznie zachowań. Więc naśladujemy albo bohaterów albo celebrytów… Grawitujemy w stronę liderów, chcemy zostać uczniem kogoś ważnego, celebryty, autorytetu, chcemy mieć coś w z nim wspólnego – choćby tylko autograf – ogrzewać się w jego sławie, bo stąd bierzemy poczucie dobrego samopoczucia. Wtedy czujemy się jak w plemiennej grupie pod wodzą i opieką bohatera, samca alfa. Dzisiaj to jest celebryta, tabloidalna namiastka bohatera. Stąd pogoń za wielkimi łowcami, bohaterami dzisiejszych czasów.
Celebryta zamienił bohatera w naszej kulturze. Choć bohaterowie nie zniknęli, są tylko w cieniu.
Celebryta sprawia w naszym nieuświadomionym mniemaniu wrażenie utalentowanego lidera, generuje przyjemność przebywania z nim, utożsamianie się z nim. Celebrytę (a dawniej bohatera) wliczamy do kręgu osób „w kontakcie”. Klikniemy na portalu społeczniościowym na fanklub celebryty i już jesteśmy członkami wspólnoty, wirtualnego plemienia. Czujemy się w relacjach i czujemy się dobrze.
Ewolucyjnie mózg nasz przystosował się do utrzymywania relacji z 150-250 osobami (tak twierdzą naukowcy po swoich eksperymentach). W takich grupach żyliśmy setki tysięcy lat. Mogliśmy każdego zidentyfikować, zapamiętać relacje społeczne z nim (przyjaciel, wróg, towarzysz łowów, zrobił mi buty itd.). Podobno w średniowieczu człowiek miał szansę osobiście spotkać do 100 osób w ciągu całego swojego życia. Teraz przegęszczone kontakty powodują, że nasz mózg nie jest w stanie zapamiętać tylu kontaktów i nie jest w stanie wytworzyć tylu relacji. Dlatego nie pamiętamy ludzi lub nasze relacje są powierzchowne. Ja nie pamiętam nazwisk swoich studentów, a jak pamiętam nazwisko to nie wiążę z twarzą i osobą. Kilka godzin zajęć w ciągle zmieniających się grupach i maleńkie porcje informacji. Nie mamy szansy się poznać. Gdzie dawna wspólnota uczących i nauczanych?Tłum odczłowiecza, bo nie jesteśmy w stanie zapamiętać tych relacji. Taka nasza biologicznie ukształtowana przypadłość.
Jeśli widzimy kogoś w telewizji, na portalu internetowych, w gazecie, to czujemy, że znamy te osoby. A kogo widzimy w tabloidalnych mediach? Na przykład tłum reporterów przed kliniką położniczą. Skupiamy się tylko na gwiazdach i celebrytach, reszta to niezidentyfikowana masa, tłum bezimiennym, bezosobowy, przechodnie na ulicy lub w supermarkecie. Ludzi z telewizji rozpoznajemy jako człowieka własnej grupy, społeczności, plemienia. To są paraspołeczne interakcje (czyli podobne do relacji społecznych a nie będące nimi w rzeczywistości, takie atrapy). Telewizja (obraz i język ciała) stwarza iluzję relacji twarzą w twarz, stwarza iluzję relacji osobistych. Dlatego dajemy się na to psychologicznie nabierać i napędzać medialną celebryckość.
Im dłużej kogoś znamy (widujemy) tym bardziej jesteśmy w stanie przewidywać jego reakcje i działania i tym bardziej go lubimy. Co tydzień te same twarze z jednego serialu. Lub gwiazdy i gwiazdeczki z kolorowych pism czy portali – widzimy ich twarze, wydaje się, że ich znamy jak panią z podwórka i pana z sąsiedniej klatki.
Prowincja umożliwia powrót do lokalnej wydolności naszego mózgu i relacji społecznych.
Ludzi jest mniej i możemy wchodzić z nimi w prawdziwe relacje. Prowincja daje nam szansę cieszyć się narodzinami dziecka sąsiada… Być może dlatego tęsknimy za prowincją, za cittaslow, nawet jeśli ta tęsknota objawia się tylko w oglądaniu seriali… imitujących prowincję.