Dzieci i emeryci na uniwersytecie

warszawawydzialSobotni poranek w Warszawie, widok z akademika na Wydział Biologii UW. Tłumy dzieci z rodzicami wchodzą do budynku. Na początku zdziwienie – czego oni szukają na Wydziale Biologii, przecież na studentów nie wyglądają? Potem szybka refleksja, przecież i u nas tak jest, zmienia się oblicze uniwersytetów. Jeszcze kilkanaście lat temu w sobotę i niedzielę można było spotkać tłumy studentów zaocznych. To była swoista „pożyczka PRLu”. Nadrabiali zaległości, wcześniej nie mieli możliwości studiować, bo brakowało miejsc i nie mieli pieniędzy na studiowanie (ich rodzice). Jako dorośli i pracujący uzupełniali wiedzę i finansowali rozwój uczelni. Później w weekendy wielu dorosłych się pojawiało również, ale byli (i są) to słuchacze studiów podyplomowych. Kształcenie ustawiczne i uzupełnianie oraz aktualizowanie wiedzy.

Teraz w dniach wolnych od nauki dla „zwykłych” studentów na uniwersytecie pojawiają się dzieci i młodzież. Czasem także… emeryci, bo jak grzyby po deszczy wyrastają uniwersytety trzeciego wieku. Powstaje taki teraz w Barczewie. Niemalże każde już miasteczko ma swój uniwersytet trzeciego wieku. Bo ludzie chcą się kształcić nie z powodów zawodowych ale z ciekawości i pędu do czystej wiedzy.

Zmienia się oblicze uniwersytetów, uczelnie wyższe dalej kształcą i upowszechniają wiedzę, ale zmieniają się studenci. To nie znaczy, że dziennych („normalnych”) studentów już nie będzie. Będą, ale zmieniają się proporcje i w tych samych murach uniwersyteckich pojawiają się przedstawiciele wszystkich pokoleń. Uniwersytety otwierają się na różne formy upowszechniania wiedzy i kształcenie ustawiczne. Uniwersytety próbują się do nowej rzeczywistości dostosować. Misja pozostaje ta sama, zmieniają się formy i społeczne oczekiwania.

Trzecia kultura, czyli kawiarnia naukowa w Archipelagach Kultury

w_mragowieCzy nauka i upowszechnianie wiedzy, zwłaszcza tej przyrodniczej, to element kultury? W księgarniach książki popularnonaukowe, czyli te w przystępny sposób objaśniające wiedzę przyrodniczą, zazwyczaj zepchnięte są gdzieś w kąt. Tuż obok ezoteryki i innych egzotycznych dziwactw. Warto podkreślić, że przy spadku czytelnictwa (a raczej „kupowalnictwa” – kupowania książek w księgarniach) wzrasta czytelnictwo fachowych poradników, podręczników i literatury faktu, w tym faktu naukowego.

Trzecia kultura od dawna funkcjonuje w formie olsztyńskiej kawiarni naukowej nieformalnego kluby profesorów Collegium Copernicanum (powstała jako jedna z pierwszych, współczesnych kawiarni naukowych w Polsce). Tylko z rzadka kawiarnia gościła „na prowincji”, włączając się w różnorodne małe projekty i pikniki naukowe (na zdjęciu obok, Mrągowo, fot. Z. Wojciechowska).

Warto wspomnieć o projekcie realizowanym dekadę temu w Ornecie przez prof. Leszka Szarzyńskiego, pt. „Z Uniwersytetem na Ty”, czy nieco później w Dobrym Mieście (Salon Artystyczno-Naukowy). Oba projekty łączyły sztukę z nauką i dodatkowo tworzyły miejsce do odbioru kultury. Kulturotwórcza rola nauki, upowszechnianej w formie popularnej, widoczna jest w różnego typu festiwalach naukowych i piknikach takich jak Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki, Europejska Noc Naukowców, Noc Biologów itd. Udział naukowców w kulturze powszechnej (popularnej) już wcześniej określona została terminem „Trzecia kultura”.

Trzecia kultura, która podobno narodziła się w Ameryce w drugiej połowie XX w., według Johna Brockmana to uczeni badający empirycznie świat (a więc przedstawiciele nauk przyrodniczych, zazwyczaj nie kojarzeni z wydarzeniami kulturalnymi). To naukowcy, którzy dzięki swym pracom i pisarstwu (także w nowoczesnej, internetowej formie) przejmują rolę tradycyjnej „humanistycznej” elity intelektualnej w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania od zawsze nurtujące ludzkość: czym jest życie, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy jaki jest sens istnienia.

Trzecia kultura to swoiste wyjście ludzi uniwersytetów na „ulicę” i bezpośredni dialog ze społeczeństwem. To opowiadanie o tym, co dzieje się w laboratoriach fizyków, chemików, matematyków, biologów, geografów, geologów, astrofizyków. W potocznej kulturze zbyt dużo nagromadziło się wyeksploatowanych faktów, dawno już odkrytych, dawnych przemyśleń i konstatacji. Zbyt „przetrawiona” kultura potrzebuje nowości, bo wiele intelektualnych „elit” skupiona jest wyłącznie na sobie i na tworzeniu komentarzy do komentarzy czy na krytyce krytyki. Można odnieść wrażenie, że urwał się już kontakt z rzeczywistością. Jednocześnie brakuje w codziennym obiegu kulturalnym zupełnie nowych faktów i teorii opisanych przez naukowców. Zwłaszcza dotyczy to biologii w ostatnich dekadach. Bo w tej dyscyplinie dzieje się dużo i pojawiają się nowe, niemalże rewolucyjne teorie. Co więcej, wpływają one na nasze życie codzienne, np. powszechne stosowanie GMO, zapłodnienie in vitro, niewyobrażalne dawniej możliwości medycyny itd., które na nowy otworzyły pytania czym jest życie, od kiedy do kiedy, kim jest człowiek i czym jest człowieczeństwo. W potocznej kulturze z odpowiedzi na najistotniejsze pytania człowieka zbyt bardzo wykluczono takie postaci jak Einstein, Bohr, Heisenberg, Feynman, Hubble, Darwin. Teraz należałoby dopisać znacznie więcej nazwisk z nauk biologicznych i medycznych, których nawet nie kojarzymy. Zanim wejdą do obiegu powszechnego minie wiele lat a nawet dziesięcioleci. I o tyle będziemy spóźnieni w tym kulturotwórczym dialogu społecznym.

Długie lata oczekiwano, że to humaniści staną się pośrednikami między naukami przyrodniczymi a społecznością. Ale wprawni w komunikacji społecznej humaniści sami mają zaległości w nadążaniu za odkryciami naukowymi. Uczeni, tworzący tak zwaną trzecią kulturę (to coś więcej niż popularyzacja nauki), sami chwycili za pióra i językiem prostym objaśniają najbardziej zawiłe aspekty rzeczywistości, bezpośrednio opowiadając o swoich przemyśleniach, wątpliwościach, teoriach i odkryciach. W ten sposób liczne elementy nauki trafiają coraz szerszym nurtem do ogólnej kultury. Bo nauka jest źródłem nowości, niezmiernie ożywczej dla kultury w szerokim sensie.

Jeszcze do niedawna komunikowanie o odkryciach nauki powierzano tak zwanym popularyzatorom, najczęściej dziennikarzom lub osobom spoza głównego nurtu uniwersyteckiego. Bo popularyzacja wydawała się czymś niegodnym porządnego naukowca. Ale codziennie na łamach gazet, tygodników, w przestrzeni internetowej blogów i portali społecznościowych, na antenie radia czy telewizji pojawiają się tematy dotyczące biologii molekularnej, sztucznej inteligencji, neurobiologii, teorii chaosu, teorii wszechświata inflacyjnego, kwarków, fraktali, superstrun, bioróżnorodności, nanotechnologii, bioniki, genomiki, cyberprzestrzeni, hipotezy Gai, skutków globalnego ocieplenia klimatu, nowych technologii wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych i setek innych. Coraz więcej poważnych instytutów naukowych i uniwersytetów sięga po profesjonalne biura… public relations i upowszechniania wiedzy. Bo chcą szybciej i bez zniekształcać komunikować o swoich odkryciach. Skoro nauka utrzymywana jest z podatków, to owi podatnicy powinni wiedzieć z pierwszej ręki, co wynika z nauki.

Trzecia kultura to naukowcy poszukujący autentycznych praw dotyczących ludzi, ich świadomości, struktury Wszechświata a jednocześnie osobiście uczestniczą w badaniach naukowych. Profesorowie piszą językiem prostym o swoich badaniach nie tylko dla szerokiej publiczności ale także dla naukowców innych specjalności. Niestety język prosty nie jest ceniony. Bo nawet i w USA mętne wypowiedzi uznawane są za trudne a więc mądre. W ten sposób robi się karierę. Naukowcy objaśniający w prosty sposób koncepcje naukowe ludziom spoza świata nauki, spoza własnej, wąskiej dyscypliny, często traktowani są pogardliwie przez kolegów „z branży”.

W coraz liczniejszych intelektualnych spotkaniach w publicznej przestrzeni miasta, w formie otwartych wykładów, dyskusji panelowych, pikników na trawie widać obecność nauk empirycznych w kulturze naszego miasta. A przecież to zjawisko globalne a nie lokalne. Pewien rodzaj wizji naukowych nie ma szansy na zaistnienie w tradycyjnych publikacjach naukowych czy na specjalistycznych konferencjach (bo są adresowane te konferencja czasopisma do wąskiego grona specjalistów). Ale filozofujący naukowcy istnieli od wieków, w znaczący sposób wpływając na kulturę ogólną. A jednym z większych współczesnych problemów jest syntetyzowanie wiedzy.

Nauka jest niezbywalnym elementem kultury, dlatego naukowców, a reprezentantów nauk ścisłych w szczególności, nie może zabraknąć w powstających Archipelagach Kultury woj. warmińsko-mazurskiego. Pora wykonać także kolejny krok, aby ta obecność była widoczna „daleko od szosy”, by docierała do małych lokalnych społeczności w małych miasteczkach czy nawet wioskach. Bez względu gdzie mieszkamy i jaki mamy dostęp do kultury łączy nas ciekawość świata. Natomiast konieczność mówienia językiem zrozumiałym dla niespecjalistów pomaga w lepszym formułowaniu myśli. Udział naukowców w kulturze popularnej i kulturze dnia codziennego korzystny jest dla obu stron.

SONY DSC

W trakcie akcji ze studentami biologii przy budowaniu „hoteli dla pszczół” – przykład upowszechniania wiedzy ekologicznej z udziałem lokalnych mediów (zdjęcie znalezione w internecie, już nie pamiętam autora…)

Wiejska półka z książkami

ksiazki_z_wipsowaZachwyciła mnie półka bookcrossingowa w Wipsowie, stworzona przez Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Wsi Wipsowo (fot. Anna Wojszel). Nie dość, że udostępniają książki sobie nawzajem, to jeszcze jak piękna jest ta półka! I mądrze i ładnie. Nasza prowincja ma już zupełnie nowe oblicze.

Najdłużej działająca półka bookcrossingowa w Olsztynie (wg mojej wiedzy) jest ta, znajdująca się w Bibliotece Wojewódzkiej na Starówce. Sam z niej wielokrotnie korzystałem, zostawiając (uwalniając) i wypożyczając książki. Wiele lat temu, ze studentami biologii zorganizowaliśmy taką półkę w czytelni wydziałowej (wtedy Wydział Biologii UWM). Ale od lat nie ma już czytelni wydziałowej to i półki nie ma. Niedawno powstała półka z książkami w sklepie osiedlowym. Książek i czasopism nie ubywa, a wręcz przeciwnie, ostatnio dostawiono drugi regał. (Bookcrossing – czyli Olsztyn jaki lubięOsiedlowy bookcrossing). Ale te książki dostępne były w mieście. A co z prowincja, tam gdzie dostęp do kultury jest dużo trudniejszy?

Prawie dziesięć lat temu (w 2006 r.), gdy byłem na stażu w małym pensjonacie w Łajsie, zorganizowałem małą półkę bookcrossingową. Był to element innowacji, jaką starałem się na tamtym stażu wypracować (czytaj Bookcrossing w lesieBookcrossing przenosi się z miasta na wieś). Wtedy tak zachęcałem

„Podziel się swoją książką (i nie tylko książką) dla środowiska przyrodniczego, dla kultury i z miłości do drugiego człowieka. Przyjeżdża do nas wielu turystów. Czasem pada deszcz. Czasem mają już dość słońca, czasem się nudzą w pensjonatach na wsi i w lesie. To dobry moment aby sięgnąć po książkę, przeczytać coś wartościowego. W zabieganym świecie pracoholików nie mamy czasu na spokojna lekturę: tylko krótkie esmesy, newsy w Internecie, po 5-10 sekund. Ale w ciszy lasu, czy nad jeziorem gotowi jesteśmy sięgnąć i po poezje, i po „arlekiny”, po książkę przyrodniczą, a nawet i filozoficzną czy psychologiczną. Dlatego chciałbym zachęcić do włączenia się do akcji „uwalniania” książek w ośrodkach wypoczynkowych, pensjonatach, gospodarstwach agroturystycznych. Książki zostawiać mogą sami turyści (weź ze sobą książkę, do domu zabierzesz inną), jak i wydawnictwa, instytucje itd. Możemy promować książki wartościowe jak i te o przyrodzie. Niech turysta wiem co widzi i słyszy w lesie. Warszawiacy! Przyjeżdżając na Mazury i na Warmię przywieźcie ze sobą książki do „uwolnienia”, a z powrotem zabierzcie swoje śmieci! W ten sposób zostawicie po sobie miłe wspomnienia.”

Książki mogą być przykładem i pierwszym krokiem w edukacji na rzecz ekonomii dzielenia się. Jak również edukacji prośrodowiskowej – żeby nie wyrzucać, tego co może się jeszcze przydać (a wcześniej nie kupować rzeczy zbędnych). Trwałość i solidność zamiast rozrzutnej i zaśmiecającej jednorazowości.

W czasie Nocy Biologów w 2012 roku również pojawił się motyw uwalniania książek  (Przyrodniczy bookcrossing czyli podaruj książkę studentowi lub wiejskiej bibliotece). A potem w czasie olsztyńskiego śniadania na trawie (Olsztyńskie śniadanie na trawie w parku Centralnym).

O przecudnej półce z Wipsowa dowiedziałem się z… powstającego klastra Archipelagi Kultury. Pierwszym i najłatwiej zauważalnym efektem rodzącej się współpracy jest przepływ informacji. Można poznać szeroko rozumianą kulturę na prowincji. I nie jest ona ani banalna ani byle jaka. Warto wspólnie wyruszyć w tę intelektualną podróż by odkrywać dla siebie i dla innych niezwykłe wyspy kultury na warmińsko-mazurskich Archipelagach Kultury. Przygoda właśnie się zaczęła.

Dzielenie się wiedzę odbywa się w trakcie rozmowy za pomocą słów. Ale także i za pomocą słów spisancyh i wydrukowanych. Prowincja swoim spokojem zachęca do przemyśleń, w czasie spaceru jak i w czasie lektury. To miejsce dla ludzi twórczych. Dostęp do kultury to czas wolny dla pracowników… i tym chętniej firmy będą inwestowały. Dostęp do kultury i ekstrakcyjne zapewnienie czasu wolnego jest wartością ekonomiczną. A przecież nie w każdej wsi mogą być filharmonie, kina, teatry. Ale półka bookcrossingowa może być :). To tylko przykład, bo przecież mądrej głowie dość dwie słowie.

Rok Kultury na Warmii i Mazurach oraz Archipelagi Kultury… i kilka wątków pobocznych

10603556_10205007817988514_4204351440991568885_nKiedy rozpoczęła się dyskusja na jednym z portali społecznościowych na temat tego, czy można ogłosić Rok Kultury (w domyśle w woj. warmińsko-mazurskim) w uzupełniającej argumentacji „za” dodałem „A kto nam zabroni?”. Nie chodziło mi o jakieś awanturnictwo, ale wskazanie, że jesteśmy obywatelami i wolno nam ogłaszać Rok Kultury, by szerzej dyskutować o kulturze i tożsamości regionalnej. Bo po co wysyłać nieśmiałe zapytania o „pozwolenie” czy „błogosławieństwo” do różnych państwowych, samorządowych, społecznych czy jeszcze innych gremiów? W zasadzie pytanie należy interpretować nie jak „czy nam wolno” ale „czy jest sens”. Jest.

Pytanie się „czy wolno”, konsultowanie się zajęłoby cały rok. Lepiej działać niż utopić energię w nieustających dyskusjach i dzieleniu włosa na czworo. A tak – jeśli pomysł roku kultury jest dobry i potrzebny – to się przyjmie i rozrośnie jak kula śniegowa. Jeśli nie jest dobry, to po prostu umrze śmiercią naturalną w powijakach, uschnie przez przemilczenie, zaniechanie. Po prostu spróbować i wykonać eksperyment. Być może wychodzi ze mnie dusza przyrodnika, przedstawiciela nauk ścisłych (przyrodniczych eksperymentalnych), który hipotezy chce od razu poddawać falsyfikacji przez doświadczenie. Stało się, pomysł na Rok Kultury chwycił i wzbudził rosnące zainteresowanie.

Rok Kultury jest dobrym pretekstem by mówić o kulturze, także jako wartości ekonomicznej i wspierającej markę regionu (woj. warmińsko-mazurskiego). Luźna formuła roku kultury sprawia, że każdy może mówić o kulturze… w różnych gremiach, w różnych mediach i w różnej formie. Ale jeśli będziemy się zastanawiali czy włączyć się i poprzeć, skoro zainicjowała to Gazeta Olsztyńska…. lub  „mnie tam już nie będzie, bo nie będę wspierał konkurencji” itd., to niewiele z tego Roku wyniknie. Zwłaszcza w środowisku twórców trudna jest praca zespołowa i skupienie się na wspólnym celu zamiast na dyskutowaniu kto ważniejszy. Nam Polakom, doświadczonym przez wiele lat życia w złym systemie społecznym, trudno jest współpracować. Ale chyba się uczymy i mamy coraz więcej sukcesów w przełamywaniu wąskich partykularyzmów i w budowaniu kompromisów.

Wierzę, że stajemy się coraz bardziej obywatelami. Obywatel podejmuje decyzje samodzielnie. Nie czeka na pismo z pozwoleniem, poklepującą akceptację, z pieczątką i zabezpieczającą podkładką (w razie czego będzie na kogo zwalić, to nie ja, to z góry mi kazali). Ludzie wolni i kreatywni podejmują ryzyko… działania, mówienia itd. Tak w ogóle to życie jest ryzykowne. Czy z tego powodu będziemy bali się żyć? Ludzie, wolni nie boją się ryzykować i tego, że popełnią błędy. Bo błędy można naprawiać, lepsze jest wrogiem dobrego… a bezczynności nie da się poprawić, bo nie ma czego. Już Arystoteles powiedział „Jeśli chcesz unikać krytyki to nic nie mów, nic nie rób, bądź nikim”.

W Roku Kultury na Warmii i Mazurach nie chcemy być nikim, chcemy być kimś i poprzez kulturę, tę bardzo szeroko rozumianą, chcemy odkrywać swoją współczesną tożsamość, Warmiaków, Mazurów, Wimlandczyków. No bo kto nam zabroni marzyć, mówić, pisać, malować, odkrywać i budować swoją tożsamość?

W dyskusji o polityce kulturalnej i samych roku kultury coraz bardziej wyłania się kilka wątków (zazębiających się ale w gruncie osobnych pomysłów). Rok Kultury na Warmii i Mazurach oraz Powiślu, to szeroka i spontaniczna akcja (może jednorazowa w 2015 r.), celem której jest zwrócenie uwagi na kulturę i włączenie jak największej liczby instytucji, osób, animatorów itd. do tych działań. To niejako pospolite ruszenie, każdy we własnym stroju, z własną bronią i własnym pomysłem wybiera się na tę intelektualną wyprawę, bez naczelnego dowództwa, w ciągłym sejmikowaniu i rozgadaniu. Drugim pomysłem są Archipelagi Kultury – projekt co najmniej kilkuletni, wąsko zdefiniowany, nastawiony także na szukanie wsparcia finansowego (na razie to mgliste wyobrażenie, bo nawet nie wiadomo gdzie szukać tych pieniędzy). I jako projekt z budżetem i wkładem własnym musi być dobrze zdefiniowany i ograniczony tematycznie, z dobrze opracowanymi, konkretnymi działaniami.

Trzecim pomysłem, zrodzonym już w Roku Kultury, jest zainicjowany klaster, pod roboczą nazwą „Archipelagi Kultury Warmii i Mazur”. Klaster jako projekt wieloletni, ma grupować instytucje, firmy, osoby indywidualne NGO-sy, twórców i animatorów, itp. itd. Ma być swoistą wylęgarnią mniejszych projektów, których realizacji podejmą się konkretne konsorcja, grupy itd. Ale jako nawet luźna struktura musi mieć zdefiniowane ramy organizacyjne i koncepcję funkcjonowania. Obie się dopiero rodzą. Pospolite ruszenie, swoista rebelia kultury, dopiero się rozwija i trwać będzie. Ale z tego nieustającego chaosu i bałaganu mam nadzieję wyłaniać będą się małe ale konkretne inicjatywy.

W trakcie jednej z debat nad polityką kulturalną miasta (i regionu?) wyartykułowano potrzebę pisma kulturalno-krytycznego, gdzie będą nie tylko informacje (jak teraz w mediach) o tym, że coś będzie. Ale będą także recenzje, relacje i analizy tego co było. Nie wiem czy uda się takie pismo ponownie powołać. Bo być może wyczerpała się formuła czasopism papierowych. Wątpliwe czy utrzymaliby się z pisania dziennikarze i krytycy. Ale mamy inne media internetowe i dziennikarstwo obywatelskie. Ludzie mają swoje źródła utrzymania i mogą pisać z potrzeby duszy, z potrzeby serca, by dzielić się opiniami i tworzyć uzupełniającą płaszczyznę dyskusji wirtualnych. Przecież człowiek jest istotą społeczną. No tak, ale ktoś musi taką stronę-platformę internetową zbudować. Tego się nie da zrobić w formie pospolitego ruszenia. Tu potrzebny projekt, np. Archipelagi Kultury. A jak już będzie przestrzeń… to będzie gdzie dyskutować nawet w formie niezorganizowanego pospolitego ruszenia lub twórczego indywidualizmu i anarchizmu. Byleby ramy były i ktoś o ich funkcjonowanie zadbał. To miałem na myśli pisząc, że oddzielne pomysły zazębiają się (Rok Kultury, Archipelagi Kultury, klaster).

„Kultura wyzwala ciało od zniewolenia pracą i usposabia go do kontemplacji” napisał Umberto Eco. W Roku Kultury rodzą się Archipelagi Kultury, izolowane i samodzielne wyspy, ale kontaktujące się ze sobą, współdziałające. Będzie więc gdzie wypoczywać, jak w na tropikalnych wyspach w czasie urlopu. Niczym lokalne populacje w metapopulacji. Są osobnymi bytami ale przepływ genów-idei następuje. Bogactwo w różnorodności.

W Roku Kultury możemy zbierać i opisywać to, co już jest (choć może nie wiemy że jest) jak i możemy się inspirować do kolejnych twórczych „narodzin”. Ośmielamy się wyjść z prowincjonalnego cienia, zachęceni tym, że widzimy ilu nas jest. A co, kto nam zabroni? Region, który jest tyglem kultury. I natury. Bo to dwie wartości dopełniające się i wzajemnie uwarunkowane.

W zawołaniu „a kto nam zabroni” jest niecierpliwość działania, by nie tracić czasu na zbędne dywagacje, narady i pisanie pism z prośbą o pozwolenie. Nie bójmy się działać z obawy o krytykę i krzywe spojrzenia. Twórcza i konstruktywna krytyka ubogaca. A ordynarny hejt po prostu przemilczymy. Walki kogutów niech się dzieją bez nas.

Niech się staje Rok Kultury, nawet w najmniejszych restauracjach, kawiarniach, na trawnikach, piknikach, wiejskich festynach. Proszę się poczęstować ciasteczkiem z niemalże domowego wypieku (na zdjęciu wyżej). Bo kulturę widzę szeroko, nie tylko w wierszach i obrazach na płótnie. Konsumpcja i twórczość nie jedno mają imię i wymiar.

Kibice klęski czyli o pozorach dyskusji

trzmielbodziszek2Czy każda rozmowa i wymiana zdań (mówionych lub pisanych) jest dyskusją? Nie. Brzmi to może paradoksalnie, ale w dyskusji nie chodzi tylko o wymianę naprzemienną zdań, opinii, argumentów. Prawdziwa dyskusja nastawiona jest na poszukiwanie prawdy, rozwiązania, ustalenie faktów. A czasem słowa służą do pokonywania, niszczenia, odnoszenia zwycięstwa, agresji (treść rozmowy wtedy ma drugorzędne znaczenie). Mimo pozorów jednakowej formy (i tu i tu ludzie mówią lub piszą) treść jest zasadniczo różna. Prawie czyni różnicę…

Lubię porównywać systemy społeczne (kulturowe) do systemów biologicznych (ekologicznych). Jest w tym mniej lub bardziej czytelne poszukiwanie analogii, ale także poszukiwanie wspólnego mianownika w obrębie ogólnej teorii systemów. Nie zawsze wyraźnie te podobieństwa zaznaczam, traktując jako oczywiste (co nie dla wszystkich wypowiedź czyni w pełni czytelną – już teraz proszę o wybaczenie, jeśli zapomnę pełniej analogii wskazać i należycie objaśnić).

Z określeniem „kibice klęski” spotkałem się ponad rok temu. W dowcipny sposób ujmuje znane od dawna określenie „polskie piekiełko” czy coraz popularniejsze „hejtowanie”. Bo niby ktoś kibicuje, ale w gruncie rzeczy życzy klęski i do niepowodzenia przedsięwzięcia dąży. Tak więc, jeśli się do dowolnej akcji ludzie przyłączają, wcale nie znaczy, że są kibicami, czasem są kibicami klęski. Niby są „za”, ale mają jakieś „ale”, zniechęcają, rozmydlają, kierują energię w proceduralny gwizdek lub bardzo poboczne tematy (wyprowadzają swoją aktywnością w przysłowiowe maliny). Po prostu z wielkim wysiłkiem udowadniają, że coś jest niemożliwe do zrobienia. Aktywnie dyskutują, ale mniej lub bardziej nieświadomie przyczyniają się do zniechęcenia i klęski, praktycznie uniemożliwiają podejmowanie decyzji i realnych działań. Przypomina mi się stara anegdota, kiedy to fizycy pomierzyli trzmiele (teraz zrozumiałym jest dołączone zdjęcie do ilustracji tego wpisu) i obliczyli, że przy takiej jak jest wadze, wielkości skrzydeł i liczbie machnięć skrzydłem na sekundę trzmiel nie powinien unieść się w powietrze. Ale trzmiele o tym nie wiedzą i znakomicie latają. Potem oczywiście okazało się, że nie wszystkie parametry zostały poprawnie policzone. I teraz trzmiele fruwają w pełni legalnie…

Polskie piekiełko nie jest tylko polskim. Wielokrotnie spotykałem się z takim określeniem i zjawiskiem, bywając w różnych krajach, zwłaszcza Europy Wschodniej. Nie jest więc to polska specyfika, ale specyfika złej kultury pracy i dominacji zawiści (nieufności, niskiej samooceny itd.). Odczuwamy to i teraz, a że znamy z własnego gruntu, to wydaje się nam, że to takie typowo polskie. Niedawno żaliła się znajoma, która próbuje organizować sieć współpracy między małymi przedsiębiorcami, na niepowodzenia. Bo często okazuje się, że jakiś mały przedsiębiorca wycofuje się ze wspólnej promocji tylko dlatego, że ktoś inny by zyskał. On by nie stracił, a wręcz przeciwnie, ale fakt, że ktoś jeszcze by zyskał, jest nie do przejścia. Nie „żebym miał więcej krów od sąsiada”, ale „żeby jemu krowy zdechły”.

Za sprawą internetu, który przyniósł nowe wcielenie „kibiców klęski” pojawiło się pojęcie hejtować i hejter. Znak czasu, bo słowo pochodzi od angielskiego hate – nienawidzić. To jeszcze jeden przykład, że zawiść i „polskie piekiełko” wcale nie są polskie i do nas ograniczone. Zjawisko hejteryzmu jakkolwiek mocno uwidoczniło się w przestrzeni internetowej (poprzez łatwość anonimowej wypowiedzi) to przecież właściwe jest człowiekowi od tysiącleci. Jest niejako krzyczeniem w tłumie. Ktoś schowany w tłumie krzyczy nienawistne słowa, uskrzydlony tłumem i anonimowością w tłumie. Tak samo jak w anonimowym internecie (tworzy społeczność maksymalnego tłumu) by nie ponosić odpowiedzialności.

Co do hejtera to znalazłem taką definicję: 1. „Hejtowanie to obrażanie, często za pomocą krytyki bez uzasadnienia. Polega więc na niechęci i niemiłym zachowaniu w stosunku do innych internautów. Ogólnie – anonimowy pocisk, gdzie hejterowi wolność słowa poprzewracała się w głowie”. 2. Hejter to „internauta, który wyraża swoje niezadowolenie, nienawiść w stosunku do wszystkich i do wszystkiego. Hejter przegląda blogi czy fora internetowe i zamieszcza negatywne komentarze na temat osób lub rzeczy, niezależnie czy w rzeczywistości komentowana osoba czy rzecz jest pozytywna czy nie. Hejter wszczyna kłótnie, obrzuca innych obelgami, próbuje wszystkich rozzłościć swoimi komentarzami i wpisami, minusuje filmy, wypowiedzi lub inne materiały umieszczone przez kogoś innego”.

Po części za wykwit hejteryzmu winne są różne reality show z cynicznym wyśmiewaniem się i wystawianiem różnych osób na tanie pośmiewisko. Od telewizji łatwo przejść do internetu (i vice versa), Anonimowość, czy poczucie anonimowości i samotności przed monitorem, uwalnia społeczne hamulce. Wrażenie odosobnienia (gdy hejter pisze na klawiaturze) sprawia, że robi rzeczy niekontrolowane. Rzeczy, których przy ludziach nie wypada robić (np. puszczać bąki). Normalnie, patrząc człowiekowi w oczy nie mówimy wszystkiego negatywnego, nawet jeśli nam w głowie zakiełkuje. Bo widzimy skutki swojej agresji słownej – możemy zobaczyć spowodowany ból psychiczny ale i możemy spodziewać się gwałtownej reakcji. Rezygnujemy i z empatii i z obawy o wzajemną zwrotną agresję. Przed monitorem i klawiaturą tracimy rozeznanie, że komunikujemy się z żywym człowiekiem, z krwi i kości i z emocjami.

Hejtowanie jest zjawiskiem społecznym po części nowym, ze względu na skalę i sytuację. Z tym nowym zjawiskiem kulturowym społeczności muszą sobie poradzić, tak jak z nowym patogenem – odchorować i uodpornić się. Dlatego może cieszy się większą popularnością np. Facebook niż anonimowe fora medialne, bo tam występuje się pod własną tożsamością i szkoda ją zdewaluować (nawet jeśli jest to tożsamość wymyślona i odgrywana).

W hejcie istotne są ataki personalne, znane od wieków w społecznościach ludzkich i potyczkach słownych. Zajmowała się tym retoryka a także z erystka (ale nie była to sztuka słownego kopania po kostkach tylko sztuka rozpoznawania i neutralizowania nieuczciwych sposobów dyskusji). Ataki personale (argumentum ad personam) to jeden z nieuczciwych sposobów prowadzenie dyskusji, typu „Pan profesor nadal upiera się przy tym, że tu spotkał się z hejterstwem. Ciekawe co na to na jego studenci? Wiedzą, że ma problemy ze zrozumieniem pojęć? Bo nie uwierzę, że robi to specjalnie.” Klasyczny przykład ataku na osobę (co ma do dyskusji fakt, że ktoś jest profesorem, hydraulikiem czy dziennikarzem oraz wskazanie, że to na pewno jest złe i ktoś inny, studenci by wyśmiali), aby tym sposobem zbić tezy. Skoro osoba jest niewiarygodna to i niewiarygodne jest to, co mówi lub pisze. Z przytoczonego przykładowego fragmentu można zauważyć, aż adwersarz stara się zdenerwować i poniżyć (czyli sprawić przykrość) innego dyskutanta. Wypowiedź nie dotyczy tego czy ktoś rozumie poprawnie hejterstwo, na czym polega ewentualny błąd w rozumowaniu, dyskusja sprowadza się do ataku personalnego, poniżenia… i mieści się w definicji hejterstwa. Skąd się bierze? Z chęci wygranej, wykazania, że jest się górą a nie z chęci rozwiązania problemu, dociekania prawdy, rozbioru logicznego zdania, wskazania na błędy w rozumowaniu itd. Wynika to z nastawienia na rywalizację, na walkę a nie na zgłębienie problemu czy znalezienie rozwiązania.

Jedni skupiają się na walce, inni wolą odkrywać prawdę lub prawidłowości, dyskutują by coś poznać a nie by pokonywać i zwyciężać. Dwa różne cele prowadzenie dyskusji. Z pozoru to samo, bo i tu i tam ludzie rozmawiają, ale istota jest inna. Złudne podobieństwo formy.

Kiedyś krzyczenie z tłumu też dawało bezkarność, było swoistym powoływaniem się na „wielu” (tak wielu, jak liczny jest tłum), bo jest to niejako krzyczenie w imieniu tego tłumu (nawet jeśli nie było na to zezwolenia ani akceptacji). Czyli „to nie moja opinia lecz cytuję, przywołuję opinię większości”. A wtedy już tylko krok to kamienowania… Bo przecież w tłumie jest się anonimowym, „to nie ja, to lud tak zdecydował, grupa, abstrakcyjna większość”. Na nowe zjawisko hejteryzmu (które to zjawisko nie całkiem jest takie nowe) społeczności muszą wypracować nowy system obronny. Inaczej rozpadną się, niszczone przez agresję. A w małych grupach dominować będą kibice klęski i „polskie-niepolskie piekiełko”. Pisałem wcześniej o mikrosporidiach i „dogrywaniu”, docieraniu się elementów w ramach układów ekologicznych. To właśnie nam myśli miałem, pisząc o hejterstwie. W miarę ewolucyjnego „docierania się” należy oczekiwać zmniejszania się zjadliwości relacji. Ewentualnie śmierci całego układu…

Ps. Hejterem się bywa, hejterem bywa każdy z nas. I chodzi o to, by jak najrzadziej bywać hejterem, by jak najrzadziej lub lepiej w ogóle nie hejtować. Potrzebna więc wiedza i samokontrola oraz poznawanie czym jest a czym nie jest dyskusja. Przecież nawet w najbardziej emocjonalnie prowadzonej dyskusji, można dociekać prawdy a nie walczyć. Wystarczy świadomie zmienić cel. A że najlepiej zmieniać świat od siebie samego, to zachęcam siebie i innych do autorefleksji i samoobserwacji. Inaczej nawet drobne społeczności ginąc będą od kibiców klęski.

Sysydlaczki na dachówce czyli o rodzącej się koncepcji Archipelagów Kultury Warmii i Mazur

10419983_10204981848699298_8934298087929923783_nSysydlaczki to małe pierwotniaki, orzęski, gołym okiem ich nie widać (czytaj więcej o sysydlaczkach). Są organizmami wodnymi. To skąd na dachówce? Czyżby na dachówce, która do jeziora wpadła? Nie. Sysydlaczki namalowane zostały na dachówce i są przejawem powstawania unikalnej tożsamości regionalnej i współczesnej kultury. A jaki ma to związek z ogłoszonym samozwańczo* Rokiem Kultury oraz pomysłem Gazety Olsztyńskiej na Archipelagi Kultury Warmii i Mazur? Już wyjaśniam.

Gadające dachówki to pomysł na wspólne tworzenie w przestrzeni publicznej z mocnym kontekstem dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu. W jakimś sensie są namacalnym przykładem na prosumcję kultury.  Namalowane przez Katarzynę Niemczak w czasie ostatniego, dachówkowego pleneru w barczewskim Skarbcu Kultury Europejskiej (zobacz więcej). Były dla mnie ogromną niespodzianką. Już dziesięcioletnie pisanie tu na blogu oraz inne formy popularyzacji bioróżnorodności Warmii i Mazur, a także wspólne spotkania i malowania, w czasie których opowiadam o przyrodzie, tej znanej i mniej znanej, zaowocowały kilkoma wspaniałymi dziełami. Coraz więcej osób, a zwłaszcza artystów zaczęło dostrzegać przyrodę wokół nas. W powieściach o prowincji Katarzyny Enerlich pojawiły się owady i ciekawostki przyrodnicze, na przystankach, malowanych przez Annę Wojszel pojawiły się oprócz kwiatów także ważki i motyle. A na malowanych dachówkach pojawiło się dużo owadów i konkretnych gatunków roślin (polnych chwastów). Ale wszystko przebiły sysydlaczki Katarzyny Niemczak. Niespodzianka i rewelacja w jednym. W taki sposób dziedzictwo przyrodnicze łączy się ze współczesną kulturą. Motywy przyrodnicze od dawna pojawiają się w twórczości, nawet owady – zwłaszcza motyle, ważki, chrząszcze. Bo są piękne. Ale sysydlaczków to nie było jeszcze chyba nigdzie! A tym bardziej na starych dachówkach. To co było już niepotrzebne i zdjęte ze starej stodoły w Wipsowie lub Ruszajnach, przemieniło się w unikalną i pożądaną sztukę. Sztukę, która zbliża ludzi w trakcie tworzenia.

Kultura regionalna na Warmii i Mazurach to coś, co się rodzi. Stąd potrzeba odkrywania, opisywania (kto się tego podejmie?). W moim odczuciu mocno wiążę się z poszukiwaniem współczesnej tożsamości. Z Warmią i Mazurami kojarzą się bociany, kormorany, jelenie. Ale to takie oklepane. Przecież występuje tu co najmniej kilkanaście tysięcy gatunków istot żywych. W większości nieznanych, niedostrzeganych. A przecież Warmia może być krainą sysydlaczków, kłobuka i gadających dachówek. I tysiąca innych zwierząt i roślin, o których można opowiadać, śpiewać, malować.

Współczesna kultura jest mocno rozproszona, tworzona w różnorodnych miejscach, niezależnie od siebie. Stąd pomysł na Archipelagi Kultury – wiele różnorodnych grup tworzących w swoim środowisku lokalnym. I pomysł, by połączyć te grupy luźną siecią współpracy i wzajemnego wspierania się. W dyskusji mocno podkreślany jest związek przyrody (natury) z kulturą. A na dachówce z sysydlaczkami test to już uwidocznione. Bo przecież nasza tożsamość i nasza kultura tworzy się w kontekście tej lokalnej przyrody. Dlatego sysydlaczki na dachówce uważam za niebanalny przykład rodzącej się niepowtarzalnej współczesnej kultury Warmii i Mazur. Oraz Powiśla.

U góry dachówka z sysydlaczkami, a niżej Autorka ze swym dziełem w Skarbcu Kultury Europejskiej. Takich niezwykłych miejsc, ludzi i twórczości jest u nas więcej. Całe archipelagi. Aż się chce podróżować i odkrywać. Ale nie da się tego zobaczyć w pośpiechu i przelocie. Tak jak sysydlaczków. Trzeba zwolnić, usiąść, posiedzieć, pomilczeć i patrzeć… Ja odkrywam nieustanie i nieustannie się tą różnorodnością i oryginalnością zachwycam. Pisaną, malowaną, śpiewaną… a nawet kulinarną. Dzisiaj na przykład jadłem talarki topinambura. Pychota.

* dlaczego Rok Kultury jest samozwańczy? Bo go sobie ogłosiliśmy nikogo się o pozwolenie nie pytając, a Gazeta Olsztyńska głośno o tym „roztrąbiła”

10410561_10204981876419991_1699575629881392854_n

Nosema ceranae czyli jak o tym, jak choroba może być dobrodziejstwem

pszczolanaoscieZjawiska w przyrodzie są najczęściej bardzo złożone: wiele czynników wpływa na efekt i jeden czynnik wpływa na wiele efektów. Z problemem tym od dawna boryka się ekologia (stąd w języku tej dyscypliny swoisty relatywizm i odwoływanie się do kontekstu), a od niedawna także i biologia molekularna. Zauważono bowiem, że wiele elementów oddziałuje na siebie jednocześnie. W badaniach zazwyczaj upraszcza się zadanie i analizuje zazwyczaj jeden (kilka) czynników, zaznaczając, że zjawisko tłumaczone jest danym oddziaływaniem w iluś tam procentach. Ale już w komentarzach, zwłaszcza tym popularnych, upraszcza się przekaz i można odnieść wrażenie, że jeden czynnik decyduje o danym zjawisku. Tyle tytułem wstępu.

Pszczoły są ważne jako zapylacze. W ostatnich latach obserwuje się dużą śmiertelnością pszczoły miodnej co budzi uzasadnione obawy (70 % roślin, które zjadamy jest owadopylna). Wiele różnych zespołów badawczych poszukuje przyczyn ginięcia pszczół (chodzi o pszczołę miodną). Ale w domyśle martwimy się i o inne zapylacze dziko żyjące. Zespoły badawcze podają różne przyczyny, ale to nie znaczy, że naukowcy się różnią. Nie ma sprzeczności między tymi badaniami, bo dotyczą różnych aspektów. I warroza, i neonikotyniany i być może jeszcze inne czynniki. Działają one synergistycznie (czasem antagonistycznie).

Jeśli dobrze pamiętam (ale mogę się mylić) to hiszpański lub brytyjski zespół badawczy odkrył czynnik odpowiedzialny za masowe ginięcie pszczoły miodnej (oczywiście nie znaczy że neonikotyniany nie są odpowiedzialne za śmiertelność pszczół). Jest nim pasożytniczy jednokomórkowiec Nosema ceranae . Żyje w przewodzie pokarmowym pszczół. Wywołuje chorobę zwana jako nosemoza Choroba ta jest zakaźna i dlatego szybko się rozprzestrzenia. Pasożyt został po raz pierwszy opisany w 1996 r., a w roku 2004 w Hiszpanii został uznany za chorobotwórczy. Powiązano go z czynnikiem wywołującym masowe ginięcie pszczół, ostatnio opisywane za oceanem. Pszczoły mogą umierać (bo dawnym zwyczajem o pszczołach mówi się, że umierają, w przeciwieństwie do innych zwierząt, które zdychają) już po ośmiu dniach po zarażeniu (kontakcie z tym jednokomórkowym pasożytem).

Nosemoza jako choroba pszczół znana jest od dawna, gdyż wywołuje je innym jednokomórkowiec Nosema apis. Ale Nosema ceranae powoduje szybszą śmierć i jest bardziej zjadliwym pasożytem. Krewniak, bo ten sam rodzaj, ale bardziej dla pszczoły niebezpieczny. Choroba jest najgroźniejsza dla robotnic i trutni. Po opuszczeniu kolonii chore pszczoły nie powracają do ula i umierają w znacznej odległości od niego. Pszczelarze więc obserwują znikanie całych rojów, jakby pszczoły poleciały na łąkę i nie potrafiły odnaleźć drogi powrotnej.  Nosema ceranae występujący powszechnie w basenie Morza Śródziemnego ale zagraża już pszczołom w północnej Europy. Przyczyniają się do tego sprzyjające warunki klimatyczne (jeszcze jedne negatywny skutek zmian klimatu, a w zasadzie ocielenia). Jego zjadliwość i pochodzenie wskazuje, że zupełnie niedawno zaatakował pszczołę miodną. Najpewniej pochodzi od innego gatunku owadów i na pszczołę przerzucił się w ostatnich latach.

Nosema apis należy do sporowców (mikrosporydia), pasożytujących w jelicie cienkim pszczół. Występuje przede wszystkim na obszarach intensywnej hodowli pszczół. Zarażenie tym pasożytem następuje po zjedzeniu spor przez pszczołę. W świetle jelita cienkiego następuje uwolnienie amebuli (formy inwazyjnej) z cysty, a następnie atak na komórki nabłonka jelita. Nowe cysty, po procesie rozmnażania (w w zasadzie pomnażania) wydostają się na zewnątrz wraz z kałem. Nosemoza uwidacznia się zwykle wiosną, sprzyja jej podniesienie temperatury w ulu oraz niedobór białka. Rozprzestrzenia się drogą pokarmową i ma najczęściej przebieg utajony. Może też przebiegać z objawami biegunki, zaparcia lub napuchnięcia odwłoka (a co pszczoły tez mają takie problemy), co może prowadzić do masowego umierania pszczół (wtedy zazwyczaj prowadzi to do śmierci całej rodziny).

Mikrosporidia jak się okazałó dość często towarzyszą owadom. Występują także u inwazyjnej biedronki azjatyckiej (czytaj O gruźlicy, malarii i inwazji krwiożerczych ninja na moim balkonie). Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Kontakt z nowym patogenem jest śmiertelny, tak jak w przypadku pszczoły miodnej i Nosema ceranae. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją własna broń biologiczną przeciw konkurentom pokarmowym. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja do Polski z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej).

Tak więc te same organizmy są bardzo chorobotwórcze, mniej chorobotwórcze lub wręcz korzystne. Taka to dziwna jest przyroda. Mikrosporydia to grupa eukariotów o niejasnej pozycji filogenetycznej. Są wyspecjalizowanymi organizmami jednokomórkowymi. Nie mają mitochondriów i peroksysomów, ich rRNA ma pewne cechy prokariotyczne (dlatego stanowią trudność dla systematyków i taksonomów) a ich genomy są najmniejsze spośród wszystkich eukariotów i wielkością odpowiadają genomom bakterii (bakterie to prokarionty). Mniejsza o te zawiłości niezwykle ciekawe dla biologa, ważne że mikrosporidia są obligatoryjnymi wewnątrzkomórkowymi pasożytami innych eukariotów. Infekują żywiciela wbijając w niego specjalną rurkę, przez którą dostają się do wnętrza komórki. Są częstymi pasożytami owadów.

To co obserwują ekolodzy w ekosystem to to, że długotrwałe oddziaływanie powoduje eliminowanie zjadliwości pasożyta. Własnie dlatego nowe transfery i nowe kontakty pasożyt-żywiciel zaczynają się bardzo zjadliwie i dramatycznie. Im starsze ekosystemy, tym więcej związków typy mutualizm czy symbioza, mniej zjadliwych pasożytów. Z czasem (w ewolucyjnym kontekście) nawet pasożyty tracą swoją zjadliwość. To naturalne, bowiem te, które nie tracą zjadliwości po prostu giną… śmierć żywiciela jest śmiercią i dla nich. A zawsze się znajdzie jakiś żywiciel wolny od pasożyta, który odbuduje populację. Ale już bez tego pasożyta. W przyrodzenie nie opłaca się być zbyt pazernym i zbyt mocno eksploatować żywicielską populację. Może z tego wysnuć analogię, że w miarę dogrywania się układu więcej jest miłości i współpracy niż zjadliwej wrogości. Nawet jeśli na początku było mocno krwawo.

Prosumpcja kultury oraz Archipelagi Kultury jak metapopulacja

filizankiwgazecieProsumpcja kultury to termin jaki mi się nasunął w czasie dyskusji nad Archipelagami Kultury (30 stycznia 2015 r. w redakcji Gazety Olsztyńskiej – zobacz relację). Jako biolog mam biologiczne skojarzenia, tak więc archipelagi kultury skojarzyły mi się z teorią metapopulacji (podobieństwo funkcjonowania).

Ale zacznijmy od prosumpcji kultury, rozumianej jako zmienność ról konsumenta i producenta. Humaniści używają terminu „kultura uczestnicząca”, a mnie się bardziej podoba prosumpcja. Terminy te nie wykluczają się a uzupełniają w objaśnianiu. Jeśli jestem prosumentem (wyjaśnienie terminu na dole tekstu) kultury to znacz, że nie jestem tylko biernym konsumentem, sam od czasu do czasu tworzę (współtworzę kulturę), uczestniczę w niej aktywnie, odbieram, przetwarzam, ponownie zwracam do społeczeństwa przetworzoną, wzbogacona, uzupełnioną moim przeżywaniem świata.

Myślę, że prosumentami byliśmy od bardzo dawna, a dawniej może w większym stopniu niż w dobie masowej kultury epoki przemysłowej. Jednym słowem wracamy do korzeni i jak pan Jourdain („Mieszczanin szlachcicem” Moliera) uświadamiamy sobie naszą prosumencką kulturalność a w zasadzie kulturowość. Sporo abstrakcji z tą prosumpcją i kulturą uczestniczącą? No to może kilka przykładów: wspólnie śpiewamy przy ognisku, stole biesiadnym (nawet fałszując przetwarzamy i na własne możliwości interpretujemy utwór), w kościele, wystawiamy szkolne jasełka, tworzymy wiejskie teatry i kabarety, amatorskie chóry, przygotowujemy ozdoby świąteczne w różnych technikach rękodzielniczych, malujemy dachówki, piszemy, opowiadamy itd., itp. Nie jesteśmy co prawda zawodowymi muzykami czy artystami, pisarzami czy gawędziarzami – tworzymy z potrzeby serca – jesteśmy twórcami naiwnymi. Sztuka chwilowa, nie utrwalana, przemijająca, unikalna i niepowtarzalna.

Dzięki aktywnemu uczestnictwu lepiej rozumiemy sztukę i kulturę w szeroki słowa tego znaczeniu. Wystarczy tylko uświadomić sobie swoją prosumenckośc i ją zaakceptować. W powstających Archipelagach Kultury ta prosumenckość będzie chyba mocno zaakcentowana i eksponowana. Ja mam przynajmniej taką nadzieję. W piątek 30 stycznia, podpisałem list intencyjny w sprawie powołania klastra Archipelagi Kultury Warmii i Mazur (czytaj więcej). To dopiero początek drogi, choć wcale nie jest to pierwszy krok (pomysł integracji środowiska animatorów i artystów województwa warmińsko-mazurskiego powstał podczas konferencji „Archipelagi kultury”, zorganizowanej w październiku 2014 r. przez „Gazetę Olsztyńską”).

Do Archipelagów mogą dołączyć artyści (zawodowi jak i ci naiwni, tworzący z potrzeby serca) i animatorzy kultury z całego regionu Warmii i Mazur oraz Powiśla. Jest miejsce dla instytucji, organizacji jak i grup nieformalnych. Osobiście uważam, że mogą i powinny dołączyć także środowiska naukowe (akademickie) – bo nauka jest elementem kultury. Celem klastra jest integracja na rzecz rozwoju kulturowego regionu, poznawania, opisywania i kreowania tożsamości regionalnej. Klaster będzie koordynował projekty realizowane przez swoich członków, stworzy sieć informacyjną, będzie miejscem wymiany pomysłów.

Archipelagi Kultury to rodzący się projekt edukacyjny, ma zachęcać do tworzenia kultury, uczyć odbioru i uczestnictwa, a to wszystko w procesie poszukiwania regionalnej tożsamości. Jest oczywiście i aspekt promocji kultury regionalnej także w kontekście turystyki (kultura jako atrakcja turystyczna). Myślę, że nabierający kształtów klaster dobrze wpisuje się w misję regionu.

W moim odczuciu proces edukacyjny to świadomość tożsamości regionalnej. Rozpoznać to co jest, odkrywać, poszukiwać, przetwarzać, tworzyć. A na koniec upowszechniać i pokazywać innym. W moim odczuciu kultura mocno łączy się z przyrodą (i vice versa). Stąd moja obecność w działaniach kulturalnych. No bo co innego miałby robić biolog i ekolog w Archipelagu Kultury? Ot, mała biologiczno-kulturowa populacja, funkcjonująca w obrębie szerszej metapopulacji.

Tożsamość wynika z historii lokalnej (historii tego miejsca), z historii miejsc, z których przybyli współcześni mieszkańcy i ich rodzice (osiedleńcy przywieźli przecież swoje wspomnienia, język, swoją kulturę), ale także z lokalnej przyrody, roślin i zwierząt, krajobrazu (ekosystemów), pogody i klimatu. Z mgieł, komarów i przydrożnych alei. Z kultury materialnej i niematerialnej, z dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. To wszystko, jak w gotującym się garnku, bulgoce, miesza się, zmienia właściwości, tworzy tożsamość. Kultura w swych różnorodnych formach uwidacznia tę tożsamość: w teatrze, literaturze, muzyce, poezji, sztukach plastycznych, estetyce miejsc, zagospodarowaniu parków i skwerów, w nauce (rozumianej jako trzecia kultura), pojawiających się refleksjach filozoficznych (zobacz wilkowyjska ławeczka filozofów) czy podejmowanych projektach badawczych.

Archipelagi – luźna sieć współpracy osobnych bytów, indywidualności, ludzi, organizacji, instytucji. Spotkania są burzą mózgów, z których wyłaniają się pomysły angażujące część „wysp” owych archipelagów. Duża swoboda, samodzielność, indywidualizm a jednocześnie sieć współpracy. Bez zbędnej i sztywnej biurokracji, organizacji czy instytucjonalizacji. Archipelagi Kultury dopiero się tworzą, nabierają kształtów, wyłaniają się niczym wyspy wulkaniczne z oceanu. Sama koncepcja z pewnością będzie ewoluowała w zależności od obecności i aktywności nowych wciąż osób i instytucji. Mnogość wizji i koncepcji dopiero się dociera. Wyłoni się z tego coś nieprzewidywalnego i nowego.

Prosument [z Wikipedii] (ang. prosumer – professional/producer + consumer) – kalka językowa i kontaminacja słów – profesjonalista/producent i konsument – konsument zaangażowany we współtworzenie i promowanie produktów ulubionej marki czy jednoczesną produkcję oraz konsumpcję dóbr i usług. Termin wprowadzony 1980 przez Alvina Tofflera, pisarza i futurystę. Prosument jest uczestnikiem procesu prosumpcji, czyli użytkownikiem/konsumentem wytwarzającym produkt w celu jego skonsumowania we własnym zakresie, inaczej mówiąc produktu wytworzonego na własny użytek. Termin prosumpcja zaś w sensie klasycznym jest rozumiany jako zjawisko będące przyczyną rozmycia dotychczasowego podziału na rynku na sferę produkcyjną oraz sferę konsumpcyjną. Jest to proces obejmujący uczestniczenie jednostek, bądź zorganizowanych grup prosumentów w czynnościach wytwarzania produktu przeznaczonego dla własnego użytku. (…) Za prosumenta (w nowoczesnym tego słowa znaczeniu) uznawany jest również konsument mający szeroką wiedzę o interesujących go produktach i usługach. Wiedzę tę wykorzystuje przy podejmowaniu decyzji zakupowych, a także chętnie przekazuje ją innym. Stara się, zwłaszcza za pośrednictwem Internetu mieć aktywny udział w tworzeniu oraz w promowaniu produktów i usług jego ulubionej marki. Aktywność prosumentów widoczna jest również w obszarze zrównoważonego rozwoju, a w szczególności ochrony środowiska. Określenie prosument jest używane m.in. w stosunku do producentów/konsumentów energii ze (…) źródeł odnawialnych”.

O ściąganiu i rzeczywistości równoległej

lampanaftowaW dzieciństwie i wczesnej młodości, jeszcze w socjalistycznej rzeczywistości, denerwowało mnie stwierdzenie, że „w teorii to może i dobrze (prawda) ale w praktyce to jest zupełnie inaczej”. Czyli teoria sobie a rzeczywistość sobie. Dwie prawdy, jedna na papierze a druga w realu? Nie rozumiałem tego rozdźwięku (typowego dla socjalizmu – teraz to wiem), przecież dobra teoria dobrze opisuje rzeczywistość. Rozdźwięk jest wtedy, gdy zła jest teoria (tak jak niedokładna mapa – zabłądzić łatwo). Dziwiły mnie te światy równoległe i nieprzystające do siebie: tworzenie pięknych teorii, których i tak się nie stosowało. Były bo były. A przecież z istoty nauki wynika, że jeśli eksperymenty (rzeczywistość) nie są zgodne z teorią czy hipotezą to zmienia się teorię, by poprawnie opisywała obserwacje.

Podobnie jest z biurokracją, oddzielna rzeczywistość zawarta w papierach a oddzielnie dziejące się rzeczy, często nieprzystające do siebie. Lepiej już chyba równoległej rzeczywistości szukać w literaturze czy grach komputerowych, przynajmniej nie szkodzą.

Jakiś czas temu na Facebooku toczyła się ciekawa dyskusja ze studentami o ściąganiu. Zamieściłem informację o studentach, którzy nie ściągali na egzaminie mimo, że wykładowca wyszedł. Kilka osób jakoś nie mogło uwierzyć w taką sytuację (sugerowali, że może kamera była zainstalowana a oni o tym wiedzieli). Ludzie, którzy nie ściągają czują się niejednokrotnie dziwadłami i boją się publicznie do tego przyznać. Bo po co odstawać od reszty? Ale może tych nieściągających jest znacznie więcej niż oni sami sądzą.

A oto fragment dyskusji z Facebooka:

  • Absolwent X „Na przedmiocie xyz wszyscy ściągali”
  • Stanisław Czachorowski: Rodzi się pytanie dlaczego. I chodzi mi o głębszą refleksję. Dlaczego ściągali i dlaczego „wszyscy”?
  • Student 1 „Było tak zwane obopólne przyzwolenie, a nawał egzaminów z innych przedmiotów był pewnie jedną z przyczyn”
  • Student 2 „chociaż sama nie ściągam (jak nie umiem, to na kilometr po mnie widać), to ciężko mi sobie wyobrazić opisaną sytuację”
  • Stanisław Czachorowski: Obopólne przyzwolenie? Czyli udawanie, że nie widzę, że ściągają? Tak, takie sytuacje też widywałem, jeszcze z czasów studenckich i opowieści rówieśników. Tworzenie pozorów, że niby moje zajęcia są na wysokim poziomie, bo dużo wymagam od studentów (jak przyjdzie władza skontrolować to się pochwalę wysokim poziomem) . W „teorii” jest pięknie, bogata wiedza faktograficzna, a w realu… koń jaki jest każdy student widzi. I powoli się przyzwyczaja, traktuje jako powszechnie obowiązujący zwyczaj.
  • Student 3 „istnieją przedmioty, które są w zawodzie nieprzydatne tzw. zapychacze na studiach nie ma powodu by nimi zaprzątać sobie głowy albo wymaganie są niebotyczne,  wystarczy spytać każdego o przedmiot abc na wnm (np. dla ratownika potrzebne są podstawowe zagadnienia topograficzne a nie bruzdy żył czy inne małe rzeczy faktyczne, karta pacjenta wygląda, że jest narysowany obrys człowieka i się zaznacza krzyżykiem)”
  • Student 2 „w takim wypadku sugerujesz, że każdy byłby w stanie to zrobić i studia są niepotrzebne? Bo właśnie tym różni się osoba po studiach od pierwszej lepszej z ulicy, że wie i potrafi więcej niż zaznaczenie krzyżyka na obrysie ciała.”
  • Student 3 „Sugeruję, że wiedza o każdej małej żyłce jest niepotrzebna, według mnie warto się skupić na przedmiotach klinicznych ale a nie np. na filozofii. Taki śmieszny przedmiot na ratownictwie rozumiem wykłady ale kolos?”
  • Student 4 „Z doświadczeń znajomych wiem, że na niektórych przedmiotach „dodatkowych” potrafi być kiepsko, ale to już wina paru osób prowadzących, które być może nie są dobre, w tym co robią. Ja natomiast ja trafiłam na dwoje bardzo fajnych prowadzących wykładowców.”
  • Student 5 „Ale wciąż nie rozumiem powodu by dawać zapychacze. To jest nie szanowanie czasu studentów jak i wykładowców. Ten czas powinien być przeznaczony na przedmioty przydatne w zawodzie.”

Powyższy fragment dyskusji oddaje chyba istotę problemu. Wobec spotkanego absurdu możliwe są różne postawy. 1. biernie akceptujemy, ale żeby przeżyć oszukujemy, bo chcemy przez absurd przejść najmniejszym kosztem. 2. buntujemy się i chcemy to zmienić, np. szukając sensu lub próbując zlikwidować absurd. Pkt.2 wymaga dyskusji i działania, jest ryzykowny… ale rozwija.

Człowiek jest istotą, która instynktowne do działania potrzebuje sensu. Chce widzieć, poznać, odkryć sens swoich działań. Sensu może szukać sam student (podejmując się odpowiedzialności za swój rozwój – bo przecież nie każdy chce być niewolnikiem)… albo prowadzący (jako bardziej doświadczony może pokazać sens praktyczny z poznawania np. filozofii nawet w zawodach ścisłe technicznych i naukowych). Uzasadnianie jest niezwykle ważne. Bo może się okazać, że to co wydaje się absurdem ma głębszy sens. Ale bez motywacji i widzenia sensu nie będziemy dobrze pracowali. Prowadzący może przekonać… albo zastraszyć.

Ściąganie jest chyba objawem choroby…. Ściąganie czasem (często?) odbywa się za cichą obustronną zgodą, wzajemnym udawaniem, kiedy obie strony nie widzą sensu… a mus to mus. Teoria sobie, praktyka sobie, jak w czasach socjalizmu. Tylko po co udawać? Rzeczywistość równoległa do niczego dobrego nie prowadzi.

Stare porzekadło mówi, że uczymy się na błędach, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy świadomi tych błędów. Jeśli życzliwie podchodzić do studenta, to wskazywanie błędów nie jest gnębieniem i ocenianiem człowieka tylko wskazywaniem postępów. Ściąganie (nawet za obopólną cichą zgodą), jest jak zbicie termometru… żeby wyleczyć chorobę. Nie widać problemu, to go nie ma. I tak przyzwyczajamy się udawać i zamiatać problemy pod dywan. Absolwenci nie potrafią się oceniać, potrafią za to pozorować i tworzyć bzdurne „papiery”. Żeby ładnie wyglądało. Myślę sobie, że w tej mentalności głęboko jeszcze jesteśmy w czasach realnego socjalizmu i udawanej gospodarki.

Rzeczywistość jest piękniejsza od udawania, nawet jeśli bywa czasem bolesna. W życiu codziennym szukamy autentyczności, nawet w restauracji. Wystarczy tylko przypomnieć bajkę o nowych szatach króla….

Żądam państwowych gwarancji dla publikowania wyników badań i interwencyjnego płodzenia dzieci

55955d07bc4c41c5a47cb976ecd644b1_830x830Idąc w ślady górników (z deputatami węglowymi i innymi przywilejami) i wielkohektarowych rolników (z KRUSem), to i ja się czegoś domagam. Bo ciężkie jest życie naukowca, czasopisma nie chcą wszystkiego publikować, odrzucają co niektóre artykuły, każą poprawiać, uzupełniać itd. Jedne czasopisma są lepiej punktowana inne mniej, a w pracy wymagają punktów, czyli publikowania w renomowanych itd.

Ja chcę – w imieniu dziesiątek tysięcy naukowców (pracowników naukowych) – za swoją ciężką pracę „normalnej zapłaty za naszą pracę.” (cytat od protestujących rolników). Bo my ciężko pracujemy, praca nasza jest ważna i zapewnia postęp i rozwój gospodarczy a dziesiątki tysięcy dobrze wykształconych młodych ludzi pracy w zawodzie naukowca znaleźć nie może. A chce, i to bardzo!

Ot młodzi ludzie, z doktoratami a pracy znaleźć nie mogą, opublikować wyników też nie mogą (a przynajmniej nie jest lekko, 16 filmów o tym ktoś nakręcił), grantów przez to nie dostają (bo za mały dorobek) –  tak jak rolnicy nie mogą dostać kredytów na zakup kolejnych hektarów (ma zaledwie 100, lub 300) bo za niskie ceny mleka, zboża, buraków i co tam jeszcze ziemia urodzi.

No więc domagam się gwarancji, że zawsze, cokolwiek wymyślę i napiszę to będzie opublikowane (a kredyty na telewizor, rower i deskorolkę wzięty, więc spłacać trzeba! We frankach.). I to w godziwie punktowanych czasopismach międzynarodowych (nie kredyty tylko publikacje). No i czytane! Mają czytać i cytować. I na to domagam się gwarancji rządowych, państwowych, unijnych i wszelakich.

A jako jednocześnie nauczyciel (akademicki, ale jednak nauczyciel) to domagam się interwencyjnego płodzenia dzieci – bo niż demograficzny zagraża naszemu zatrudnieniu (uniwersytety pustoszeją). Myślę, że nauczyciele szkól podstawowych, gimnazjalnych i średnich przyłącza się do tego postulatu.

Domagam się także, aby niniejszy tekst został uznany za ważny w dorobku naukowym i zapewnił stabilizację zawodową dając zatrudnienie aż do emerytury (spoko, tak dużo mi nie zostało, więc jakoś uda się wcisnąć w koncepcję emerytury publikacyjno-pomostowej).

Kto jeszcze dołączy ze swoimi postulatami grupowymi i zawodowymi?

Nie ukrywam, że ironiczny tekst napisałem pod wpływem inspiracji zamieszczonego rysunku Andrzeja Mleczki, opublikowanego w Polityce: http://www.polityka.pl/galerie/1604601,1,rysuje-andrzej-mleczko.read

ps. Czy ja wyraźnie zaznaczyłem, że jest to tekst satyryczny?