Do siego roku czyli co?

W tradycyjnych świętach zachowało się wiele archaizmów, nie tylko kulinarnych. Przygotowujemy tradycyjne potrawy, mimo że na co dzień ich już nie jemy. Wypowiadamy tradycyjne świąteczne pozdrowienia, mimo że już nie rozumiemy ich pełnego (pierwotnego) znaczenia. Czysty rytuał. Tak jest i z noworocznym „Do siego roku” a może Dosiego roku? Ma znaczyć coś dobrego, odprawiamy rytuał. A co znaczy fajny, zajebisty itd.? Też nie rozumiemy dokładnie i nie objaśnimy, tylko tak mniej więcej, emocjonalnie (raczej mniej niż bardziej).

Wielokrotnie przez lata wypowiadałem tę formułę (do siego roku), bo… tak się z okazji Nowego Roku robi. I inni tak robili. W tym roku jednak coś mnie zaczęło nurtować, co to znaczy „siego roku”. Przekonałem się po raz kolejny, że wiedza ma charakter całościowy. Kiedy czegoś nie rozumiemy to próbujemy tłumaczyć sobie, wedle obecnej wiedzy i porównywać do tego, do czego podobne (co już znamy). A że w systemach tak jak w życiu wszystko się zmienia, to i w języku zmieniają się konteksty a przez to i interpretacja.

Nie znamy współcześnie żadnego „siego”, więc chętniej pisali byśmy „Dosiego roku”. Bo Dosię to już znamy, jako np. zdrobnienie od Doroty. Więc w dawniejszych interpretacjach znajdujemy wyjaśnienie, jakoby pewna Dosia długo żyła w zdrowiu. Więc sobie życzymy ponoć Dosiego wieku (roku) dożyć. „Siego” podobne jest do słowa „wszelkiego”, „wszystkiego” czy bardziej po wschodniemu „wsiego” – więc i taka interpretacja zrodziła się w niejednej głowie. Więc „do siego roku” niby znaczyć miało do wszelkiego, wszystkiego roku (ale sensu to nie ma). Myślimy całościowo, próbujemy racjonalizować niezrozumiałe.

W biologii liczy się nie tylko obecne, zewnętrzne podobieństwo (analogia) ale i przeszłość czyli homologia. Dlatego trzeba poznawać filogenezę. Bez przeszłości nie zrozumiemy teraźniejszości, także i w języku. Do siego roku to tradycyjne życzenie noworoczne. Ale okazuje się, że jeśli poznać genezę tego powiedzenia, to w Nowy Rok nie ma sensu go wypowiadać. Pierwotnie było choć było wigilijno- Bożonarodzeniowe życzenie i miało wtedy sens.

Prawdziwy sens życzenia „do siego roku” znalazłem w wyjaśnieniach filologa (Agata Olejniczak ) z Uniwersytetu Gdańskiego. „(…) aby wytłumaczyć jego znaczenie, trzeba sięgnąć aż do języka prasłowiańskiego, ponieważ słowo siego jest dopełniaczem staropolskiego zaimka wskazującego. Jego postać pierwotna brzmiała sь czyli ś, si, znaczył on tyle, co „ten” (miał on jeszcze rodzajowe odpowiedniki sia – „ta” i się, sio – „to”), a cała odmiana (w l. poj.) wyglądała tak: M. sь (ś, si), D. siego, C. siemu, B. sь (ś, si), N. sim, Ms. siem. Tak więc do siego roku to znaczy do tego roku. Dawniej Do siego roku! było formułką życzeń wigilijnych. Podczas kolacji dzielono się opłatkiem i mówiono: Życzę ci, kumie, sąsiedzie, „do siego roku”, w domyśle: obyś doczekał w zdrowiu „tego roku, który nadejdzie”. Zaimek ten możemy również odnaleźć w kilku frazeologizmach np. ni to, ni sio; tak czy siak; taki, siaki i owaki.”

źródło: http://www.polonistyka.fil.ug.edu.pl/?id_cat=295&id_art=1253&lang=pl

Co nam przyniesie rok 2015 – czyli czy powodzie i wichury to spisek ekologów?

green_universityPrzypuszczam, że rok 2015 upłynie pod znakiem klimatycznych klęsk żywiołowych i… narzekaniu, że to wszystko to spisek tak zwanych ekologów. Do spisku ekologów zapewne czasem trzeba dorzucić komary (bo i takie komentarze spotykałem). Rok 2014 okazał się najcieplejszy globalnie (tak jak prognozowano) od dłuższego czasu (pomijam okresy sprzed milionów lat). Gorsza jest jednak stała tendencja zwyżkowa, za którą wielu klimatologów „obwinia” antropogeniczne zwiększenie zawartości w atmosferze gazów cieplarnianych. Na plamy na słońcu, wybuchy wulkanów i kilka innych czynników wpływu w zasadzie nie mamy. Natomiast na emisję dwutlenku węgla ze źródeł antropogenicznych to potencjalnie wpływ mamy. Ale nie chcemy podejmować niepopularnych decyzji. Populizm jest atrakcyjniejszy niż odpowiedzialność.

W 2015 spodziewać się można kolejnych anomalii pogodowych: silniejszych zjawisk atmosferycznych, w jednym miejscu będzie cieplej, w innym chłodniej, w jednym więcej popada w innym będzie susza – inaczej jak przed laty. Gospodarka i rolnictwo będą musiały się przystosowywać do zmian. A będzie to bardziej „bolesne” niż redukcja emisji gazów cieplarnianych. Potencjalnie ludzkość ma już możliwości sterowania (minimalnego, ale jednak) globalnymi zmianami klimatu. Wymagałoby to jednak współpracy międzynarodowej i silnej woli. A do tego jeszcze chyba nie dojrzeliśmy. Może dopiero widoczne zmiany i klęski żywiołowe na dużą skałę zmobilizują nas do sensownych działań i współpracy? Wtedy można będzie powiedzieć, że nie ma tego złego, co na dobre nie można by obrócić – klęski klimatyczne mogą przyczynić się do większej międzynarodowej integracji. Chyba, że wcześniej przeważą tendencje destrukcyjne (takie jak zagrożenie z awanturniczej polityki putinowskiej Rosji – a przecież to nie jedyne, globalne i destrukcyjne źródło na świecie).

Ale to rzekome ocieplenie klimatu to podobno niecny spisek ekologów. Przecież jeszcze kilka dni temu mieliśmy srogi mróz i śnieg był. Nie ma więc zmian klimat a nawet jest ochłodzenie. Szwagier wie lepiej, bo widział gdzieś w internecie tajne, spiskowe maile ekologów, które przypadkiem wyciekły i wtajemniczeni poznali niecne plany spiskowców. Jest spisek klimatyczny nie ma żadnego ocieplenia klimatu. To spisek, żeby wyłudzić kasę, żeby wywołać przerażenie, ewentualnie zniszczyć gospodarkę jakimś wybranym krajom, np. Polsce, opartej na węglu (jednak kupujemy coraz więcej tańszego węgla za granica). Anomalie pogodowe, coraz częstsze, to kolejny spisek ekologów (i tajemniczych Onych, to wyboru, co kto woli).

Teoria spiskowa to taki ludyczny kamień filozoficzny – daje prostą odpowiedź na każde pytanie, daje proste wyjaśnienie wszystkiego.

Koszty energii odnawialnej są jeszcze często większe niż koszty energii konwencjonalnej. Ale nie liczymy dawniejszych inwestycji. Przez lata były dopłaty do węgla (przez cały PRL), inwestycje, koszty społeczne i przywileje górnicze. Jeśli liczyć wszystkie koszty, to OZE )odnawialne źródła energii) jest tańsze. Owszem, potrzeba jeszcze wielu lat inwestowania i poszukiwania, aby zwiększyć efektywność i obniżać koszty energii odnawialnej z różnych źródeł.

Wprowadzanie OZE Rozbija się o lobbing i głupotę (populizm). Lepiej wierzyć w spisek niż podejmować decyzje, zwłaszcza bolesne. Tak jak z paleniem papierosów… po co się odzwyczajać, przecież choroby nie widać od razu. Jak będzie rak płuc, to już za późno na zmiany stylu życia.

Gdzie jest odpowiedzialność za wichury i podtopienia zwolenników czarnej energii i rozgrzewania gospodarki? Teraz za powodzie wini się ekologów, bo bronią ptaszków w dolinach rzek i nie pozwalają na kolejne melioracje i prostowanie koryt rzecznych. Pomijając fakt, że melioracje i prostowanie koryt cieków wodnych nie tylko niszczy przyrodę ale i powoduje zwiększenie ryzyka powodzi… Będzie tylko gorzej. Zamiast uderzyć się w piersi i przyznać do błędów raczej będzie się szukać kolejnych wydumanych spisków i blokować OZE.

Pozostaje tylko wiara, że ludzie potrafią uczyć się na swoich błędach. I nadzieje w szybki postęp technologiczny. A także wytrwała praca i edukacja. Na rok 2015 patrzę z lekkim niepokojem…

ps. zamieszczona fotka nie ma za bardzo związku z tematem. Jest tam fragment wykładu dotyczącego idei green university. Dostosowywać do nowych warunków trzeba każdy fragment przestrzeni, a uniwersytet powinien być liderem.

O potrzebie fantazji w nauce i instytucjach akademickich

genialniPrzeczytałem wspaniałą książkę Mariusza Urbanka pt. „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”. Niesamowicie pouczająca lektura. Można zrozumieć, dlaczego jeden z największych sukcesów naukowych Polski zrodził się w prowincjonalnej uczelni, we Lwowie. Na marginesie Warszawy i Krakowa. Była to prowincja. Ale z ambicjami. I nie zabrakło kilku osób z fantazją. Lwowska szkoła matematyków jest wielkim osiągnięciem i wkładem Polski w światową naukę.

Prof. Roman Duda, na zakończenie wspomnianej książki, opowiada o niezwykłej szkole lwowskiej matematyków i jej międzynarodowym sukcesie. Opowiadając o łamaniu schematów i niestandardowych działaniach (np. obrona doktoratu Stefana Banacha – mimo, że nie miał ukończonych studiów) :

„- [prof. R. Duda] Dziś trudno sobie wyobrazić taki sposób obrony doktoratu. Myślę, że to niemożliwe.

– [M. Urbanek] To dlaczego wtedy się udało?

– Bo tamci ludzie mieli dość fantazji, by łamać skostniałe reguły. Zresztą bez takich cech nie byliby w stanie stworzyć czegoś tak ważnego jak szkoła lwowska. Nie oglądali się na przepisy, które służyły temu, żeby czegoś nie zrobić.”

Na prowincji też może coś ważnego się dziać. Ale potrzeba do tego otwartości i fantazji oraz ambicji. I stawiana studentom ambitnych zadań  już na samym początku (kosztem standardowego przerabiania materiału). Bo tak wyławia się w nauce geniuszy. My mamy system wyławiania standardowych i uładzonych rzemieślników-urzędników nauki.

W Nowym Roku 2015 życzę sobie i Olsztynowi oraz naszemu Uniwersytetowi ludzi z fantazją i odwagą. Zwłaszcza na kierowniczych stanowiskach. To oni wyławiają i stwarzają szanse geniuszom. Na początek polecam książkę o lwowskiej szkole matematyków. Kwitła w kawiarni.

O robotach i bezrobociu – refleksje pod koniec roku, spoglądanie wstecz i spoglądanie w przyszłość

jawlubliniePodróże kształcą, nawet te około świąteczne. A koniec roku sprzyja dodatkowo refleksjom. Jadąc na święta kupiłem bilet autobusowy przez internet. Wygoda spora, bo nie musiałem kilka dni wcześnie jechać na dworzec, by kupić bilet w przedświątecznym terminie. Ale teraz naszła mnie refleksja. Prace wykonała maszyna, zaprogramowana maszyna. Wygoda dla mnie jako konsumenta. Ale ktoś nie ma pracy, ktoś jest zbędny. W rezultacie pracy nie ma człowiek.

Przypomniały mi się czytane w czasach szkolnych i studenckich książki Stanisław Lema. Futurologia zwana fantastyką naukową (filozof publikował swoje przemyślenia w formie zbeletryzowanej – ale może dzięki temu docierał do większej liczby głów?). Myślę, że zawarta w tych książkach literacka ewolucja robotów jakoś głębiej we mnie utkwiła. Wytworzone przez człowieka maszyny uniezależniły się i zaczęły ewoluować. Ślady tego odnajduję w moich koncepcjach z zakresy filozofii przyrody, poszukiwania analogii między światem biologicznym a technicznym (jak w Teilhardowskie noosferze), gdzie ewolucja kulturowa jest kolejnym etapem w ciągu ewolucji biologicznej. Pięknie to scala ogólna teoria systemów Bertalanffy’ego. Wspomnienie przeszłości by zaplanować spisanie dokładniejsze swoich koncepcji i modeli a następnie opublikowanie, by nie ugrzęzły na zawsze w szufladzie (tylko część opublikowana). I by były czytane. Więc w jakiej formie publikować?

Wróćmy jednak do maszyn i komputerów. Bezrobocie za ich przyczyną nie byłoby pierwszym takim przypadkiem. Wszak już w XIX wieku buntowali się tkacze, tracący pracę za sprawą maszyn przędzalniczych. Tak przecież powstał luddyzm (luddyzm, od nazwiska – angielski ruch społeczny z początkowego okresu rewolucji przemysłowej, którego przedstawiciele składali się głównie z wolnych chałupników, rzemieślników i tkaczy, którzy niszczyli maszyny tkackie i mechaniczne krosna). Postępu cywilizacyjnego nie zatrzymali.

Komputerów nie niszczymy, a pracę tym razem traci głównie klasa średnia. Bezrobocie strukturalne wśród wykształconych ludzi jest bardzo duże nie tylko w Polsce i nie tylko w Europie. Problem dostrzeżony został znacznie wcześniej i to nie tylko przez Stanisław Lema. Hugo Steinhausa rozmawiając o cybernetyce z Marią Dobrowską na początku lat sześćdziesiątych XX w. „Opowiadał pisarce o maszynach, które w coraz większym stopniu zastępują ludzi. „Rozmnażają się”, bo same potrafią budować maszyny lepsze od siebie, a w bezpośredniej konfrontacji z człowiekiem wygrywają, (…) – dojdzie do tego, że człowiek stanie się rzeczywistym niewolnikiem tyrańskiej władzy maszyn – wieszczyła Dąbrowska (…) [Steinhaus} Tak, maszyny to klasa panująca.” (cytat z książki Mariusza Urbanka „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”, wydawanej w 2014 r. przez ISKRY, gorąco polecam).

Wydawać by się mogło, że należy się cieszyć z postępu naukowego i technologicznego. Bo przecież ułatwi nam życie i uwolni od ciężkiej pracy. Tak się dzieje, ale nie do końca. Mimo postępu technologicznego i niespotykanej nigdy wcześniej pracy maszyn… pracujemy jeszcze więcej (korponiewolnicy). Oczywiście ci co pracę mają. Równocześnie rośnie rzesza niepotrzebnych-bezrobotnych. To znaczy potrzebni są jako konsumenci.

Nie maszyny są winne jako takie ale nasza chciwość. Przecież tyle wolnych od uciążliwych i nudnych prac umysłów i rąk mogłoby tak dużo dobrego i wielkiego zrobić. Zamiast sterty jednorazowych śmieci moglibyśmy polecieć na Marca. I jeszcze dalej. Albo rozwijać kulturę i czynić świat piękniejszym. Lub więcej czasu przeznaczać na życie społeczne, na rozmowy ze sobą. Mimo maszyn coraz lepszych jesteśmy sfrustrowani: jedni bo przepracowani, inni bo czują się niepotrzebnymi jako bezrobotni… Jakoś ten świat źle urządziliśmy. Co zrobić, by w kolejnym roku bzdury nie powiększać?

Dlaczego preferujemy maszyny? Bo są tańszą siłą roboczą. W pogoni za tanim robotnikiem Europejczycy poprzenosili fabryki do Chin (a potem innych, biednych krajów). Mamy dużo taniej tandety… ale nie mamy pracy i większość rzeczy kupujemy. W rezultacie Chiny są już pierwszą gospodarką świata. Czy tak samo będzie z maszynami? Zastąpią nas i pojawi się nowy świat z robotami podbijającymi kosmos?

Zbliżający się Nowy Rok prowokuje do refleksji. Oraz wspaniała lektura. Jeśli świata nie potrafię(my) zmienić, to może chociaż uda się go zrozumieć?

Życzenia świąteczne adwentowo pisane

DSCN1413W rozgadanej rzeczywistości życzę moim Czytelnikom (tym regularnym i tym przypadkowym) ciszy, nudy i spokoju. Wyciszenia – bo wtedy słyszymy więcej. By swoje myśli usłyszeć, błąkające się po zakątkach umysłu. Życzę zadumy i refleksji i niespiesznych rozmów przy pracy. Jeśli nie przy łuskaniu fasoli to przynajmniej przy kręceniu maku, lepieniu pierogów, sprzątaniu mieszkania, modlitwie, malowaniu dachówek czy starych, pozornie już niepotrzebnych butelek i słoików. Nie trzeba wielu słów, nie trzeba spektakularnej aktywności. Ot tak, po prosu pomilczeć, byle w towarzystwie. A przy pracy wspólnej i dla dobra wspólnego (bo czymże innym jest wigilijna wieczerza, pasterka czy kolędowanie) mówić wiele nie trzeba. Wystarczy świadomość bycia razem obok siebie. Kontemplacja zwykłą pracą czy codzienną modlitwą. A z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę radości z odkrywania sensu. I powolnego życia w Nowym 2015 Roku.

p.s. Istnieje świat poza internetem i komputerem i warto go odkrywać.

Co zrobić, aby częściej bywać w bibiotece?

ksiazki_z_wipsowaNiedawno pan redaktor w Radiu Zet Gold, w czasie audycji, zapytał, kiedy ostatnio byłem w bibliotece. Dawno, w październiku… i to wcale nie po wymianę książek czy w celu poczytania lektury fachowej lub rozrywkowej. Była to wystawa. Dzisiaj też byłem, zabrać butelki z wystawy. Ale coś zaniosłem, trochę książek naukowych, jako darowiznę. Bo pomyślałem, że żeby częściej bywać w bibliotece, to trzeba tam zanieść swoje książki. Kiedy zechcę do nich sięgnąć, to przyjdę…

Kiedyś była biblioteka wydziałowa. Było blisko, często wpadałem, poczytać nowości w czasopismach fachowych, obejrzeć nowe nabytki. Ciągły kontakt i ciągła inspiracja. Ale zlikwidowano bibliotekę wydziałową, dawno temu. Teraz jest jedna duża Biblioteka Główna. Ale daleko. A skoro daleko to i okazji zbyt mało.

Po drugie więcej zarabiam, więc dużo więcej książek kupuję. Także tych naukowych.  W domu i w pracy miejsca brakuje… a przez to, że rzadziej bywam w bibliotece, to i mniej nowości znam. Ewidentna strata i zubożenie. Lepiej było być ubogim, wtedy więcej okazji do spotkań było i okazji do przeczytania niespodziewanych książek. Więc pomyślałem, że lepiej ja zacznę swoje książki zanosić do biblioteki, a tam przy okazji spotkam i inne. Kolejny przykład, że dzielenie się … ubogaca.

Trzeci powód rzadszego bywania w bibliotece wynika z internetu i łatwiejszego dostępu do literatury drogą elektroniczną. I to do zasobów, których nie ma na miejscu w Olsztynie. Ale tracę klimat czytelni i szelestu kartek (i porozmawiania z sympatycznymi paniami z biblioteki!). Przecież w bibliotece też jest internet. Kolega filozof mówi, że lubi pracować w czytelni. Chyba pójdę jego przykładem.

Biblioteka była i jest miejscem spotkań a nie magazynem książek. We wrześniu byłem w bibliotece na Olsztyńskich Dniach Nauki i Sztuki, w październiku na otwarciu wystawy. Są w bibliotece sale wykładowe, odbywają się wykłady otwarte, koncerty, pokazy naukowe, są wystawy. To nie jest działalność poboczna, to sposób na organizowanie spotkań. Wielowymiarowych i interdyscyplinarnych spotkań. Czy to bezpośrednich czy to za pośrednictwem pisma, wydrukowanego na papierze. Jest w Bibliotece Głównej kawiarnia.

Po co mieć książki, lepiej z nich korzystać. Wspólny księgozbiór zawsze będzie bogatszy od indywidualnego. Dlatego zaczynam wynosić książki do biblioteki lub na półki bookrossingowe. Na moim osiedlu, pod sklepem, jest publiczna biblioteka oparta na wolontariacie. Przynoszę i tam książki – te mniej naukowe. I sam z tej społecznej wypożyczalni korzystam. Bo blisko.

Ekonomia dzielenie się. Odkrywam z zadowoleniem tę rzeczywistość. Im więcej się daje, tym więcej się ma. Paradoksalne? Nie, bo bogatym jest ten, kto dużo ma. Bogatszy jest ten, który niewiele potrzebuje (bo ma tak dużo, że niewiele mu potrzeba). Ale najbogatszy jest ten, który dużo daje (ma tak dużo, że mu zbywa).

Niech zbliżające się Święta Bożego Narodzenia pozwolą nam odkryć radość z dzielenia się. 

Skala zapominania wiedzy przyrodniczej jest zatrważająca

kumakbroszuraByć może dlatego, że siedzimy więcej przed monitorem a mniej na łące czy w lesie? Być może ze względu na modę na geny i biologię molekularną? Nie wiem dlaczego, ale skala zapominania wiedzy przyrodniczej i biologicznej jest zatrważająco duża. Od lat publicznie zwracam uwagę na błędy w zapisie nazw łacińskich (naukowych) gatunków roślin, grzybów i zwierząt. Pojawiają się nie tylko w prasie codziennej, ale nawet książkach naukowych (tyle, że humanistycznych).

Wziąłem do ręki mały folderek edukacyjny pt. „Polskie płazy chronione prawem, Natura 2000”. Wydany przez Oddział Warmińsko-Mazurski PTTK ze środków Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie. Obie instytucje szacowne i wiarygodne. Na koncie mają wiele udanych małych i większych projektów edukacyjnych. Autorem zdjęć i tekstu jest przyrodnik, Wojciech Majcher (znam go osobiście), który na stronie www tak się reklamuje: „Nazywam się Krzysztof Majcher Od ponad trzydziestu lat chodzę po krzakach i profesjonalnie obserwuję żaby, żółwie i żmije. Zajęcie to było i jest źródłem moich radości i satysfakcji. Prace te będą miały w pełni sens i staną się użyteczne, gdy skorzystasz z mojej wiedzy i bogatych doświadczeń. Jestem przyrodnikiem w pełnym zakresie tego słowa. Czynnie pracuję jako faunista realizujący prace nad ochroną zagrożonych gatunków płazów i gadów.”

Z tym większym zdziwieniem i rozczarowaniem kłują błędy w tej broszurce-folderze. Jest to opis dwóch gatunków płazów. Konsekwentnie błędnie pisana jest nazwa gatunkowa, nazwa rodzajowa (pierwszy człon nazwy gatunkowej) zapisana jest małą literą, a cała nazwa bez kursywy. To takie ordynarne błędy ortograficzne. Będzie utrwalanie błędów….bo ma znaczenie czy zapiszemy homo sapiens czy Homo sapiens, podobnie smok wawelski lub Smok wawelski. Zupełnie inny sens, w każdym razie biologiczny.

Nurtowało mnie to bardzo, jak przyrodnik może popełniać takie podstawowe błędy. Napisałem do autora i już wiem:  „Tekst ulotki dostarczyłem z wpisanymi nazwami łacińskimi kursywą i tak jak to się zwykle robi, tekst ten był sprawdzany (podobno przez filologa)”. Czyli wszystko jasne, ktoś poprawił w dobrej wierze, bo myślał, że jest źle. Wiedza przyrodnicza, ta elementarna, potrzebna jest także humanistom i filologom. Ba, nawet artystom-rzeźbiarzom, żeby w Szczebrzeszynie nie robić z chrząszcza pasikonika (czytaj na ten temat „Bubel ze Szczebrzeszyna czyli wiedza przyrodnicza potrzebna jest nawet artyście„).

Tekst w opisywanej broszurce ciekawy, ale i tam ze zdziwieniem znalazłem błąd w opisie kumaka nizinnego, który wbrew zamieszczonemu zdjęciu „spód ciała pokryty jest mozaiką jaskrawo żółtej barwy na przemian z szarą.” A przecież nawet w Wikipedii przeczytać można:

„charakterystyczne u kumaków nizinnych jest ubarwienie brzucha. Jest ono ważną cechą gatunkową, umożliwiającą rozróżnienie kumaka nizinnego od bardzo do niego podobnego kumaka górskiego. Mianowicie u kumaka nizinnego brzuch ciała pokryty jest jaskrawymi czerwonymi lub pomarańczowymi plamami o charakterystycznym kształcie,” (….) „Brzuszna strona ciała kumaka górskiego zabarwiona jest jaskrawożółto-czarnym deseniem.”

Dlaczego wieloletni przyrodnik myli kumaka nizinnego z górskim? Źle skopiował z jakiegoś materiału? Ktoś poprawił, bo na zdjęciu bardziej wydawało się żółte niż pomarańczowe? Nie czyta, tego co pisze? I dlaczego błędnie zapisuje nazwy gatunkowe!? Dlaczego przeszło przez sito edytorskie i sprawdzanie innych osób (a raczej dlaczego błędy pojawiły się przy poprawianiu)? Aż tak bardzo jako społeczeństwo mamy zapomnianą elementarną wiedzę zoologiczną? Nie jest ona nic warta? Nikt się na tym nie zna?

W badaniach modne są analizy statystyczne i badania molekularne, nawet w botanice i zoologii. Specjalistów, potrafiących rozpoznawać gatunki i posiadających elementarną wiedzę, jest coraz mniej na uczelniach. Bo liczą się publikacje z listy filadelfijskiej…. A tymczasem niebawem zabraknie nam zupełnych podstaw. Wiedza przyrodnicza zapomniana będzie jak niegdyś cywilizacja antyczna. Za jakiś czas na powrót będziemy ja odkrywać. I na powrót uczyć będziemy się rzeczy elementarnych.

ps. w broszurze powinno być „kumak nizinny (Bombina bombina)” a nie „Kumak nizinny (bombina bombina)”, podobnie z traszką grzebieniasta.

Dlaczego studenci nie ściągali, chociaż mogli?

sciagiStudentem byłem dawno, teraz jestem po drugiej stronie katedry. Ale dzięki własnym dzieciom i dzieciom znajomych możemy czasem zobaczyć studencki punkt widzenia. I taki studencki punkt widzenia mocno mnie ostatnio zaskoczył. Działo się to na trudnym kolokwium czy jakimś egzaminie. W pewnym momencie wykładowca wyszedł z sali. Studenci zostali sami. I nikt nie ściągał, chociaż było to możliwe. Wbrew obiegowym stereotypom o młodzieży. Czy ta młodzież była wyjątkowa i nietypowa?

Dlaczego nie ściągali, chociaż mogli? Najwyraźniej chcieli sprawdzić co rzeczywiście potrafią, co zapamiętali (uczyli się dla siebie nie dla ocen, więc po co samego siebie oszukiwać i lukrować rzeczywistość?). Bardzo dojrzała postawa. Nie żaden wyścig szczurów, oszukiwanie i walka o dyplomy, oceny itd. Być może takich dojrzałych studentów jest więcej niż myślimy.

Ale wróćmy do sytuacji opisywanej. Co sprawiło, że byli dojrzałymi ludźmi? Czy to uczelnia (akurat Uniwersytet Warszawski), wydział, kierunek tworzy dobre warunki do rozwoju osobowości i nabierania mądrych postaw życiowych? A może specyficzny kierunek studiów sprawił, że przyszli sami mądrzy i dobrze ukształtowani? Na ile wynika więc z klimatu uczelni a na ile ukształtowanych charakterów w domu rodzinnym?

Dla mnie pytanie zasadnicze: jak tworzyć taki klimat do dobrego rozwoju młodych ludzi? Ile drobne kanty, plagiaty, oszukiwania samych wykładowców tworzą klimat demoralizujący i kształtujący przyzwolenie do ściągania (wyścigu szczurów wszelkimi metodami)? Zły przykład demoralizuje, a studenci więcej widzą i rozumieją, niż nam się wydaje (podobno najbardziej demoralizują szczytne ideały, słowa poparte złym przykładem). Pamiętam to z czasów studenckich…

No cóż, chciałbym mieć takich studentów. A może mam? Dobro się nie afiszuje. To oszukujący „kujoni” są widoczni i uwierający ze swoim cwaniactwem i kombinowaniem (potem zapewne zostaje, nawet u posłów z lewymi delegacjami na samochód). Porządni i solidni są mniej widoczni… bo wydają się czymś normalnym i nie zwracamy na to uwagi?

I jak tworzyć na uczelni warunki do rozwoju dobrych cech charakteru? Przecież nie samymi informacjami absolwent potem żyje. Kompetencje społeczne też są ważne. Pytanie dobre na adwent :).

ps. Na zdjęciu ściągi z mojej uczelni, leżały na parapecie… Z całą pewnością nie byli to moi studenci (treść ściąg na to wskazuje). Ale przecież to tylko mały wycinek rzeczywistości.

Innowacja …. w połowie roboty

wyastawadachowkowaKręte i długie są drogi wymyślania nowych rozwiązań. W zasadzie hipertekst istniał od dawna (przynajmniej w formie zalążkowej). Bo czym innym są powołania, cytaty i cytowanie? Odsyłaniem do innych źródeł, zarówno w celu „znajdź więcej na ten temat” jak i uwiarygodnienia. Ba, nawet w kulturze oralnej było odwoływanie się „a iksiński powiedział, widział etc.”.

Na przestrzeni dziejów rosła szybkość docierania do „odsyłaczy” aż hipertekst wyłonił się w całej swej elektronicznej okazałości. Szybkość docierania do Iksińskiego (aby dopytać o więcej lub zweryfikować poprawność powoływania się na jego słowa) była niewielka a czasem niemożliwe było fizyczne dotarcie. A bez bezpośredniego kontaktu i rozmowy nie było przekazu. Gdy pojawił się druk zwiększyła się możliwość weryfikacji i docierania do pierwotnych źródeł, ale dalej było to kłopotliwe. Do bibliotek i księgozbiorów było daleko a zbiory niewielkie. Weryfikacja powołania czy cytacji była czasochłonna i pracochłonna.

Kolejnym przyspieszeniem było „wynalezienie” publikacji. Ale docieranie i sprawdzanie wszystkich źródeł, zawartych w czytanej publikacji, było dalej kłopotliwe i czasochłonne. Więc niewielu z tych możliwości praktycznie korzystało. W wielu przypadkach przepisywano bez sprawdzania. Pozorowany rytuał napędzany pośpiechem i koniecznością dużej wydajności.

Komputery i elektronika zmieniły wiele. Tekst nie musiał być linearny, hipertekstowe przekierowania w jednym dokumencie, jak i odwołania do innych za pomocą internetu, stworzyły zupełnie nowe możliwości. A w zasadzie pokusa by łatwo sprawdzić cytowanie, znaczenie słowa (już bez pracochłonnego sięgania do słowników czy encyklopedii) rozpraszała. Te oszałamiające możliwości utrudniły czytanie tekstów. Bo skoro łatwo można sprawdzić, iść do przekierowania, to łatwo zagubić się w dygresjach. Łatwo utracić kontakt z pierwotnymi tekstem. Zwłaszcza przy korzystaniu z zasobów internetowych łatwo zagubić się w gąszczu pobocznych informacji i stracić kontakt z właściwym tekstem. Co, co kiedyś wynikało z ograniczeń, teraz musi być osiągane siłą woli i koncentracją. Zbyt duże możliwości rozpraszają.

Mobilny internet powszechnie dostępny zmienił jeszcze więcej. A w zasadzie dopiero stwarza takie możliwości. Dopiero uczymy się dostrzegać i wykorzystywać potencjał mobilnego internetu. Media stały się hybrydowe. Prasa wymieszana została z radiem i telewizją a do tego z namiastka bezpośredniej rozmowy (aktywizujące komentarze i portale społecznościowe). Środowisko akademickie powoli odkrywa te możliwości. Zmieniają się tradycyjne formy komunikacji naukowej. Już nie tylko seminaria, referaty, publikacje i sesje posterowe (a przecież poster to naukowa nowinka, upowszechniona w naukach przyrodniczych zaledwie dociera do nauk humanistycznych).

Eksperymentuję i ja  tworząc różnorodne innowacje. Na seminarium 12 grudnia sprawdzałem swój kolejny prototyp (na zamieszczonym zdjęcie dwie formy, na planszach i na dachówce). Działa. Oczywiście dostrzegam sporo różnych mankamentów, nie do końca trafnych rozwiązań. I będę to poprawiał w następnych realizacjach. Droga do innowacji jest długa. Wykonałem zaledwie kolejny krok, ani pierwszy ani ostatni. Eksperymentowanie pozwala zrozumieć proces i technologię. I wiem co trzeba wcześniej przygotować. Z pozoru wygląda to prosto i łatwo. Ale ważna jest treść. Ta jednak powstaje długo.

Hybrydowe formy komunikacji w nauce stają się faktem. Dla wielu jeszcze jako mglista fantazja, dla innych – rodząca się innowacja. Dla mnie jest to drugie. I to nabywane aktywnie i twórczo a nie biernie z trzeciej ręki (bo gdzieś w gazecie wyczytałem).

Niewolnica Izaura, stan wojenny i korposzczury

Na początku lat osiemdziesiątych, kiedy byłem już na studiach, w telewizji pojawił się brazylijski serial „Niewolnica Izaura”. Mnie osobiście nudził i go nie lubiłem. W tym czasie byłem już na studiach więc i czasu na oglądanie telewizji było niewiele. Problemy niewolnicy wydawały się takie obce i odległe. Ale serial cieszył się ogromną popularnością, co nie wtedy dziwiło. Było to jeszcze w stanie wojennym lub tuż po. W każdym razie w czasach szarych i ponurych.

To, co mnie irytowało, to ta ciągnąca się niemożność wyrwania z niewolniczego układu. Dzień po dniu, ciągle to samo, mobbing, zniewolenie, niemożność. Teraz mam wrażenie, że może oddawało to stan ducha i stan życia ludzi uwięzionych w szarym socjalizmie i PRL-u bez perspektyw. Mnie osobiście, jako młodemu człowiekowi, w duszy rewolucjoniście i romantykowi, wszystko wydawało się możliwe. I byłem niecierpliwy. Jak każdy chyba młody człowiek. Ale teraz, jako osoba dorosła chyba rozumiem ten permanentny stan niemożności i brak perspektyw, brak możliwości wyrwania się z niekomfortowej sytuacji. I umiejętność znoszenia tego nieprzyjemnego, długotrwałego stanu.

Uwięzieni w szarym, koteryjny, donosicielski i dorobkiewiczowskim w PRL-y. Układ ciągłej niemożności, zniewolenia stanu wojennego, układów i układzików o charakterze niemalże dworskim i koteryjnym. Może to zadecydowało o popularności Niewolnicy Izaury? Może bardzo wielu ludzi utożsamiało się świadomie lub podświadomie z bohaterką serialu? Teraz ja czuję się jak pokolenie lat osiemdziesiątych.

Teraz tak się czuje wielu ludzi, również w poczuciu niemożliwości, braku perspektyw i uwięzienia w układach i układzikach. Przyczyna chyba podobna. Zmieniło się dużo a przecież postawy ludzkie wydają się takie same. Człowiek jako istota społeczna zapewne nie zmienił się od setek tysięcy lat. Każde pokolenia musi zmierzyć się z podobnymi problemami z pozoru różnymi, a przecież gdzieś w swej głębi niemalże identycznymi.

Poezbeccy karierowicze, intrygi i lewe interesiki na delegacjach. Co nie pozwala na wyrwanie się z mobbingu i zniewalających, deprawujących zależności? Teraz to strach przed zwolnieniem i niepewność jutra. Tkwimy uwięzieni w patologicznych układach, koteriach… jak niewolnica Izaura. Bezrobocie sprzyja koniunkturalizmowi? Ale nie każdy się temu poddaje. Tak jak kiedyś. Inaczej dalej byśmy żyli w dyktaturze czerwonego proletariatu i esbeckich dorobkiewiczów.

Jakże aktualne w świecie korposzczurów i społeczeństwie konsumpcyjnym, zadłużonych niewolników. Sami się zadłużamy, sami uczestniczymy w korporacyjnym mobbingu i wyścigach. W różnych rolach, ale jednak. Niemożność? Nie, można to zmienić. Tak jak udało się obalić socjalizm i czerwona dyktaturę drobnych cwaniaków. Każdy to musi sam dla siebie. By nie być niewolnikiem i by nie zniewalać. Nie kopać współpracowników w nadziei na podlizanie się i drobne profity. Kiedyś była to paczka kawy, rajstopy czy wczasy w Bułgarii. Dzisiaj nieco inne „marchewki”. Istota ludzkich postaw taka sama. Mamy zawsze wybór uczestniczyć lub nie uczestniczyć w klakierskim dworze i małych geszefcikach. Nawet, jeśli jest to tylko emigracja wewnętrzna.

PRLowski dwór zmienił się w patologie korporacji. Na akademickich salonach to nie nowość, to adaptacja, transformacja złych wzorców społecznych, złego zarządzania. W 1985 r. pracowałem jako laborant, więc widziałem to od środka, nie tylko jako student. Lizusów było wielu wtedy i jest wielu teraz.