Wyludniające się sale wykładowe i edukacja pozaformalna

pusta_salaDuże, lecz powoli zachodzące zmiany łatwiej dostrzec z retrospektywy. I w przyspieszonym tempie. Tak jak jest ze starzeniem się czy wzrostem roślin. Gdy jesteśmy w środku zachodzącego procesu to zazwyczaj nie zdajemy sobie sprawy z głębokich u rewolucyjnych zmian. A przecież na naszych oczach dokonuje się przewrót kopernikański w edukacji. Mam na myśli przede wszystkim kształcenie uniwersyteckie.

I jeszcze jedna rzecz jest znamienna – dydaktyka akademicka najwyraźniej nie bardzo za tym procesem nadąża. Raz, że proces nie jest dostrzegany, dwa – nie widać zmian dostosowawczych do nowej roli. Nie będzie tak jak dawniej. Dlatego tak często słuchać narzekanie. Bo owo narzekanie wynika z niedostosowania do sytuacji.

Zmienia się rola uniwersytetów w edukacji bo zmienia się paradygmat kształcenia (a ten zmienia się wraz z postępem technologicznym i cywilizacyjnym). Coraz bardziej wzrasta znaczenie kształcenia pozaformalnego i nieformalnego czy nawet ustawicznego. Kształcenie pozaformalne to kształcenie poza sformalizowanymi formami typu szkoła. „Edukacja pozaformalna to wszystkie działania, które mają na celu poszerzanie wiedzy i zdobywanie umiejętności praktycznych, ale nie odbywają się w ramach formalnie ustalonego systemu oświaty. Jest to nauka poza szkołą, uczelnią wyższą, kursem czy szkoleniem. Opiera się na praktyce, doświadczeniu i aktywności ucznia.” [źródło]

Z kolei „Edukacja nieformalna („Nauka poprzez praktykę”) – trwający przez całe życie proces kształtowania się postaw, wartości, umiejętności i wiedzy na podstawie różnych doświadczeń oraz wpływu edukacyjnego otoczenia (rodziny, znajomych, środowiska pracy, zabaw, rynku) oraz oddziaływania mass mediów.” [źródło 2]

Nie zmienia się misja uniwersytetu, zmieniają się jedynie studenci. Przekaz edukacyjny musi być dostosowany do słuchacza, jeśli ma być skuteczny a nie tylko pustym rytuałem. Inne musza być formy motywowania i inne formy sprawdzania wiedzy. Właśnie dlatego od jakiegoś czasu na sobie samym rozpoznaję nowe metody, np. gryfikację (grywalizację). Przy okazji w eksperyment włączeni zostali studenci. W dwu rolach – jako „króliki doświadczalne” i jako zewnętrzni eksperci. Bowiem liczę na ich wnioski, uwagi, relacje już po skończonym cyklu zajęć. Będę analizować efekty nie tylko na podstawie własnych obserwacji, porównań itd., ale także na ich odczucia, porównania refleksje. Drugim trwającym eksperymentem jest „nauka w puszcze” podpatrzona w Centrum Nauki Kopernik i zmodyfikowana metoda poszukiwania istoty badań naukowych. Z pozoru wygląda na infantylną zabawę. Ale kryje się w tym coś znacznie więcej. Ważne jest jednak zweryfikowanie czy zamierzone efekty udało się osiągnąć. Bez studentów nie dałbym rady. Bez ich udziału i bez ich refleksji. Obie próby są świadomym poszukiwaniem metod do zmienionej sytuacji oraz dostrzeganiem zupełnie nowej roli uniwersytetu w edukacji pozaformalnej.

Słychać głosy zaniepokojenia, że w dobie niżu demograficznego ubywa nam studentów a uczelniom grozi kryzys. Jednak chętnych do kształcenia jest równie wielu, a nawet może więcej. Zmienia się tylko forma. Powstają różnorodne centra nauki, popularne są pikniki naukowe, uniwersytety trzeciego wieku, wykłady otwarte, kawiarnie naukowe, popularyzatorskie mediach hybrydowych. To nie jest tylko rozrywka lecz formy edukacyjne. Transfer wiedzy odbywa się na wiele innych sposobów. Rośnie znaczenie edukacji pozaformalnej. Forma dydaktyki akademickiej musi nadążać za kontekstem miejsca i słuchacza. A żeby mogła nadążać, to trzeba krok po kroku uczyć się nowych metod i dostosować przekaz do kontekstu miejsca i kontekstu odbiorcy. Pustoszejące sale wykładowe nie sa więc oznaką upadku uniwersytetów. Tak jak zanik ulicznych lamp gazowych nie wiązać się z mrokiem na ulicach. Jest nawet widniej i jaśniej… mimo, że nie pali się ani jedna lapa naftowa, ani jedna lampa gazowa.

Zmiana formy kształcenia nie jest jeszcze dostrzegana w algorytmach finansowych, uczelnie dostają pieniądze na liczbę tradycyjnych studentów i typowe publikacje naukowe. Na razie coś ważnego jest gubione i niedostrzegane. W skali całego społeczeństwa jak i dedykowanego ministerstwa tez nie dostrzegamy tego rewolucyjnego procesu, który zachodzi na naszych oczach. Nie możemy patrzeć tylko na prosty efekt finansowy i zamykać tych szkół, wydziałów czy katedr w „niżu demograficznym”. Bo nie ma mniejszego zapotrzebowania na wiedzę.

Coraz częściej szkoła i uniwersytet przestają być postrzegane jako jedyne miejsce, w którym się uczymy, gdyż „studenci” otrzymują atrakcyjne propozycje edukacyjne spoza tradycyjnych instytucji edukacyjnych. Trzeba podjąć w dydaktyce akademickiej działalność korespondującą z edukacją pozaszkolną. Miejsce edukacji może być w każdym „tu i teraz”, a nie w tylko czterech ścianach uniwersytetu. I o tym chcę m.in. powiedzieć na zbliżającej się konferencji Dydaktyki Akademickiej (Ideatorium). Powiedzieć w innej formie niż z mówieniem kojarzymy.

I na koniec kilka cytatów, by przypomnieć o czym dyskusja niniejsza jest (źródła cytowane wyżej):

„Metody stosowane w edukacji pozaformalnej to wszelkiego rodzaju warsztaty, wykonywanie powierzonych zadań, działania praktyczne. Odbywa się zgodnie z zasadą: powiedz mi, a zapomnę, pokaz mi, a zapamiętam, pozwól mi wziąć udział, a zrozumiem.”

„Edukacja pozaformalna różni się od formalnej nie tylko metodologią, ale także relacją uczeń – nauczyciel. Jest ona mniej oficjalna, nastawiona na współpracę i obustronną aktywność. Nauczyciel nie tylko przekazuje wiedzę, ale jest też opiekunem, przewodnikiem. Proces nauki jest elastyczny i dopasowany do potrzeb ucznia. To on sam decyduje o jego kształcie i kierunku. Dlatego edukacja pozaformalna wymaga zaangażowania, aktywności i świadomości ucznia. Różnice pomiędzy kształceniem pozaszkolnym a formalnym wiążą się też z efektem końcowym procesu edukacyjnego – w szkole, uczelni wyższej czy na kursie kończy się on uzyskaniem dyplomu, certyfikatu, zaświadczenia itp. Edukacja pozaformalna nie zapewnia dokumentu potwierdzającego kwalifikacje. Gwarantuje natomiast zdobycie cennego doświadczenia, które jest kluczowym elementem podczas poszukiwania pracy.”

Edukacja nieformalna jest procesem trwającym przez całe życie. W zasadzie było tak zawsze u hominidów (teraz wracamy do korzeni bo nie da się wydłużać już czasu spędzonego w ławach szkolnych).. Uczenie się sprawia nam przyjemność. Uczyliśmy się przez udział i naśladownictwo oraz przez zabawę. Uczestnicząc w działaniach zdobywamy doświadczanie, nową wiedzę, umiejętności…. Niejako nieświadomie.

Edukacja pozafromalna i nieformalna „są uzupełnieniem wiedzy zdobytej w szkole. Ich główną zaletą, zwłaszcza w świetle współczesnego rynku pracy, jest możliwość zdobycia konkretnych umiejętności praktycznych. Pozwalają one rozwijać się, wychodzić poza ustalone schematy, uczyć się przydatnych i świadomie wybranych elementów. Edukacja pozaformalna uczy kreatywności, samodzielnego myślenia i odpowiedzialności za budowanie swojego wykształcenia.”

Wzrost znaczenia edukacji nieformalnej wynika bezpośrednio z rozwoju cywilizacyjnego i technologicznego świata. Ponieważ dzięki komputerom i nowoczesnym środkom komunikacji świat bardzo szybko się zmienia, konieczne jest uzupełnianie wiedzy na temat dokonujących się wokół nas zjawisk. Poprzez różnego rodzaju formy edukacji nieformalnej najszybciej jesteśmy w stanie tę brakującą wiedzę uzupełnić. Zaletą edukacji nieformalnej jest to, że zazwyczaj nie narzuca sztywnych ram procesu uczenia się (choć też jest to możliwe, w sytuacji wkomponowania w działanie kursów i szkoleń). Bardzo często edukacja nieformalna łączy się z zabawą lub rozrywką, co najlepiej widoczne jest w programach Edutainment. W ten sposób edukacja jest nie tylko pożyteczna, ale i przyjemniejsza dla uczącego się.

O żółtych tulipanach, soku z trujących roślin i zapiskach kucharza

Illustration_Tulipa_sylvestris0Ósmy marca nieodłącznie kojarzy się z tulipanami (a wiele lat temu z goździkami). Komentarze (dopiski) kojarzą się z internetem. Bo właśnie tam, pod artykułami prasowymi, blogowymi wpisami, zdjęciami i filmami, na portalach społecznościowych i forach dyskusyjnych można samemu komentować i znaleźć cudze komentarze. Jest tam sporo hejtu, uwidocznianie wszelakich żalów. Ale są i ciekawe komentarze, które miło się czyta. Czasem są bardziej interesujące niż komentowany tekst (zdjęcie lub film). Ale to nie nowość. W książkach, nawet tych bardzo starych, na marginesach, okładkach czy między wierszami znaleźć można wiele różnych dopisków, poprawek, komentarzy, notatek. Czasem w nawiązaniu do tekstu a czasem zupełnie na inny temat. Bo tylko ktoś szukał miejsca do pisania. Przeglądając stare książki często z wielka estymą i zaciekawianiem odnosimy się do tych marginesowych dopisków i komentarzy. Hejtu wtedy nie było? Nie sadzę, pisano na ścianach, zwłaszcza w toalecie (nawet w wagonie kolejowym), pisano głupie treści i brzydkie słowa.

Ale wróćmy do wiosennych tulipanów i dopisków czynionych na marginesie różnych ksiąg. Właśnie z takiego dopisku dowiedziałem się o leśnych tulipanach, dzikiej roślinie, którą nas można było spotkać. A wszystko zaczęło się od książki z bookcrossingu, w której znalazłem stuzłotowy banknot (czytaj więcej), służący jako zakładka. Pochodzi z czasów PRL, więc włożony zapewne w czasie hiperinflacji (gdy obracało się milionami) lub po denominacji (wartość jednego grosza). Takie czytanie między wierszami, tropiąc nieświadomie ślady zostawione przez czytelników.

Edward Martuszewski we wspomnianej, w poprzednim blogowym wpisie, książce („Coś z życia które minęło”) pisze o notatkach zapisanych w aktach administracyjnych junkierskiej rodziny Finckensteinów (notatki kucharza, który służył u Dönhoffów-Denhoffów w Drogoszach pod Kętrzynem). Moją uwagę zwrócił przepis na sok z leśnych tulipanów (obok zupy z warzuchy i octu brzozowego).

Co tam sok, ale co to są leśne tulipany? Przecież tulipany to tylko w kwiaciarni, a więc rośliny ogrodowe. Pomyślałem, że to może jakaś ludowa nazwa innej, znanej mi rośliny. Więc zacząłem poszukiwania. Internetowo googlałem i papierowo szperałem bo mojej domowej biblioteczne. Z wielkim zdziwieniem odkryłem leśne tulipany (wtedy, w aktach Finckensteinów, zapisane jako Waldtulpen). Z Wikipedii oraz z „Roślin Polski” Szafera, Kulczyńskiego i Pawłowskiego (wydanie z 1986 roku) dowiedziałem się więcej o tym gatunku. Znamienne, że w nowszych książkach nie ma o nim wzmianek.

Tulipan dziki zwany także tulipanem leśnym (Tulipa sylvestris) jest gatunkiem wieloletnim z rodziny liliowatych (Liliaceae) (zamieszczona wyżej ilustracja pochodzi z książki: Prof. Dr. Otto Wilhelma Thomé Flora von Deutschland, Österreich und der Schweiz, wydanej w 1885, źródło Wikimedia Commons). Występuje w całej Europie i północnej Afryce oraz w Turcji. Populacje dziko rosnące zagrożone są wyginięciem (a sądząc po braku informacji w Polsce to już najwyraźniej wyginęły). Występuje również w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, gdzie został introdukowany. U nas prawdopodobnie tylko zdziczały (czyli jako roślina, która „uciekła” z ogrodów). Stwierdzany na Śląsku i północno-zachodnim podnóżu Tatr. „Rośliny Polskie” sugerują, że u nas osiąga tulipan leśny północno-wschodnią granicę zasięgu występowania.

Skoro Śląsk i Tatry to północno-zachodnia granica naturalnego zasięgu, to co te leśne tulipany robiłyby na Prusach Wschodnich pod Kętrzynem – jeszcze dalej na północ i na wschód? Najprawdopodobniej były uprawiane w ogrodzie. I dlaczego ten tulipan wzbudził zainteresowania kucharza? Tulipan dziki rośnie w lasach, na łąkach, w ogrodach, zaroślach i winnicach. Lokalnie zadomowiony, nieinwazyjny (nie ma we współczesnym wykazie roślin synantropijnych Polski), prawdopodobnie kenofit, pochodzi z Europy południowo-zachodniej, Nie wiadomo kiedy pojawił się na terenie Polski. Może na fali osiemnastowiecznej mody na tulipany wśród arystokracji? Najpewniej był hodowany w ogrodach, z których wnikał do siedlisk częściowo przeobrażonych przez człowieka.

Tulipan dziki ma wzniesioną łodygę o wysokość od 30 do 60 cm, liście niebieskozielone, wąsko lancetowate lub równowąskie, po 3 lub 4 o długości 15-30 cm i szerokości 1-2 cm. Kwiaty są jasnożółte z zewnątrz zielonkawe lub czerwonawe, w czasie słonecznej pogody szeroko otwarte. Kwitnie od kwietnia do maja. Przed zakwitnięciem kwiat szczytowy jest zwisły, później wzniesiony, słabo pachnący. Ładny jest na pewno. Ale skoro ma niezbyt intensywny zapach, to dlaczego wzbudził zainteresowanie kucharza z Drogoszów?

Przepis na sok z leśnych tulipanów jest następujący: „zerwij leśne tulipany [możliwe, że z tych uprawianych w ogrodzie a nie lesie – s.cz.] skoro tylko się pojawią [zatem w kwietniu lub maju] zalej je wrzątkiem, odstaw na 36 godzin, po czym wyciśnij z nich sok. Weź trzy kwaterki miodu, gotuj tak długo, aż się wyklaruje, odszumuj. Wlej do tak przygotowanego miodu cztery lub pięć kwaterek soku, dobrze zagotuj, ostudź.” Według przepisu to bardziej „sok z miodu”. Może to taki wiosenny napój? A może coś na kształt ziołomiodu? I dlaczego ten dodatek tulipanów?

W książce prof. J. Mowszowicza pt. „Przewodnik do oznaczania krajowych roślin trujących i szkodliwych” znalazłem tylko informację o tulipanie ogrodowym (Tullipa gesneriana). Zawiera alkaloid tulipinę (najpewniej występuje także w tulipanie leśnym). Działanie toksyczne: tulipany działają trująco na konie, bydło, muły (znane są przypadki zatrucia, gdy zwierzęta zjadały tulipany uprawiane w celach dekoracyjnych – krowy w ogrodzie zrobią szkodę nie tylko uprawom ale i sobie). Objawy zatrucia występują po upływie 1-2 godzin od zjedzenia rośliny. Odnotowany przypadki śmiertelne. Zapewne zależy od ilości spożytych tulipanów. U zatrutych krów obserwowano nie przyjmowanie pokarmu, niedokrwistość błon śluzowych, obniżenie temperatury ciała, częste wydzielanie moczu. Przy ciężkich zatruciach występowało ogólne osłabienie, chwiejny chód, niepokój, drgawki. Zatrute zwierzęta leżały, wykonując nieskoordynowane ruchy kończynami i w takiej pozycji pozostawały do śmierci. U koni, które zjadły tulipany obserwowano gwałtowne kolki, po czym następował szybki zgon. Ciekawe jak ten alkaloid (tulipina) działa wewnątrz organizmu? Jakie zakłóca procesy i w jaki sposób.

Hmm, najwyraźniej tulipany są trujące. Przynajmniej dla zwierząt. Dlaczego więc robić sok z tulipanów? Może w małych ilościach miały jakieś właściwości lecznicze? Trucizna czy lekarstwo to rzecz względna i zależna od dawki. A może kucharz został źle potraktowany przez Denhoffów i szykował jakąś mściwą trutkę, kamuflując tulipinę w miodzie?

Zapiski na marginesach książek kryją wiele tajemnic…. I wiedzy zapomnianej. A może, skoro w XVIII wieku Europę, zwłaszcza tę arystokratyczną, ogarnęło szaleństwo tulipanowe (nie jedną fortunę na nowe odmiany wydano), to może szukano w tych cennych roślinach czegoś unikalnego? Jakiegoś afrodyzjaku, cudownego lekarstwa czy narkotyku? Najwyraźniej eksperymenty nie dały nadzwyczajnych wyników, bo jakoś o soku z tulipanów zapomnieliśmy. Być może odeszły wraz z arystokracją (odchodząca klasa zabrała ze sobą swoje tajemnice tulipanowe).

Zatem, drogie panie, jeśli dostaniecie na 8. marca tulipany, na wszelki wypadek ich nie jedzcie. Cieszcie się pięknem wyglądu, cieszcie oczy a nie kubki smakowe.

Na koniec kilka ciekawostek o tulipanach. Są to rośliny cebulowe, należący do rodziny liliowatych. Do botanicznego rodzaju tulipan (Tulipa) należy około 120 gatunków i co najmniej 15 tysięcy odmian uprawnych (kultywarów). Gatunkiem typowym jest nasz Tulipa sylvestris L. (jak literka wskazuje, gatunek opisany przez Linneusza). Naturalny obszar występowania tulipana to Europa Południowa, północna Afryka, Azja od Turcji, przez Iran, góry Pamir, Hindukusz, stepy Kazachstanu, po północno-wschodnie Chiny i Japonię. U tulipana zachodzi zjawisko termonastii. Termonastia to ruchy nastyczne wywołane zmianą temperatury, a ruchy nastyczne to reakcje wzrostowe roślin niezależne od kierunku działania bodźca, związane z różnym tempem wzrostu różnych części organu lub ze zmianami turgoru niektórych komórek. U tulipana termonastia zachodzi, gdy jest jeszcze dość chłodno i tylko bezpośrednie nasłonecznienie podnosi dość znacznie temperaturę rośliny. Kwiaty tulipanów otwierają się, gdy temperatura wzrasta powyżej 15°C, a zamykają się gdy spada poniżej 13°C. U tulipana dostrzegalna reakcja zachodzi przy różnicy temperatur wynoszącej 0,5°C. Kwiaty tulipana w podwyższonej temperaturze otwierają się, a przy niskiej zamykają.

Ruchy termonastyczne mają duże znaczenie przystosowawcze w procesie zapylania przez owady. Pamiętajmy, że to kwiaty wiosenne, gdy jeszcze nocami jest zimno, a i za dnia może być chłodno, czasem popada śnieg. Owady są zwierzętami zmiennocieplnymi – aktywne są wtedy, gdy jest cieplej. Dlatego tulipany rozchylają swoje kwiat w słońcu, gdy jest nawet wiosna cieplej – bo wtedy jest największe prawdopodobieństwo zapylenia przez owady. Mechanizm ruchów termonastycznych polega na szybszym wzroście listków okwiatu po stronie górnej (wewnętrznej) w temperaturze wyższej, co powoduje rozchylenie się kwiatu. Gdy temperatura jest niska, szybciej rośnie dolna strona listków i kwiat się stula (kuli, jak my, z zimna, a tak na prawdę osłania słupek i pręciki). Listki okwiatu wydłużają się u tulipana o ok. 7% podczas jednego ruchu termonastycznego. Proces ten odbywa się wielokrotnie a w konsekwencji w ciągu całego okresu kwitnienia przyrost listków okwiatu może sięgać nawet 100%.

Tulipany w cieple się rozchylają. Dla owadów, nie dla nas. Panie, w cieple duchowym, rozkwitają. Tym razem zapewne dla nas. Więc z okazji Dnia Kobiet (i każdego innego dnia) obdarowujmy panie tulipnami i… ciepłym słowem, wzrokiem i gestem. Może w domu, jedne i drugie, rozkwitną (dosłownie i w przenośni). Soku z tupilana tymczasowo nie polecam, póki nie rozwiążę zagadki w jakiej ilości i na co byłby dobry.

p.s., widział ktoś w naturze lub ogrodzie dzikiego tulipana, tulipana leśnego w Polsce?

O bookcrossingu, uniwersytecie i innowacyjności

10968369_437706339711697_6864742262940034388_nWczoraj dostałem książkę. A w zasadzie dwie. Jedna zamówiona o ekorozwoju i wodzie w mieście („Zrównoważony rozwój, zastosowania. Woda w mieście”, wydana przez Fundację Silesia). Drugą z konferencji w Centrum Nauki Kopernik, z moim tekstem. Długo na nią czekałem. Jest to wydawnictwo pokonferencyjne (Konferencja Pokazać-Przekazać, 22-23.08.2014). Podoba mi się motto książki (i konferencji) „pomóż mi zrobić to samodzielnie” – słowa Marii Montessori. Tak czy siak książek w domowej biblioteczne przybywa. Jedne są nieustannie potrzebne, inne kiedyś przeczytane długo bezproduktywnie leżą na półce. A książki lubią być czytane, tak jak ludzie – słuchami.

Dzisiaj rozpoczyna się w Olsztynie akcja „BookCrossing Olsztyn: Uwolnij książki”. I ja się do niej przyłączę. W bookcrossingu (uwalnianiu książek, społecznej wymianie książek) chodzi o rozpowszechnianie czytelnictwa, poprzez zostawianie książek w różnych miejscach: autobusach, parkach, poczekalniach. „Przeczytaj i podaj dalej”. Każda książka jest zarejestrowana na stronie bookcrossing.pl, gdzie poprzez specjalny kod, można sprawdzić, kto wcześnie ją odkrył, przeczytał, uwolnił. Jeżeli zechcesz przekazać książki na tę olsztyńską akcję, to się zgłoś drogą mailową na adres: barbara.pietrewicz@gmail.com. Ja uwalniam bez asysty internetowej. Bo jestem trochę leniwy. Wczoraj do naszej osiedlowej półki bookcrossingowej znowu coś zaniosłem. I dzisiaj zrobię podobnie.

Biblioteki są rzadszej odwiedzane bo…. jesteśmy bogatsi i kupujemy książki a nie je wypożyczamy. Jest więcej książek, ale każda z nich jest rzadziej czytana. Podobnie z wypożyczalniami filmów – zniknęły z rynku. A przecież wcale mniej filmów nie oglądamy. Ja oglądam niektóre programy telewizyjne.. a przecież od ponad roku nie mam telewizora. Zawężamy swój ogląd księgarski do wizyt w księgarnia i domowej biblioteczki. Zawężamy krąg obserwowanych książek – mniejszy jest kontakt z różnorodnością. Przy korzystaniu z biblioteki jednak spotykaliśmy się z większą różnorodnością i bogactwem literatury. Spotykaliśmy to, czego się nie spodziewaliśmy. Książki to kolejny przykład, że bogactwo nie zawsze wychodzi na dobre. Owo dobre płynie ze spotkań z ludźmi. Bookcrossing pozwala się spotykać zupełnie inaczej, ale książka jest w centrum tego spotkania.

Biblioteki systematyczne stają się nie tylko magazynem deficytowych książek ale i miejscem spotkań publicznych, kontaktów międzyludzkich. Wtedy na powrót ożywają. I to widać w wielu miejscach. Zainicjowana akcja bookcossingowa jest przykładem kulturotwórczej roli bibliotek. Wbrew pesymistom biblioteki nie zanikną. Zmieniają tylko swoje oblicze.

3okladkaWrócę na chwilę do jednej z otrzymanych pocztą książek. Tej z Centrum Nauki Kopernik. Jest wyrazem mojego współuczestnictwa w poszukiwaniu nowych metod kształcenia, w tym przypadku pozaformalnego i nieformalnego. Mój rozdział dotyczy podsumowania dyskusji z nauczycielami. Piszę o trzech poziomach integracji międzyprzedmiotowej w szkole i jest to podsumowanie głównych zagadnień i kierunków dyskusji w panelu 4. „Naukowa podróż – czyli o przenikaniu przez ściany klas”.

Innowacyjność nie sprowadza się tylko do „gadających dachówek” (aczkolwiek i one są poszukiwaniem pozaformalnej edukacji przyrodniczej). Uważam, że Uniwersytet otwarty to poszerzenie misji na innowacyjność. W tym także na innowacyjność edukacyjną. Bo świat się zmienił i musimy do niego dostosować szkoły wszelkich poziomów i szczebli. Niebawem jadę do Gdańska na konferencję dydaktyki akademickiej (Ideatorium). A tydzień temu zacząłem na sobie i na studentach  eksperyment czy raczej wdrożenie. Przedmiot autoprezentacja dla biotechnologów odbywa się dla chętnych w formie zgrywalizowanej. Badania nie dotyczą przecież tylko chruścików, ekosystemów, bioróżnorodności czy biomonitoringu. Także metod komunikacji we współczesnym świecie. Jakże innym od tego z naszego dzieciństwa czy młodości. Współpraca uniwersytetu z otoczeniem jest potrzebna, ale musimy do tego otoczenia wychodzić z czymś nowym, oryginalnym i samodzielnie przeżytym, przetworzonym, przemyślanym. A nie tylko z tym, co w książkach (nawet zagranicznych) wyczytamy. Czytać to już wszyscy potrafią, pośredników chyba nie potrzebują.

Dlaczego warto poszukiwać nowych, niestereotypowych metod kształcenia uniwersyteckiego? Bo rewolucji nauce dokonują ludzie wszechstronnie wykształcenie a nie specjaliści. Bo dokonują zmian w całym paradygmacie a nie e jednym szczególe. Bo innowacyjność nie rodzi się z wykuwania na pamięć regułek z akademickich podręczników. Potrzeba czegoś więcej. Jeśli więc mamy kształcić na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim kadry dla gospodarki innowacyjnej i przemysłu kreatywnego, to trzeba poszukać nowych metod, bardziej adekwatnych do sytuacji.

Jeśli relacja mistrz-uczeń jest prawdziwa i głęboka, to prowadzi do procesu formowania osobowości ucznia … ale i profesora. Wzajemność relacji zawsze występuje w kontaktach międzyludzkich. Kiedyś pięknie o tym pisał Ludwik Fleck, nazywając te wzajemnie, inspirujące kontakty kolektywami myślowymi. Innowacyjność jest procesem zbiorowym, wieloautorskim, z różnorodnymi formami komunikacji i pracy zespołowej. Czy możliwa jest silna więź profesor-student z wykorzystaniem nowoczesnych środków informatycznych? Właśnie próbuję to odkryć i sprawdzić. Zarówno wprowadzając innowacje i nowoczesne metody do codziennej dydaktyki akademickiej jak i uczestnicząc w różnorodnych konferencjach naukowych temu poświęconych.

Dostrzegam konieczność odbudowania zaufania społeczeństwa do uniwersytetu i ludzi nauki. Potrzebna jest większa otwartość środowiska akademickiego na sprawy społeczne i współczesne zagrożenia, wzrost transparentności struktur i finansów uczelni, odpowiedzialność za własne działania, problematykę badawczą i rezultaty misji nas jako uczonych i obywateli. Dla kadry akademickiej ideałem jest student-badacz, a więc instynktownie takich poszukujemy. Być może gospodarka nie takich pracowników poszukuje. Zadaniem uniwersytetu jest przechowywanie, pomnażanie i przekazywanie wiedzy. Teraz podkreślamy także innowacyjność. Ona zawsze była, bo nauka ze swej istoty jest innowacyjna. Inaczej byłaby tylko odtwórczością. Ale teraz warto częściej przywoływać kreatywność i innowacyjność, bowiem zbytnio pogrążamy się w biurokratycznym administrowaniu, liczeniu punktów, wymyślaniu martwych procedur (byle ładnie w papierach wyglądało). Newman pisał, że misją uniwersytetu jest odkrywanie, kumulowanie, przechowywanie i przekazywanie wiedzy dla niej samej (wiedza dla wiedzy). Humbotdt akcentował poszukiwanie prawdy, generowanie wiedzy i kształcenie nowego pokolenia adeptów nauki (relacja mistrz-uczeń). A jaki będzie współczesny uniwersytet, który na naszych oczach (choć nie całkiem świadomie) powstaje?

„Szkoły produkują zawody, dla których nie ma zatrudnienia, bo system edukacji zbyt wolno reaguje na zmiany na rynku pracy. Jest jednak rozwiązanie. Przedsiębiorstwa i szkoły powinny szerzej współpracować, tak, żeby młodzi specjaliści uczyli się podczas pracy. To podejście warsztatowe. Nie chodzi więc oczywiście o uniwersytety, ale szkoły techniczne, medyczne, pielęgniarskie i inne.” Richard Sennett

Ja myślę jednak, że najlepszą kompetencją zawodową gospodarki opartej na wiedzy i na przemyśle kreatywnym są umiejętności naukowej analizy rzeczywistości: dostrzegania problemów, formułowania celów, stawiania hipotez roboczych, weryfikacji tych hipotez, dobierania materiału i metod, rzetelnego opisywania wyników, dyskusję własnych wyników z dorobkiem innych i umieszczanie w kontekście paradygmatu a na koniec wyciąganie wniosków. Te umiejętności potrzebna są wszędzie w nowoczesnej gospodarce. I te umiejętności kształci (przynajmniej powinien) uniwersytet.

Uczestniczę w konferencjach, uczę się, doświadczam ze studentami. W sumie każdy może – w dobie kształcenia przez całe życie to truizm. Od czego zacząć? Można od bookcrossingu. Podzielić się książką i w relacjach z innymi ludźmi, z wykorzystaniem internetu i zabawy poszukiwania skarbów, znaleźć książkę dla siebie. Poczytać… i przekazać dalej.

2mojtekst1

Dobrowolna prostota czyli dlaczego piję wodę z kranu ?

20141006_163655Woda z kranu to dobrowolna prostota, swoisty minimalizm stylu życia. Piję wodę z kranu bo jest bardzo dobrej jakości, bo jest znacznie tańsza od butelkowej, kupowanej w sklepie oraz dlatego, że czuję się odpowiedzialny za środowisko wokół mnie. Butelkowa woda to znacznie obciążenie środowiska przyrodniczego w postaci produkcji zbędnych śmieci i zbędnego transportu czyli zużywania nieodnawialnych surowców i emisji gazów cieplarnianych. A na dodatek z plastikowych butelek mogą uwalniać się szkodliwe substancje (zwłaszcza gdy butelka dłużej poleży w słońcu, np. bisfenole). Butelka na zdjęciu jest specjalna, z tworzywa bez bisfenoli.

Picie wody z kranu to kwestia zaufania i wiedzy o świecie. Boimy się tego co nieznane, a obecnie żyjemy w świecie konsumpcji, półek sklepowych i docierającej do nas reklamy. Reklamę znamy, dociera do nas każdego dnia z telewizji, radia, Internetu, gazet, ulicznych bilbordów. Przyrodę znamy dużo mniej. I też głównie z telewizji lub książek. Wody kranowej nikt w zasadzie nie reklamuje, a poza tym jest „za darmo”. W świecie nieustającej konsumpcji „za darmo” jest mocno podejrzane. Jakieś dziwne. A jak w sklepie kupione, to musi być dobre. Markowe. Jak ubrania z odpowiednią metką. Ta metka jest ważna. Jak dużo kosztuje, to znaczy dobre, ważne i daje poczucie spełnienia. Sklepowe daje poczucie spełnienia w świecie globalnej konsumpcji.

Picie wody z kranu to odpowiedzialność za losy biosfery, w której żyjemy i wpływu na globalne ocieplenie (skutki coraz bardziej odczuwalnej). Picie wody z lokalnego ujęcia to brak potrzeby zbędnego transportu. Jeśli pijemy wodę kupioną w sklepie… to płacimy za zbędne, jednorazowe opakowanie (od razu ląduje na śmietniku, a za wywożenie śmieci z miasta przecież płacimy). Płacimy także za zużyte paliwo na przywiezienie górskiej wody, kilkaset kilometrów do krainy tysiąca jezior. To tak, jakby drzewo wozić do lasu. . A po co kupować zbędne paliwo na transport i jednorazowe opakowanie? Po co przywozić z daleka to, co mamy u siebie, pod ręką? Dla dobrego konsumpcjonistycznego samopoczucia?

A może ta kupowana w plastykowej butelce jest lepsza? Dostęp do czystej wody to dostęp do zdrowia i wysokiej jakości życia. Na zdrowiu nie będziemy przecież oszczędzać. Tylko czy rzeczywiście ta woda butelkowa jest lepsza od zwykłej kranówki? Najczęściej nie. Woda wodociągowa też pochodzi z ujęć głębinowych, jest badana, kontrolowana i często dodatkowo uzdatniania, np. przez filtrowanie, ozonowanie itd. Być może w pamięci mamy wodę chlorowaną, kiepskiej jakości. Pamiętam te czasy, gdy mieszkałem w Płocku. Nawet po przegotowaniu woda była słabej jakości smakowej i nie najprzyjemniej pachniała. Ale te czasy dawno odeszły w przeszłość, przede wszystkim za sprawą postępu technologicznego.

Kiedyś piliśmy wodę ze źródła, ze strumienia, ze studni. Dawno temu. Krystalicznie czysta woda. Przynajmniej w stosunku do tej z rzeki, jeziora czy stawu. Krowy i konie poimy wodą „z przyrody”, ale sami nie wypijemy.

Jakiś czas temu, latem wybrałem się ze studentami do źródeł rzeki Łyny. Ja piłem wodę ze źródliskowego strumyka, studenci z plastykowych butelek. W moim plecaku było mniej bagażu, bo nie woziłem ( i nie kupowałem), tego co było za darmo na miejscu. Dlaczego moi studenci obawiali się napić wody ze źródła? Nie było kranu, białej glazury, tylko piasek i rośliny wokół. Ale ja znałem wcześniejsze badania tej wody i rozumiem procesy zachodzące w przyrodzie. Wiem, że to nie jest deszczówka czy woda z przydrożnej kałuży. Filtrowała się przez pokaźne złoża piasku i żwiru. I trwało to relatywnie długo. Przeciętnemu mieszczuchowi już łatwiej byłoby się napić wody ze studni. Bo studnia to specjalnie do wody wykopana, a źródło? Gdy wokoło drzewa, liście. Może jakieś pasożyty. Przecież bakterii nie widać. A może jakieś szkodliwe związki chemiczne, jakieś zanieczyszczanie. Tyle tylko, że łatwiej o zanieczyszczenia wód gruntowych, zasilających niejedna studnię, zwłaszcza gdy obok nieskanalizowana chlewnia czy leżący na pryzmie obornik. Czasem to naturalne, samoistne jest lepsze od tego specjalnie wytworzonego przez człowieka.

Woda ze źródła czy ze studni nie jest badania. Możemy tylko zaufać w jej jakość. Ale ta „z kranu” jest systematycznie badana. Może więc w rurach się „brudzi”. W Olsztynie, tam gdzie mieszkam, w wodzie jest stosunkowo dużo związków żelaza. W wyniku utleniania się wytrącają się nierozpuszczalne w wodzie tlenki żelaza i widzimy „rdzawe” nacieki. Widać to przy każdym źródle, gdy woda głębinowa wydostaje się na powierzchnie i styka się z tlenem atmosferycznym. Najczęściej to nie rury rdzewieją tylko wytraca się tlenek żelaza.

Wodę z kramu można przecież filtrować we własnym zakresie. Kiedyś tak robiłem. W wielu zakładach gastronomicznych tak robią. Ale to ze względu na odkładających się „kamień” w urządzeniach (tak jak w naszej pralce czy w czajniku). W procesach technologicznych te związki mineralne mogą przeszkadzać. Ale my potrzebujemy minerałów. Dlatego pijemy w czasie upałów wodę mineralną. Najczęściej taką wodę mineralna mamy… w kranie.

Z dużym zadowoleniem widzę coraz więcej restauracji, serwujących wodę z kranu oraz w hoteli i pensjonatów, z własnym ujęciem. Mają własna „kranówkę”, w estetycznych butelkach szklanych (firmowych) lub karafkach. Mniejsza produkcja śmieci (jednorazowe opakowania) i mniejsze zużycie paliw kopalnych. To biznes społecznie i ekologicznie odpowiedzialny, przy okazji przyjazny dla kieszeni.

Woda z kranu, wlana do dzbanka, to niemalże rękodzieło. Coś zrobione sobie samemu. Pełna lokalność. I powoli popularyzuje się moda na lokalność (bez konieczności zbędnego wożenia towarów). Rękodzieło nie jest gorsze od wielkoprzemysłowego, masowo produkowanego towaru. Cittaslow i dobrowolna prostota może zaczynać się od wody z kranu.

Wielokulturowość regionu jest większa niż uważamy – cyfrowi tubylcy

czosnek_i_piecWielokulturowość regionu warmińsko-mazurskiego jest większa niż uważamy. To nie tylko wynika z faktu, że oprócz historycznej Warmii i Mazur znajduje się kawałek Suwalszczyzny, Ziemi Chełmińskiej czy Powiśla. To nie tylko fakt licznych mniejszości narodowych i religijnych, nie tylko głęboka wymiana ludności w ostatnich dziesięcioleciach i ciągłe napływy przesiedleńców. Tę specyficzną wielokulturowość raczej dostrzegamy. Ale nie zauważamy, że pojawiło się pokolenie cyfrowych tubylców, inaczej komunikujących się ze sobą i inaczej uczestniczących w kulturze szeroko rozumianej.

Piszę o współczesnej kulturze i jej wielokulturowości a nie archiwaliach muzealnych i biurokratyczno-sprawozdawczych kronikach. Młodzi ludzie, którzy wyrośli w świecie cyfrowym (są tubylcami w tym świecie) różnią się zasadniczo od nas, cyfrowych emigrantów. Wyrośliśmy w innej kulturze a media cyfrowe i świat cyfrowy jest dla nas wtórny, wyuczony, mniej lub bardziej obcy. Rozmawiając o kulturze i tożsamości regionalnej, o tym aspekcie i tych różnicach najczęściej zapominamy. My, starsze pokolenie. My, którzy swą młodość znajdujemy w skansenach i muzeach. Być może naszą, ważną acz niedostrzeganą, misją jest rola tłumacza, pomostu między starym a nowym światem.

Dwa elementy zazwyczaj w dyskusji o kulturze regionalnej są pomijane, właśnie obecność cyfrowych tubylców i tak zwana trzecia kultura (aktywny udział nauki w tworzeniu kultury i kształtowaniu dnia codziennego). Zmiany technologiczne są tak duże i tak szybkie, że niektórzy antropolodzy zastanawiają się czy to gwałtowne tempo nie przekracza już ludzkich zdolności do adaptacji. Języka ojczystego łatwo się uczymy bo w nim wyrastamy i za jego pomocą myślimy. Uczenie się języków obcych jest trochę trudniejsze. Kilka możemy opanować, by się jako tako komunikować. Ale czy jesteśmy w stanie co 2-4 lata uczyć się nowego języka, zarzucając wcześniej wyuczone? A przecież w takim tempie docierają do nas nowe technologie, zmieniające nasze codzienne życie i funkcjonowanie w społeczeństwie. Zanim nauczę się w pełni korzystać z telefonu komórkowego… już wchodzą nowe smartfony. I uczyć się trzeba od nowa. Z ogromnej większości funkcji i dostępnych programów w komputerze, laptopie, smartfonie nie jestem w stanie skorzystać. Nie zdążę odkryć ich możliwości, istnienia i zalet. Bo już wchodzą nowe i trzeba uczyć się od nowa. To tylko jeden przykład. W rezultacie machamy ręką i nie podążamy za wszystkimi nowinkami. Ale młode pokolenie w tym wyrasta, jak w języku ojczystym. I nie rozumie w pełni naszej kultury, kultury, w której wyrośliśmy i w głębi duszy funkcjonujemy. Dwa różne światy.

Współczesna kultura przesiąkła nauką i techniką a nie tylko teatrem, filharmonią, galerią sztuki czy literaturą. Niektóre lamenty o upadku kultury wynikają tylko z niezrozumienia rzeczywistości i tego co się wokół nas dzieje. Niezrozumienia tego, że inaczej wyrażamy swą aktywność w kulturze. Ale póki nie dostrzeżemy wielokulturowości (tej w szerokim sensie a nie tylko w tym tradycyjnym), póty będziemy zagubieni i będziemy jałowo narzekać. Potrzebny jest dialog międzykulturowy. Mocno uświadamiam sobie to, bo akurat przygotowuję się do wykładów w nowym semestrze. I myślę o tym, jak dotrzeć z przekazem do młodego pokolenia. Prawie jak przygotowywanie wykładu w obcym języku i do studentów zupełnie obcej kultury…

Często słyszymy o spadku czytelnictwa ale czy oznacza to spadek udziału w kulturze i komunikacji międzyludzkiej? Podobno Polacy mniej czytają książek. Jako naukowiec-przyrodnik pytam się o metody badań – czyli na jakiej podstawie wyciągane są te wnioski? Czy analizowana jest liczba wypożyczeń książek w bibliotekach? Ale jesteśmy znacznie bogatszym społeczeństwem niż kiedyś a drukowane książki są tanie. Wielu z nas nie chodzi do biblioteki bo po prostu książki kupuje. A może analizowana jest sprzedaż książek na rynku księgarskim? Tu obserwować możemy znaczny wzrost literatury faktu: książek naukowych, popularnonaukowych, historycznych, biograficznych, poradników gastronomicznych, hobbystycznych, poradników zawodowych. Mniej sprzedaje się literatury pięknej. Ale wynika to najpewniej z dwóch powodów: nadrukowaliśmy już dużo literatury klasycznej a nowości być może jest tyle samo co dawniej. Po drugie i znacznie ważniejsze – przeżywanie przygody i fikcji przenieśliśmy z drukowanych książek… do gier komputerowych i filmów.

Ludzie, jako istoty społeczne, lubią żyć opowieściami. Przez dziesiątki tysięcy lat były to opowieści ustne. Słowo drukowane, zwłaszcza w powszechnym wymiarze, pojawiło się stosunkowo niedawno. Udział literatury w kulturze powszechnej to zaledwie epizod 2-3 wieków. Spadek czytelnictwa nie jest więc żadnym upadkiem kultury. Obecna rewolucja formy opowieści nie jest też pierwszą w naszej historii. Teraz więcej opowieści jest w filmie, internecie, grach komputerowych. Zwłaszcza te ostatnie umożliwiają bardziej aktywną rolę odbiorcy w kształtowaniu fabuły.

Ale wróćmy do stanu czytelnictwa. Jak formułowane są pytania? Bo czy jest to pytanie o przeczytaną książkę (w domyśle rozumianą jako papierową) czy o fakt czytania w ogóle? Czy książka przeczytana w czytniku (a więc na sprzęcie elektronicznym) będzie uznana za czytelnictwo przez ankietowanego? Ta sama treść a jedynie nośnik inny. A jaka oszczędność miejsca – na jednym dysku zmieścić można pokaźną bibliotekę. Ja przerzucam się na wersje cyfrowe ze względu na brak miejsca w domowej biblioteczne. A co z „książkami” jedynie elektronicznymi? Czy to jest czytanie w tradycyjnym rozumieniu? Bo przecież jest to takie samo przyswajanie treści. Czy podręcznik pt. Nowoczesna dydaktyka akademicka Błażeja Sajduka, to książka czy nie książka? Zamiast obrazków ma filmiki, nie jest to wersja pdf, wydrukować się nie da, „strony” są niejednakowej wielkości. Można czytać tylko w wersji internetowej i elektronicznej, w „chmurze”.

Ciągle słyszę o tym, że ludzie teraz mniej czytają. Ale to błąd, wynikający z nieuświadomienia sobie tego, jak współczesny człowiek funkcjonuje w kulturze. Owszem, współczesny student przeczyta zaledwie 8 książek (w zasadzie podręczników) w ciągu semestru ale w tym czasie przejrzy aż 2300 stron internetowych i 1281 profili na Facebooku. Prawdopodobnie czyta więcej (bo więcej na to poświęca czasu) niż jego poprzednicy (moje pokolenie). Owszem, zapisze w notatkach zeszytowych przeciętnie 42 strony (papierowe) ale równocześnie napisze 500 stron w e-mailach (nie licząc esemesów). Ludzie wcale nie czytają mniej! Czytają inaczej. A na dodatek piszą dużo więcej. Świat się zmienił. Najwyższa pora to zauważyć i ankiety przygotowywać inaczej, bez merytorycznych (koncepcyjnych) błędów. Chyba jeszcze żadne pokolenie nie pisało tak dużo jak współcześni młodzi ludzie.

„Literatura” fikcji opowiadana jest teraz inaczej, zwłaszcza w pokoleniu cyfrowych tubylców. Nie znika tradycyjna literatura, ale zmieniają się proporcje. Nie jest to jednak powód do lamentów. Biadolić mogą jedynie księgarze i papierowi wydawcy bo zmniejsza się popyt na ich usługi. Ale nie na usługi w komunikacji międzyludzkiej i komunikacji kultury. Są zawody archaiczne takie jak bednarz, kowal, kołodziej, bartnik, szewc… być może dołączy księgarz. Nie znikają całkowicie z kultury ale zajmują już inne miejsce, bardziej niszowe, elitarne, egzotyczne.

Jest też faktem obecność literatury faktu (książki naukowe, popularnonaukowe, podręczniki, poradniki itd.). Ale i ta powoli przenosi się w nowe obszary cyfrowych technik komunikacji. Bo dojrzewa pokolenie cyfrowych tubylców.

Wzrost czytelnictwa podręczników i literatury specjalistycznych poradników wynika z faktu… dużego wykształcenia społeczeństwa. Jeszcze nigdy nie było tak dużo ludzi wykształconych (ubocznym skutkiem są narodziny prekariatu). Więcej ludzi się uczy, w tym także w nowych formach kształcenia pozaformalnego i nieformalnego (samodzielnego). W jakimś sensie to też jest powrót do korzeni, bo tak było przed wiekami, zanim narodziła się powszechna, industrialna szkoła z klasami i lekcjami. Na fali zainteresowania wiedzą obserwujemy wysyp uniwersytetów trzeciego wieku, różnych kursów szkoleniowych. Do tradycyjnych form komunikacji międzyludzkiej i przekazywania wiedzy dołączają zupełnie nowe: webinaria, chaty (czaty), telekonferencje, e-learning. Dostęp do mistrzów i autorytetów jest bez porównania łatwiejszy i powszechniejszy… nawet w wioskach położonych daleko od szosy (ale z dostępem do internetu).

Lament o upadku kultury, w tym upadku czytelnictwa jest pomyłką i wynika z niedostrzegania obecności innej kultury cyfrowych tubylców. Są obok nas, jak swoiści „imigranci” z zupełnie innego świata. Nakładają się na już istniejącą wielokulturowość Warmii i Mazur. I z tego tworzy się niezwykle ciekawa mieszanka. Rzeczywistość jeszcze nie odkryta. Mnie zżera ciekawość poznania tej nowej, rodzącej się kultury, tak jak wyprawa badawcza do odległych plemion w egzotycznych krajach.

Warmińsko-mazurskie ma szansę na bardzo ciekawy dialog międzykulturowy w jednoczącej się Europie. Młode pokolenie jest na dodatek dużo bardziej mobilne od nas. Inaczej traktują własne mieszkanie, pracę, inaczej rozumieją patriotyzm. Prawdopodobnie inaczej rozumieją i wyrażają dużo więcej aspektów współczesnej kultury. Kultura to coś więcej niże teatr, filharmonia, biblioteka, muzeum, galeria sztuki. Zmiana się sposób uczestnictwa w kulturze. Także z faktu, że prekariat jest ubogi i nie stać na bilety wstępu. Uczestnictwo w kulturze jest bardziej… aktywne i cyfrowe. Więcej jest happeningów, gier, grywalizacji, geochatchingu itd. Nowe zjawiska to i nowe, niezrozumiałe słowa. Język polski nie wynalazł jeszcze własnych określeń. I być może nie wynajdzie, bo kultura staje się bardziej globalna i międzynarodowa.

Rok 2015 ogłoszony Rokiem Kultury na Warmii i Mazurach nie powinien moim zdaniem sprowadzać się do uroczystych akademii, „defilad i capstrzyków”, rozdawania dyplomów uznania, lecz bardziej na dyskusji i na rozpoznawaniu problemu. Poznawać jaka ta nasza kultura jest, tu i teraz. Z ciekawością wypatruje głosów w dyskursie w różnych mediach (a nie tylko w Gazecie Olsztyńskiej. Niech się naszą aktywnością ujawniają wyspy na Archipelagach Kultury. Niech Rok Kultury będzie poznawczym trzęsieniem ziemi i aktywnością wulkaniczną, która wyłoni najróżniejsze wyspy, tworzące mniej lub bardziej izolowane od siebie wyspy na rozległym, wielokulturowym archipelagu. Rozpocznijmy przygodę podróży i odkrywania tych nowych, nieznanych światów.

Jak ślimak winniczek reaguje na post? Daje nogę.

DSCN1690Zaczął się post. Dawniej oznaczało to poważne ograniczenia w spożyciu mięsa, więc nasi przodkowie ubogacali jadłospis różnymi „nie mięsnymi” mięsami. Jedli ryby, bobry (bo na ogonie bóbr ma łuski i żyje w wodzie, więc pod rybę podpadał), a także różne bezkręgowce, na przykład ślimaki winniczki. Noga ślimaka jest zjadana od średniowiecza jako cenne i postne źródło białka. A cofając się jeszcze głębiej w przeszłość to ludzie jedli różne dziwne „owoce morza i lasu”.

Tradycja kulinarna spożywania ślimaka winniczka przetrwała w niewielu krajach. Dlatego nasze ślimaki wywożone są do Francji. A że zapotrzebowanie na egzotyczne i wyszukane dania nie maleje to w wielu krajach rozpoczęto hodowlę ślimaków afrykańskich (większe i bardziej opłacalne).

Nasze zapomniane dziedzictwo kulinarne jest ogromne. Bogactwo rozleniwia i upraszcza jadłospisy. Bieda poszerza umiejętności i kreatywność, także kuchenną. Umiarkowanie w konsumpcji nie tylko pomaga rozwiązać problem ze śmieciami ale i kultywuje nasze historyczne korzenie.

Już drugi rok nie można będzie zbierać w naszym województwie ślimaka winniczka w celach zarobkowych, a więc i kulinarnych. Badania wykazały spadek liczebności populacji ślimaka winniczka (trzeba chronić by całkiem u nas nie wyginął). Trzeba więc dać mu czas na wzrost i rozmnażanie, aby ponownie za jakiś czas eksploatować populację zarobkowo i gospodarczo. Tymczasem już w drugim (kolejnym) roku Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Olsztynie podjął decyzję, że na terenie województwa warmińsko-mazurskiego nie będzie prowadzone pozyskanie ślimaka winniczka. (Przeczytaj cały tekst: Coraz mniej winniczków na Warmii i Mazurach, więc są pod ochroną ).

Do nas, na dawne Prusy, ślimak winniczek trawił najprawdopodobniej w średniowieczu, możliwe za sprawą Krzyżaków lub innych zakonów. W sensie historycznym jest gatunkiem obcym ale teraz jest chroniony. Obcy, jak się mocno zakorzeni to potem jest chronionym, bo bez niego żyć nie możemy. Za bardzo wrósł w nasze w dziedzictwo.

Pierwotny zasięg występowania winniczka obejmował najpewniej jedynie południową Polskę (Małopolska, Górny Śląsk, Rzeszowszczyzna). Na pozostałe tereny został przeniesiony przez człowieka. Najbardziej przyczynili się do tego zakonnicy, którzy począwszy od średniowiecza hodowali winniczka w ogrodach i parkach przyklasztornych. Mimo, że powolny to „pouciekał” z przyklasztornych hodowli i zasiedlił inne ekosystemy. Teraz w jakimś sensie też prowadzimy gospodarkę hodowlaną i zbieramy w celach zarobkowych. Ale jak każdy dobry ogrodnik czy hodowca, musimy zadbać aby populacji nie przeeksploatować. Z zagrożenia udało się nam wyprowadzić co najmniej kilka gatunków: żubra, bobra, łosia. Niegdyś zagrożone wyparciem teraz są zwierzętami pospolitymi i mogłyby być wykorzystywane łowiecko. Ale najlepiej byłoby, aby przetwórstwo było na miejscu a nie gdzieś daleko. Tak jak ze ślimakiem winniczkiem. Może i on kiedyś trafi ponownie na nasze lokalne stoły. Na przykład w poście. I niech Francuzi do nas na ślimacze specjały przyjeżdżają (przy okazji więcej zarobimy, bo to i nocleg w hotelu i inne okolicznościowe wydatki).

Ślimak winniczek (Helix pomatia) należy do rodziny ślimakowatych (Helicidae), inne nazwy to: winniczek, ślimak winnicowy, na wschodzie Europy zwany rawłyk, wawryk. Dawniej w niektórych regionach nazywany go kukuluch, krzyncyca, słymusz (Huculszczyzna), smarszcz, smarzyk. Wielkość dorosłego osobnika wynosi 4-5,5 cm. Żyją do 15 lat. Spotkać go można w lasach, zaroślach, ogrodach, cmentarzach. Czasami występuje masowo i wtedy może być szkodnikiem warzyw i roślin ozdobnych. Jest to gatunek o rozmieszczeniu południowo-środkowoeuropejskim i środkowoeuropejskim. Obecnie ślimak winniczek może być uważany za gatunek synantropijny, gdyż bardzo często i łatwo wnika do siedlisk zmienionych przez działalność człowieka. Można go zbierać w okresie od 1 do 31 maja (ale nie w 2015 r. w warmińsko-mazurskim), eksportowany jest do Francji, gdzie uważany jest za przysmak.

W układzie rozrodczym występują dwa gruczoły palczaste oraz woreczek, w którym wytwarzany jest wapienny sztylecik, zwany strzałką miłosną. W czasie godów sztylecik miłosny wbijany jest w ciało partnera (ślimakowate są obojnakami) i pełnią rolę stymulacyjną (jak widać gadżety erotyczne przyroda wymyśliła na długo przed człowiekiem).  Po zapłodnieniu pojedynczy osobnik składa 40-60 jaj, umiejscowionych w jamkach w ziemi. W ciągu całego życia jeden winniczek składa ponad 200 jaj. Oczywiście jeśli go wcześniej nie zbierzemy i nie zjemy. Zatem zakaz zbierania ma służyć spokojnej prokreacji i wzrostowi liczebności populacji.

Czytaj też: O ślimaku winniczku i poszukiwaniu drugiej połówki

Bzyg rarytas i entomologiczna majówka w Lesie Miejskim

11002212_817998684940087_590709287_oFoto-makro-bloger, Mateusz Sowiński, niestrudzony poszukiwacz tajemnic przyrody w skali mikro od kilku lat przemierza olsztyński Las Miejski i okolice Olsztyna z aparatem fotograficznym. O każdej porze roku znajduje coś ciekawego, uwiecznia i opisuje na swoim blogu (swiatmakrodotcom.wordpress.com). Nawet zimą i na śniegu znajduje aktywne życie przeróżnych bezkręgowców, nie tylko owadów. W zasadzie to powinien już napisać i wydać książkę, bogato ilustrowaną, o niepozornym aż niezwykle bogatym życiu w naszym najbliższym otoczeniu. Bo fotografii i spotkanych gatunków ma całe mnóstwo.

Wielokrotnie pokazuje na swoich zdjęciach nie tylko gatunki niezwykłe, ale i rzadkie. Ot na przykład uwieczniona na zdjęciu muchówka z rodziny bzygowatych (Syrphidae) o naukowej nazwie Chalcosyrphus eunotus. Gatunek w ubiegłym roku spotkany w naszym Lesie Miejskim a umieszczony w Polskiej Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce z kategorią CR (ang. critically endangered – gatunek krytycznie zagrożony wyginięciem w stanie dzikim). Jednym słowem rzadkość.

Trzeba jednak wprawnego oka i dużej cierpliwości w bezkrwawych łowach by o tych niezwykłościach się przekonać i poinformować innych. W Polsce występuje 7 gatunków muchówek z rodzaju Chalcosyrphus . Na swoim blogu Mateusz Sowiński tak opisuje ten gatunek: „Teoretycznie łatwo go oznaczyć, jednak kiedy pierwszy raz się z nim spotkałem, to przyznam, że miałem z nim kłopot. Po sfotografowaniu kilku osobników czym prędzej wróciłem do domu i zacząłem poszukiwać odpowiedzi na pytanie: co to za gatunek? Oczywiście znalazłem Ch. eunotus, ale gdy zobaczyłem jaki on jest rzadki… musiałem mieć pewność, że to on, dlatego poprosiłem o pomoc znawców z forum entomo.pl, a także syrphidae.insects.pl, którzy na szczęście potwierdzili moje przypuszczenia. Rodzaj Chalcosyrphus zaliczany jest oczywiście do rodziny bzygowatych (Syrphidae), co widać nawet na pierwszy rzut oka. Nie od dziś wiadomo, że wiele tych muchówek lubi naśladować swoim wyglądem groźniejsze od siebie owady, szczególnie błonkówki. Przeważnie małpują od os, ale co niektóre imitują swym wyglądom pszczoły lub pszczolinki i tak jest właśnie z naszą muszką” (czytaj całość).

Mateusz Sowiński tak dzisiaj napisał na Facebooku:

Dzisiaj podczas spaceru po Lesie Miejskim wpadłem na pewien spontaniczny, ale ciekawy pomysł. Zimą mamy np. Dzień Chruścika (12 grudnia), Noc Biologów (drugi weekend stycznia). Jesienią są Olsztyńskie Dni Nauki (wrzesień) i tym podobne dni związane z przyrodą. A gdyby tak zorganizować coś podobnego wiosną? I to nie gdzieś w zamknięciu, ale na świeżym powietrzu, z przyrodą za pan brat. Ano właśnie. Tak sobie pomyślałem, że można by zorganizować takie wspólne, przyrodnicze spotkanie w Lesie Miejskim Olsztyna. Jak by miało wyglądać? Np. tak, że na początku urządziło by się spotkanie edukacyjne. Przyrodnicy, fotografowie i osoby związane z lasem mogły by kolejno opowiadać o różnych elementach przyrody i pokazywać przedstawiające je zdjęcia. Chociażby o ptakach, roślinach, albo jakichś przyrodniczych zjawiskach. Później mogło by dojść do jakiejś wycieczki, jakiegoś spaceru po Lesie Miejskim, podczas której wspólnie byśmy fotografowali i poznawali przyrodę lasu. A na koniec? Można by coś zrobić dla samego lasu, np. urządzić wspólne sprzątanie tego wspaniałego miejsca (ilekroć w nim bywam, przekonuje się jak bardzo jest to potrzebne). Na razie to tylko taki mój pomysł, ale w najbliższym czasie planuje wykombinować bardziej szczegółowy plan takiego przedsięwzięcia. Kiedy miało by dojść do takiego spotkania? Może to być np. majowy, długi weekend, albo czerwcowy. A nawet każda normalna sobota i niedziela. To jeszcze się ustali. Mam nadzieje że dzięki pomocy pana profesora Stanisław Czachorowski ta inicjatywa się ziści.”

A skoro zostałem wywołany do tablicy, to z chęcią przyłożę do tego rękę. Niech więc będzie entomologiczna majówka w Lesie Miejskim, z opowieściami niezwykłej o przyrodzie, fotografowaniem i zwykłym piknikowaniem. Kto się przyłączy?

P.S. A może i więcej przyrodniczych fotografów dołączy i wydamy książkę o przyrodzie Lasu Miejskiego? Szukamy funduszy?

Górne zdjęcie autorstwa Mateusza Sowińskiego, dolne – mojego (na zdjęciu M. Sowiński w czasie lipcowego śniadania na trawie w Parku Centralnym, fotografuje jakiegoś owada na kocu).

DSCN1987

Wełniczka czyli stokrotki na drzewie

welniczkaGruszki na wierzbie a stokrotki na modrzewiu? Wydaje się niemożliwe. Kiedy jednak patrzy się na owocniki wełniczki pasożytniczej to odnosi się wrażenie, że są to stokrotki albo rumianki. Oczywiście, tylko na zdjęciu (fot. Mirosława Wantoch-Rekowska), gdy nie mamy odniesienia do rzeczywistej wielkości. Niemniej warto uważnie patrzeć pod nogi, bo kryje się tam niepozorne piękno.

Wełniczka pasożytnicza (Lachnellula willkommii) to grzyb z niewielkimi owocnikami. Należy do rodziny przezroczkowatych (Hyaloscyphaceae), grzyby te mają miseczkę orzęsiona na brzegu. Stąd nawa – wełniczka, niby pokryta wełną. Grzyby z rodziny przezroczkowatych należą do saprifitów lub pasożytów. Wełniczka jak sama nazwa gatunkowa wskazuje należy do pasożytów. Owocniki grzybów z rodzaju Lachnellula (około 20 gatunków) mają miseczkę zwykle pomarańczową, zazwyczaj pasożytują na drzewach iglastych.

Wełniczka pasożytnicza (Lachnellula willkommii, synonim Trichoscyphella willkommi), występuje na opadłych gałązkach modrzewia (Larix). Owocniki są niewielkie, 2-5 mm szerokości. Brzegi wełnisto owłosione, środek pomarańczowo-żółty. Dokładniej rozpoznać gatunki można po zarodnikach (niezbędna obserwacja pod mikroskopem). Tego urokliwego grzyba spotkać można cały rok. Podobny jest kuzyn wełniczka gałązkowa (Lachnellula occidentalis), jest jednak saprofitem. Jak widać od saprofityzmu do pasożytnictwa niewielka droga.

Piękno jest wokół nas, choć nie zawsze je dostrzegamy. Najpierw grzybnia wełniczki rozwija się w drewnie, zupełnie dla nas niewidoczna. Dostrzegamy tylko owocniki. Ale i one są małe, więc trzeba uważnie patrzeć pod nogi. I nie spieszyć się, bo ominie nas wiele cudownych widoków.

Źródło: Barbara Gumińska i Władysław Wojewoda, „Grzyby i ich oznaczanie”, wyd. III, PWRiL, Warszawa 1985.

Eko-innowacje oraz e-dyskusja czyli kobyłka u płota

ekoinnowacje2015A było to tak. 12. lutego, w ramach jednodniowej konferencji pt. „Eko-Innowacje – kreowanie rozwiązań przyjaznych środowisku” (zorganizowanej przez Samorząd Województwa Warmińsko-Mazurskiego), zaplanowana była dyskusja panelowa, którą miałem moderować. W panelu dyskusyjnym pt. „Eko-innowacje – nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności?” uczestniczyli: Ryszard Kozyra (wójt Gminy Barciany), Wiesław Krawczyk (przedsiębiorca i wynalazca), Adam Krynicki (prezes Zarządy Krynicki Recykling S.A.), Mariusz Rychcik (dyrektor Regionalnego Centrum Projektów Środowiskowych WFOŚiGW, dr Ewelina Olba-Zięty (Centrum Badań Energii Odnawialnej UWM w Olsztynie).

Z przyczyn niezależnych od panelistów zabrakło czasu na spokojną i wyczerpującą temat dyskusję, zadawanie pytań i odpowiedzi (konferencja się przedłużyła a obiad czekał, z czego zrezygnować – z dyskusji czy posiłku, który da nam energię do codziennego życia?). Wobec niekomfortowej sytuacja, w której wszyscy się znaleźliśmy (łącznie z uczestnikami konferencji), zaproponowałem ad hoc „innowacyjne rozwiązanie”: kontynuacje dyskusji w formie elektronicznej. Tak jak obiecałem, umieszczam więc wpis temu poświęcony, aby umożliwić zadawanie pytań, komentarze i dyskusję. Nie ma takiej sytuacji (nawet wydającej się na beznadziejną), z której nie można jakoś sensownie wybrnąć. Podobnie jest z sytuacją energetyczną – zamiast skupiać się na jałowym narzekaniu i szukaniu winnych (z tego szukania i obwiniania niewiele wynika) lepiej skupić się na szukaniu rozwiązań. Z konieczności będą innowacyjne. Bo gdyby wszystko było dobrze, to po co się męczyć i wymyślać coś nowego, innowacyjnego?

Brak czasu w jakimś sensie jest symboliczny. W odniesieniu do energii odnawialnej jak i innowacyjności może być podobnie: zmarnujemy czas na jałowe dyskusje, zbyt opieszałe podejmowanie decyzji i znajdziemy się w sytuacji mocno cywilizacyjnie niekomfortowej. Po prostu zamiast być liderem znowu zostaniemy zapóźnionym zaściankiem i szanse uciekną nam sprzed nosa.

W czasie konferencji kilka osób mniej lub bardziej wyraźnie wskazywało, że nasz region jest niejako predysponowany do innowacji energetycznych. Odnawialne źródła energii są dla nas szansą. Niemalże cała gospodarka regionu opiera się o dobry stan środowiska: turystyka, przemysł meblarski, przemysł spożywczy i dopiero rozwijająca się nowoczesna biogospodarka. Jednocześnie stara infrastruktura energetyczna ulega dekapitalizacji. Niebawem po prostu może nam zabraknąć energii. A ta, która dysponujemy jest droższa niż w innych częściach Polski.

W tym kontekście OZE (odnawialne źródła energii) są szansą na rozwój gospodarczy bo mogą nam dać w ogóle energię i po drugie tańszą niż ta, importowana spoza regionu. Prelegenci zwracali uwagę na wiele problemów jak i na rodzące się możliwości finansowe. Ale czy potrafimy współpracować międzysektorowo: środowiska naukowe, biznes, samorządy, parlamentarzyści, instytucje państwowe? Od tej współpracy uzależniony jest nasz sukces… albo porażka. Czy warmińsko-mazurskie będzie liderem czy też „prowincją zabitą dechami” w zakresie innowacji? Co trzeba zrobić żeby się udało wykorzystać szanse? Skoro na sali zabrakło czasu na spokojna i głębszą dyskusję, to należy ją kontynuować w różnych innych miejscach. Na przykład tu (i wielu innych miejscach, gremiach, sposobnościach). Zaproponowałem kontynuację w formie e-dyskusji. I oto kobyłka stoi u płota. Zapraszam, do zamieszczania głosów w dyskusji, pytań, komentarzy (jeśli zajdzie potrzeba, to po zredagowaniu upowszechnię także w innych miejscach, by dyskusja dotarła do szerszego grona odbiorców).

Region predysponowany do innowacyjności i gospodarki czerpiącej ze środowiska przyrodniczego. Więc o to środowisko trzeba dbać jako o podstawę naszej ekonomii. Czysty region to także miejsce atrakcyjne do życia… dla osób kreatywnych. Jeśli się tu osiedlą (innowacyjny kapitał ludzki), to być może będziemy wśród liderów gospodarczych. Bo przecież nie mamy ani ropy naftowej, ani węgla, ani hut żelaza, ani fabryk samochodów. Mamy przyrodę, która jest zasobem środowiskowym dla biogospodarki. Ale czy tego czasu nie zmarnujemy? Nie przegadamy? Czy potrafimy międzysektorowo współpracować? Jakie są bariery takiej współpracy?

W jednym z głosów w czasie panelu padło sformułowanie, że trudna jest współpraca biznesu z Uniwersytetem. Po części to zapewne prawda, po części już nieaktualna sytuacja (reminiscencje z przeszłości). Uniwersytet w ostatnim czasie wyraźnie się zmienia i otwiera na współpracę. Być może znakiem czasu jest powstawanie i rozwój ogólnouczelnianych czy międzywydziałowych centrów badawczych, takich jak Centrum Badań Energii Odnawialnej czy Centrum Innowacji i Transferu Technologii czy nawet niedawno powstałe Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i przyrodniczym. Jeśli stara, wydziałowa struktura była niewydolna wobec zupełnie nowych potrzeb i wyzwań, to być może nowe organizacyjne i strukturalne rozwiązania okażą się efektywne.

Sytuacja w opóźnieniem na konferencji jest niejako symboliczna. Na końcowy efekt złożyło się wiele niezależnych czynników i zdarzeń cząstkowych. Ktoś przedłużył swoje wystawienie, ktoś nie zdyscyplinował niektórych prelegentów, wobec dużej liczby uczestników i przerwy kawowej sami uczestnicy nie pojawili się na wyznaczony czas. W przypadku konferencji przedłużenie czasu nie było wielkim problemem (czasem nie warto stawiać wyżej zaplanowanego porządku niż trwającej dyskusji czy interesującego wykładu). Wykorzystuję tę sytuacje tylko jako porównanie, jako analogię do problemu z eko-inwestycjami. W obu przypadkach istotna jest współodpowiedzialność. Wiele czynników, wiele osób podejmujących różnorodne decyzje i stąd rozmyta odpowiedzialność, niech ktoś, gdzieś, kiedyś zadziała…. żeby było dobrze. Niech przewodniczący-prowadzący konferencję zainterweniuje wobec gaduły, niech prelegenci nie przedłużają lub skrócą swoje referaty, niech uczestnicy w czasie przerwy kawowej nie piją kawy zbyt długo itd. „Ja nie oddam nic ze swego, nie narażę się z interwencją, nie zrezygnuje ze swojego czasu” itp. W rezultacie sytuacja rozwija się przypadkowo i „wygrywa z silniejszymi łokciami albo ten w przypadkowo uprzywilejowanej sytuacji”.

W przypadku eko-innowacji i energii odnawialnej potrzebna jest dużo większa współodpowiedzialność i współpraca wielu środowisk. Potrzebne są wynalazki, potrzebne są inwestycje, potrzebne są decyzje i rozporządzenia legislacyjne. Opóźnienia i zaniechania w którymkolwiek elemencie powoduje opóźnienia w całości procesu. I symbolicznie możemy nie zdążyć zjeść obiadu (ujmując rzecz anegdotycznie).

Program konferencji

  • Uroczyste otwarcie – słowo wstępne Sylwia Jaskulska, członek Zarządu Województwa Warmińsko-Mazurskiego,
  • „Zarządzanie eko-innowacjami”, dr Edward Hościłowicz, rektor Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Białymstoku, członek Krajowej Rady Przedsiębiorczości Ministra Gospodarki,
  • „Bariery we wdrażaniu i komercjalizacji eko-innowacji w Polsce”, Andrzej Koniecko, Prezes Warmińsko-Mazurskiej Agencji Energetycznej Sp. z o.o., Członek Rady Naukowej Centrum Badań Energii Odnawialnej UWM,
  • „Finansowanie innowacji ekologicznych (możliwości finansowe w regionie)”, Mariusz Rychcik, dyrektor Regionalnego Centrum Projektów Środowiskowych Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Olsztynie,
  • „Innowacyjne ekorozwiązania do wdrożenia w MŚP”, Rafał Tyszka, ZETO SOFTWARE Sp. z o.o.,
  • „Prezentacja własnych wynalazków”, Wiesław Krawczyk, Przedsiębiorstwo Budowlane Eksportowo-Importowe „Krawczyk”,
  • „Prezentacja dobrych praktyk w zakresie komercjalizacji eko-innowacji”, dr Ewelina Olba-Zięty, Centrum Badań Energii Odnawialnej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie ,
  • „Prezentacja dobrych praktyk w zakresie współpracy nauki i biznesu w temacie eko-innowacji”, Adam Krynicki, Prezes Zarządu Krynicki Recykling S.A. ,
  • „Prezentacja dobrych praktyk w zakresie organizacji zielonych wydarzeń” Wojciech Ogłuszka, Przewodniczący Zarządu Mazurskiego Związku Międzygminnego – Gospodarka Odpadami,
  • Panel dyskusyjny pt. Eko-innowacje – nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności.

Dyskusja panelowa rozpoczęła się 5 minut po czasie, w którym miała się zakończyć, a następnym punktem programu był obiad. Sytuacja trudna i niekomfortowa. Dlatego szukając wyjścia z tej trudnej sytuacji zaproponowałem kontynuację w formie e-dyskusji. I oto jest. Wprowadzenie do dyskusji upubliczniłem wcześniej (czytaj), a głównym pytaniem jakie padło w czasie panelu było” czy potrafimy współpracować międzysektorowo, jakie są bariery i jak je przełamywać?”.

Eko-innowacje – nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności ?

ekoinnowacjecbeoOprócz tego, że dzisiaj jest tłusty czwartek i Dzień Darwina to w Olszynie, na skraju miasta (Centrum Wdrażania i Promocji Innowacji w Olsztynie, Warmińsko-Mazurska Agencja Rozwoju Regionalnego S.A. w Olsztynie, ul. Jagiellońska 91a ) odbywać się będzie w godzinach 11.00-14.15 interesująca konferencja, dotycząca eko-innowacji.Wybieram się tam, nie tylko posłuchać ale i wziąć aktywny udział w panelu dyskusyjnym „Eko-innowacje – nieopłacalne inwestycje czy realne oszczędności”

Zachwyceni niedawną obniżką cen ropy naftowej zapominamy, że utrzymywanie obecnego poziomu wydobycia odbywa się przy wyraźnym wzroście liczby działających szybów wydobywczych. Lepiej już było. Mimo inwestycji w najbliższych latach spodziewać się można zarówno wzrost cen surowców ze źródeł nieodnawialnych jak i spadku wydobycia. Czy zdążymy odpowiednio wcześnie zainwestować w badania, technologii i inwestycje pozyskiwania energii ze źródeł odnawialnych? Przy spadku wydobycia i wzroście cen opłacalność energii odnawialnej będzie systematycznie wzrastać. I pytanie zasadnicze o nasz region – jakie jest miejsce Warmii i Mazur w dokonującej się trzeciej rewolucji technologicznej.

Pytanie o zyski z eko-innowacji jest pytaniem o wizję przyszłości – czy wiemy co nas czeka? Każda inwestycja kosztuje i wymaga na początku wydatków. W jakiej perspektywie liczony jest zysk z eko-innowacji? Czy mamy realną wizję przyszłości by przewidywać zyski długo-terminowe? Czy wiemy jakie będą ceny energii konwencjonalnej (jakie są zasoby i na ile lat starczą, jak będzie rosła cena energii przy wyczerpywaniu się zasobów konwencjonalnych)? Jakie są koszty zmian klimatycznych dla wszystkich podmiotów gospodarczych i społeczeństwa? Jakie będą preferencje konsumentów w przyszłości: zorientowane na ilość i stopę ży-ciową czy na jakość i komfort życia? Ile kosztuje bioróżnorodność i środowisko przyrodnicze?

Kiedyś pustynne piaski krajów arabskich wydawały się bezwartościowe. Bieda z nędzą. Do czasu, gdy rozwój technologii nie zaczął wykorzystywać ropy naftowej jako surowca dla gospodarki. Wtedy piaski ożyły inwestycjami. Po wieku fizyki nastał wiek biologii, powoli rozwija się biogospodarka. Czy Warmia i Mazury będą w centrum tych przemian czy też pozostaną na marginesie trzeciej rewolucji technologicznej?

Czego oczekują klienci i gospodarka dziś a czego poszukiwać będę w bliższej i dalszej perspektywie? Innowacje w ochronę środowiska to podnoszenie jakości życia. Czekać na gotowe technologie i kupować licencje czy samemu poszukiwać i rozwijać współpracę między przemysłem, nauką a społecznościami lokalnymi (samorządami)?

Czy w regionie potrafimy współpracować i wykorzystywać potencjał kapitału ludzkiego i zasoby środowiska? Jaka jest a jaka powinna być rola państwa w pobudzaniu innowacyjności w zakresie ochrony środowiska, biogospodarki i energii odnawialnej? Czekać na odgórne dyspozycje i regulacje czy aktywnie lobbować za pożądanymi rozwiązaniami legislacyjnymi? Więcej pytań niż odpowiedzi ale bez interdyscyplinarnego dialogu nauki, biznesu i samorządu pozostaniemy na marginesie zachodzących zjawisk.

Na wyżej postawione pytania poszukiwał będę odpowiedzi wraz z przedstawicielami samorządu terytorialnego, biznesu, instytucji państwowych i instytucji naukowych. Wszystko w zakresie nauk stosowanych i wdrażania innowacji w gospodarce.

A po południu już bardziej naukowo-teoretyczne spotkanie z okazji Dnia Darwina i równie ciekawa dyskusja akademicka o ewolucji z filozofami i organizacjami społecznymi. W tak zwanym międzyczasie znajdzie się czas na konsumpcję pączka, oczywiście z preferencja dla wyrobów tradycyjnych, lokalnych a nie taśmowo-wielkoprzemysłowych (i przy okazji mało zdrowych).

pczki1