Tajemnica olsztyńskich kolibrów wreszcie wyjaśniona

ustyjanczuk_zawisak

Kilka dni temu, za pośrednictwem Facebooka, otrzymałem od znajomej z pracy (Wioletta Ustyjańczuk) zdjęcie z zapytaniem co to jest. Nie trudno rozpoznać zawisaka (motyl nocny), o gatunkowej nazwie zmrocznik gładysz (zmierzchnik gładysz, Deilephia elpenor).(Czytaj więcej o zmroczniku)

Zawisaki to niezwykłe motyle, spijające nektar w czasie lotu. Są stosunkowo duże i w locie nad kwiatami przypominają kolibry. Wspomniany zmrocznik gładysz sfotografowany był w Olsztynie, na przełomie lipca i sierpnia.

„poza tym te zawisaki pojawiają się nawet często i to w dzień – nad budlejami (motyle krzewy). Może pamięta Pan, jak kiedyś zadzwoniłam do pana, z pytaniem czy mamy u nas jakieś „kolibry”, bo u mnie latają takie szybko machające skrzydełkami dziwne stwory?”

Teraz, dzięki zdjęciu, można było zidentyfikować tajemnicze „kolibry” z Olsztyna. Dostępność aparatów cyfrowych i ich dobra jakość sprawia, że wiele osób, przyrodniczych wolontariuszy, może sensownie włączyć się w dokumentowanie i inwentaryzowanie naszej rodzimej bioróżnorodności. Pojawiają się już sensowne projekty, kierowane przez pracowników uniwersyteckich, mapowania i dokumentowania takich obserwacji. Z pewnością poszerzy to naszą wiedzę o bioróżnorodności (nie tylko ptaków). Będziemy wiedzieli co i gdzie u nas rzeczywiście występuje i które gatunki są rzeczywiście rzadkie i ginące.

Wynika z tego także i to, że każdy z nas może zostać naukowcem lub współpracownikiem naukowca i uczestniczyć w ważnych badaniach naukowych.

800pxZmrocznik_gladysz_Deilephila_elpenor

A to gąsienica zmrocznika gładysza (autor Lilly M
, źródło: Wikimedia Commons).  Jeszcze piękniejsza niż postać dorosła.

No to czekają mnie trudne dni…

Czeka mnie kilka trudnych dni. A to za sprawą Gazety Wyborczej, która umieściła mnie wśród kandydatów do konkursu Olsztynianin roku 2012. Przez moment będę osobą publiczną i nic na to poradzić nie mogę. Ma olsztyńska redakcja Gazety Wyborczej swoją wizję i mi nic do tego (nawet gdybym chciał i próbował).

Oczywiście, taka nominacja to coś miłego. Jeszcze milsza jest reakcja znajomych i przyjaciół (np. taka). Być może trudne i nieco kłopotliwe chwile mają tę wartość, że namacalnie dostrzegamy ilu mamy przyjaciół i ile osób o nas myśli ciepło i życzliwie.
Dla takich chwil warto przeżywać niedogodności…

Pisząc o trudnych dniach miałem na myśli złośliwe komentarze. Tak po prostu bywa. Słowne (nieszczere) gratulacje i ostrzeżenia, że to na pewno przyczyni mi wrogów. Gazeta zamieściła także moje zdjęcie z Kortowiady, z Boju Wydziałów (ja w roli porucznika Borewicza z dawnego PRLowskiego serialu – bo scenka była o życiu w PRL). Ale bez podpisu. Raczej na pewno będzie pretekstem do niezbyt sympatycznych komentarzy. No ale cóż, jak się coś robi to i trzeba być gotowym na komentarze.
Nie warto rezygnować z udziału w studenckich przedsięwzięciach z obawy, że się będzie "niepoważnie" wyglądało.

Gdybym miał sam powiedzieć o moim wkładzie w promocję UWM, wspomniałbym o popularyzacji nauki, e-learningu, Olsztyńskich Dniach Nauki czy Nocy Biologów… ale Gazeta ma swoje pomysły i swoją koncepcję. I ja na to nijak poradzić nie mogę. Możliwe, że takie patrzenie na "profesora od malowanych butelek i trawników" może bulwersować, że to nie jest "dostojne" i niepoważne. Ale jak powiedział fizyk (noblista) Richard Feynman „A co cię obchodzi co pomyślą inni”. Trzeba robić swoje.

Wyżej zdjęcia autorstawa Michała Ciuciasa z tego samego Boju Wydziałów, ale w szerszym kadrze i łatwo dostrzec, że to tylko przebranie. Tak umieszczam, bo nie wszyscy mają poczucie humoru…

Elbląg – miasto portowe, już niebawem (zmiany klimatu)

Elbląg dla Warmii i Mazur jest morskim oknem na świat. Może bardziej – prawie morskim. Istniał w tym mieście kiedyś ważny port. A że fortuna się kołem toczy, to wiele wskazuje na to, że morski port w Elblągu ponownie zacznie tętnić życiem.

A jeszcze dawniej w pobliżu było sławne Truso. Przez wieki jezioro Drużno przestało być zatoką morską, rzeki się wypłyciły i średniowieczny port zarósł trawą. Obecnie jedynie archeolodzy się nim interesują.

Elbląg był ważnym portem znacznie później. Port nad Zalewem Wiślanym (a więc bez bezpośredniego dostępu do morza) po 1945 roku stracił na znaczeniu. Wyjście z Zalewu na otwarte morze zablokowała granica z Rosją. Obecnie myśli się nawet o przekopaniu  Mierzei Wislanej, aby utorować drogę wodną z morza do portu. 

Ale już niebawem Elbląg stanie się miastem w pełni portowym i to z bezpośrednim dostępem do morza. I nie trzeba niczego przekowywać ani negocjować z Rosją. Wszystko za sprawą ocieplania klimatu. Najpóźniej do 2080 r. poziom wody w Bałtyku podniesie się o około 1 metr – zalana zostanie nie tylko Mierzeja ale i znaczny obszar Żuław (Delta Wisły).

Może więc czekając na skutki antropogenicznego ocieplenia klimatu już teraz warto przygotowywać port w Elblągu…. i budować domy dla tych, co zostaną zalani i będą szukać dla siebie nowego miejsca na suchym lądzie. Wraz z przybliżającym się morzem nadejdzie fala imigrantów. Nie tylko z Żuław.

Akademicki outsider

Cudze słowa czasem lepiej oddają to, co czujemy i myślimy (dlatego czytanie książek nigdy nie odejdzie w zapomnienie). Nasze własne myśli dopiero wylęgają się z mgły i zmysłów, dopiero powoli nabierają kształtów.

Gotowe myśli są jak ubranie w sklepie, szukamy dobrego wzoru i adekwatnego rozmiaru. Raz ciach i jest. Co innego z szyciem na miarę u krawca, musi wiedzieć czego chcemy i znacznie dłużej trzeba poczekać, męczyć się w przymiarkach. Te gotowe ze sklepu najczęściej nie jest idealne – robimy drobne przeróbki. Ale łatwiej zrobić małą poprawkę czy przerówkę niż budować coś od początku z niczego.

„Sądzę, że do końca życia będę skazany na rolę outsidera, ponieważ brakuje mi niezbędnych cech akademickiego insidera: lojalności wobec określonej szkoły, umiejętności podporządkowania się jej metodom i widzeniu świata, a także gotowości do przestrzegania kryteriów spójności i logiczności przyjmowanych przez tę szkołę. I szczerze mówiąc, nie przeszkadza mi to…”

Prof. Zygmunt Bauman („To nie jest dziennik”, 2012)

W tych słowach odnajduję wiele z siebie. Bo i outsiderów jest wielu. Taka społeczna bioróżnorodność i piękno zarazem. Nie wiem czy wynika to z konstrukcji psychicznej czy historii życia i doświadczenia. Kiedyś myślałem, że w moim przypadku wynika to z częstych przeprowadzek w dzieciństwie. Ciągłe wchodzenie w nową grupę, ustalanie hierarchii, uczenie się nowego. Ale to chyba nie to.

„Rzeczywiście, nie należałem nigdy w pełni do żadnej szkoły, zakonu, środowiska intelektualnego, stronnictwa politycznego czy grupy interesu; nie ubiegałem się o przyjęcie do żadnego z tych tworów i niewiele robiłem, by zasłużyć na zaproszenie” (Z. Bauman, ibidem)

Moja tęsknota za prowincją być może wynika z tego oustiderstwa. W mieście liczba kontaktów jest zbyt duża jak na moją konstrukcję psychiczną. Zresztą – nie tylko na moją. Przesyt spotkań owocuje „niezauważaniem” ludzi na ulicy, wtrącaniem ich w kategorię „nie-człowiek” – a więc nie muszę reagować społecznie (mówić dzień dobry, usmiechać się, może grozić lub uciekać). Na prowincji, kontaktów jest mniej, ale są za to intensywniejsze. W naszym świecie mamy nadmiar jednorazowej, nadmiarowej konsumpcji. Tęsknimy za rzadszymi a głębszymi relacjami. I wierzymy, że te głębsze relacje są na tej mniej zatłoczonej prowincji…

Czytanie książek jest czymś wyjątkowym. Daje samotność ale jednocześnie daje kontakt z drugim człowiekiem. Bo czytanie i pisanie książek zawsze odbywa się w samotności.

Ale wrócę do czytania i bycia akademickim outsiderem. Słowa prof. Baumana padły w zbliżonym ale nieco innym kontekście. Ja je pachworkowo wykorzystałem. Te mi się bardziej spodobały. Akurat w tej chwili. Może w innym momecie co innego bym w pisarstwie prof. Baumana dostrzegł. To jest jak spacer na łące: pszczoła widzi kwiaty (myśli o jedzeniu), mucha plujka rozgląda się za "krowimi plackami" (też myśli o jedzeniu). Raz bywamy pszczołą, raz muchą plujką… a raz jeleniem na rykowisku :). Ta sama łąka a za każdym razem jakby inna.

W jakimś sensie cudze (np. książkowe) myśli
są jak akuszerka dla naszych – pozwalają im się urodzić, dojrzeć, wykrystalizować. Podobną do książek rolę pełni nauczyciel akademicki – pozwala dojrzeć myślom w studenckich głowach. Nie zagłuszyć, nie zatłamsić, ale dojrzeć, rozkwitnąć.

Dobry uniwersytet jest jak łąka – bo widać wiele kwitnących ziół. Na niektóre – żeby zakwitły – trzeba czasem dłużej cierpliwie poczekać. Dlatego nie koście zbyt często trawników – pozwólcie zakwitnąć stokrotkom i mniszkom, i wielu innym kwiatom….

A na zdjęciu dolina rzeki Wałszy koło Pieniężna (jesienią). Prawda, że prowincja jest piękna i zmysłowa?

O szeliniaku sosnowcu, Książniczkach i święcie Wikipedii

szeliniaz_z_FB

Dzisiaj Dzień Wikipedii i zgodnie z przewidywaniami odezwały się media. No bo jak raz człowiek gdzieś przy jakimś temacie zaistniał, to potem raczej na pewno się powtórzy. Tym razem było to Radio RMF FM (ale kontakty z Radia UWM FM). Po prostu nasi absolwenci zdobywają doświadczenie i „idą w świat”. A Wikipedia pozostaje – mimo niedoskonałości – jedną z ważniejszych encyklopedii dla każdego, gdy szuka informacji. Można byłoby powiedzieć – encyklopedia pierwszego kontaktu. Że są tam błędy i niedoskonałości? Nie szkodzi, to historycznie ważny projekt aktywnie promujący otwartą wiedzę (open access i open source). Najwięcej z Wikipedii korzystają ci, którzy piszą, a nie ci, którzy czytają. Bo pisanie zmusza do czytania, dyskutowania, refleksji i krytycznego i całościowego myślenia. I promuje wolną wiedzę bez licencji i ograniczeń. Uczy także korzystania ze źródeł (wtedy gdy piszemy a nie biernie korzystamy). Nie jest błędem korzystanie z Wikipedii, błędem jest ograniczanie się do jednego źródła informacji i bezrefleksyjne korzystanie z jakiejkolwiek informacji.

Ale encyklopedia – nawet internetowa –ma tę wadę, że trudno znaleźć, jeśli nie wie się czego szukać. Kontakty międzyludzkie są znacznie pomocniejsze w szukaniu. Tak jak w księgarni – warto zapytać personelu, gdzie co można znaleźć. Kto pyta nie błądzi (przynajmniej długo nie błądzi).

W dobie internetu w konsultacjach pomocne są różne serwisy społecznościowe, np. Facebook. Dziś rano, pod przepięknym zdjęciem p. Jacka Freyera, znalazłem taki dopisek:
„zagadka nie do końca księgarska… ostatnio oglądałam zdjęcia przyjaciela (fot. Jacek Freyer) i wśród nich pojawił się taki oto osobnik, a ja nie wiem, kimże on jest i mój przyjaciel nie wie również… a chcielibyśmy wiedzieć… może ktoś jest w stanie nam podpowiedzieć? Szukałam w różnych książkach, ale… no cóż – więc jeśli ktoś z Was wie, jaki to stwór na tej fotografii lub do jakich książek mogę sięgnąć by się o nim czegoś dowiedzieć, to bardzo proszę o podpowiedź… :)”
(użytkownik Książnica Polska)

Skoro pytają urocze Książniczki, to jak nie pomóc? To na pewno owad. Co więcej – to chrząszcz z rodziny ryjkowcowatych (Curculionidae). Dokładniejsze określenia to już nie jako pewność, ale tylko domysły (z dużym prawdopodobieństwem trafienia), że to być może szeliniak sosnowiec. Pewności nie mam, bo nie znana jest rzeczywista wielkość (brak skali) i zdjęcie zrobione z nieco boku (nie widać wszystkich cech).

W komentarzach innych konsultantów pojawiły się propozycje imion. Wszystkie męskie. A może to samiczka? Płeć u owadów bez dymorfizmu płciowego znacznie trudniej jest ustalić. Pojawiła się także propozycja, aby nadać mu nazwę mola książkowego. Co do mola książkowego…  mól to motyl a nie chrząszcz, więc chyba odpada. Na dodatek szeliniak wcina (zjada) drewno a nie papier. Ale woli drzewo a nie drewno półek z książkami. Chyba, żeby taką opowieść stworzyć: larwa sobie żyła w drzewie, zrobili deski i z nich półkę… I wtedy wylągł się z larwy (po przepoczwarczeniu) dorosły chrząszczyk. Patrzy – a tu książki. No to zabrał się do czytania. I cóż czyta teraz ten nasz chrząszczyk (być może samiczka – Książniczka). Ewentualnie dorosły chrząszcz szukał zimowego schronienia w zacisznym miejscu za książkami.

Podobny przypadek zdarzył się kilka lat temu. Firma meblarska zwróciła się do mnie z prośbą o ekspertyzę. Żeby na podstawie zdjęcia określić gatunek owada i wydać opinię czy zagraża meblom (owad , nie ekspertyza). Bo firma z Wielkiej Brytanii wstrzymała cały eksport mebli z naszego regionu, po znalezieniu owada-szkodnika. Firma prowadzi sprzedaż mebli ekologicznych i jeśliby z mazurskimi meblami zawleczony został szkodnik-drewnojad, to wyniknęłyby duże straty. Szeliniak mebli nie lubi (nawet nie lakierowanych). Trawił na Wyspy najpewniej w palecie (europalecie), wykonanej z surowego drewna sosnowego (a więc nie w meblu tylko opakowaniu do transportu), a dorosły po prostu wyszedł po podróży za morze. I narobił paniki. Od tego czasu firma zmieniła sposób przygotowywania palet do transportu, aby żaden niechciany pasażer nie przyczynił się do zerwania kontraktu oraz nie pojawiały się gatunki obce w innych regionach świata.

Szeliniak sosnowiec (Hylobius abietis L.) to średniej wielkości chrząszcz z rodziny ryjkowcowatych (Curculionidae), uważany za groźnego szkodnika leśnego. Dla tego chrząszcza las pachnie znacznie intensywniej, zwłaszcza żywica ściętych drzew. To znakomity biodetektor chemiczny. Parafrazując powiedzenie, że siano pachnie inaczej zakochanym i koniom, tak i ścięta sosna pachnie ludziom i szeliniakom zupełnie inaczej. Ciekawe co mogłoby (teoretycznie) takiego szeliniaka zwabić do księgarni, nawet jako pasażera na gapę?

Wielkość owada dorosłego waha się w granicach 7,3-13,5 mm. Pokrywy skrzydłowe są szersze w części przedplecza tworząc jakby barki, czym wyróżniają się szeliniaki od smolików (inne chrząszcze z rodziny ryjkowcowatych). Podobny do niego  szeliniak czarny (Hylobius piceus) jest nieco większy (12-16 mm). Owadów jest dużo, wiele do siebie podobnych. Często po samym zdjęciu nie da się pewnie zidentyfikować gatunku – potrzebne jest preparowanie aparatów kopulacyjnych a czasami nawet badania genetyczne i analizy molekularne.

Larwy szeliniaka sosnowca są koloru biało-żółtego z brązowymi głowami, nie posiadają odnóży. Żyją w wydrążonych korytarzykach, najpierw pod korą, później w drewnie (jeśli w tym stadium zrobić deskę, to larwa może przetrwać i dalej zerować). Wiosną owady doskonałe (imagines) poszukują na porębach młodych drzewek sosny. W czasie żerowania wygryzają w korze pierścienie okalające pień. Z tego powodu przez leśników uważane są za szkodnika lasu.

Samice, po wielokrotnej kopulacji, składają 50-100 jaj, przytwierdzając je do korzeni pniaków świeżo ściętych sosen, świerków lub modrzewi. Dlatego owady te można spotkać na porębach. Z jaj po około 2-3 tygodniach wylegają się larwy, które zaczynają drążyć chodniki, najpierw w łyku, potem w bielu. W kolejnym roku, po przezimowaniu, następuje przepoczwarczenie (larwy żyją 1-2 lata). Czasem nowe pokolenie wylega się już jesienią (wrzesień-październik), zazwyczaj jednak larwy zimują i przepoczwarczają się dopiero wiosną następnego roku.

Dorosłe chrząszcze zimują ukryte wśród liści pod zwalonymi drzewami. Od biedy można byłoby przyjąć ze takowy chrząszczyk schronił się do księgarni, aby w ciepłym kąciku, pod szeleszczącym papierem przeczekać zimę.

Dorosłe chrząszcze żyją 2-3 lata, lecz aktywnie latają tylko młode. Ech, młodość ciekawa świata :). W kwietniu, maju lub czerwcu zlatują się na poręby, gdzie następuje kopulacja. W lipcu dorosłe chrząszcze spotkać można w koronach nasłonecznionych drzew, rosnących na skraju lasu. Tam żywią się gałązkami. Jesienią schodzą do gleby, gdzie zimują w ściółce.

Chrząszcze te uważane są za szkodniki leśne, gdyż żerując na młodych sadzonkach, ogryzają korę nadziemnej części pnia, powodując zranienia i osłabienia młodych drzewek. W wyniku intensywnego żerowania i ogryzienia kory, sadzonki najczęściej giną.
Leśnikom to się najwyraźniej nie podoba…

Szeliniaki sosnowce wyczuwają różnorodne substancje nawet w niewielkiej koncentracji. Dlatego potrafią wyczuć z daleka dogodne siedlisko i do niego dotrzeć z daleka. Substancje te, wydzielane przez drzewa, określane są nazwą „atraktanty”. Do takich atraktantów, dla owadów związanych z drewnem, należą terpeny, kwasy tłuszczowe zawarte w żywicach: kwas palmitynowy, stearynowy, oleinowy, linolowy, linolenowy, jak również ich estry metylowe. Szeliniak sosnowiec potrafi wyczuć z odległości 1 m już koncentrację takich atraktantów w stężeniu zaledwie jeden na 10 milionów! Owady kierują się w stronę źródła zapachu, wykorzystując kierunki prądów powietrza.

Więcej o szeliniaku

ps. Książniczki – bo od Książnicy Polskiej

Gerontologia czyli pełen szacun panie Owsiak

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy w tym roku szczególnie budziła w niektórych kręgach kontrowersje i zdziwienie. Bo zbierano pieniądze także z myślą o leczniu osób starszych. Pan Jerzy Owsiak zburzył komfort społeczny i zmusił do publicznego dostrzeżenia narastającego problemu starzenia się naszego społeczeństwa. Zmusił medialnie do zauważenia zmian, jakie się od dłuższego czasu dokonują. Razem z Orkiestrą i mediami wspólnie przekroczyliśmy swoiste społeczne tabu. Zaczynamy dostrzegać starość i nie tylko.

Wielka Oriestra jest znakomitą akcją uczącą wolontariatu. Dla Polaków za granicą i dla Polonii to także dobra okazja do poczucia więzi z narodem, tak jak dla nas mieszkających nad Wisłą i Łyną, do poczucia się razem (poczucie wspólnoty). Ale w tym roku zaczęliśmy dostrzegać zmiany w naszym spoełczeństwie. Że się starzejemy i niegdyś niszowe problemy teraz stają się powszechne.

Domy starców zwane domami spokojnej starości są konsekwencją żłobków i przedszkoli (oraz lepszej medycyny i wydłuzenia życia). Nie mamy czasu dla własnych dzieci (bo pracujemy lub "się samorealizujemy"). W konsekwencji brak jest relacji i wspólnych zainteresowań, nie zdążymy się zaprzyjaźnić z własnymi dziećmi. Mijamy się. Kiedy więc mamy okazję do siebie (rodzice z dziećmi) się przyzwyczaić i zbudować głębokie więzi? Na Facebooku?

Coraz bardziej, przez cywilizacyjne przyzwyczajenie i filozofię nieustannego rozwoju gospodarczego i podnoszenia wydajności pracy, zmuszani jesteśmy by zamieszkać w pracy. Praca, praca, praca, a gdzie życie rodzinne i społeczne?

W mojej rodzinie wcześniej mieliśmy czas dla siebie w większym stopniu. Obecnie żona-nauczycielka nieustannie siedzi przed komputerem w domu, uzupełniając dziennik elektroniczny i wypełniając mnóstwo papierów. Ja podobnie. Wyrywanie się z tego wyścigu szczurów jest niezwykle trudne…

Przed seniorami coraz bardziej … samotność. Bo i z przyczyn niezależnych od nas znikają już rodziny wielodzietne i nie mamy czasu na budowanie głębszych relacji z własnymi dziećmi. Mamy mniej krewnych i słabsze życie sąsiedzkie.

W odniesieniu do coraz liczniejszej demograficznie grupy seniorów rodzi się potrzeba nie tylko rozwoju gerontologii, geriatrii ale i uniwersytetów trzeciego wieku.

Nauka jest jak życie – nie rozwija się przez przypadkowe odkrycia

Nauka jak życie (biologiczne)  nie rozwija się od przypadkowych odkryć, raczej całościowo jak biosfera. Dostrzegamy jednostkowe „mutacje” w postaci odkryć, przypisywanych konkretnym osobom. Ale te odkrycia dojrzewają wieloosobowo (polecam Flecka – "kolektywy myślowe"). Te same pomysły dostrzec można u wielu autorów. Nakowcy i mędrcy nie pracują w pełni indywidualnie – raczej są jak drzewa w lesie lub rośliny na łące, powiązane interakcjami w cały ekosystem. O całości nie decyduje tylko jakość elementów ale również (a może przede wszystkim) relacje i oddziaływania między tymi elementami.

Nauka nie jest sumą odkryć indywidualnych. Ale przejawy całej „biosfery” ujawniają się w indywidualnych odkryciach, poglądach. Trochę przypadek decyduje, że ten a nie inny uczony stanie się synomimem i pierwszym odkrywcą (widocznym w publikacjach i podręcznikach). Nie tylko pierwszeństwo ale jest to i usytułowanie w nurcie badawczym, zdolność do zakomunikowania. Kiedy chcemy wyrazić swoją myśl, szukamy odniesienia do tradycji i już istniejącej wiedzy, chcemy podeprzeć się autorytetem. Cytujemy więc to, co znamy, co jest najłatwiej dostępne (dostepne w internecie czy czasopismach w pobliskiej bibliotece). Nie robimy całościowego i kompletnego przeglądu (nie robimy za każdym razem!). Wiedza indywidualna jest w części jak hologram – oddaje stan całości.
Im mniejszy kawałek, tym mniej wyraźnie i mniej dokładnie, ale całość jest widoczna.

Kształcenie, to nie jest sprawdzanie pamięciowe, patchworkowe, ale sprawdzanie koherentności (spójności) i zdolności do samodoskonalenia indywidualnego systemu wiedzy studenta. Czy rozumie (bo rozumienie jest dobrym wskaźnikiem całościwego systemu wiedzy, czy jest spójny i działający), czy potrafi wykorzystywać i czy ten system wiedzy jest zdolny do wzrostu, rozwoju i samodoskonalenia oraz dostosowywania się do środwiska i czy potrafi się "reprodukować".

Wiedza jest jak system żywy, jak „materia ożywiona”. Na uniwersytetach ożywiamy indywidualne systemy. Nie wiedza addytywna i sumaryczna, encyklopedyczna, ale wiedza systemowa, zdolna do samodzielnego działania w zmieniających się okolicznościach zewnętrznych.

Biotechnologia i czarcie żebro czyli o wykształconych czarownicach z Warmii i Mazur

czarcie_zebro

Seminaria ze studentami biotechnologii są zawsze interesujące. Coś jak sabat nowoczesnych czarownic :). Po prostu inne spojrzenie na zdawałoby się stare tematy. Wyszukują w roślinach związki biologicznie czynne i znajdują fizjologiczne uzasadnienie dla procesów, które kiedyś łączono z magią i czarami. Czy ludzie kiedyś byli głupsi? Nie, wtedy był inny paradygmat, inny system pojęciowy (wiedza jest systemem a nie luźnym zbiorem faktów).
Inny język i sposób postrzegania świata.

Przykładem może być ostrożeń warzywny (Cirsium oleraceum), zwany także czarcim żebrem (lub w gwarze – czarcie ziobro). Warzywny – bo był i jest zjadany (dawniej z biedy więcej jedliśmy różnych gatunków). A czarci, bo łączony z czarami i magią. Ostrożeń, bo i „kolce” zobaczyć możemy. A dlaczego żebro ? Bo liście nieco przypominają żebra. Tyle tylko, że to surowiec zielarski i w jakimś sensie surowiec dla biotechnologii. W nazwach ukrytych jest wiele dawnych sposobów myślenia i patrzenia na świat, wiele różnych paradygmatów. Nie łatwo jest nam zrozumieć przeszłość.

Kąpiele w wywarze z tego ziela pomagają w niektórych chorobach. W XXI wielu możemy mówić o bakteriobójczych czy grzybobójczym działaniu różnych związków (flawonoidy, sterole, fitosterole, alkaloidy, karotenoidy, poliacetyleny, acetyleny, fenolokwasy, triterpeny, pektyny, węglowodory, żywice, laktony seskwiterpenowe, lignany oraz sole mineralne), kiedyś uważano, że odczynia złe uroki. Jak zwał, tak zwał ale dawniej i obecnie pomaga poczuć się lepiej. W dawnym paradygmacie choroba brała się z rzucenia złego uroku czy złych duchów, dzisiaj mówimy o poprawie metabolizmu, wpływie na fizjologię, wolnych rodnikach i właściwościach antyseptycznych. Inny język, inne teorie. Ale tak właśnie łączy się dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze regionu.

Gdy matka kąpie chore dziecko w ziołowej kąpieli z ostrożenia warzywnego (lub czarciego żebra), to służy to zdrowiu. Raz interpretujemy to jako odczynianie złego uroku, raz jako zwalczanie mikroorganizmów chorobotwórczych lub poprawę metabolizmu. Inna interpretacja a skutek ten sam.

Jedną z najlepiej poznanych grup związków chemicznych, zawartych w zielu czarciego żebra (łodydze i liściach), są flawonoidy takie jak linaryna i pektolinaryna oraz apigenina i skutelaryna. Nazwy dla przeciętnego człowieka brzmią tajemniczo i magicznie. Dla biotechnologa wiążą się z konkretną strukturą chemiczną i rolą w metabolizmie.

Ostrożeń kwitnie od lipca do września (zdjęcie u góry). W medycynie (ziołolecznictwie) wykorzystuje się ziele (łodygę i liście, „ziele” to termin odnoszący się do surowca zielarskiego). Czarcie żebro występuje głównie w północno-wschodniej Polsce, jest więc bardzo charakterystyczną rośliną Warmii i Mazur. Preferuje tereny podmokłe: torfowiska niskie, wilgotne łąki, polany, brzegi rowów, okolice zbiorników wodnych.

czarciezebro2Rośliny uwiecznione na zdjęciu niżej pochodzą z centrum Olsztyna, z okolicy ul. Żołnierskiej i dwóch stawów koło Hotelu Relax. Ostrożeń, a w zasadzie występujące w nim związki chemiczne, mają działanie odtruwające, wzmacniające organizm, działają przeciwkrwotoczne, moczopędne (co bywa korzystne w chorobach nerek, przeciwzapalnie (korzystne w różnych chorobach skórnych). Wywary z ostrożenia stosowane są w leczeniu trądzika, wysypki alergicznej, uszkodzeniach naskórka, oparzeniach, łupieżu i wypadaniu włosów. Stosowane są jako środek przciwreumatyczny. Związki zawarte w czarcim ziobrze mają właściwości żółciotwórcze i żółciopędne, co wykorzystywane jest w leczeniu i profilaktyce kamicy żółciowej, stanów zapalnych wątroby i niedoboru żółci. W końcu mają właściwości przeciwbakteryjne i przeciwgrzybiczne. Wyciągi z ostrożenia stosowane są nawet jako czynniki wspomagające leczenie nowotworów.

Roślina czy mini fabryka biotechnologiczna? W krajobrazie miasta prezentują się znacznie estetyczniej niż polbrukowe trawniki. Nie dość, że ładniej wyglądają to i zdrowsze dla ludzi, jako mieszkańców miasta. Idąc na spacer do parku albo miejsc planowanych od lat jako park, warto podelektować się nie tylko widokiem ale i aluzyjną semantyką nazw tychże roślin.

Jeśli są jeszcze jakieś wiedźmy i czarownice na warmińsko-mazurskich moczarach i pustkowiach leśnych, najpewniej są to biotechnolożki. Posługują się tajemniczym językiem, niczym zaklęcia odczyniające uroki: flawonoidy, linaryna, pektolinaryna, apigenina, skutelaryna, sterole, alkaloidy, karotenoidy, poliacetyleny, acetyleny, fenolokwasy, triterpeny, pektyny, laktony seskwiterpenowe, lignany. Jedno je różni od dawnych czarownic – nie są brzydkie i stare, lecz młode, piękne i wykształcone :).

Noc Biologów i rola nauki (instytucjonalnej)

Rolą nauki (uniwersytetu) nie jest zabawianie czy robienie widowiskowego show w postaci festiwalu nauki. Rolą nauki jest poszerzanie możliwości obserwowania świata, także dla "zwykłego Kowalskiego".

Dzięki różnorodnym przyrządom możemy zobaczyć to, co gołym okiem jest niewidoczne i co było poza percepcją człowieka. Dzięki mikroskopom możemy zobaczyć obiekty niewyobrażalnie małe, dzięki teleskopom widzimy dalekie gwiazdy. Dzięki różnym przyrządom możemy widzieć w podczerwieni i z wykorzystaniem fal innych niż światło widzialne. Możemy, niczym nietoprzerze, "widzieć" falami akustycznymi. Tej różnorodnej aparatury jest coraz więcej w laboratoriach naukowców, także na UWM w Olsztynie. Poszerzają one nam możliwości poznawania świata.

Te nowe możliwości postrzegania świata stwarzają nam problemy z wyobraźnią. Bo wykraczają poza ewolucyjnie ukształtowane możliwości percepcyjne. Trudno nam sobie wyobrazić świat kwatowej rzeczywistości czy molekularnych procesów, zachodzących w komórce itd. Wymaga to wysiłku i treningu umysłowego.

Poszerzenie możliwości postrzegania świata to także logika i myślenie, jako sposób dostrzegania problemów i zjawisk. Nie tyle przyrządy co wiedza i wyobraźnia są ważne, aby nawet w kuchni dostrzec wiele różnorodnych i intrygujących zjawisk. W nauce nie ma głupich pytań, są tylko dłupie odpowiedzi.

Niech przykładem będzie dziecko z Tanzanii – Erasto Mpemba, który lubił robić w domu lody, zamrażając mleko. Dzięki swojej spostrzegawczości i ciekawości świata zobaczył to, co i inni doświadczali, ale nigdy nie zwrócili na to uwagi (tak zwane dziecięce pytania i dziecięca ciekawość świata są dorosłym naukowcom wręcz niezbędne do pracy). Zamrażając wodę w zamrażalniku Mpemba zauważył coś, co było sprzeczne z "logiką" i naszą dotychczasową wiedzą: woda zagotowana i bliska temperatury wrzenia wstawiona do zamrażalnika szybciej zamarzała niż woda zimna. Nauczyciele z Tanzanii wyśmiali Mpembę (fizyka Mpemby). Ale  przypadkiem zadane pytanie przez Mpembę obecnemu tam profesorowi Osborne (Brytyjczyk), zaowocowało kolejnymi doświadczeniami. Profesor również nie wierzył w realność fizyki Mpemby, ale zlecił swojemu technikowi wykonanie doświadczeń w laboratorium (nie wierzył ale potraktował poważnie). Ku jego zdziwieniu okazało się że czasami rzeczywiście wrzątek szybciej zamarza niż zimna woda. Potem była wspólna publikacja prof. Osborne i licealisty (już) Mpemby. A naukowcy przez kilka lat poszukiwali odpowiedzi na to dziwne zjawisko: dlaczego tak się dzieje.

Zbliżająca się Noc Biologów (11 stycznia br.) na Wydziale Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie to jeszcze jedna okazja dla młodzieży szkolnej (a przyjadą do nas m.in. z Olsztynka, Łęgajn, Ostrołęki, Ciechanowa itd.) jak i przeciętnego Kowalskiego na odwiedziny biologicznych laboratoriów, okazja na wysłuchanie ciekawego wykładu i kameralną rozmowę z naukowcami i studentami czy doktorantami. To przykład poszerzającej się misji uniwersytetu o kształcenie nieformalne i ustawiczne. Celem Nocy Biologów nie jest zabawianie spektakularnymi wybuchami czy niezwykłymi zjawiskami. Celem jest objaśnianie świata i zachęcanie do poznawania rzeczywistości. Owszem, spektakularne "wybuchy", ale tylko jako element wstępu i zaciekawienia. Po nich powinno następować objaśnianie świata (żeby nie tylko zadziwić się ale i zrozumieć zjawiska i świat wokół nas). Bo popularyzacja wiedzy nie jest rozrywką (show) a uwpowszechnianiem wiedzy. Poznawanie świata (uczenie się) nie musi być nudne i nurzące.

Nie ma głupich i "dziecięcych" pytań – są tylko głupie odpowiedzi i ślepota umysłowa.

A postęp badań w biologii jest oszałamiający. Nasza wiedza o nas samych zmienia się niesamowicie szybko i dogłębnie. Za tymi zmianami nie nadążają podręczniki szkole oraz …. filozofowie. Pozostaje więc – dla przeciętnego zjadacza chleba – kształcenie ustawiczne, także w wydaniu pozaformalnym. Temu złuży Noc Biologów, organizowana w Polsce i Olsztynie po raz drugi.

Program Nocy Biologów

Zagrożenie w piaskownicy czyli o samotności i potrzebie kształcenia ustawicznego

kamienie_warninski

Samotność obiektywnie nie istnieje. Samotni jesteśmy we własnej duszy. Bo nawet na największym pustkowiu mamy towarzysza i to nie jednego (dobrego lub złego). Nawet w pustelni coś z nami jest, a nasze życie wewnętrzne ma iście biologiczny wymiar. Wszędzie coś nas gryzie – albo pasożyty albo sumienie.
Od tego nie uciekniemy…

Nie ma organizmu, który nie ma jakichś pasożytów. Lepiej jest mieć więc starych i sprawdzonych wrogów niż nowych i nieodgadnionych (nieprzewidywalnych). Tak jak Pawlak Kargula. Nie ma gatunku wolnego od pasożytów, nie ma organizmu bez jakichś pasożytniczych bakterii, wirusów czy grzybów. Ewolucyjnie kształtowaliśmy się w obecności pasożytów, także tych większych w postaci przywr, glist, tasiemców, pcheł, wszy, komarów i wszelakiego innego „robactwa”. Dzięki temu mamy „nadmiar” narządów. Biologicznie przygotowani jesteśmy na straty. Dlatego możemy żyć z kawałkiem wątroby, jednym płucem, jedną nerką (tu mała dygresja skoro pozbyliśmy się wielu pasożytów, tym łatwiej powinniśmy dzielić się sobą z innymi w formie transplantacji czy choćby tylko honorowego krwiodawstwa). Nawet apetyt mamy nadmiarowy. Bo kiedyś mieliśmy do wykarmienia towarzyszące nam w jelicie(i nie tylko) pasożyty. W nawiązaniu do tej prawidłowości współcześnie odchudzający się ludzie czasami świadomie połykają jaja tasiemców, żeby zachować przyjemność obfitego jedzenia i szczupłą sylwetkę jednocześnie.

Ale wróćmy do Kargula i Pawlaka czyli starych i nowych „wrogów”. Nowe choroby pasożytnicze, które pojawiają się w populacjach ludzkich, to efekt zmian w środowisku, migracji ludności (przenosicieli i ułatwiaczy dyspersji), migracji i zawleczenia zwierząt oraz nowych rodzajów kontaktów ludzi ze zwierzętami. Choroby odzwierzęce nie są niczym nowym. Bliskie sąsiedztwo już zaowocowało wieloma chorobami odzwierzęcymi, tyle tylko, że po kilku epidemiach już się uodporniliśmy na te patogeny. I przywykliśmy, tak jak Pawlak do Kargula i odwrotnie.

Nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Trzeba się ciągle uczyć, bo świat się zmienia, tak jak woda w płynącej rzece. Uczyć się trzeba w życiu dorosłym (kształcenie ustawiczne). I nic w tym nowego, bo od tysiącleci uczyliśmy się przez całe życie. Ostatnio uczenie się utożsamialiśmy ze szkołą. A przecież nie da się chodzić do szkoły przez całe życie :). Nawet jak powymyślamy uniwersytety trzeciego wielu czy wieku uniwersalnego, to i tak pozostanie kształcenie ustawiczne… napędzane wewnętrznym silnikiem „dziecięcej” ciekawości świata. I dobrze.

O tym, że świat się zmienia i stare przyzwyczajenia mogą być groźne, świadczą coraz to nowe pasożyty. W młodości przyzwyczaiłem się do jedzenia w lesie jagód i poziomek. To było normalne. Że bakterie? Ależ w lesie w powietrzu jest mniej bakterii niż w szpitalu na oddziale antyseptycznym. To za sprawą fitoncydów, wydzielanych przez wiele gatunków drzew (np. iglastych).

Dawny zwyczaj stał się jednak groźny za sprawą nowego pasożyta – tasiemca wielojamowego o łacińskiej nazwie Echinococcus multilocularis. Jest to obecnie najbardziej groźny dla człowieka tasiemiec.

W przyrodzie żywicielem ostatecznym tego tasiemca są lisy, natomiast w środowisku antropogenicznym: psy i koty. Człowiek zaraża się przez połknięcie jaj tasiemca (jaja zwane są onkosferami), poprzyklejanych do leśnych owoców i grzybów. Grzybów leśnych nie jemy surowych, więc rzeczywistym zagrożeniem są jagody i poziomki. Jaja tasiemców dostają się tam wraz z odchodami lisów, a w środowiskach antropogenicznych – psów i kotów.

Piaskownica w mieście może okazać się bardzo niebezpieczna. Wystarczy, że będą tam załatwiały się chore zwierzęta. A w miastach nie przestrzegamy podstawowych zasad higieny. Psie kupki walają się po każdym trawniku i chodniku a właściciele zwierząt pozwalają  załatwiać się im w osiedlowych piaskownicach. Nie wspominając o bezpańskich kotach i psach (czy dzikich zwierzętach pojawiających się w mieście za sprawa synurbizacji). A dzieci jak to dzieci, lepiąc babki z piasku nowe przedmioty wkładają do ust. Bo po prostu wszechstronnie poznają świat.

Do zakażenia przez Echinococcus multilocularis może też dojść poprzez przypadkowe spożycie jaj tasiemców, które znajdować się mogą w wodzie lub glebie zanieczyszczonej odchodami zakażonych zwierząt. Ewentualnie bezpośredni kontakt z lisami i psami, gdyż jaja tasiemca mogą się znajdować na sierści, pysku i języku zakażonych zwierząt oraz na zanieczyszczonych odchodami przedmiotach.

W ostatnich latach w Polsce wykładana była szczepionka przeciw wściekliźnie, adresowana do lisów. Wyeliminowaliśmy jedno zagrożenie – wściekliznę – pojawiło się nowe. W przyrodzie nie ma pustki. Nie można najeść się raz na całe życie. Albo raz posprzątać, żeby zawsze było czysto. Nie da się raz na zawsze wyeliminować wszystkich chorób lub zagrożeń.

Populacja lisów regulowana była wścieklizną (dużo ich zdychało przez wściekliznę). Teraz lisy są dużo liczniejsze – jest to nie tylko większa presja drapieżnicza w ekosystemach ale i ułatwione rozprzestrzenianie się wspomnianego tasiemca. Obecnie dla człowieka dużo większym zagrożeniem niż wścieklizna stała się bąblowica (choroba wywoływana przez opisywanego tasiemca).

Echinococus multilocularis jest tasiemcem niewielkich rozmiarów (długość ok. 2 mm). Jaja (onkosfery) są niewielkich rozmiarów (średnica 0,04 mm), gołym okiem ich nie zobaczymy. Jaja wydostają się z zarażonych zwierząt wraz z kałem. Do środowiska wydostają się ostatnie człony tasiemca, zawierające od 200 do 600 inwazyjnych jaj. A jak na pasożyta przystało jaja tasiemca są oporne na niesprzyjające warunki środowiskowe – nie szkodzi im temperatura minus 27 stopni Celsjusza. W temperaturze minus 70 stopni Celsjusza inwazyjność tracą dopiero po 96 godzinach. W glebie czy piaskownicy zachowują zdolność do skutecznego zarażenia przez ponad rok.

Żywicielem pośrednim opisywanego tasiemca są małe leśne gryzonie. Zjadając owoce zarażają się tasiemcem. Tam rozwijają się cysty. A gdy lis, pies lub kot zje gryzonia, tasiemiec przedostaje się do jelita i tam kończy cykl życiowy.

Do człowieka trafia więc opisywany tasiemiec przypadkowo. Nie będziemy zjedzeni przez lisa, psa czy kota, a w konsekwencji pasożyt zginie (przerwany cykl życiowy). Człowiek jednak choruje na Bąblowicę (echinokokozę), wywołaną przez tego tasiemca.
Objawy kliniczne pojawiają się po 5-10 latach, a nawet po 15 latach.

Bąblowicę wywołać może także inny tasiemiec, bliski krewniak naszego głównego bohatera – tasiemiec jednojamowo (Echinococcus granulosus). Głównym objawem jest jednokomorowa torbiel (nawet do 20 cm), zlokalizowana najczęściej w wątrobie, rzadziej w płucach, śledzionie, kościach czy mózgu. Torbiele bąblowca powodują wiele objawów chorobowych a czasem przypominają objawy wywołane guzem nowotworowym.

Echinokokoza wielokomorowa, powodowana przez Echinococcus multilocularis, jest groźniejsza, bowiem w wątrobie nie powstaje torbiel – pasożyt szybko się rozrasta, niszcząc tkanki tego narządu (wątroba podziurawiona jest niczym szwajcarski ser). Bąblowiec wędruje z krwią do płuc, oka, a nawet do mózgu. Echinokokoza wielokomorowa w 90 % przypadków kończy się śmiercią człowieka. Opisywana postać bąblowicy objawami przypomina chorobę nowotworową z przerzutami.

Takie mogą być skutki trwania przy dawnych nawykach spontanicznego zjadanie jagód i poziomek w lesie. Dziesiątki lat było to przyjemne i bezpieczne. Obecnie, za sprawą zlikwidowania wścieklizny w populacji lisów i pośrednio związanym z tym rozprzestrzenieniem się tasiemca Echinococcus multilocularis, nawyk ten jest śmiertelnie niebezpieczny.

Echinococcus multilocularis jest współcześnie najbardziej patogennym ze wszystkich tasiemców pasożytniczych dla ludzi. W kilku powiatach województwa warmińsko-mazurskiego lisy są szczególnie często nosicielami opisywanego tasiemca – ekstensywność zarażenia osiąga 50–70% osobników w populacji.

Nie wystarczy więc stara i sprawdzona wiedza – ciągle uczyć się trzeba czegoś nowego i ciągle badać zdawało by się dobrze poznane środowisko wokół nas.

Świat się nieustannie zmienia, warto więc zachować dziecięcą ciekawość poznawania świata na całe życie. A uniwersytety powinny ciekawość tę zaspokajać, rozwijając różnorodne formy kształcenia ustawicznego oraz kształcenia nieformalnego. Przykładem  tego ostatniego są Olsztyńskie Dni Nauki czy Noc Biologów.