Beczka, ławeczka i filozofowanie

golebie

Diogenes mieszkał w beczce. Ale znany jest jako filozof a nie kloszard. Klimat filozofowania na ławeczce oddany został w serialu „Ranczo”. Pod sklepem, na ławeczce siadali wiejscy pijaczkowie i rozważali różne zawiłości życia. Chłopska filozofia ale ciekawa. No cóż, wydawać by się mogło, że to jedynie fikcja filmowa. Ale z wywiadu z Jerzym Niemczukiem (zamieszczony w Gazecie Olsztyńskiej, 24-25.01.2015), dowiedziałem się, że pomysł na „ławeczkę filozofów” zrodził się w Wimlandii (Warmia i Mazury, od skrótu „wim”):

„Ławeczkę przywiozłem do „Rancza” z Mazur. Kiedyś spotkałem takich pijaczków, którzy prowadzili swobodne rozważania na temat kosmosu.(…) Uświadomiłem sobie także, że menele są grupą społeczną, która ma czas na refleksje.”

No tak, czy my w zagonionym i dorobkiewiczowskim życiu mamy czas na refleksje? Wielu pustelników porzucało troski i zabiegi doczesne, decydując się na ubogie życie. Ubogie materialnie. By mieć czas na rozmyślania i rozmowy. Ubodzy materialnie, bogaci duchem. Coś czego zaczyna nam brakować. I chyba nie trzeba zostawać drobnym pijaczkiem, by mieć czas i sposobność do rozważań o sprawach ważnych, w tym o kosmosie.

Drobni pijaczkowie mają czas na rozmowy. „A czy księżniczka, która podjechała tak piękną karocą, ma nam coś do zaoferowania? (…) A czy księżniczka w tej sytuacji nie wsparłaby patologii pięcioma złotymi?” Jerzy Niemczuk tak to kwituje: „Ci ludzie siedzą i kombinują, a człowiek płaci im za tekst, jak poecie.” Czyżby beczka i ławeczka miały stać się znakiem firmowym poetów i filozofów?

Nie na mawiam do alkoholu. I bez butelki można zwolnić, siąść na trawie, na ławeczce, albo na kanapie w domu. I porozmyślać, najlepiej w dialogu z drugim człowiek. Kolejne gadżety, laptopy, zmywarki, super telewizory i wypasione auta nie dadzą nam tyle radości życia, co zwykłe, chłopskie filozofowanie i niespieszna rozmowa z człowiekiem. Nie tylko stopa życiowa ale i jakość życia do szczęścia jest potrzebna.

Niestety ławek w przestrzeni publicznej ewidentnie brakuje. Nie można wyjść przed blok i usiąść, by porozmawiać z sąsiadami. Skwerów i parków także jak na lekarstwo. Trzeba jeździć daleko….Za to „biedronek” i innych supermarketów zatrzęsienie. Anonimowe, bezduszne, z tanią tandetą. Znikają sklepy osiedlowe, ze znajomą sprzedawczynią, z którą można przy zakupach porozmawiać. Lub wymienić się ogólnymi refleksjami na temat życia. Lub kosmosu.

Świecie, obudź się! Rosja napadła na Ukrainę!

B8I3V_KIgAAS7o_Nie można milczeć wobec zbrodni, niegodziwości czy łajdactwa. Nawet, jeśli koszty nie-milczenia są mniejsze czy większe. „Zaśmiecam” swój blog off-topicowo, ale milczenie byłoby niegodziwością. Wiele sam nie mogę zrobić, ale tyle mogę.

Putinowska Rosja już od blisko roku wysyła na Ukrainę terrorystów, bandytów, broń i swoje regularne wojska. Od prawie roku próbujemy udawać, że w zasadzie to nic się nie dzieje, że jakoś to rozejdzie się po kościach. Ale cały czas giną ludzie, giną cywile. Rosja napadła zbrojnie na suwerenny kraj i zabija ludzi. To nie tylko sam Putin, to także tysiące Rosjan wspiera tę wojnę. Pora jasno powiedzieć – jesteście winni zbrodni, jesteście współwinni agresji, będziecie sądzeni prędzej czy później tak jak Niemcy za zbrodnie faszyzmu i hitleryzmu. I chcąc nie chcąc poniesiecie koszty analogicznie jak ówczesne Niemcy. A potem pozostanie wstyd i hańba na co najmniej pół wieku. Nie tylko dla Rosjan ale i dla nierosyjskich sympatyków tej wojny (jedni za pieniądze, inni z głupoty bo np. nie lubią USA, EU lub sąsiada z bloku). Nic nie usprawiedliwia ani nie tłumaczy tej bandyckiej napaści na Ukrainę.

Ta agresywna wojna toczy się w wielu miejscach. Internetowe proputinowskie trolle zalewają nas falą propagandy, ociekającej antysemityzmem i antyukraińskością itd. Ta intelektualna gangrena dociera i do nas i nas błotem ochlapuje, drenuje mózgi. Ta wojna jest dziwna, hybrydowa. Ale i my jesteśmy ofiara rosyjskiej agresji i chorobliwych snów o imperium. Historia lubi się powtarzać. Putin wysyła swoich siepaczy, giną nie tylko Ukraińcy, giną sami Rosjanie w granicach Ukrainy (Doniecku, Ługańsku etc.). Putin wysyła konwoje „humanitarne” ale z bronią. W Donbasie umierają Rosjanie z głodu. Żywność jest tylko dla zbrojnych bandytów.

Ukraina i obywatele Ukrainy mają prawo do wolności i samostanowienia. Kijowski Majdan nie był antyrosyjski, był buntem przeciw korupcji. Putin przestraszył się, że i Rosjanie zechcą żyć bez rządowych mafiozów, reketierów, bez korupcji? Wracając do analogii faszystowskich Niemiec – zbrodniom ludobójstwa winni i współwinni byli nie tylko esesmani w obozach koncentracyjnych. Dla wygodnego koniunkturalizmu i zysków z podbitych krajów reszta społeczeństwa milczała i udawał, że o niczym nie wie. Jak skończyli?

B8IFoY4CQAAXDUl

Na portalu internetowym ktoś napisał (nick martha.wise), myślę że trafnie, więc ja przeklejam:

Do ruskich trolli, tu i tam, i tych zarzucających innym rusofobię. Macie krew na rękach. Waszymi pro-Putinowskimi wpisami mordujecie ludzi, nie tylko Ukraińców ale też otępionych ruską propagandą Rosjan. Niemcy popierający Hitlera mogą próbować się tłumaczyć iż nie wiedzieli co Hitler robi z Żydami, Polakami, Cyganami, jeńcami Białoruskimi, Ukraińskimi, Rosyjskimi, ale wy w dobie internetu nie macie żadnego wytłumaczenia, a jesteście gorsi od Niemców, bo to wy w zaciszu waszych domów na odległość mordujecie ludzi.

Przed ruską inwazją zaczętą w marcu 2014 roku nie było ani jednej ofiary rosyjskiej rzekomego nacjonalizmu ukraińskiego. Na Ukrainie nikt nie był prześladowany z powodu języka rosyjskiego, 80% czasopism ukazywało się w języku rosyjskim, a na Krymie było zaledwie 14 szkół z językiem ukraińskim. Wasza żądza krwi jest hańbą dla was, waszych rodzin, i nawet dla tych którzy mówią wam dzień dobry. Wystarczy by krew sięgała wam po łokcie, czy chcecie się w niej tarzać? To co czynicie, wypisując swoje obrzydliwości na forach, to już nie jest mało uczciwy zarobek, to nie jest odrażająca głupota, to zbrodnia na odległość. To wy jesteście mordercami dzieci, kobiet i tych wszystkich wciągniętych w tę wojnę, tylko po to by chronić gangstera Putina i jego mafijne państwo. Po tym co stało się dzisiaj [chodzi o rosyjski atak rakietowy na cywilów w Mariupolu], nie ma dla was żadnego wytłumaczenia. Jeżeli tak bardzo chcecie się chwalić swoją „Świętą Rosją” to pokażcie mi swoich przyjaciół, tych którzy są blisko was i są z wami dla waszych zalet a nie dlatego iż mają nóż na gardle. Pokażcie choć jedną waszą kwitnącą gospodarczo prowincję, taką gdzie nie ma korupcji. Jedną. W czasie wojny Wietnamu z USA, zginęło 3 miliony Wietnamczyków, 20% powierzchni uprawnej nie nadaje się do upraw ze względu na wciąż obecne skażenie gleby. Gdy pytamy Wietnamczyków jaki jest ich największy obecnie zarzut wobec USA to odpowiadają: zbyt późne nawiązanie przez Stany Zjednoczone stosunków dyplomatycznych z Birmą. Nie ta straszna wojna? Nie, ta wojna była ponad trzydzieści lat temu, Ameryka była wtedy naszym wrogiem parę lat, ale my mamy Chiny jako sąsiada od ponad dwóch tysięcy lat. Ten komentarz poświęcam miłośnikom straszenia Polaków banderowcami. Zbrodnię Wołyńską Polacy omówią z Ukraińcami sami bez ruskiej pomocy. Ten tekst będę wklejała pod niecnymi komentarzami ruskich trolli, aż mnie zbanują.”

O podręczniku ekologicznego obozowania co z pracy magisterskie powstał i o zanikającej autonomii uniwersytetu

kowalczykpodrecznikTrzymam w ręku książkę, którą już wiele lat temu, w wersji prototypowej, nie tylko trzymałem ale i recenzowałem. Odkrywam ją na nowo i jestem pod pozytywnym wrażeniem. Wszystko za sprawą niedawnego wykładu w Ostródzie dla Zachodniopomorskiego Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych i Pilotów Wycieczek. Po wykładzie od autora dostałem tę właśnie książkę (ilustracja okładki obok): Krzysztof Kowalczyk „Podręcznik ekologicznego obozowania”, wydana w 2014 r. przez Niezależne Wydawnictwo Harcerskie. Książka wywołuje we mnie różnorodne, uniwersyteckie refleksje.

Pierwsza wersja książki powstała w 1992 r., jako praca magisterska na kierunku pedagogicznym. Zostałem poproszony o recenzję pracy dyplomowej. Bo już wtedy zajmowałem się edukacją ekologiczną. Ale byłem z innego wydziału. Praca powstała na Wydziale Pedagogicznym a ja byłem z Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego. Dobra tradycja otwartości i obiektywizmu (szukamy specjalisty, który się zna i recenzentów na prawdę zewnętrznych i obiektywnych).

Odnoszę niejednokrotnie wrażenie, że w tamtych czasach na WSP (Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie) więcej było uniwersyteckości niż teraz w Kortowie. Może to klimat tamtych lat a może coś innego (a może tylko mi się zdaje, bo to osobista refleksja a nie systematyczne badania). Więcej moim zdaniem wtedy było otwartości i poszukiwań, więcej autentyczności. Wtedy dostawałem jako recenzent prace dyplomowe nie tylko z innych kierunków ale i wydziałów. Próbuję tę tradycję kontynuować w Kortowie, dając do recenzji prace licencjackie i magisterskie pracownikom z innych katedr (innych zespołów) ale w obrębie jednego wydziału. Bez jednak widocznej reakcji i wzajemności (naśladowania, kontynuowania itd.). Za bardzo na naszym uniwersytecie przywykamy do chowu wsobnego, gdzie refleksji nie budzi nawet fakt, że syn ma promotora rodzica a drugi rodzic jest recenzentem pracy dyplomowej. To skrajny przypadek, ale mniej drastycznych jest więcej i zostają milcząco akceptowane. „Bo tak się robi”, bo brakuje wzorców i świadomości, że można inaczej.

Wróćmy do książki. To nie była typowa praca magisterska. Nie za bardzo mieściła się w utartych schematach i szablonach. Była wartościowa, co pokazał czas i trzymana w ręku książka (pozytywnie zweryfikowana przez świat pozauniwersytecki i tak zwany rynek). Przypomina mi się atmosfera lwowskiej szkoły matematyków (znam tylko z literatury). Szkoda, że tego otwartego i autentycznego klimatu zaczyna brakować. Skupienie się na biurokratycznym wypełnianiu tabelek i formalnym robieniu kariery. Każda nowość, która nie mieści się w odgórnie przygotowanych „rubryczkach”, jest niechętnie przyjmowana (bo jak to wpisać do wypełnianych sprawozdawczych tabelek?). Formalizm sprawozdawczości zastępuje autentyzm poszukiwać i ciekawość.

Na ile starczy mi (i nielicznym innym) sił na kreatywność i innowacyjność? To się ewidentnie nie opłaca. Opłaca się przede wszystkim spółdzielcze dopisywanie do publikacji i dbałość o wskaźniki aktualnie ważne do prestiżu i awansu…. Niedawno na Facebooku fizycy kpili z pewnej publikacji. Praca opublikowana była w piśmie medycznym, a więc dobrze punktowanym. Miała już wiele cytowań, a więc autor miał dobry IF (impact factor) i wysoki zapewne indeks Hirscha. Tak więc same ochy i achy i ważny dorobek w rozwoju naukowym-stanowiskowym. Tyle tylko, że autor ogłosił jako swoją metodę całkowania (chyba za pomocą trapezów czy jakoś tak, nie zapamiętałem, bo nie jestem matematykiem i nie rozumiem). A metoda znana jest od lat, tyle że matematykom (jeśli nie na poziomie dawnych liceów to na poziomie studenckim na pewno). A więc ktoś ogłasza jako własne odkrycie starą metodę (odkrywa Amerykę na nowo), publikuje w recenzowanym piśmie o wysokim IF i jest przez wielu innych naukowców cytowany (jak widać też ignoranci w matematyce). Trudno mi powiedzieć czy był to świadomy plagiat czy tylko wynikający z niewiedzy (nieuctwa), ale ktoś na bzdurze w świetle wskaźników robi karierę naukową. A wszystko przez zamknięcie się we własnym środowisku. Gdyby do recenzji dostał tę pracę przed drukiem jakiś matematyk, to sprawy by nie było (nie ukazałaby się i nie byłoby teraz kpin). Dawanie recenzji „swoim” to strategia o małych perspektywach. Prędzej czy później szydło wyjdzie z worka i będzie wstyd. Wielu osobom, nie tylko autorowi. Po drugie, żadne wskaźniki nie zastąpią rzetelnej wiedzy i zwykłego myślenia.

Przypomina mi się opowieść mojego dawnego szefa, Profesora W. Jezierskiego. Opowiadał o pewnym doktoracie z pogranicza sadownictwa i przetwórstwa. Obie recenzje pracy doktorskiej były pozytywne. Ale gdy je odczytano na radzie wydziału, to zapadła konsternacja. Jeden recenzent, sadownik napisał, że pod względem sadownictwa to praca nie przedstawia żadnej wartości, ale na pewno coś wartościowego jest w zakresie przetwórstwa. Drugi recenzent był specjalistą z przetwórstwa. Napisał, że w zakresie przetwórstwa to praca jest bardzo słaba i nic nie wnosi, ale na pewno coś wartościowego jest w części sadowniczej. Z formalnego punktu widzenia obie recenzje były pozytywne, więc doktorat się „należał”. Ale po zestawieniu recenzji i logicznej analizie rada naukowa zawiesiła przewód doktorski (by nie robić zbyt dużego wstydu promotorowi) i nigdy nie został wznowiony. Ale byli ludzie, którzy nie zrezygnowali z myślenia.

Miałkość jest przemijająca. Nauka potrzebuje otwartości, niestandardowości i otwartości poszukiwań. Tymczasem uniwersytety same zrezygnowały ze swojej autonomii i decydowania o awansach. Zamiast recenzji dorobku z czytaniem prac jest tylko porównywanie liczb (wskaźników). Buchalteria tabelek a nie analiza osiągnięć (proszę zwrócić uwagę jak naukowcy łatwo mówią o liczbie uzyskanych punktów w ważnych czasopismach a jak trudno o swoich odkryciach i co ich odkrycia nowego wnoszą do nauki).

Odpowiedzialność za jakość naukową uniwersytety scedowały na wydawnictwa zewnętrzne. Bo o awansie decyduje suma punktów, uzyskanych (przyznanych) przez pozauniwersyteckie czasopisma i wskaźniki. Cóż w zasadzie robią rady wydziałów? Sprawdzają w zasadzie papiery od strony formalnej (bo nie ma czasu na dokładne analizowanie). A recenzenci nierzadko przepisują zdania z autoreferatu, bez sięgania do prac i ich analizowania, w tym sensowności i oryginalności badań, w tym wkładu osoby ocenianej. Może pójść krok dalej? Uzyskiwanie stopni i tytułów naukowych może odbywać się on-line: delikwent wpisze swoje dane, pobierze z baz danych wykazy publikacji, program policzy punkty i wg algorytmu przyzna doktorat, habilitację czy profesurę. Oczywiście jeśli osiągnie dolną, wymaganą liczbę punktów we wszystkich uwzględnionych w algorytmie kategoriach. Ideał szkiełka i oka. I nikt nie będzie analizował co w tych publikacjach jest, czy i jaką mają wartość, jaki wkład wniósł autor w wieloautorskiej publikacji (nie trzeba samemu nic odkrywać, wystarczy się dopisywać i być dopisywanym). W każdym razie centralny komputer będzie przyznawał doktoraty, habilitacje, profesury i wszelakie nagrody. Same środowiska uniwersyteckie, z własnej woli, do takiej wizji dążą. Amerykanie się już buntują jawnie, w Polsce ani śladu wyraźnej kontestacji(*) i prób odzyskania uniwersyteckiej autonomii.

Tak na prawdę wiele osób ze środowiska akademickiego mówi o tym… tyle, że jedynie ściszonym głosem i w gabinetach a nie na forum publicznym. Bo po co się narażać? A może z niepewności, bo może tak właśnie trzeba? Czekamy aż Amerykanie za nas sprawę załatwią? Tak więc o autentycznej autonomii uniwersytetów (tej autonomii i samodzielności intelektualnej) trzeba zapomnieć (z swej szerokiej masie – bo szczęśliwe wyspy na pewno istnieją nawet w naszym środowisku – tyle, że na razie to nie one nadają klimat i powszechnie stosowane standardy).

Książkę czytam, Dobrze napisana, zarówno pod względem merytorycznym jak i językowym, ze znakomitym dowcipem. Wyzwoliła jednocześnie, jak katalizator, inne refleksje i myśli tlące się od dawna.

(*) – to znaczy czasem w gazecie to i owo można przeczytać, nawet bardzo krytyczne głosy. Czasem studentów i doktorantów, czasem samych profesorów. Ale te teksty nie wywołują szerszej i głębszej dyskusji w samym środowisku akademickim. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie.

Co będzie, gdy klimat się zmieni?

1024pxAlgerien_5_0049Co będzie, gdy klimat się ociepli? Czy warto się martwić? Przecież były już okresy na Ziemi, gdy było i cieplej i zimniej. I przecież świat się nie zawalił. Klimat globalnie się ociepla, to fakt a nie jakaś hipoteza czy „spisek ekologów”. A gdy się ociepli, tak jak przed tysiącami lub milionami lat już było, to co będzie?

Świat i Ziemia dalej będą trwały, przyroda sobie poradzi. Jedne gatunki wymrą inne powstaną, jeszcze inne się zmienią. Ewolucja na Ziemi trwa nieprzerwanie od miliardów lat. Nie raz na Ziemi (i w biosferze) były zmiany klimatu lub jeszcze większe katastrofy, łącznie z uderzeniem asteroidy. I życie przetrwało. Przyroda zawsze da sobie radę.

A ludzie? Też przeżyją (raczej przetrwają), czym się więc martwić i po co ograniczać emisje gazów cieplarnianych? Przecież to kłopotliwe dla gospodarki!

Sahara też kiedyś był żyzna, z rzekami, jeziorami lasami, pełnymi zwierzyny. I żyli ludzie. O czym świadczą na przykład malowidła naskalne, jak to, zamieszczone obok (Malowidła naskalne z Tasili Wan Ahdżar , Algieria, fot. Gruba, Wikimedia Commons). Potem klimat się ocieplił, wraz z odejściem epoki lodowej. W Europie zniknął nieprzyjazny lodowiec, pojawiły się lasy, jeziora i warunki dogodne do życia dla człowieka. Odeszli co prawda łowcy reniferów, ale pojawili się rolnicy. To polodowcowe ocieplenie przyniosło nam w Europie, lepsze warunki do życia. Więc czemu mielibyśmy się martwić kolejnym ociepleniem klimatu?

Tak, ocieplenie klimatu z tak szerokiej perspektywy (niemalże filozoficznej) to nie problem. Jakoś to będzie. Ale jeśli to my podzielimy los Sahary? Pozostaną po nas sterty plastikowych śmieci i betonowe bloki. Szkopuł tkwi w właśnie szczególe. Wraz z ociepleniem pojawią się kolejne „Sahary” , a gospodarka i ludzie będą mieli ogromne kłopoty. To będzie kosztowne. Więc może tańsze jest zapobieganie zmianom klimatu niż dostosowywanie się do zmian? Tak jak ze zdrowiem (taniej zapobiegać niż leczyć), kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza.

Przyroda sobie poradzi. Tak zwani ekolodzy nie martwią się więc o przyrodę… ale o ludzi i gospodarkę. To, co przyjazne dla ekologii przyjazne jest i dla ekonomii (gospodarki). Warto o tym pamiętać, w czasie dyskusji o niecnych „spiskach klimatycznych”.

Gadające dachówki, złoty człowiek i transfer innowacji z uniwersytetu

statuatki_zloty_czlowiekSpotkało mnie miłe i sympatyczne wyróżnienie statuetką Złotego Człowieka, wspólnie z p. Zofią Wojciechowską za projekt Gadających Dachówek (Zobacz relację Gazety Olsztyńskiej). Jest więc okazja by powiedzieć więcej nie tylko o gadających dachówkach.

Gadające Dachówki to innowacja, która powstała w czasie stażu w mikroprzedsiębiorstwie. Pomysł rozwijał się powoli, klucząc krętymi drogami a nabrał kształtów w ramach stażu (numer umowy o staż U.24/CIiTT.SIS2/PN/38/2014), jaki odbywam w małym przedsiębiorstwie. Staż odbywa się w ramach projektu pt. „Regionalny transfer wiedzy z nauki do biznesu – staże i szkolenia praktyczne naukowców w przedsiębiorstwach Warmii i Mazur”, współfinansowanego ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego a koordynowanego przez Centrum Innowacji i Transferu Technologii UWM w Olsztynie. Dachówkowa innowacja dotyczy branży turystycznej. Mam nadzieję, że skorzysta z niej małe przedsiębiorstwo z naszego regionu. Duże firmy sobie poradzą – najtrudniej jest mały, także z wdrażaniem innowacji. Innowacje są i dla małych!

Misją uniwersytetu jest wspieranie rozwoju regionalnego. Z innowacji korzystać mogą także małe (nawet mikro) przedsiębiorstwa. Innowacja nie musi oznaczać wielkich fabryk, dużych pieniędzy i mocno skomplikowanych technologii. Małe i duże przewroty najpierw powstają w głowie. Z gadających Dachówek mam nadzieję, że skorzysta branża turystyczna, ale przy okazji, jak podkreśla nominację Gazeta, „to cykl spotkań integrujących społeczność lokalną i pomagających im budować regionalną tożsamość.” Oddziaływania kulturotwórcze to także misja uniwersytetu. Szeroka współpraca z partnerami pozaakademickimi również.

Do nauki trzeba dopłacać a jakie są z tego zysku, korzyści dla społeczeństwa? Nie wszędzie da się postawić kasę fiskalną, więc ten wpływ nie dla każdego i nie od razu jest widoczny. Lata doświadczeń pod różnymi szerokościami geograficznymi wykazały, że warto mieć uniwersytety, w których uczeni obdarzeni są wolnością poszukiwań. Nawet wiedzy dla samej wiedzy. Bo paradoksalnie dobra teoria jest znakomitym wdrożeniem. Tak jak dobra mapa dla podróżnego.

Jak oceniać naukę (efektywność nauki)? Przez publikacje z listy filadelfijskiej i temu podobnymi narzędziami? Ale nie tylko publikowanie w czasopismach zagranicznych z listy IF (bo to działanie globalne i dla społeczności ogólnoświatowej) przesądza o pożytkach z uniwersytetów. Nie tylko o dumę, płynącą z ogólnoświatowego uznania i splendoru, chodzi (bo wtedy traktowali byśmy naukę na równi ze sportem). Można powiedzieć, że publikowanie w obcych językach i niedostępnych czasopismach to marnotrawstwo, to finansowanie nauki dla bogatych krajów, że to drenaż mózgów – bo inni korzystają. Ale to konieczne, by zachować kontakt z nauką światową. To także przepływ wiedzy światowej do lokalnej uczelni. Dobra nauka nie może być wyizolowana, bo wtedy z dużym trudem odkrywa się Amerykę po raz kolejny.

Jednakże obok tego poziomu globalnego potrzebny jest codzienny kontakt z otoczeniem uniwersytetu. Zapatrzeni w splendory ogólnoświatowe nie powinniśmy zapominać o kontakcie (i powinnościach) z „maluczkimi” na prowincji. Nie przypadkiem mój uniwersytet nosi nazwę Wamińsko-Mazurski. Mimo, że transfer wiedzy i innowacji do lokalnego otoczenia nie przekłada się ani na karierę zawodową, stopnie awansu czy prestiż zawodowy, to nie powinniśmy o nim zapominać. Dachówki to przykład zauważonego transferu do społeczności lokalnej (Gazeta Olsztyńska dostrzegła i publicznie innym pokazała). W większości taki przepływ wiedzy nie jest zauważalny we wskaźnikach naukometrycznych. Nie widać w publikacjach liczących się itd. Ale jest. To tylko wierzchołek góry lodowej – znacznie więcej nie dostrzegamy i nie widzimy tych pozytywnych skutków.

Dane wskazują, że tam gdzie uniwersytetu, tam gospodarczo lepiej funkcjonują społeczności lokalne. A więc w naukę warto inwestować i szkoły wyższe dotować, mimo, że pozornie nie widać szybkiego i wyraźnego przełożenia na gospodarkę. Może warto zwiększyć liczbę narzędzi pomiarowych? Ale koszty montowania „liczników pomiarowych” będą zbyt duże, zbyt biurokratycznie obciążające. Zbyt dużo aktywności samych uczonych pójdzie „w sprawozdawczość” (właśnie siedzę w kolejnych „papierach” i raportach”). Wystarczy zaufać… i robić swoje. Biznes też ma korzyści z wspierania nauki, i to nie koniecznie od razu. To tak jak z podlewaniem roślin – nie widać skutków po jednym podlaniu – roślina rośnie wolno i skutki widoczne są dopiero przy systematyczności. Kiedy zbieramy plon, wiemy, że zapracowaliśmy. Ale przecież nie wskażemy jednego konkretnego dnia, który zadecydował, bo np. 4 czerwca podlaliśmy wodą (innym razem sam deszcz glebę zrosił) id. Potrzeba wyobraźni by dostrzec tę zależność. I wiedzy ogólnej.

Czy Gadające Dachówki pomogą w dojrzewaniu lokalnej tożsamości (przekłada się na jakość życia) lub wspierać będą rynek turystyczny (przekłada się na stopę życiową)? Czas pokaże. Nie ta, to inna innowacja wspierać będzie rozwój regionalny. A może wszystkie razem, każda po troszeczku?

(zdjęcie wyżej pochodzi z Gazety Olsztyńskiej, fot. Przemysław Getka)

Kultura w podróży

variart_042014_DRUK_INTERNET_Strona_01Jak sobie człowiek (a nawet artysta) poleży, do go ciągnie  w świat, do ludzi. Najnowszy numer czasopisma VariArt będzie w poniedziałek podróżował. I ja się wybieram. Kultura w czerwoniaku. A dlaczego by nie?

Rozszerzona wersja artykułu w VariArcie: O obcych w przyrodzie i kulturze

Kultura, ta szeroko rozumiana, tworzy się, rozwija i upowszechnia się w relacjach. A podróże to doskonały sposób na rozwijanie więzi i relacji z innymi ludzi. Mówią, że podróże kształcą. Tak, ale tylko wykształconych i przygotowanych, którzy wiedzą co widzą, czyli rozumieją kontekst kulturowy, historyczny i przyrodniczy. Widzimy (dostrzegamy) przez pryzmat tego, co już wiemy. Ja na przykład, z racji zawodowych zainteresowań, dostrzegam wszędzie owady. A na malowanych widoczkach dostrzegam ich brak. Staram się więc otworzyć innym twórcom oczy na owady (i inne elementy przyrody) wokół nas. Są wszędzie. I artyści i owady.

Z dzieciństwa pamiętam podróże pociągiem. Takim z parowozem (dzieciństwo odnajduję już tylko w muzeum albo w skansenie). Lubiłem w wakacje przejeżdżać na Warmię i Mazury, bo w lokalnym pociągu, gdy wsiadałem w Korszach, to ludzie rozmawiali. Ze sobą rozmawiali – piękne było to lokalne-prowincjonalne otwarcie na innych i na siebie. Podróż – to było spotkanie z innym człowiekiem. I rozmowy w przedziale, poznawanie się. I ten uroczy zaśpiew mowy kresowej…

Teraz odgradzamy się gazetami, tabletami, słuchawkami na uszach. Jedziemy wśród ludzi ale samotnie, odizolowani. Cóż mogą nauczyć takie podróże? W domu ta sama gazeta, ten sam smartfon. Coś przegapione w takiej podróży – okazja poznania czegoś nowego. Nie ważne jak daleko podróżujesz (Egipt, Seszele, Chiny, Butryny, Lidzbark Warmiński, Jeziorany) – ważne jak głęboko podróżujesz i co potrafisz dostrzec wokół siebie. Więc w poniedziałek razem z VariArtem i jego Twórcami spróbuję podróżować po Olsztynie. Ale nie w samotności, tylko wśród ludzi. Będzie to kultura w podróży albo nawet kultura podróży.

„Kultura jest bowiem zawsze budowana na zastanych narracjach. Nie można uczestniczyć w procesach komunikacji społecznej w oderwaniu od istniejących wcześniej mitów, memów, utworów, trzeba je wykorzystywać przy konstruowaniu własnych komunikatów. Kultura nie jest narzędziem, które – tak jak oprogramowanie – wykorzystujemy do osiągania pragmatycznych celów. Kultura jest naszą tożsamością.” (źródło cytatu http://prawokultury.pl/scenariusze/),

Podróż kojarzy mi się nie z filmem puszczanym w autobusie lecz z wyglądaniem przez okno. Oraz z rozmowami z pasażerami. Dlatego w pociągiem podróżuje mi się lepiej niż autobusem. Przestrzeń publiczna jest tam, gdzie my ją stworzymy (odzyskamy). I chodzi o poszerzanie tej sfery publicznej, wspólnej, niezawłaszczonej, w której kultura może się rozwijać. Nawet ta najprostsza – w formie przemijające rozmowy.

Hmmm, ciekawe jak Olsztyn wygląda zza szyb „czerwoniaka”?

Górnicy strajkują a przeciętnego człowieka szlag trafia

Z perspektywy takich regionów jak Warmia i Mazury górnicze strajki, a przede wszystkim pohukiwania związkowców na ciepłych posadkach są po prostu irytujące. U nas nawet ludzie z wyższym wykształceniem, z doktoratami, do jakiejkolwiek pracy mają daleko, po kilkaset kilometrów. Jeśli górnik straci pracę, to na Śląsku do kolejnej „roboty” ma blisko. Rząd powinien wspierać słabsza większość, a nie krzykliwą i silniejszą mniejszość. Dlaczego mamy ciągle dopłacać do górników i KRUSu rolników (tych z 100-200 ha), np. kasjerka w Biedronce?

Wydawało mi się, że w swojej irytacji sytuacją górników jestem niszowy. Ale jeśli posłuchać głosów z Warmii i Mazur, to wkurzonych jest więcej. Ot na przykład wypowiedź młodego, wykształconego człowieka z FB

„Zwykły palacz w kotłowni w przemyśle górniczym zarabia prawie 5 tys. złotych miesięcznie, górnik dwukrotność najniższej krajowej, ja po skończeniu studiów magisterskich mogłem liczyć na umowę zlecenie jako sprzedawca za najniższą krajową. Jeśli im się tak nie podoba mogą się zwolnić i szukać pracy w innych miejscach. Mogą np: założyć własny biznes i działać. Państwo chciało im dać kopalnie w dzierżawę to nie wzięli. Jak można trzymać coś, co nie przynosi zysku? Sam mam firmę i wątpię, żeby ktoś się zainteresował tym, że nie mam pracy. Nie będę strajkował bo jako jednoosobowa działalność nie mam szans. A jeśli Państwo teraz się tak przejmuje ludźmi to gdzie było kiedy upadały PGR-y? Zostały one rozkradzione przez bardziej inteligentnych, a pracownicy PGRów teraz „wegetują”, bo inaczej nie można tego nazwać. Dla przykładu mieszkania z terenów po byłych PGRach można kupić za ok. 20tys złotych. Tylko nie ma chętnych. Dlatego trzeba zakasać rękawy i pracować. Krew mnie zalewa kiedy płacę miesięcznie prawie 2 tys. zł podatku i nikt mi nie dokłada złotówki, a górnicy czy Ci pozerzy lekarze z PZ strajkują bo mają źle. Na siłę zatrudnienie tam nie są, zawsze się mogą zwolnić i np. podawać cegły na budowie.”

Egoizm górniczych związkowców jest przerażający. Co mają powiedzieć pracownicy kultury (jedne z najniższych płac), co mają powiedzieć regiony ze strukturalnym bezrobociem od lat? Dlaczego pieniądze mają iść na dotacje dla kopalń a nie na inwestycję w nasz region? Też mamy energię z biomasy. Nie mamy petard i kilofów, nie pojedziemy blokować Warszawy?

Leżę sobie czyli Loża Twórców Kultury

kocyk_na_trawieZostałem zaproszony przez Pana Józefa Burniewicza do Loży Twórców Kultury. Jest to nieformalne i otwarte zgromadzenie (w większości wirtualne) autorów i animatorów z Warmii i Mazur. Nie ma żadnej struktury organizacyjnej (co mnie osobiście mocno ucieszyło) , statutu lub regulaminu. Twórczość lubi być wolna i nieograniczona przepisami. Najistotniejszym celem Loży jest przywrócenie w województwie warmińsko-mazurskim rangi należnej miejscowej kulturze współczesnej. Mnie osobiście najbardziej na sercu leży trzecia kultura.

Loża… to pewnie coś z leżeniem. Więc sobie dzisiaj z radością poleżę. Będzie artystycznie i wyczynowo (sofing to wyczynowe leżenie na sofie). Będzie kulturalnie, bo sobie coś przy okazji leżenia poczytam. Albo lepiej porozmyślam. Będzie to rozmyślanie kulturalne i twórcze. W czasie leżenia twórczość rozkwita. Na razie w głowie, a potem to się zobaczy, może się zmaterializuje (nauka też jest twórczością, więc mam na myśli również publikacje i pomysły na badania).

Najpiękniejsza jest sztuka przemijająca. Cieszy… a jednocześnie daje miejsce na inną, następną sztukę (realizację), nie zawłaszcza przestrzeni ani uwagi. Jest skromna, prowincjonalna, lokalna. Trzeba być tu i teraz, by się nią cieszyć. Nie da się jej utrwalić konserwantami, przewieść daleko, trzymać w lodówce by po kilku miesiącach wyjąć, odgrzać w mikrofalówce i konsumować. No więc leżę, tworzę i kulturzę (z obowiązków członka Loży wywiązuję się chyba należycie?). No i zgłoszę postulat w sprawie wspierania i rozwoju kultury na Warmii tudzież Mazurach: dajcie twórcom spokojnie poleżeć. No i żeby mieli za co poleżeć (nie z głodu leżeć, ale twórczo i kreatywnie). Bo jak sobie poleżą, porozmyślają, to w końcu wstaną i coś zrobią. Na przykład kulturalnie.

Sztuka ulotna i przemijająca jest jak życie. Populacja np. żubrów, chruścików, przylaszczek trwa przez wieki, ale ciągle trwa w nowych i w nowych osobnikach. Las trwa nie dlatego, że drzewa nie umierają, ale dlatego że wciąż rodzą się nowe. Tak jest i ze sztuką, ciągle rodzi się nowa. Ale dla tej nowej musi być miejsce, miejsce wolne, niezawłaszczone. Ciągłość w sztafecie. A to umożliwia ewolucję.Dziedzictwo kulturowe regionu podobne jest do dziedzictwa przyrodniczego w swej istocie.

By kultura mogła tak trwać, by memy, idee, pomysły, wzory mogły trwać, to ludzie muszą się spotykać, muszą być blisko siebie. By ta kultura, niczym pchły czy wszy, z jednego człowieka przeskakiwała na drugiego (potrzebna bliskość). Sztafeta pokoleń. Dialog i wspólnotowość. Hmm, to może z kimś leżeć? Może idea Loży polega na wspólnotowym polegiwaniu? A przynajmniej na świadomości wspólnych wartości. Leżenie jest ważne. Spacer jest ważny, zwłaszcza dla procesów myślenia i naukowego tworzenia.

W stachanowskim świecie pracoholizmu leżenie jest czymś wywrotowym. Bo żeby leżeć, to trzeba się wywrócić. A my żyjemy w systemie kulturowym, zachęcającym (by nie powiedzieć zmuszającym!) do ciężkiej i nieustannej pracy. W systemie, w którym człowiek swój  szacunek do siebie opiera na produktywności i pieniądzach. Bo miarą sukcesu i wartości są zarobki i pieniądze widoczne przez system fiskalny. Kobieta pozostająca w domu jest tylko „kurą domową”. Pracuje w zasadzie na czarno, bo za gotowanie, sprzątanie, wychowywanie, rozmowy (kultura i usługi społeczne) nie dostaje pieniędzy (ewentualnie jest to jedynie wymiana barterowa). Czuje się bezwartościowa i społeczeństwo (to znaczy ten system wartości) patrzy ma nią jako bezwartościową i bezrobotną. Dzięki postępowi technologicznemu mamy pralki, suszarki, zmywarki, samochody i tysiące innych rzeczy, które za nas wykonują pracę. Pełnia szczęścia, wreszcie moglibyśmy odpocząć i twórczo poleżeć? A gdzież tam, pracujemy jeszcze więcej….

A jednocześnie, skoro pracujemy wydajniej, to wielu innych ludzi pracy nie ma. Albo robi zupełnie niepotrzebne rzeczy (jednorazowe, by szybko się psuły) a potem marketingowcy głowią się, jak nas zachęcić do kupowanie tych niepotrzebnych śmieci. A my pracujemy jeszcze więcej, by kupić… i zaraz wyrzucić na śmietnik. Albo do rzeki, lasu czy jeziora.

Tak, liczy się tylko praca wynagradzana pensjami. W takim zorientowanym na sukces społeczeństwie ludzie nie dbają o siebie w sensie emocjonalnym. Chyba, że emocje (lub surogat emocji) kupujemy (z VAT lub bez). Seks za pieniądze już znany jest od lat. Teraz pojawiło się przytulanie. Takie zwykłe. Brzmi jak żart, ale to fakt, który niedawno zaistniał. W systemie pracy i fiskalizmu źle widziane jest również wyrażanie uczuć, a zwłaszcza smutku, żałoby, gniewu i wrogości. Keep smiling i pracuj dalej. Na rozmowy nie ma czasu, chyba, że są to rozmowy biznesowe. Reszta to plotki i spadek wydajności pracy, więc trzeba się wstydzić. Dopiero gdy zachorujemy, najlepiej ciężko, to możemy ujawniać swoje emocje. Chory, często po raz pierwszy w życiu, może pozwolić sobie na wiele zachowań, których nie wypadało mu przejawiać, póki był zdrowy i w pełni zdolny do pracy. Wolno mu domagać się pomocy, miłości, może okazywać smutek. Może leżeć i nie pracować.

Może więc chory jestem, że tak sobie leżę?

Noc Biologów czyli zacznij studiować biologię od zaraz

jaijablkaNoc Biologów to jedna z wielu imprez popularnonaukowych. Ale to coś więcej (przynajmniej w moim zamyśle już od czterech lat). Będą „wybuchy” i różne zadziwiające eksperymenty, ale nie dla efektów jak w cyrku czy na koncercie rozrywkowym, lecz by zachwycić się… i zgłębiać wiedzę sukcesywnie. Zachwycić się by potem przez poznawanie zrozumieć świat wokół nas. W tym przypadku tajemnice życia.

Biologia jako nauka i wiedza są fascynujące. Studiować można od zaraz, nie ważne czy ma się lat 5 czy 70. Nigdy nie jest za wcześnie i nigdy nie jest za późno. Noc Biologów jest po to, że by przełamać nieśmiałość i wykonać pierwszy krok… i udać się na uniwersytet. To będzie kształcenie nieformalne, ustawiczne i indywidualne. Noc biologów jest i po to, żeby szukać kontaktu z naukowcami (a także studentami, doktorantami) i potem spotykać się częściej. By umówić się na spokojną wizytę z z całą klasą lub tylko w małej grupce. A nawet indywidualnie.

Wybrać się na Noc Biologów (najbliższa już 9 stycznia 2015 r.) by poznać ludzi, których potem można pytać. Okazuje się że studiować biologię można od zaraz i w zupełnie indywidualny sposób. We własnym tempie. Nie dla ocen ale dla zaspokojenia własnej ciekawości. Noc coś zaczyna. Można prowadzić potem dyskusję poprzez krótkie publikacje, eseje, polemiki itd., zarówno na naszym blogu wydziałowym jak i w Encyklopedii Przyrody Warmii i Mazur (dziennikarstwo obywatelskie z Gazetą Olsztyńską lub Wikipedią). Być jak naukowiec, bo tak, przez publikację, dyskutują również naukowcy. I Ty także możesz zostać naukowcem. Już od zaraz. W tę nietypową, jedyną w swoim rodzaju Noc Biologów.

Stanisław Ulam, uczeń i współtwórca lwowskiej szkoły matematyków, miał zostać adwokatem, ale wolał patrzeć w gwiazdy i czytać książki fantastyczno-naukowe (teraz oprócz książek mamy pikniki naukowe takie jak Noc Biologów). Potem w USA jako matematyk współpracował z fizykami w projekcie Manhattan. Gdy w 1973 r. zapytany został, czy gdyby w Los Alamos nie zbudowano bomby atomowej to świat czułby się bezpieczniejszy, odpowiedział „cokolwiek jeszcze stworzy nauka, czy będzie to uwodnienie energii jądrowej, czy możliwość manipulowania genami, i tak wszystko zależy od dojrzałości emocjonalnej człowieka”. Już wtedy ten genialny matematyk, mimo że w połowie XX wieku triumfy odnosiła fizyka, za dużo gościnniejsze niż wynalazki fizyków uważał badania i odkrycia biologów. Bo to one zmieniają oblicze świata, jak powiadał „biologowie sięgają do samych źródeł życia”. Od słów wypowiedzianych przez genialnego matematyka Stanisława Ulama minęło już ponad 50 lat. Stały się one jeszcze bardziej aktualne.

Żyjemy w wieku biologii, nauki, która zmienia nie tylko nasze życie codzienne ale i filozofię. A w czasie Nocy Biologów na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie można będzie zajrzeć do uczelnianych laboratoriów i dowiedzieć się, nad czym teraz pracują naukowcy. Ogólnopolska Noc Biologów już po raz czwarty odbędzie się w Olsztynie, tym razem 9. stycznia 2015 r. (piątek). W tym roku w akcji udział bierze 26 instytucji naukowych z całego kraju. Olsztyński Wydział Biologii i Biotechnologii – we współpracy z innymi jednostkami UWM oraz pozauniwersyteckimi podmiotami – przygotował blisko 100 różnych wykładów, pokazów, wystaw, wycieczek, laboratoriów, eksperymentów. Wszystko związane z popularyzacją nauki biologicznych.

Noc Biologów w Olsztynie zaczyna się nietypowo o poranku, bo już o 8.30. Oficjalne i uroczyste otwarcie odbędzie się o godz. 11.00. Całość zakończy się późno w nocy, nad rzeką Łyną, na stanowisku archeologicznym, w miejscu dawnej osady starożytnych Prusów. Dlaczego Noc Biologów zaczyna się o poranku? Bo zimą noc jest długa i trwa kilkanaście godzin. Noc Biologów też trwa kilkanaście godzin. A zaczyna się o poranku, aby umożliwić udział młodzieży szkolnej w zorganizowanych grupach. To odpowiedź na ogromne zapotrzebowanie na edukację pozaformalną (poza murami szkoły). Nie mamy jeszcze olsztyńskiego Centrum Nauki (tak jak CN Kopernik w Warszawie), uniwersytet wypełnia tę pustkę piknikami naukowymi (Noc Biologów, Olsztyńskie Dni nauki itd.).

Kształcenie ustawiczne i pozaformalne jest znakiem czasu i mieści się w misji Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. W Nocy Biologów nie chodzi tylko o efektowne wybuchy i naukowe show (chociaż na naukę możemy patrzeć jako element kultury – jako trzecią kulturę). Zachwyt i zadziwienie swoistą rozrywką naukową jest jedynie wstępem do zachwytu nad światem i zachętą do zgłębiania wiedzy. Na poznawanie nigdy nie jest ani za wcześnie ani za późno. Każdy znajdzie coś dla siebie. I znajdzie okazję na bliski kontakt z naukami biologicznymi oraz z naukowcami. Będzie niepowtarzalna okazja zwiedzić laboratoria i poznać codzienną pracę naukowców z UWM w Olsztynie, w szczególności z Wydziału Biologii i Biotechnologii.

W roku 2015 chcemy położyć nacisk na usługi ekosystemowe oraz rożne formy terapii z wykorzystaniem metod biologicznych (m.in. hortiterapia, hirudoterapia). Jednym z celów akcji jest pokazanie kluczowej roli nauk przyrodniczych w egzystencji populacji ludzkiej na Ziemi a także znaczenie biogospodarki w rozwoju regionalnym w północno-wschodniej Polsce.

Biologia jako nauka o życiu zachwyca. Rozwiązuje wiele ważnych problemów współczesnego świata. Zmienia nie tylko filozofię i codzienne dyskusje w mediach, ale wpływa także na rozwój ekonomiczny i gospodarkę opartą na innowacji. Jest więc o co pytać i o czym dyskutować. Biolodzy to nie tylko siwiejący dziadkowie, biegający po łące z siatką na motyle. Biolodzy to naukowcy, pracujący w nowoczesnych laboratoriach i rozwiązujące różnorodne problemy. Biologią stosowaną jest np. biotechnologia czy inżynieria środowiskowa. Z odkryć biologicznych czerpie rolnictwo, medycyna, kosmetologia, ochrona przyrody, leśnictwo czy nawet coraz dynamiczniej rozwijająca się biogospodarka. Surowcem dla biogospodarki jest różnorodność biologiczna i kapitał ludzki. Zobaczmy więc co u siebie, w regionie mamy, i czy warto na tym budować przyszłość.

Początek XXI wieku przynosi wiele niezwykłych odkryć biologicznych, znacząco wywracających dotychczasowa wiedzę podręcznikową. Na powrót mówimy o dziedziczeniu cech nabytych (a wydawało się ze lamarkizm z każdej postaci to przeżytek). Tak, współczesna wiedza biologiczna nas ciągle zaskakuje swoimi odkryciami i nowymi teoriami. Kontynuuje się poznawanie genomów wielu organizmów, w tym człowieka. Na coraz szerszą skalę są uprawiane rośliny modyfikowane genetycznie a wykorzystanie innych grup istot żywych jako GMO jest coraz większe w różnych dziedzinach życia. Trwa spór o globalne zmiany klimatyczne, globalne wymieranie gatunków, . ONZ ogłosiło Dekadę Bioróżnorodności (2011-2020). Tworzone i rozwijane są różnorodne banki genów, w tym w formie sadów i ogrodów. Rozwijane są nowe metody leczenia ludzi. Ogrody zdrowia to nie tylko estetyka ale i terapia. Pojawienie się nowych chorób, groźnych dla człowieka, wyzwoliło lawinowy rozwój nauk biomedycznych. Wyzwaniem staje się dalszy rozwój cywilizacyjny w zgodzie z możliwościami środowiska.

Wiele wskazuje na to, że XXI stulecie będzie wiekiem biologii (od filozofii po gospodarkę). Trudno się więc dziwić, że ta fascynująca dziedzina nauki przyciąga rzesze chętnych do zgłębiania jej tajemnic, zarówno w formie studiów jak i kształcenia ustawicznego czy pozaformalnego. W tę jedną noc – Noc Biologów – naukowcem może być każdy. Przekonajcie się sami! Tej jednej, jedynej w roku, „Nocy Biologów”. A potem będzie okazja na kontynuacje przez cały rok w formie artykułów popularnonaukowych, wykładów otwartych, pokazów dla szkół, współpracy z Uniwersytetem Dzieci.

A co zrobić, gdy na interesujący pokaz nie ma już miejsc? To proste, próbować umówić się z naukowcami na wizytę w laboratorium w innym terminie. Nazwiska i adresy kontaktowe są umieszczone w programie. Można także zapraszać z wykładami i pokazami do siebie (do szkoły czy innej placówki edukacyjnej lub kulturalnej, np. w ramach akcji „Wypożycz sobie naukowca”) w ciągu całego roku. Zapraszamy także dziennikarzy by w ciągu całego roku zaglądali do nas i relacjonowali szerokiej publiczności najnowsze odkrycia biologiczne.

Cele Nocy Biologów: upowszechnianie i popularyzacja nauki oraz instytucji zajmujących się problematyką przyrodniczą poprzez przystępne w formie pokazy, warsztaty, prelekcje, wykłady, zwiedzanie laboratoriów, wystawy, dyskusje oraz materiały zamieszczone w prasie lokalnej, radiu, telewizji i internecie (m.in. blogi i portale społecznościowe). Wzbudzanie ciekawości oraz chęci do poznawania i rozumienia świata przyrodniczego, szczególnie u dzieci i młodzieży szkolnej w celu kształtowania poglądów, pozwalających na zrozumienie prawidłowości funkcjonowania przyrody oraz na nieszkodliwe obcowanie ze światem żywym (biologicznym). Celem jest również przedstawienie podstawowych, ale ważnych zagadnień, poszerzających wiedzę społeczeństwa na temat funkcjonowania świata przyrodniczego (m.in. problemy biogospodarki, biotechnologii, zdrowia ludzkiego czy ochrony przyrody) jak i zagadnień budzących wiele kontrowersji.

Więcej bieżących informacji:

Genialni czyli o korzeniach dobrych zespołów naukowych

genialniPrzeczytałem przed świętami, ale ciągle jestem pod inspirujących wrażeniem książki Mariusza Urbanka pt. „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna.” Znakomita opowieść o nauce i uczonych (Steinhaus nie lubił słowa „naukowiec”). Opisuje dawne czasy ale jest ciągle aktualna. Gorąco polecam, dobrze napisana i wielowątkowa. Zainteresuje uczonego, naukowca jak i przeciętnego zjadacza chleba (ciekawa jest np. historia II Rzeczypospolitej i naszego antysemityzmu na uczelniach). W zakresie metodologii nauki i znaczenia współpracy, dialogu znakomicie koresponduje z dawniej przeczytaną książką Ludwicka Flecka pt. „Powstanie i rozwój faktu naukowego. Wprowadzenie do nauki o stylu myślowym i kolektywie myślowym”. Fleck nazywał te współpracę kolektywami myślowymi.  Lwów miał niezwykle przyjazny odkryciom klimat…

Na zachęcenie przytaczam malutki fragment, w którym Stanisław Ulam opowiada o jego pracy w Los Alamos:

Ale było w nich coś jeszcze: amerykańska umiejętność pracy zespołowej, gotowość do wypełniania mniejszych ról w imię wspólnego sukcesu, duch współpracy, tak kontrastujący z tym, co znałem z kontynentalnej Europy. Nawet we Lwowie, gdzie matematycy utrzymywali codzienny kontakt i spędzali wiele czasu razem w kawiarniach i restauracjach, nie miał [Stanisław Ulam] poczucia takiej wspólnoty, jak w Los Alamos. Decydowała o tym prawdopodobnie w równym stopniu izolacja ośrodka i poczucie misji ludzi, od których pracy Zależały losy świata.” Tego poczucia misji brakuje współczesnym uniwersytetom.

„Ulam najbardziej polubił Richarda Feynmana, młodszego o dziesięć lat, dziwaka i oryginała, którego od początku otaczała aura geniusza. Potrafił jednak zachowywać dystans do wszystkiego, co robił. Ulam zapamiętał, jak na jakimś spotkaniu wygłosił wiersz demaskujący głupotę skrywana za pozorną uczonością:

Zastanawiam się nad tym, że się zastanawiam,

Zastanawiam się nad tym, że się zastanawiam nad tym, że się zastanawiam,

Zastanawiam się nad tym, że się zastanawiam nad tym, że się zastanawiam, że się zastanawiam nad tym, że się zastanawiam…”

Warto przy tej okazji przypomnieć, że noblista Feynman nie przyjął lepiej płatnej oferty z bardziej prestiżowego uniwersytetu… i został w „prowincjonalnym”, bo cenił sobie możliwość bezpośrednich rozmów z uczonymi z innych dyscyplin. Cenił to, że może o odkryciach porozmawiać od razu z innymi naukowcami. Swoisty klimat otwartej dyskusji z lwowskiej kawiarni matematyków był ważniejszy niż prestiż i pieniądze.

A czy my współcześnie rozmawiamy o odkryciach? Grzęźniemy w biurokracji, nie spotykamy się ze sobą na uniwersytecie (chyba, że z tego są punkty do oceny, czyli nobliwe i punktowane choć nudne i jałowe konferencje indeksowane przez bazę Scopus). Chwalimy się przed sobą „za ile punktur publikacja” a nie co w niej jest. W książce Urbanka jest symboliczny fragment z czasów sowieckich we Lwowie, gdy uczonym narzucono normy wynalazków i odkryć… więc wpisywali, wiedząc, że sprawdzający politrucy i tak nic nie zrozumieją. W papierach przyrost odkryć być wręcz Stachonowski. Teraz i nasze sprawozdania mocno się rozrastają. Z uczonych staliśmy się naukowcami – pracownikami pracujący w nauce i piszącymi sprawozdania. Niewątpliwie Steinhaus z niechęcią do słowa „naukowiec” miał rację …