Bociany zrehabilitowane bo to nie one winne są niżowi demograficznemu :)!

bocianynagniezdzie

W tradycji folklorystycznej i w opowieściach z przymrużeniem oka, bociany przynoszą dzieci – są więc odpowiedzialne za przyrost naturalny.  Od dłuższego czasu w Europie obserwujemy spadek płodności mężczyzn a jednocześnie spadek liczebności bocianów w wielu regionach. Statystycznie na pewno tę zależność udałoby się udowodnić.

Obecnie w krajach rozwiniętych problemy z poczęciem są znacznie większe niż problemy z uniknięciem poczęcia. Z tego m.in. powodu rośnie zainteresowanie zapłodnieniem in vitro (wspomaganie niedomagającej „natury).
Poza innymi przyczynami niepłodności zwraca się uwagę na spadek liczby plemników w ejakulacie (w tym spadek liczby żywych i sprawnych plemników). A stało się to tak powszechne, że nawet zaniżono normy medyczne. W zasadzie problem dotyczy całej Europ poza Finami.

Spadek płoności męskiej części Europy wynika w dużym stopniu z trybu życia. Jądra znajdują się na zewnątrz jamy ciała, w mosznie, bo im za ciepło w organizmie (por. wnętrostwo). Muszą być „chłodzone” tak jak pomidory w chłodni. Jedną z hipotez spadku płodności jest przegrzewanie jąder. Wprowadzenie do powszechnego użytki pampersów, spowodowało, że dziecko nie czując dyskomfortu dłużej „robi” w pieluchy a chłopcy dłużej chodzą w szczelnych pampersowych majtkach. U kierowców długo pracujących za kierownicą obserwowano okresowy spadek płodności. Dlaczego? Bo spędzają długi czas w pozycji siedzącej, gdzie jądra szczelnie są otulone i zbyt długo przebywają w ciepełku.

Teraz okazuje się, że siedzenie przed telewizorem lub komputerem przynosić może podobne efekty. Ktoś może wymyśli podkładki przewiewne i chłodzące, tak jak podstawki z wentylatorem pod laptopy? Naukowcy z USA zalecają, że aby zachować płodność trzeba częściej się ruszać i chodzić na spacery zamiast siedzieć przed telewizorem czy ekranem komputera. Z badań przeprowadzonych w Harvard School of Public Health, wynika, że wśród mężczyzn w wieku od 18 do 22 lat, którzy oglądali telewizję przez ponad 20 godzin tygodniowo, obserwowano o 44 proc. mniej plemników niż u tych, którzy nie prowadzili takiego telewizyjno-siedzącego trybu życia. Oglądamy ekrany telewizyjne (lub komputerowe) w bezruchu, podobnie jak w czasie długiej jazdy samochodem. To właśnie brak aktywności fizycznej szkodzi zdrowiu i liczebności plemników.

Pojawiająca się w Europie moda na porzucanie samochodów na rzecz jazdy rowerem i chodzenia pieszo także i w aspekcie męskiej płodności przynosi dobre rezultaty. W tym kontekście bardziej atrakcyjny i męski okazuje się pan jeżdżący rowerem niż szpanujący „furą”. Nie ma więc co zwalać na bociany – trzeba się ruszać.

Drugą przyczyną spadku płodności oraz innych groźnych dla ludzkości zmian jest zanieczyszczenie środowiska związkami biologicznie czynnymi, podobnymi do hormonów. Organizm się „myli” i ulegamy rozregulowaniu. To tak, jakby do tekstu z informacją wprowadzać znaki podobne do słów i zdań – przekaz może zostać zupełnie inaczej odebrany.
Najpierw dodawaliśmy hormony wzrostu w hodowli drobiu – by szybciej kurczaki rosły… ale te same hormony dostając się wraz z pożywieniem do młodych organizmów ludzkich zaburzały jego rozwój. Efekt niezamierzony i niespodziewany, ale niekorzystny. Potem odkryliśmy ftalany oraz estrogeny. Część pochodzenia naturalnego (np. z soją, fitoestrogeny), inne pochodzenie antropogenicznego i syntetycznego, np. dioksyny i pochodne. Teraz w żywności dostrzegamy także antybiotyki, jako pozostałości zbiegów hodowlanych, czy środki ochrony roślin.

Różne związki biologicznie czynne są małe i ich „nie widać”, a szkodzą w niewielkich ilościach. Na przykład środki hormonalne, przyjmowane przez ludzi jako leki na menopauzę lub środki antykoncepcyjne, z moczem do kanalizacji, przez oczyszczalnie i do rzeki, a tam w stężeniach minimalnych powodują zmianę płci u ryb. Chyba po raz pierwszy zjawisko to zaobserwowano w Tamizie.

Do bocianów strzelają w Libanie, ale spadek płodności to nie jest wina bocianów. Bo bociany dzieci nie przynoszą :). Za spadek płodności kobiet i mężczyzn winny jest styl życia i zanieczyszczenie naszego środowiska związkami biologicznie czynnymi. Bociany zrehabilitowane bo nie one winne niżowi demograficznemu :)!
Ochrona naszych bocianów wynika z innych pobudek niż zapobieganie niżowi demograficznemu.

Kopernik, Darwin i Mendelejew – biesiadna popularyzacja nauki

Co łączy Mikołaja Kopernika, Karola Darwina i Dmitrija Mendelejewa? To, że jak każdy kiedyś się urodzili. Można więc obchodzić ich urodziny, rocznice itd., i oczywiście spotykać się z tej okazji. Tak jak u cioci na imieninach.

Wczoraj obchodziliśmy urodziny Mendelejewa, niebawem Dzień Darwina (12 lutego) i urodziny Kopernika (w Olsztynie świętowane w tym roku wyjątkowo hucznie i oficjalnie). Naukowców jest wielu, każdego dnia będą jakieś rocznice, urodziny. Tylko trzeba poszukać i ludziom oznajmić i wyjaśnić. Może rozwinie się sztuka toastów, tak jak w Gruzji? Tym razem z celebrowaniem wiedzy o świecie i naukowcach? 

Biesiadna popularyzacja wiedzy i nauki? A dlaczego nie!
Sympozjum sięga korzeniami starożytnej Grecji. Z tego języka wywodzi się nazwa, gdzie syn – oznacza wspólny, posis – picie. Biesiadny stół łączy a jeszcze bardziej dyskusje o świecie i nauce. Tak jest do dzisiaj. Mamy jedynie bogatszy zestaw potraw i trunków. Herbata i kawa uratowały Europę przed plagą pijaństwa. A teraz na dodatek mamy jeszcze całą gamę soków owocowych i gazowanych napojów. Picie nie musi więc oznaczać nałogu alkoholowego.

Dzień Darwina obchodzimy co roku 12 lutego (także w Olsztynie), urodziny Kopernika w tym roku bardzo oficjalnie, a Mendelejewa upamiętnia m.in. portal naukowy Mendeley. Mendeley to darmowe, dostępne na licencji zamkniętej oprogramowanie służące zarządzaniu, organizacji i dzieleniu się publikacjami naukowymi, odkrywaniu naukowych statystyk i współpracy on-line.
Piszą więc o biesiadnym świętowaniu uczonych nie mam na myśli jakiegoś pijaństwa. Myślę jedynie o okazji do wysublimowanych spotkań i pogłebionej dyskusji, spotkań poza oficjalnymi salami akademickimi (zob. trzecia kultura)

Dlaczego wspominam Mendelejewa? Bo zajmował się m.in. przepisami dotyczącymi składu wódki. Po rezygnacji z posady na Uniwersytecie Petersburskim (obraził się na władze, gdy ujął się za studentami domagającymi się liberalizacji systemu władzy, a minister oświaty przysłał mu ordynarny list z naganą) od 1893 roku był dyrektorem Urzędu Miar i Wag. Tutaj opracował nowe państwowe przepisy dotyczące produkcji napojów spirytusowych i sprecyzował w sposób naukowy, niejasne dotąd, potoczne pojęcie "wódka". Jako skutek jego prac, w 1894 roku zostały wprowadzone ukazy carskie określające zawartość etanolu w wódce na poziomie 40% objętościowych, a przyjęty przez władze oficjalnie jako narodowy trunek o nazwie Moskiewski Specjał został opatentowany.
Czasem dobrze, gdy niepokorny naukowiec opuści mury uczelni i zacznie pracowac poza uniwersytetem :). Oby więcej takich niezależnych myslowo i niepokornych naukowćów pracowało na uniwersytetach!

Mendelejew to człowieka wyjątkowego umysłu i niesamowicie szerokich zainteresowań. Podobnie jak Kopernik i Darwin. W dzisiejszym świecie skrajnej specjalizacji to wyjątkowe zjawisko (jeśli jeszcze wśród naukowców występuje). Zasłynął syntezą w naukach chemicznych i opracowaniem układu okresowego pierwiastków, który zna każdy uczeń. Ale przy okazji biesiadnego dyskutowania o nauce i naukowcach warto przypomnieć, że Dymitrij Mendelejew był najmłodszym z siedemnaściorga rodzeństwa (czy w erze jedynaków wiemy co to jest rodzeństwo?), w dorosłości nosił bujną brodę i długie włosy, które strzygł raz do roku, przed letnimi upałami.

Lubimy anegdoty o uczonych, często nieprawdziwe. Mendelejew do swojej syntetycznej tablicy okresowej pierwiastków dochodził przez długie lata pracy, ale w obiegowej anegdocie „zobaczył ją nagle we śnie”. Ten błysk olśnienia mógł nastąpić, ale był poprzedzony latami pracy, latami rozmyślań i setkami nieudanych prób. Przez miesiąc był bigamistą (przez lata jednak żył w separacji z pierwszą żoną). Zgodnie z obowiązującym prawem nie mógł zawrzeć małżeństwa wcześniej jak 7 lat po rozwodzie. Przekupił jednak popa i ślub dostał zanim się rozwiódł. Ówczesne władze bardzo go ceniły i darowały mu tę bigamię. Gdy pewnien rosyjski arystokrata zwrócił się do cara po zgodę na wcześniejszy ślub i powołał się na przypadek Mendelejewa, car odpowiedział: „To prawda, że Mendelejew ma dwie żony, ale przecież mam tylko jednego Mendelejewa.”

Mendelejew palił mnóstwo papierosów, a obok jego biurka zawsze stało wiadro z wodą, w którym topił niedopałki. W obecnych przepisach nie mógłby palić w miejscach publicznych. W sumie, to z jego nałogu tytoniowego nie warto brać przykładu. Tak jak i z tego, że był śpiochem, bo wstawał około południa. Ale za to pracował do 3-4 w nocy. Był więc typem sowy i nocnego marka.

Zamieszczony wyżej rysunek pochodzi z fecebookowej strony crazy nauka

Prywata i egoizm bierze się z samotności

Prywata bierze się z samotności, z poczucia braku wspólnotowości, braku poczucia przynależności.
Skoro jestem sam, jestem porzucony, osamotniony, to przynajmniej zadbam o siebie, swój majątek. Swój domniemamy prestiż mierzony pieniędzmi i drogimi gadżetami. Pieniądze będą wyrazem uznania społecznego i więzi społecznych, surogatem i substytutem tych więzi. To motywy chciwej baby z Radomia i eksponowanych stołków (władza jako łup a nie zobowiązanie wobec wspólnoty i realizacji zadania).

Poczucie więzi można mieć za darmo. Wystarczy zainwestować czas dla innych a nie czas na "chapanie" i zagarnienie pod siebie. Miłości nie da się kupić. Ani przyjaźni nie da się kupić. Na jedną i na drugą trzeba zapracować kontaktami społecznymi nasyconymi empatią.

Dla budowania wspólnotowości potrzebna jest przestrzeń. Budując miasta trzeba myśleć o takiej przestrzeni. Nawet o zwykłym pokoju socjalnym dla studentów. Bo w budynkach UWM nie ma takiej niekomercyjnej przestrzeni. Studenci siedzą na schodach. A jak mają czas między zajęciami, to nie mają gdzie pobyć ze sobą. Wiosną przynajmniej są trawniki. Tylko trzeba się odważyć, aby wyjść i usiąść na trawie. Posiedzieć z innymi i patrzeć na świat. I patrzeć czy inni patrzą.

zobacz też: http://www.youtube.com/watch?v=I80ptBHFWMI&feature=share&list=UU6iiel6dILg2nBD8kVeXtFw

Dlaczego nie jemy żołędzi czyli GMO i groch

pomidory

Ewolucja to nie jakaś manipulacja egoistycznych genów (hipotetycznych i nie znalezionych jak na razie) ale przede wszystkim integracja i dopasowywanie się. Długotrwałe przebywanie organizmów obok siebie w środowisku kończy się integracją i trwałym uzależnieniem. Przykładem jest człowiek i … rolnictwo oraz GMO.

Przez tysiąclecia świadomie lub nieświadomie selekcjonowaliśmy rośliny i zwierzęta, zmieniając je tak, że są bardziej przyjazne dla nas. A my jednocześnie dbamy o te gatunki (związki protekcjonistyczne z symbiozą i mutualizmem włącznie). W szerszym ewolucyjnym sensie trudno powiedzieć czy to bardziej człowiek uzależniony jest od świni domowej czy odwrotnie.

Udomowione zwierzęta zmieniały się pod wpływem selekcji człowieka, nabierając cech użytkowych ale tracąc zdolność do samodzielnego, bez człowieka, życia. Przykładem jest chociażby krowa. Ale te zmiany dotyczyły także i człowieka. I nie chodzi tylko o choroby odzwierzęce, które wywarły ogromny wpływ na historię i niejedną cywilizację. U Indoeuropejczyków nastąpiła drobna zmiana genetyczna, która umożliwia wytwarzanie u dorosłych osób enzymu, ścinającego mleko. Bo u ssaków mlekiem żywią się tylko młode, dorosłe już nie. Jednak dzięki takiej drobnej z pozoru zmiany genetycznej i fizjologicznej, hodowcy bydła mieli zapewniony pokarm białkowy cały czas i to bez zabijania zwierzęcia. A ważne to jest na przednówku (przed nowym plonem), jak chociażby o tej porze roku. Tak więc w wyniku wielopokoleniowej integracji oba gatunki, bydło i człowiek, jeszcze bardziej się ewolucyjnie zintegrowały, dostosowując wzajemnie także i genotypy.

Jedne gatunki – ze względu na sprzyjające okoliczności cyklu życiowego – łatwiej się udomowiają, inne trudniej lub wcale. W selekcji roślin ludzie świadomie lub nie, dążyli do pozbycia się związków szkodliwych a rozwoju cech najbardziej przydatnych. Rośliny normalnie w różnorodny sposób bronią się przez roślinożercami, wytwarzając substancje zniesmaczające (gorzki smak itd.) lub trujące.

Ludzkość próbowała udomawiać przeróżne gatunki. Z dębami się nie udało – żołędzie są w dalszym ciągu zbyt gorzkie dla nas. A cykl życiowy dębu trwa zbyt długo, aby człowiek był na tyle cierpliwy by eksperymentować z kolejnymi odmianami i pokoleniami. Nie jemy żołędzi. Ale może się to zmienić za sprawą GMO czyli przyspieszonej, antropogenicznej ewolucji.

Nie ze wszystkich roślin udało się w toku hodowli pozbyć niepożądanych związków. Przykładem jest groch. Po zjedzeniu grochu po prostu mamy „wiatry”. Teraz już wiemy, że to za sprawą oligosacharydów z grupy rafinoz, które rozkładane w przewodzie pokarmowym przez mikroorganizmy uwalniają gazy (a my mamy mało komfortowe wzdęcia). Wartość odżywcza grochu jest jednak duża. Ale jak pozbyć się kłopotliwych „gazów”?

Z pomocą może przyjść inżynieria genetyczna. Współczesny biolog jest inżynierem bardzo precyzyjnym. Najpierw przeprowadzane są różnorodne analizy laboratoryjne, a dopiero potem projektowane zmiany genetyczne. By w końcu spróbować je zrealizować, znowu testować czy się udało a następnie próbować wprowadzać do produkcji.

Zamiast przypadkowych prób i długotrwałej selekcji – projektowanie i odpowiednie modyfikacje genetyczne. Ot taka przyspieszona i celowa ewolucja. A może ta normalna ewolucja też jest celowa?

Za sprawa GMO do rozważań teoretycznych powraca neolamarkizm ale w nieco zmienionej formie. Czy celowe dostosowywanie się występuje w przyrodzie? Poznaliśmy już odporność immunologiczną, teraz poznajemy zupełnie nowe procesy.

Chytra baba z Radomia na uniwersytecie (i nie tylko)

pajakilatkaW ostatnich tygodniach polski Internet – niczym na wiejskiej ławeczce – z dezaprobatą komentuje małostkową pazerność. Zdawało by się, że główną bohaterką jest „chytra baba z Radomia”. Wszystko zaczęło się od filmiku, pokazującego fragment wigilii na radomskim deptaku. Prości ludzie („zaradni”, „sprytni”) bez żadnych zahamowań zabierają ze stołu butelki z gazowanym napojem i odchodzą. Poczęstunek miał być dla bezdomnych, biednych, potrzebujących. W części stał się łupem pazerności. Akurat padło na kobietę, która wytrwale starała się dosięgnąć ostatniej butelki na stole. Pazerność nie jest niewidoczna, choć nie zawsze będzie wyśmiewana publicznie (zobacz przykład).

Bardziej gorsząca jest pazerność mniej prostych ludzi (zobacz komentarz odnoszący się do dziennikarzy). Tak jak ostatnio przyznane sobie nagrody marszałków sejmu. Było, należało się, to czemu nie przyznać sobie „nagrody”? Taka tam symboliczna butelka z napojem jak z Radomia, oczywiście na miarę stanowiska i okazji. Nikt by nie zauważył, gdyby nie dziennikarze. Bo przecież te kilkadziesiąt tysięcy premii brali do tej pory zawsze marszałkowie, niezależnie od partii.

Postawy małostkowej pazerności dostrzec można i na uniwersytecie. Tym bardziej rażą i uwierają, że jest to „chytra baba w todze” (nie o płeć oczywiście chodzi). Pracuję w szkolnictwie wyższym  już ponad 20 lat. Ciągle to obserwuję. I jako student, i jako pracownik. To widać, mimo że nikt kamerą nie nagrywa i w internecie nie umieszcza. Tym bardziej gorszące, że wpływa na kształcenie przyszłych kadr. Jednych gorszy inni naśladują, bo myślą, że tak trzeba… Uniwersytecka reprodukcja postaw chytrych bab…

Oburza internautów pazerność prostych ludzi, a bardziej powinna oburzać pazerność ludzi na stanowiskach i „z pozycją społeczną”. Wielokrotnie brałem już udział w różnych uroczystościach z małym (lub większym) poczęstunkiem. Pęd do stołu „z żarciem” zawsze znajdzie wcielenie. Czy to po bułeczkę, ciasteczko, butelkę z napojem gazowanym czy znacznie większe kąski. Prymitywna i zakompleksiona pazerność nie jest związana ani z Radomiem, ani z wykształceniem, ani z zajmowanym stanowiskiem. Chyba zależy od wychowania i osobowości…

Tak sobie myślę, że misja kształcenia uniwersyteckiego jest także uczeniem postaw życiowych, godnych naśladowania Nie tylko wiedza faktograficzna czy zawodowa, ale i postawy. Tylko jak ślepy ma uczyć malowania kolorów? Etos (jeśli kiedykolwiek był) nauczyciela akademickiego, profesora (w szerokim sensie) mocno w ostatnich latach ucierpiał. Pozostaje mi wierzyć, że „chytra baba w todze” należy do marginesu akademickiej rzeczywistości…

A na fotografii wyżej drapieżna ważka, łątka, w sieci innego drapieżnika – pająka krzyżaka. Symboliczna chytra baba z Radomia raz sama zakombinuje, a raz ją inni pazerniejsi ubiegną. Raz ty jesteś drapieżnikiem, a raz sam jesteś ofiarą. W kontekście tego, że do trumny tych dóbr nachapanych i tak się nie zabierze, wszelkie te zabiegi są śmieszne. I trochę żałosne. Taka postawa wzbudza litość – bo przecież ujawnia różne deficyty osobowości. Zwłaszcza od ludzi na stanowiskach oczekujemy odpowiedzialności za innych, za proces, za funkcjonowanie (a nie nawykowo małostkowej pazerności).

Śmiejąc się z chytrej baby z Radomia wyrażajmy dezaprobatę dla postawy a nie przypadkowo przyłapanej, prostej kobieciny. Bądźmy więc zmianą, jakiej oczekujemy od świata. Tu i teraz.

Lala, co jest symbolem siły i wielkości

Przedwczoraj dostałem lalkę. Piękną, szmacianą, ręcznie wykonaną. I dlaczego dorosły, siwiejący chłop miałby cieszyć się z lalki? A cieszę się z tego prezentu bardzo, i nie tylko dlatego, że jest po prostu piękna. Ta lalka ma duszę. I o niej chcę dzisiaj napisać.

Każdego z nas w ciągu całego życia spotykają różne smutki, smuteczki, nieszczęścia. Niektórych te trostki nie omijają w szczególny sposówb. Ciężary wydają się wielkie. Bo gdy dziecko choruje i brakuje pieniędzy na leczenie, to chyba tylko rozpacz i apatia… Ale są ludzie, a w szczególności kobiety niezwykle silne. Nieszczęścia, które spotykają w życiu, motywują ich do wielkiej pracy. Nie poddają się i próbując zaradzić swojemu choremu dziecku robią też bardzo dużo dla innych. Jestem pełen ogromnego podziwu dla takich matek. To prawdziwe siłaczki.

I ja lalkę szmaciankę dostałem od takiej wspaniałej kobiety, starajacej się o 1% od podadku na rehabilitację swojego dziecka… ale i dla innych potrzebujących. Lalkę dostałem od Elizy Banickiej. Dziękuję. W moim domu od razu zrobiło się cieplej. Bo od lalki coś promieniuje… Zmusza do przemyśleń i refleksji.

Jestem ogromnie dumny z tego niespodziewanego prezentu!

Tak sobie myślę, że do nas wraca to, co sami w świat wysyłamy. Jeśli są to intrygi, złe słowa, manipulacje… to i to samo ze świata do nas wraca. Jeśli czynimy coś dobrego, to i świat wokół nas niespodziewanie bywa dobry. Lalka, choć to prosta szmacianka, zdaje sie mówić "dostałeś coś dobrego – nie trzymaj tego dla siebie". Bo dobro jest takim przedziwnym towarem ekonomicznym, że im więcej się daje, tym więcej się ma.

Mądra ta lalka. Zwykła szmacianka… a tyle mądrego w swej pięknej i unikalnej prostocie zdaje się mówić… Mówi także, że są ludzie, dotknięci przeróżnymi ciężarami i nieszczęściami. Ale są tak silni i tak wielcy, że nie pogrążaja się w złorzeczeniu tylko wysyłają dobro do innych. I dzielą się, mimo, że praktycznie nic nie mają…

Każdy może być WIELKI, niezależnie ot tego, gdzie się urodził, czy ma majątek, urodę czy władzę. Wielkość potrafi zamieszkać w ubogiej chatce u zwykłych, umęczonych troskami, ludzi. Może jest gdzieś za scianą? Może za tym 1% z PITu i rozliczeń podatkowych?

Kucharz pruski, smażona krew i śledzie

kucharzpruski

W grudniu wziąłem udział w małym, facebookowym konkursie kulinarnym, ogłoszonym przez „Baby Pruskie”. Opisałem wspomnienia, związane z wigilią i śledziami mojej ś.p. babci Julci. No i wygrałem. Książkę kucharską. A jak napisali, tak i zrobili, osobiście przynosząc nagrodę do pracy. Jak tu nie szanować ludzi, którzy dotrzymują słowa, nawet wystukanego anonimowo w Internecie?

Przy okazji wyszło na jaw, że „baby pruskie” to chłopy… Ale z tymi kamiennymi „babami pruskimi” to podobnie, niby nazywa się baba, ale to wojownik :). Na zdjęciu widoczny jest także malutki słoiczek, przeze mnie malowany. No bo jakżesz gościa nie obdarzyć prezentem? Tym bardziej, że zna się na serach i historii (wiedział o Gotach i Wandalach, przebywających na naszych ziemiach, a to nie częste w odwoływaniu się do rodzimej tradycji).

Właśnie intensywnie pracuję nad nowym kierunkiem „dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze” (wspólne dzieło Wydziału Humanistycznego oraz mojego – Wydziału Biologii i Biotechnologii). Nagroda przyszła więc w znakomitym momencie. Do inspirowania.

Przekartkowałem (przepisy z XIX i początków XX w.). Spodobał mi się przepis pt. „Krew smażona”:

„Krew zebrać do naczynia, natychmiast dodać do niej sól, starannie rozmącić mątewką, osłonić od much …”.

Kto teraz o muchach pamięta! No i skąd teraz wziąć krew, kiedy kupujemy produkty a nie żywe zwierzęta? Na targu nie ma kur, kaczek, gęsi czy gołębi. No, może czasem. Ot, zmieniły się czasy… w supermarkecie, podmalowane plasterki (lub inaczej polepszone) zafoliowane na tackach ze styropianu. I skąd młode pokolenie ma wiedzieć skąd się bierze mleko czy kiełbasa? Z fabryki?

I końcówka przepisu: „Podawać natychmiast po usmażeniu, okładając tą gorącą masą kromki chleba. Masę należy szybko zużywać, gdyż prędko ulega zepsuciu.”

Jednym słowem życie tu i teraz, z lokalną konsumpcją i własnoręcznym przyrządzaniem. Powolne, prowincjonalne życie. Warto do tego chociaż częściowo wrócić, skrócić dystans i kupować lokalnie! Żyć lokalnie!

Artyści i kujoni w szkole

„Człowiek się rodzi artystą i przez całą szkołę walczy, żeby tym artystą pozostać.”

Miłosz Brzeziński

Zabiegi, aby pozostać artystą nie są łatwe. Bo artysta ma inne pomysły niż cała reszta i to jest niezwykle cenne w pracy w XXI wieku. Bo artysta jest kreatywny i innowacyjny. W dobrej firmie nie będą szukać kujona, który odpowiedzi na każde pytanie szukać będzie w książkach sprzed 10 lat. Albo jeszcze gorzej, będzie szukał w swojej głowie, odtwarzając wykładowe notatki sprzed 20 lat.

Szkoła często jednak kujonów lubi. Ściślej, dawny kujon lubi młodego kujona, bo nie zadaje pytań, nie zmusza do poszukiwania nowych rozwiązań. Biurokracja lubi pozory, byleby w papierach ładnie wyglądało…

„Mózg nie jest dobry w zapamiętywaniu szczegółów, ale jest dobry w wyciąganiu wniosków”

Miłosz Brzeziński

Szkoła uczy wielu rzeczy niepotrzebnych (w tym kujoństwa). Szkoła wyższa (uniwersytet) także.  A jednoczesnie nie uczy rzeczy niezwykle ważnych w pracy i codziennym życiu. Nie uczy autentycznej pracy zespołowej. Innym przykładem jest taniec. A przecież tańczymy przez całe życie (albo w smutku stoimy pod ścianą lub siedząc przy stole upijamy się wódką). W szkole nie ma już okazji, trzeba uczyć sie poza szkołą, samodzielnie i indywidualnie. Szkoła nawet nie stwarza sytuacji do nauki tańca ( i wielu innych potrzebnych rzeczy, taniec jest tu tylko wyrazistym przykładem). W tańcu można się nauczyć asertywności, empatii, można poprawić kondycję i zyskać na zdrowiu. I jest to coś, co na pewno każdy będzie potrzebował  – a nie wzoru na pole trójkąta, biurokratycznych lekcji patriotyzmu czy analizy jakiegoś wiersza. Chodzi mi o treśc a nie formę. Bo uczymy się wzoru na pole trójkąta i nanalizy wiersza, aby coś rozwiązać a nie dla zapamiętania, wkucia i wyrecytowania na egzaminie.

Ale jeśli chcesz być szczęśliwy, pielęgnuj w sobie artystę. I nie musi to zawodowe śpiewanie, granie na klawesynie czy malowanie. To może być cokolwiek, robione z pasją, autentyzmem i z potrzewy wewnętrzej.

A ja tymczasem wracam do malowania butelek. Tak weekendowo.

Aha, kiedyś trzeba będzie opuścić mury szkoły, takiej czy siakiej. I na co przyda się perfekcyjnie opanowane kujoństwo? Studencie drogi, do Ciebie się zwracam… Sesja sesją, ale idź potańczyć oraz pielęgnuj przyjaźnie. To, co wkuwasz na egzamin (przejść go trzeba, to fakt) niebawem zupełnie nie będzie Ci potrzebne. A przyjaźń i umiejętności interpersonalne zadecydują od Twoich przyszłych sukcesach zawodowych. O szczęśliwym życiu nie wspominając :).

 

Jak Wyższa Szkoła Gospodarki Euroregionalnej oszukuje studentów a pracowników nabija w balona

Dawniej, czasami musiałem przedstawiać zaświadczenie o zatrudnieniu. A więc musiałem pokazać dokument z pieczątkami, że jestem gdzieś zatrudniony. Nie przypuszczałem, że zmuszony będę do składania zaświadczeń o tym, że nie jestem w danym miejscu zatrudniony. Czyli udowadniać, że nie jestem wielblądem.

W 2010 roku, na prośbę pracownika z Wydziału Prawa naszego uniwersytetu, włączyłem się w przygotowanie programu kształcenia dwóch przedmiotów „biologia” oraz „ekologia” (kierunek ochrona środowiska) w Wyższej Szkole Gospodarki Euroregionalnej im. Alcide De Gasperi w Józefowie k. Warszawy. Uczelnia wygrała grant europejski na kształcenie m.in. bezrobotnych. Projekt szczytny, jak nie pomóc. Ale współpraca z tą uczelnią to systematyczne rozmijanie się obietnic z faktami (studenci byli sympatyczni).

Najpierw honoraria było średnio-niskie, ale zapewniano, że to wynika z grantu i później będzie lepiej (roztaczano więc śmiałe wizje co do przyszłości). Podpisałem zobowiązanie do współpracy pod koniec roku 2010. Potem prowadziłem zajęcia z biologii (umowa o dzieło), od lutego do czerwca 2011 r. Zgodnie z umową i uzgodnieniami w kolejnym semestrze miałem poprowadzić wykłady i ćwiczenia z ekologii. Poczyniłem nawet uzgodnienia ze studentami co do zajęć terenowych. Ale na tym się z uczelnią kontakt urwał. No cóż, pomyślałem, że może im grant cofnięto, a może niezbyt fer zmienili plany i zrezygnowali ze współpracy ze mną. O uczelni zapomniałem.

Ale jesienią 2012 roku z własnego dziekanatu otrzymałem informację, że nie informuję swojego rektora o dodatkowym zatrudnieniu. Mocno mnie to zdziwiło. Ale rzeczywiście, na stronie opisywanej uczelni widniałem w wykazie kadry uzupełniającej. Władze mojej uczelni miały więc prawo pomyśleć, że ukrywam dodatkowe zatrudnienie i zażądały wyjaśnień. Nie ma zakazu podejmowania dodatkowego zatrudnienia ale trzeba o tym rektora informować i pytać o zgodę. Dane, dostępne na stronie tej podwarszawskiej uczelni wskazywały, że ukrywam dodatkowe zatrudnienie…

Najpierw zadzoniłem do Józefowa. Tam się dowiedziałem, że oni mnie planowali do zajęć i właśnie mieli się do mnie zwrócić za jakiś czas. Hmmm, rok (a nawet półtora) po harmonogranie? Jak oni rozliczają się z grantu finansowanego z Unii Europejskiej? Czy nabijają w butelkę studentów, pracowników, ministrestwo i EU jednocześnie? No nic, wyjaśniłem mój problem, poinformowałem, że nie jestem zainteresowany współpracą i otrzymałem telefoniczne zapewnienie, że nazwisko moje zostanie usunięte ze strony (i wykazu pracowników). Pomyślałem, że sprawa załatwiona.

A gdzieżby tam. Po chyba dwóch miesiącach z rektoratu otrzymałem pismo z żądaniem wyjaśnienia. W grudniu 2012 r. kolejny raz zadzwoniłem do Józefowa ze stanowczym protestem. Najpierw usłyszałem, że to chyba wina informatyka, bo polecenie usunięcia nazwiska zostało wydane. Poprosiłem także o pisemne potwierdzene, że nie jestem pracownikiem tej uczelni i otrzymałem zapewnienie, że szybko na piśmie takie oświadczenie dostanę. Oczywiście czekaj tatka-latka….

Minął kolejny miesiąc (nawet półtora), zajrzałem na stronę:  http://www.wsge.edu.pl/pl/pracownicy-naukowo-dydaktyczni.html (dostęp 25 stycznia 2013 r.) i dalej widzę swoje nazwisko jako kadrę uczelni o ambicjach gospodarki euroregionalnej.

Wynika z mojej przygody, że Wyższa Szkoła Gospodarki Euroregionalnej im. Alcide De Gasperi w Józefowie k. Warszawy oszukuje swoich studentów, oszukuje kandytatów na studia – mamiąc ich pracownikami naukowymi, którzy niby w tej szkole pracują. Oszukuje (przynajmniej niektórych) pracowników, oszukuje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, że ma niezbędną kadrę oraz Unię Europejską co do realizowanych grantów. Chyba zbyt dużo jest tam tylko na papierze….

A ja nie pierwszy już raz muszę składać oświadczenia, że nie jestem ich pracownikiem. Obawiam się, że nie ostatni. Chyba trzeba będzie bardziej stanowczo domagać się zaniechania poświadczania nieprawdy od ambitnej w nazwie uczelni.

*     *     *

W poniedziałek 28 stycznia br., po wcześniejszym, sobotnim telefonie, moje nazwisko zostało usunięte z listy kadry uzupełniajacej uczelni. Dodano także dopisek „obecna i była” – najwyraźniej więc problem dotyczył większej liczby osób niż tylko moja :).

Dziękuję za przychylne ustosunkowanie się do mojej prośby.

Jak widać publiczne ponaglenie było skuteczne :). Czasem i blog do czegoś się w negocjacjach przydać może…

Menda, ewolucja człowieka i gatunki ginące

Pthirus_pubis__crab_louse

Intymne kontakty, nawet te sprzed milionów lat, pozostawiają trwałe ślady. Dzięki badaniom naukowym ślady te możemy zobaczyć. I dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o nas samych.

Nie każdy wie skąd się wzięła menda, zarówno w sensie lingwistycznym jak i ewolucyjnym. Pejoratywne określenie „menda”, jako kogoś wrednego, przykrego, męczącego, niesympatycznego, to pierwotnie nazwa owada. Menda, mendoweszka, wesz łonowa (Pthirus pubis) to owad z rodziny Pthiridae, pasożyt zewnętrzny człowieka. Obecnie raczej rzadko spotykana w Polsce, na skutek rosnącej higieny. Powszechniej menda występuje w języku, już w oderwaniu od swojego entomologicznego desygnatu. Przy okazji mała dygresja – owad, to coś wadzącego (od wadzić, zawadzać). Obecnie zapomnieliśmy o pierwotnym znaczeniu tego słowa i owad nie niesie negatywnych skojarzeń. Chyba, że jest to menda, gnida (jaja wszy), bolimuszka, komar, giez czy jusznica deszczowa.

Badania naukowców z Australii i USA wskazują, że wesz łonowa jest obecnie gatunkiem ginącym, a za główną przyczynę uważa się modę na depilację intymnych części ciała. Ewolucja kulturowa mocno splata się z ewolucją biologiczną. A naukowcy z wszy i ich ewolucji wyczytać mogę bardzo dużo o… naszej przeszłości.

Pasożyty są jeszcze jednym elementem, burzącym uproszczony obraz ewolucji neodarwinowskiej, polegającej na ciągłym rozdzielaniu linii ewolucyjnych. Mamy bardzo dużo dowodów na ewolucję integracyjną (zob. np. tu ), tylko jakoś nie potrafimy tego ująć w teorii.

O wszawicy, jako chorobie wywoływanej przez wszy, częściej słyszymy w czasach wojen, zniszczenia i biedy. Pasożyty liczniej i silniej ujawniają się w okresach osłabienia cywilizacyjnego, wojen, rewolucji, katastrof ekologicznych, znaczących zapaści gospodarczych. Tak jak choroby ujawniają się w osłabionym organizmie.

Ale wróćmy do tytułowej mendy i ewolucji człowieka. Bardziej znamy wesz ludzką (Pediculus humanus, rodzina Pediculidae), dalekiego krewnego wszy łonowej. Badając genetycznie wszy głowowe (ludzkie) zidentyfikowano wśród nich dwie linie ewolucyjne. Rozdzielenie tych linii ewolucyjnych nastąpiło około 1,2-1,8 mln lat temu, a więc wcześniej niż pojawił się człowiek współczesny czyli Homo sapiens. Wesz ludzką odziedziczyliśmy więc po naszych przodkach, hominidach (Homo ergaster, Homo ancestor, Homo rhodesiensis). Te dwie linie ewolucyjne, obecnie współwystępują razem, ale jedna linia ma zasięg światowy a druga… tylko występuje w Ameryce. I linia amerykańska jest kolejnym dowodem na krzyżowanie się Homo sapiens i Homo erectus oraz na kolonizację Ameryki na długo przed przybyciem Indian jakieś 11 tys. lat temu.

Rozdzielenie populacji wszy ludzkiej nastąpiło gdy Homo erectus wywędrował z Afryki do Azji. Ewolucja tych pasożytów odbywała się w izolacji, tak jak izolowane od siebie były populacje azjatyckiego Homo erectus i pozostającej linii w Afryce: Homo ancestor-Homo rhodesiensis i w końcu Homo sapiens. Nie wiemy tylko jakie wszy miał neandertalczyk (ale i to kiedyś naukowcy odkryją).

Kiedy Homo sapiens opuścił Afrykę i powędrował „w świat”, w Azji zastał Homo erectus. Przez wiele lat wydawało się nam, że po prostu konkurencyjnie silniejszy Homo sapiens wyparł (lub wytępił) słabszego Homo erectus. Badania genetyczne wykazały jednak, że w naszym genomie zachowały się geny odpowiadające za mikrocefalię, pochodzące od Homo erecrus. Najwidoczniej oba gatunki krzyżowały się ze sobą (hydrydyzacja). Ślad intymnych kontaktów i współżycia w przenośni i dosłownie, jakkolwiek ukryty, to jednak trwale w nas pozostał. Nie wyprzemy się tego, tak jak niejeden mężczyzna nie wyprze się ojcostwa po badaniach genetycznych. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu w podręcznikach pisano, że nie ma płodnych krzyżówek międzygatunkowych, wykluczaliśmy więc możliwość skrzyżowania się obu gatunków człowieka (z neandertalczykiem także się krzyżowaliśmy). Teraz o hybrydyzacjach miedzygatunkowych wiemy dużo więcej. Genetyka ujawniła  intymne kontakty przed tysiącami lat. Wesz ludzka jest tego kolejnym dowodem.

Pthirus_pubis_OlyWABadania genetyczne rdzennych Indian obu Ameryk wykazały także obecność „obcych genów”. Wskazuje to, że Ameryka była znacznie wcześniej skolonizowana przez człowieka niż nam się wydawało. Pierwsza kolonizacja nastąpiła bardzo wcześnie, podobnie jak Australii. Była to jednak najprawdopodobniej ludność żyjąca ze zbieractwa nad wybrzeżami. Poza genami nic po nic nich zostało, gdy od północy jakieś 11 tys. lat temu dotarli łowcy mamutów. A może zostało coś w kulturze, tylko nie potrafimy tego dostrzec i zidentyfikować?

Wesz ludzka dzielona bywa na dwa podgatunki, blisko ze spokrewnione: wesz głowową (Pediculus humanus humanus, synonim Pediculus humanus capitis), oraz wesz odzieżową (Pediculus humanus corporis). Różnice ekologiczne (jedna żyje we włosach na głowie, inna chroni się w ubraniu) nie odpowiadają różnicom genetycznym, co oznacza, że linie wszy odzieżowych najprawdopodobniej wielokrotnie powstawały z linii wszy głowowych (polifiletyzm, adaptacja do środowiska, konwergencja). Powstanie ekologicznej grupy (podgatunki) wszy odzieżowej można wiązać z pojawieniem się ubrania, a to najpewniej nastąpiło, gdy Homo sapiens z Afryki zawędrował w zimniejsze strefy klimatyczne (Europa). Powstanie wszy odzieżowej datuje się na 72 tys. lat temu (z dokładnością około 40 tys. lat), zatem należy przypuszczać, że ubrania wymyśliliśmy mniej więcej w tym samym czasie.

Dokładne badania różnorodności genetycznej wszy głowowej wskazują na to, że około 100 tysięcy lat temu nastąpił spadek liczebności a obecna populacja wywodzi się z niewielkiej liczby przodków (stąd taka mała różnorodność genetyczna). Podobnie jest z człowiekiem, również około 100 tys. lat temu Homo sapiens otarł się o zagładę – przeżyło niewiele osobników. Stąd relatywnie mała różnorodność genetyczna naszego gatunku (wbrew pozorom). I w tym przypadku badania pasożytów (wszy) potwierdzają badania ewolucyjne człowieka. I nowego sensu nabiera sparafrazowane powiedzenie imć Zagłoby „o mało nie zginąłem ja i wszy moje”.

Jeszcze większe niespodzianki przynoszą dokładniejsze badania genetyczno-ewolucyjne wszy łonowej, czyli naszej tytułowej mendy. Mniej więcej przed 3 mln lat do już obecnej z człowiekiem wszy ludzkiej dołączył inny gatunek – wesz łonowa – a wiązało się to z utratą futra (przez człowieka a nie wszy). Nowy gatunek zasiedlił włosy na klatce piersiowej oraz włosy łonowe. Wesz łonową można spotkać także na rzęsach (jest mała 1-2 mm, więc trudno zobaczyć – łatwiej poczuć swędzenie). Oba gatunki – wesz ludzka i wesz łonowa – zasiedliły różne miejsca (siedliska) człowieka i podzieliły się zasobami.

Ale skąd się wzięła wesz łonowa? Kiedyś uważano, że wesz łonowa i wesz ludzka pochodzą od wspólnego przodka a ich rozdzielenie wiązało się z utratą futra i powstaniem swoistych wysp siedliskowych: owłosienia na głowie i owłosienia w pachwinach, izolowanych rzadko owłosioną skórą ciała (bariera utrudniająca kontakty wszom). Badania genetyczne wskazują na zupełnie coś innego.

Wesz ludzka blisko spokrewniona jest z wszą szympasią (Pediculus schaeffi). Oba gatunki oddzieliły się około 5 – 6 mln lat temu, co jest zgodne z najczęściej przyjmowaną datą rozejścia się linii rodowych człowieka i szympansa. Natomiast wspólny przodek mendy (czyli wszy łonowej) i wszy głowowej żył jakieś 13 mln lat temu. Najbliższym krewniakiem wszy łonowej jest … Pthirus gorillae, wesz goryla, pasożytująca na gorylu (wspólny przodek obu gatunków wszy żył około 3-4 mln lat temu). Linia człowieka oddzieliła się od linii goryla mniej więcej 7 mln lat temu. Jakim cudem więc po 3 milionach lat po rozdzieleniu się linii ewolucyjnych żywiciela powstały dwa nowe gatunki pasożytujących wszy?

Są dwie możliwości wytłumaczenia (wyjaśnienia) tego paradoksu. Albo przodkowie wszy łonowej i wszy ludzkiej pasożytowali na hominidach (wspólnych przodkach szympansa, goryla i człowieka) i potem dwa gatunki występowały łącznie, a na skutek różnych procesów w linii rozwojowej goryli jedna wesz wymarła a ostała się druga, natomiast w linii ewolucyjnej szympansa i człowieka odwrotnie. W rezultacie w każdej linii rozwojowej pozostał tylko jeden gatunek wszy. Osobne pasożytowanie skończyło się jakieś 3 mln lat temu, wesz goryla przeszła na linię ewolucyjną człowieka (nowy żywiciel). Było więc jakieś przypadkowe spotkanie i to bliskiego stopnia. Ewentualnie od „zawsze” były to gatunki wszy żyjące oddzielnie a ich ewolucyjne rozdzielenie wiązało się z rozdzieleniem żywicieli. Pojawienie się obu gatunków na człowieku to zupełnie nowe spotkanie a nie ponowne spotkanie po wymarciu jednego. Tak czy siak doszło do kontaktu i „przeskoku” wszy z goryla na człowieka (przodka Homo sapiens). Albo oba gatunki koczowały w tych samych miejscach (tak jak obecnie możemy „nabyć” wesz łonową w tanim hotelu, poprzez pościel), albo linia ewolucyjna człowiekowatych polowała na goryle i w ten sposób miała bliski kontakt z futrem drugiego gatunku naczelnych. Wchodzą w grę także kontakty intymne, międzygatunkowe…

Nowy pasożyt – wesz łonowa – wobec obecnej już na człowieku wszy ludzkiej, zajął inne, wolne siedlisko. Najpewniej nasi przodkowie tracili w tym czasie futro a kontakt obu gatunku wszy był utrudniony, a tym samym konkurencja zminimalizowana. Wesz goryla zajęła wolne i mniej atrakcyjne siedlisko owłosienia w pachwinach i stała się naszą wszą łonową, dokuczliwą mendą.

Wesz głowowa (ludzka) ginie jeśli przebywa poza głową człowieka dłużej niż 48 godzin. Żeby się ją „zarazić” potrzebny jest bliski kontakt, albo przez przytulanie (tak jak w rodzinie), albo używanie tego samego grzebienia, czapki, ubrania. Podobnie jest z wszą łonową.

Wesz łonowa to niewielki silnie grzebieto-brzusznie spłaszczony owad (mniejszy od wszy ludzkiej). Samiec ma długość 1,3 mm, samica ciut większa – 1,5 mm. Menda najczęściej pasożytuje w okolicy łonowej, rzadziej pod pachami, w owłosionych partiach klatki piersiowej i brzucha, na rzęsach i brwiach. Obecność tego owada najłatwiej stwierdzić można po swędzeniu okolic łonowych i podbrzusza, czasami także przez obecne błękitne plamy w miejscach po ukłuciach wszy. Rozwój mendoweszki trwa 13–16 dni. A więc już po dwóch tygodniach pojawia się kolejne pokolenie.

Zawszenie (załapanie wszy) jest wyjątkowo łatwe i następuje poprzez kontakt zdrowych włosów z włosami z mendoweszką (nie fruwa, nie skacze, potrzebuje bliskiego kontaktu, aby przejść z jednych włosów na drugie). Rzadziej przedostanie się wszy łonowej następuje poprzez bieliznę pościelową (a dawniej przez wspólne legowisko). Bliskie kontakty umożliwiają wymianę pasożytów. Ot, takie swoiste dziedziczenie poza jądrowym DNA.
Przytulanie się i intymne kontakty, nawet te sprzed wielu milionów lat, zostawia trwałe ślady. Nawet jeśli nie ma skutecznego rozmnażania płciowego i nie ma przekazania genów, coś jednak sobie przekazujemy. Jest to swoiste dziedziczenie pozajądrowe.

Już nie tylko mitochondrialne DNA (dziedziczone u ludzi tylko w linii matczynej – a więc dziecko po matce dziedziczy większą połowę), ale dziedziczenie (przekazywanie) związanych z człowiekiem organizmów. Nie tylko pasożytów ale i mikroorganizmów bakteryjnych czy grzybowych, niezwykle ważnych dla naszego życia. Jak policzyli naukowcy (wcielając się w rolę współczesnego Kopciuszka) w naszym organizmie jest 10
razy więcej bakterii niż naszych komórek (bakterie są dużo mniejsze). W codziennym życiu wykorzystujemy ich geny (ich DNA) i potencjał enzymatyczny.

DNA to znakomite archiwum (dopiero bardziej szczegółowo poznajemy). Ale i mitochondria oraz pasożyty i symbionty są takim archiwum. Ewolucyjnych śladów naszej przeszłości jest wiele, trzeba umieć tylko je odczytać.

Po wszach zostało nam jednak coś sympatycznego – iskanie. Lubimy przecież, gdy ktoś nam bliski czochra delikatnie nasze włosy, lub drapie delikatnie tu i tam… Entomolog i w mendzie znajdzie coś dobrego :).

Fotografie wszy łonowej: Centers for Disease Control and Prevention’s Public Health Image Library oraz Kendallnorcott, Wikimedia Commons