Zapisywacz myśli a sprawa klikalności bloga

Jestem zapisywaczem myśli swoich, przetworzonych, zasłyszanych (bo pisanie pomaga myśleć). Ocalam od zapomnienia (przede wszyskim dla siebie), przekazuję dalej, tak jak przekazywanie życia, z pokolenia na pokolenie (to próba poszukiwania analogii z biologią). Trwanie w nieustannej nieciągłości, jak w sztafecie. Wybieram to, co uznaję za ważne, ciekawe, warte podtrzymania – jak piłkę w locie.

Subiektywny wybór nie zawsze jest trafny. Czasem coś ważnego nie zostanie zapisane, bo akurat nie mam czasu. Innym razem mam czas i zapisuję…. to co akurat jest a nie dlatego, że najważniejsze.

Ty też jesteś zapisywaczem lub opowiadaczem myśli. Można by powiedzieć, memów. Ale na razie mem jest podstawową jednostką zapamiętywania cokolwiek mityczną, niedookreśloną. Bardziej postulatywną. Tak jak kiedyś atom. Bardziej jako inspirujące zadanie badawcze niż już wykryty i opisany byt (ale neurobiolodzy próbują poprzez konsyliencję połączyć poziom biologiczny z humanistycznym). Ale i tak się pojęciem memu posłujemy, mimo, że nie jest konkretne.

Czasem statystyki bloga pokazują nagły i znaczący wrost odwiedzin (krótkotrwały) . To znak, że któryś z wpisów został zacytowany, przedrukowany (z załączonym linkiem do bloga) na popularnym portalu, np. gazeta.pl, wykop.pl itd. Nawiązując do wyżej wyrażonych myśli, można powiedzieć, że to chwilowe zreprodukowanie memu, wyższe od średniej przeciętnej i codziennej.

Wzrost poplarności (większa klikalność) może być szkodliwy dla swobody pisania. Kusi aby "sukces" powtórzyć. A przecież nie wszystko co popularne jest wartościowe. W tę ślepą uliczkę zabrnęły media. Dlatego dużo w nich krwi, skandali, seksu, pieniędzy, emocji, szokujących sformułowań, nadużyc porównawczych itd. To swoiste zniewolenie przymusem popularności. Dla blogera może też być pułapką, zwłaszcza gdy zechce zarabiać na reklamach.

Analizując statystyki wejść na niniejszego bloga łatwo zauważam, że większość wejść pochodzi z wyszukiwarki Google. Czyli za sprawą poszukiwanych słów kluczowych. Obecna duża liczba dziennych "wejść" wynika z bogatego archiwum i efektu kumulacji treści. Zatem do wpisów może ktoś dotrzeć nawet po kilku latach od ich opublikowania.

Duża liczba wejść na stronę wcale nie znaczy, że ktoś czytał. Tylko zajrzał, czegoś szukał, ale nie wiadomo czy znalazł. Tak jak na ulicznym chodniku ruch i gwar, wielu ludzi. A przecież w zasadzie brak jakichkolwiek relacji międzyludzkich – nie ma zatrzymania się, rozmów, dyskusji. Ilość nie jest oznaką jakości. Może wprowadzać w błąd.

Drugim elementem swoistej ewaluacji bloga jest liczba kliknięć fejsbukowych "lubię". To jakiś znak, że ktoś przeczytał (może tylko tytuł i kilka pierwszych zdań?) i wyraził swoje emocje. Więcej jest wejść, jeśli konkretnty post (wpis) podlinkować na Facebooku – ułatwia dotarcie, ale tylko chwilowe.

Ważniejszym chyba wyrazem poczytności są komentarze. Bo oznacza to aktywność czytelnika. Przeczytał, poruszyło, chce wyrazić swoje zdanie, polemizować, popierać itp. Ale i ten wskaźnik może być mylący. Nie wszyscy czytelnicy są aktywni. Tak jak na sali wykładowej – jedni chętnie zabierają głos, inni są nieśmiali i siedzą cicho (póki nie zostaną "wywołani do tablicy"). Ponadto są osoby które wypowiadają się bez związku z zamieszczonym wpisem. Tak jak piszący po ścianach i murach. Trolowania nie należy mylić z rzeczywistą dyskusją.

Odganiam chwilowe pokusy, aby pisać "poczytnie" (aby dużo było kliknięć, przedruków, komentarzy). Na szczęscie szybko udaje sie przegonić takie myśli. Nie chce być niewolnikiem "oglądalności". Nie wszystko co masowe jest dobre. Ponadto są tematy "niszowe".

Piszę bo chcę a nie dlatego, że muszę (np. zarabiać na życie). Bloguję bo w jakieś formie jest to próba komunikacji ze studentami i próba realizacji idei uniwersytetu otwartego czy kształcenia ustawicznego. A także uporządkowana próba dyskusji z samym sobą…

Kształcenie i impact factor

Nie ważne ile razy ptak zamachał skrzydłami, ważne jak wysoko się wzniósł. To a propos uczenia się i kształcenia uniwersyteckiego. To skoncentrowanie się na efektach a nie na pocie zmęczenia (rzeczywistego lub pozorowanego)

Nie ważne jak gruba jest praca i ile ma punktów (impact factor), ważne co z tego wynika.
A nie zawsze wynika od razu. Dlatego naukowiec powinien mieć twardy charakter i patrzeć daleko a nie jak nastolatka zmierzać za każdym podmuchem mody.

Ocenianie studentów

Jak oceniać?
Czy powiedział wszystko (co ja uważam za ważne*) czy też powiedział z sensem?

To pierwsze to nacisk na przerost wiedzy pamięciowej nad wiedzą funkcjonalną. Jest samochód, składa się z takich a takich części… ale czy jest sprawny, czy jeździ, czy jest wygodny?
A w końcu czy potrafisz kierować samochodem? Co ci z wiedzy o śrubkach jak nie potrafisz uruchomić i pojechać? Fakt, bez wiedzy o śrubkach nie pojedziesz, nie poradzisz sobie w kłopocie i sytuacji niestandardowej.

Systemem oceniania nakłaniamy studentów do takiego lub innego modelu uczenia się i traktowanie jednych rzeczy za ważne, innych za mniej ważne.

Ja mam ciągle kłopoty z ocenianiem i ciągle mam wątpliwości. Nie jest to przyjemna czynność – oceniać innych – bo wiąże się z odpowiedzialnością…

*
a skąd pewność, że moja wiedza jest wzorcem i najwłaściwszym punktem odniesienia? Wiem wszystko i najlepiej?

Epigenetyka i aktywny wpis na Światowy Tydzień Mózgu

Pisanie ułatwia zapamiętywanie i myślenie jako takie. Pisanie porządkuje a przede wszystkim wymusza aktywność. Swoimi badaniami neurobiolodzy potwierdzają to, co od dawna obserwowali pedagodzy: do uczenia się potrzebny jest wysiłek i aktywność. Jeśli zbyt łatwo i powierzchownie, to nie zostawia śladu. Samo czytanie i słuchanie nie wystarcza, aby posiąść pełnię wiedzy i zrozumienia. Potrzebna aktywność. Taką aktywnością jest na przykład pisanie.

Warto więc robić notatki z wykładu a jeszcze lepiej opowiedzieć o zasłyszanych czy przeczytanych treściach innym. Opowiedzieć słowem lub w formie pisemnej.
Dlatego piszę tego bloga. Aby porządkować swoje notatki (przybywa niespisanych rzeczy, oj przybywa).

Dla naukowca formą aktywnego uczenia się jest pisanie publikacji. Bo żeby coś napisać, najpierw trzeba aktywnie i ze zrozumieniem poczytać. A w przypadku nauk biologicznych także wykonać badania terenowe lub eksperymenty laboratoryjne. Może dlatego awans nauczyciela akademickiego tak mocno powiązany jest z pracą badawczą? Jeśli umie pisać, to ma o czym opowiedzieć i pewnie coś wie.

Ale wróćmy do aktywności w uczeniu się. Jeśli nie ma się zabawek gotowych…. to aktywnie trzeba je sobie zrobić, wystrugać z patyczka, narysować, ulepić. A przede wszystkim wymyśleć (myślenie twórcze jest uaktywnianiem komórek nerwowych). Gotowe jest zbyt łatwe i nie rozwija kreatywności. A na studiach samo słuchanie nie wystarczy – trzeba nie tylko notować ale aktywnie dyskutować, pisać, publikować. Ciężko? Tak, ale skutecznie uczy zarówno wiedzy jak i umiejętności czy kompetencji społecznych.

Światowy Tydzień Mózgu to święto mające na celu popularyzację wiedzy o mózgu i jego działaniu. Wymyślone zostało w USA i obchodzone jest rokrocznie w dniach 12-16 marca, począwszy od 1996 r. W Polsce corocznie aktywnie i popularnonaukowo celebrowane jest w Warszawie i Krakowie, głównie przez Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. Ostatnio naukowcy z tego instytutu odkryli nieznany dotychczas mechanizm powstawania śladów pamięciowych – w niektórych wypadkach neurony mogą zapamiętywać dzięki zmianom w ułożeniu DNA. To kolejne doniesienie naukowe, pokazujące jak myślenie zmienia nasz mózg. Przypuszcza się, że w znacznym stopniu umiejętność pisania i czytania wpłynęła na zmiany w ludzkim mózgu, jego aktywność. Ostatnio wykazano, że korzystanie z multimediów mobilnych wykształca umiejętność wielozadaniowości i podzielności uwagi. Oprócz pozytywów tego procesu wspomina się także o tym, że wielozadaniowość wpływa na powierzchowność a więc i nietrwałość uczenia się.

Ale wróćmy do epigenetyki i odkrycia warszawskich naukowców. Udowodnili oni, że podczas pobudzania neuronów dochodzi do trwałych zmian w rozmieszczeniu genów w przestrzeni jądra komórkowego (przekłada się potem na możliwości ekspresji konkretnych genów). Odkrycie ma istotne znaczenie dla lepszego rozumienia natury procesów umysłowych i schorzeń układu nerwowego, zwłaszcza mózgu. O badaniach, opublikowanych w prestiżowym czasopiśmie „Journal of Neuroscience”, poinformowali przedstawiciele Instytutu Nenckiego w komunikacie przesłanym PAP (tak i ja się dowiedziałem).

"Podczas badań na szczurach po atakach epilepsji zaobserwowaliśmy, że jeden z genów może się trwale przesunąć w głąb jąder komórkowych neuronów. Ponieważ modyfikacja geometrycznej budowy jądra prowadzi do zmiany w ekspresji genów, neuron w ten sposób pamięta, co się wydarzyło" – wyjaśniał dr hab. Grzegorz Wilczyński z Pracowni Neuromorfologii Instytutu Nenckiego.

W przypadku neuronów procesy epigenetyczne – a więc takie, w których o ekspresji genu decyduje otoczenie (środowisko w szerokim sensie) – wiązano do tej pory tylko z reakcjami chemicznymi w chromatynie. "Badania w Instytucie Nenckiego pokazują jednak, że w neuronach mamy do czynienia z kolejnym rodzajem efektów epigenetycznych: zmianami w przestrzennej budowie jądra komórkowego, prowadzącymi do powstawania trwałych śladów pamięciowych. Jest to możliwe z dwóch powodów. Pierwszy wynika z obecności otoczki jądrowej: geny mogą się do niej przyczepiać lub od niej odczepiać, co wpływa na ich ekspresję. Drugi powód jest związany ze specyficzną budową jądra komórkowego" – tak wyjaśniają naukowcy z Nenckiego (za PAP).

Neurobiolodzy krok po kroku wyjaśniają biologiczne podłoże zapamiętywania i uczenia się. Mocniej i dogłębniej potwierdzają opisowe obserwacje pedagogów. Cóż z tego dla nas praktycznie wynika? Ano to, że z większym przekonaniem można modyfikować sposoby nauczania na uniwersytetach. Przede wszystkim uczyć studentów pisania i to nie tylko kolokwiów na zaliczenie ale pisania „na prawdę” i publikowania zarówno w czasopismach jak i w przestrzeni internetowej. Może korzystniej byłoby zamienić część pisemnych prac zaliczeniowych (wędrują do szuflady) na studenckie blogi o nauce i dyscyplinie, którą studiują? Ponadto więcej zajęć praktycznych i eksperymentów – bo te na pewno wymagają aktywności. Więcej autentycznych dyskusji, bo dyskusja wymaga aktywnego słuchania i porządkowania swojej wiedzy, mówienie wymaga zaś aktywności. W końcu warto zwiększać współpracę z otoczeniem uniwersytetów (upublicznienia przemyśleń i efektów pracy w formie blogowego opowiadania o świecie też jest współpracą! bo jest upowszechnieniem wiedzy i kształceniem ustawicznym).

Jak pisał prof. Z. Bauman – pisanie dla niego jest formą myślenia. Dla mnie także, tak jak wykłady i zajęcia ze studentami. Pisanie jak i wykłady są inspirujące, wymagają aktywności a przez to sami wykładowcy jeszcze bardziej i dogłębniej się uczą. To pełniej wyjaśnia powiedzenie, że uniwersytet jest wspólnotą uczących i nauczanych, że jest przestrzenią wspólnego odkrywania i uczenia się.

Internet i udostępnianie wykładów (notatek) czy filmików z wykładów w internecie (przeczytaj co robią i jak w uniwersytecie Harwarda) nie spowoduje opustoszenia sal wykładowych (a jeśli pustoszeją to z zupełnie innych powodów). Bo nic nie zastąpi autentycznego spotkania ludzi i dyskusji w realu. Udostępniane materiały w internecie (na różne sposoby)
mogą tylko zachęcić do przychodzenia na wykłady, do kontaktu z naukowcami. Tak jak pisanie recenzji książek czy spektakli teatralnych nie powoduje, że przestajemy czytać czy bywać w teatrze, kinie na koncercie.

Konsumpcja jest sposobem na zapomnienie o pustce codziennej egzystencji

„Konsumpcja jest sposobem na zapomnienie o nudzie i pustce codziennej egzystencji„

Daniel Quinn

Od dawna wyrastamy świecie rzeczy przetwarzanych i wrastamy w świat konsumpcji. Po 1989 r., nowe pokolenie – dzięki powszechnemu dostępowi do dóbr i zamożności – wyrasta w świecie konsumpcji. To rzeczywistość zastana i wydawałoby się oczywista i bez jakiejkolwiek alternatywy. Tak jak dzieciaki siedzące w mieście przed telewizorem, które nie wiedzą, że prawdziwa krowa wcale nie jest fioletowa (ale skąd mają wiedzieć, jeśli znają tylko krowę z reklamy czekolady?).

Współczesny konsument czuje się szczęśliwy tylko wtedy, gdy ma i wydaje pieniądze. Pieniądze i możliwość konsumpcji jest miarą wartości – a brak lub ograniczenia są źródłem frustracji i poczucia utraty własnej wartości. Zdobywanie, posiadanie i konsumowanie wydaje się ze wszech miar moralne. Zabawa i radość, jaką dają rzeczy i do których namawiają specjaliści od marketingu i reklamy, stają się celem samym w sobie. Konsumować, nawet za pożyczone pieniądze… od przyszłych pokoleń, nawet kosztem nieodwracalnej dewastacji środowiska przyrodniczego. Po naszej konsumpcji choćby potop! ?

Pustki dnia codziennego nie zapełnimy nawet górą rzeczy z dyskontu czy posezonowej wyprzedaży.

Konsumpcja przedostała się także do sfery edukacji. Wyższe wykształcenie stało się powszechne i dostępne, jak chińskie podróbki markowych towarów. Ale masowa konsumpcja wyższego wykształcenia nie znajduje swojego pozytywnego ozdwierciedlenia w karierze zawodowej absolwentów. Jeśli traktujemy uczelnie wyższe jako szkoły "zawodowe" (dające zawód i pracę), to pojawia się coraz większe zdziwienie i frustracja.

Pustkę dnia konsumpcyjnego "zajadamy" (jedzeniem próbujemy ją zagłuszyć). Otyłość jest coraz powszechniejsza chorobą cywilizacyjną. I rosnące góry śmieci po konsumpcji jednorazowych, tandetnych produktów. Dużo i tanio, wcale nie znaczy dobrze, ani dla duchowości człowieka ani dla środowiska przyrodniczego.

Nie jesteśmy tylko konsumentami ani uniwersytety nie są tylko szkołami zawodowymi. Przydałyby się jakieś "rekolekcje" dla przemyślenia sensu i kształtu uniwersytetu.

W pogoni za wskaźnikami, ilością i słupkami zapominamy przystanąć i przemyśleć czy zmierzamy na uniwersytetach w dobrym kierunku.

Luksus jest lokalny, prowincjonalny i unikalny (o rozwoju regionalnym i rękodziele biotechnologicznym)

skarpeciakijaceaga

„Zamiast kupować wiele byle jakich rzeczy, lepiej zaoszczędzić na dobra bardziej luksusowe.”

Beata Chomątowska („Bo nikt inny tego nie ma” Tygodnik Powszechny, 10 marca 2013)

Powrót rękodzieła i rzemiosła, to nie tylko artystyczne decoupage, malowanie, wyszywanie, szycie lalek i skarpeciaków, rzeźbienie jajek, ale także domowe wyroby w postaci wypieku chleba, wędlin dojrzewających, własnych przetworów, warzenia piwa, robienia nalewek. To stymuluje i ożywia przemysł spożywczy, co widać po coraz liczniejszych lokalnych jarmarkach. Powrót do jakości (i unikalnej lokalności) widzimy w przemyśle spożywczym a także i odzieżowym. Awangardą jest sztuka i pamiątkarstwo.

Wracamy do wyjątkowego rękodzieła i rzemiosła. To szansa dla regionu, w którym coraz więcej gospodarstw agroturystycznych i miasteczek cittaslow. Prowincja brzmi pięknie ale i nowocześnie. Te różnorodne małomiasteczkowe jarmarki, wiejskie festiwale teatralne (np. w Bartągu), stodoły artystyczne, pikniki archeologiczne, wioski garncarskie to znak ogromnych przewartościowań w globalnym świecie a nie „zacofanie” czy cepeliowski skansen.

Moja licencjantka, biotechnolożka… uczy się ręcznie (samodzielnie w domowych, manufaktorowych warunkach) przygotowywać kosmetyki (proszę zwrócić uwagę, że mimo światowego kryzysu, na kosmetyki popyt nie zmalał – kobiety zawsze chcą być piękne). To nie tylko taniej ale i bardziej przyjazne dla ludzkiego zdrowia oraz środowiska przyrodniczego (ogranicza zbędny transport). Te naturalne, ręcznie robione kosmetyki są unikalne, krótkoterminowe (do trzymania w lodówce) i lokalnego spożycia, konsumowania, wymagają wiedzy kosmetyczno-biologicznej. Ale młodzi ludzie myślą o wykorzystaniu swojej wiedzy biotechnologicznej, bazującej na nowoczesnej wiedzy i lokalnej różnorodności biologicznej. Dokształcając się szuka czegoś wyjątkowego, specyficznego dla regionu. Zioła zbierają nie starutkie, pomarszczone babcie z chatki pod lasem, ale młode i dobrze wykształcone kobiety, znające świat z wycieczek i staży zawodowych.

Nasza warmińsko-mazurska smart specjalization rodzi się w oparciu o wiedzę, wyksztalcenie, bioróżnorodność i… rękodzieło. W oparciu o dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze regionu. W parciu o rękodzieło, rozumiane jako małe przedsiębiorstwa.

Lokalność, prowincjonalność i rzemiosło jest punktem wyjścia. Pozwala koncentrować się na prostych przyjemnościach takich jak posiłek z naturalnych produktów (a nie wysoko przetworzonych półproduktów z supermarketu) czy spacer po parku (tylko te parki w miastach muszą być!) lub urokliwych kawiarenkach w zabytkowej przestrzeni miejskiej (Starówka to nie budka na parkingu!).

Czytanie książek w domu jest prawdziwym luksusem, indywidualnym, niepowtarzalnym. Podobnie jak domowe pieczenie chleba, warzenie piwa, szycie lalek, dekorowanie techniką decuopage „odpadowych”, pokonsumpcyjnych opakowań, malowanie butelek. Ci którzy potrafią tak spędzać czas to szczęściarze (elita) i mniejszość w społeczeństwie, pracujących po godzinach, aby zapłacić za to, co sami nie mają czasu zrobić. Zapracowana większość to ludzie, którzy płacą za opiekunki, bo sami nie mają czasu pobyć z własnymi dziećmi, nawet poprzytulać się. Płacą na kiepskie jedzenie, bo sami nie mają czasu przygotować posiłku.
Płacą za rehabilitacje i grupy terapeutyczne bo ich dzieci nie mają czasu nawet pobawić się na podwórku.
Zapomnieli się w pogoni za sukcesem i pieniędzmi, popadli w rutynę i są przepracowanymi pracoholiklami, konsumującymi jednorazową tandetę, powstającą nierzadko w wyniku pracy niewolniczej, wyzysku dzieci czy rabunkowego niszczenia środowiska.
Udajemy, że nie widzimy, bo taniej?

Wszystko co powstaje na masową skale, jest adresowane do mas. Jak pomyje do świńskiego koryta (kto dba o jakość i smak? Ma tuczyć szybko i tanio). W odróżnieniu od wyrobu luksusowego, który jest unikalny, indywidualny, niepowtarzalny, wyjątkowy, przygotowywany w zakładach rzemieślniczych, krótkich seriach i w dobrze rozumianej formule pracy rękodzielniczej.

Luksus jest lokalny, prowincjonalny i unikalny.
A prowincjonalność i rękodzieło jest awangardą nowego stylu życia.

skarpeciak_profesorek

Tak jak coraz liczniejsze spotykanie się ludzi w bibliotekach, domach kultury, aby wspólnie pobyć ze sobą i zrobić coś unikalnego, twórczego. Kiedyś „baby” spotykały się na darciu pierza i łuskaniu fasoli. Teraz obie płcie, starzy i młodzi na wspólnym tworzeniu rękodzieła, czy tylko na „pobyciu ze sobą”. Biblioteki, szkoły i domy kultury na prowincji stają się unikalnymi kondensatorami życia lokalnego i społecznego. Tam rodzi się nowy, przyszły świat.

O deszczu co trawniki w Olsztynie wypłukuje i zamienia w polbrukowe klepiska

W dawnych, peerelowskich czasach wielkiego niedosytu towarów a przesytu propagandy, w czasie harcerskiego zlotu na polach grunwaldzkich uroczyście wywieszono czerwone flagi Związku Radzieckiego. Flagi były z jedwabiu. I po nocy zniknęły. Lud musi się w coś ubierać, a jedwabna bluzka to jest coś!, nawet jeśli czerwona. Naród się ucieszył ale organizator miał wielki kłopot, bo jak wytłumaczyć to polityczne zdarzenie? Harcmistrz całą noc się biedził, a rano napisał raport, wyjaśniający zniknięcie flag Wielkiego Brata: "Na cześć towarzyszy radzieckich flagi wyłopotały się na wietrze."

Przez długie lata, myślałem, że ta epoka dziwacznej frazeologii odeszła w niepamięć. Ale gdzież tam, przetrwała w refugiach działaczy samorządowych i drobnych lokalnych biznesmenów. Kreatywność nie mniej twórcza niż ta z dawnych czasów. Ciekawiście? No to opowiem (zdjęcia są ilustracją niezwykłego zjawiska, zaobserwowanego w Olsztynie).

Kiedy przed rokiem kończono rewitalizację Placu Jedności Słowiańskiej, cieszyły solidne chodniki z polbruku i kostki granitowej, oraz projektowana zieleń i ławeczki. Na pewno sporo kosztowała ta inwestycja. Ale przed restauracją Malta Cafe, w miejscu projektowanych trawników było błocko, powstałe w wyniku notorycznego parkowania samochodów. Widok żałosny. Jak mi ktoś powiedzieł, że nawet właściciel a jednocześnie olsztyński radny – w taki łamiący estetykę, założenia inwerstycyjne i szacunek dla zieleni sposób samochodem swoim parkował. Spacer w walentynkowy dzień pokazywał niemiły widok dewastowanej przestrzeni Starego miasta (czytaj więcej na ten temat).

O nie, tego to za wiele. Restauracja podobała mi się, miała sympatyczny wystrój. Ale za takie niszczenie przestrzeni miejskiej podjąłem decyzję – moja noga tam więcej nie postanie! Możecie nam zastawić Starówkę samochodami wzdłuż i w szerz, możecie arogancko pokazywać, że władza może więcej, ale my klienci możemy zagłosować nogami.

Latem, przechodząc obok wspomnianej restauracji, w miejscu trawnika zauważyłem ustawione ogródki letnie, a ziemię "estetycznie" przykryto płytą paździerzową (zdjęcie wyżej). W innym miejscu Placu Jedności Słowiańskiej, inna restauracja zajęła cały chodnik, lokując tam swój ogródek (zdjęcie poniżej). Po co wydawano duże pieniądze na odnowienie skweru, położenie granitowej kostki, kiedy przestrzeń jest zupełnie inaczej wykorzystywana? A w zasadzie zawłaszcana z utrudnieniem funkcjonalnego korzystania z jakże nielicznych terenów zielonych?

Cóż zrobić? Można jedynie wewnętrznie przeżywać dewastacje na oczach władzy i prawa. Jakże dziwią sytuacje, gdy młodych ludzi, chcących zrobić jednorazowy flashmob od razu policja przegania, pod pretekstem utrudniania przejazdu samochodów (czytaj na ten temat). A tych źle zaparkowanych samochodów nikt nie rusza i kierowców nawet nie upomina…

Kilka dni temu, na mojej tablicy Facebookowej pojawiła się reklama Malty Cafe, z oferta smakowitych dań. Napisałem więc to, co mi od dawna na sercu leżało, żeby wiedzieli co i dlaczego odstrasza im klientów (więc reklama nieskuteczna):

„I tak tam moja noga nie zawita – za te niszczone trawniki przed lokalem, zaparkowane samochody i dyktę na trawie. Nie szanujecie otoczenia, nie warto u Was bywać.”

Użytkownik Malta Cafe (może sam właściciel?) tak mi odpisał „troszkę się Pani mija z prawdątrawników nigdy tam nie było… zaraz po zakończeniu prac w ubiegłym roku była pamiętna ulewa, która sparaliżowała komunikację w mieście, a z miejsc o których Pan wspomina została wypłukana cała nowo nawieziona ziemia, która spłynęła na ulicę Pieniężnego… chyba projektant tego terenu nie uwzględnił takich "anomalii" jak ulewny deszcz… oczywiście ma Pan prawo mieć inne zdanie…” (podkreślenia S.Cz.)

Szczyt tupetu i arogancji? A może kreatywność w stylu flag, co się na wietrze wyłopotały? To te samochody, które tam widziałem, kołami niszczącymi trawnik, to był deszcz (pamiętna, notoryczna ulewa)? Ta dykta starannie i szczelnie zakrywająca trawnik (żeby stoliki i krzesełka z ogródka letniego równo stały), to był deszcz i anomalia? No tak, radny jako właściciel restauracji może więcej, a my możemy mu nagwizdać. Może nas nawet przekonywać, że to deszcz….

Wczoraj poszedłem ponownie z aparatem. I co widać? Znowu anomalia pogodowa (dwa zdjęcia górne i to na samm dole). Trzeba mieć tupet publicznie wypisując farmazony o ulewnym deszczu i anomaliach pogodowych, gdy w tym samym czasie samochody parkują na trawniku. Zupełnie bezkarnie…

Nie mijam się z prawdą, co próbuje zarzucić mi Malta Cafe, pod swoją reklamą. Tak, trawników tam nigdy nie było, bo zanim w miejscu dla nich przeznaczonym mogły wyrosnąć, już zostały zniszczone. I nie ulewą, ale kołami samochodów. Kiedyś do Malty Cafe chodziłem, ale po tych naocznie widzianych dewastacjach zieleni, po prostu przestałem. Mogę niewiele (bezsilność wobec zaborczej dewastacji), ale głosuję nogami i innym będę odradzał koszytanie z tej restauracji.

Na Facebooku Malta Cafe napisał(a) „Chyba jednak nie dysponuje Pan pełną wiedzą… ulewa spowodowała wypłukanie ziemi… było to zresztą zgłoszone w Miejskim Zarządzie DiM… a teren ten nigdy po tej nawałnicy nie był naprawiony… Poprzedni dyrektor MZDiM stwierdził, że kąt nachylenia drogi prostopadłej od ul. Prostej powoduje, że ilość spływającej wody w tym kierunku nie jest odbierana przez studzienkę, wobec czego woda przelewa się dalej w kierunku ulicy Pieniężnego… wystarczy to sprawdzić w trakcie lub zaraz po deszczu… takie są fakty… ma Pan oczywiście rację, że ten skwerek nie wygląda estetycznie… jednak chcielibyśmy zaznaczyć, że nie jest to nasz grunt a więc nie możemy nic na nim robić bez zgody… Zdaniem poprzedniego dyrektora jest to błąd, że jest tam ziemia, bo będzie stale wypłukiwana… zastanawiał się czy nie lepiej będzie tam wstawić "polbruk ażurowy" aby trawa i ziemia mogła się ostać… miało to być zrobione kiedy będzie to tylko możliwe… Podsumowując miejsce, które Pan opisuje nie wygląda najlepiej i myślę, że nie jest to wina parkujących samochodów, tylko błąd w planowaniu i nieuwzględnieniu nachylenia długiej ulicy…”
(podkreślenia S.Cz.)

No tak, polbruk, specjalność Olsztyna, nawet na trawniku. Ażurowy? Aaaa, żeby się opony zaparkowanych samochodów o błoto nie pobrudziły? I to w majestacie miejscowej władzy i ratuszowych urzędników. No tak, ale kto "podskoczy" radnemu?

Nie wasz grunt, ale wasz ogródek letni tam stał. Błąd w planowaniu? Ale nie względem nachylenia gruntu tylko ambicji lokalnych biznesmenów i radnych. Dziwicie się potem, że w Olsztynie turystów ubywa. A kto na parklig z polbrukowymi trawnikami będzie przychodził? Jasne, na arogancję nic się nie poradzi… można codziennie głosować nogami a od czasu do czasu przy urnie.

Na cześć lokalnej władzy i starówkowych biznesmenów trawniki wypłukały się na deszczu.

Studencki Harlem Shake na UWM – to coś więcej niż głupawa zabawa

Nie milkną internetowe głosy oburzenia i zachwytu nad wczorajszym, studenckim Harlem Shake. Proste relacje prasowe pokazują studencki happening (może raczej flashmob) jako zabawę. Patrząc z tej perspektywy można rzeczywiście odbierać jako bezwartościowe wygłupy:

  • „do nauki głąby!” (Prof dr hab inż)
  • „Smutno mi to stwierdzić, ale jak się patrzy na młodzież/studentów to aż strach pomyśleć co się stanie z naszym krajem za parę lat. W moim odczuciu społeczeństwo w Polsce głupieje, szkoda!” (Rubika)
  • „To są studenci? Moja 10-cio letnia córka jest inteligentniejsza!” (Pan).
  • „Wstydzę się, że studiowałem na UWM… Dzięki takim nierobom.” (Iceman)

Nieliczne są głosy, objaśniają tę wyrywkowo pokazaną rzeczywistość:
„Przykre są niektóre komentarze, ludzi oceniających innych bez wyraźnego powodu. To była zabawa, forma zrzeszenia, niezapomniany moment, który ktoś próbuje zniszczyć swoim jadem. Pomyślcie o tym, jacy sami jesteście. Uczestniczyłam w tym, nie jestem bezrobotna, chodzę na wszystkie zajęcia, dorzucam się do rachunków i nie zachlewam się codziennie na umór. Za nieuka też się nie uważam, co miesiąc dostaję stypendium naukowe. Pozdrawiam serdecznie i życzę więcej uśmiechu i szacunku do innych, oraz odrobinę zabawy:)!!” ( Ola)

Być może to wina mediów, że w pośpiechu pokazują tylko wyrwaną z kontekstu powierzchowność. Nie starcza czasu na objaśnianie rzeczywistości? W sumie to czytelnik sam powinien umieć interpretować i rozumieć rzeczywistość…. Ale widać z tego również ogromną potrzebę objaśniania świata, dziejącego się wokół nas. Potrzebujemy nie tylko wiedzieć (być informowanym) ale i rozumieć (potrzebna objaśniania, głębszego rozumienia zjawisk wokół nas się dziejących). Informacje medialnie łatwo przygotować, znacznie więcej czasu potrzeba na objaśnianie, interpretowanie itd. Ale nie wolno tego trudu zaniechać, ani przez media, ani przez środowisko uniwersyteckie. Uniwersytet to nie tylko szkoła zawodowa, ale miejsce poznawania, interpretowania i objaśniania świata we wszystkich jego wymiarach.

Do pełniejszego zrozumienia opisywanego happeningu warto sięgnąć do genezy wszorajszego wydarzenia. Kilka dni temu młodzi ludzie skrzyknęli się przez Facebook (czyli potrafią wykorzystywać internet i dostępne narzędzia do komunikacji), żeby nagrać takiego Harlem Shake na olsztyńskiej starówce, przed pomnikiem Mikołaja Kopernika. Zebrało się sporo osób, ale szybko policja „przegoniła”… bo potrzebne jest ponoć zezwolenie od władz miasta. (czytaj informację).
Trochę to dziwne i niezrozumiałe. Zbędna nadgorliwość policji, bo przecież chwilowe tamowanie ruchu na Starym Mieście to żadem problem. Okazuje się, że nikt nie ściga źle zaparkowanych samochodów, ale ludzi bawiących się to i owszem. Starówka ma być parkingiem a nie miejscem dla ludzi?

Tak więc studencki Harlem Shake na terenie miasteczka uniwersyteckiego ja odbieram jako swoisty pozytywny bunt młodych ludzi. Dobrze również, że uniwersytet może być oazą dla takiej spontanicznej zabawy, nie wymagającej zbytniej biurokratyczne papierologii.

Ale czy tylko zabawy?
Niby zabawa, ale uczą się pracy zespołowej, motywowania i przekonywania do działania (takich elementów brakuje wielu poważnym reformom rządowym, samorządowym, uczelnianym). Taniec głupawy (mnie się zupełnie to nie podoba) ale happening i działania jak najbardziej są sensowne i wartościowe. Oceniajmy więc treść i sens a nie tylko "okładki". Pokazali, że potrafią szybko coś zrobić. Skoro mogą jakiegoś "szejka", to potrafią i więcej oraz sensowniej. Tacy studenci to skarb, tylko trzeba spojrzeć głębiej a nie powierzchownie.

Podziwiam studentów za tę akcję. Wcale nie dlatego, że jest jakaś ambitna artystycznie. Podziwiam za szybkość i skuteczność działania, za współpracę z mediami. To swoisty powiew świeżości i kreatywności. Kreatywności nie w tym, że impreza całkowicie oryginalna (powiela przecież popkulturowe i masowe wzory), ale w tym, że potrafią motywować się do działania, współpracować i skutecznie zakończyć. I nie przerażają ich administracyjne utrudnienia – jak nie drzwiami to oknem :).

W zakazie happeningu na Starówce i udanej akcji w Kortowie widzę swoisty symbol, tego jakim to miasto jest. Symboliczny brak przestrzeni publicznej do bycia razem, do budowania relacji międzyludzkich. I symboliczny bunt – i tak zrobimy swoje. Są więc ci młodzi ludzie jak fala, której żadne stetryczałe „wapno” nie zatrzyma.

Relacje z akcji:

Halesus czyli chruścik z rekultywowanego Jeziora Długiego w Olsztynie

halesujezdlugie

Kiedyś wysyłano papierowe listy, długo szły. Potem była poczta elektroniczna (znacznie szybsza). Teraz portale społecznością, takie jak Facebook, jeszcze bardziej ułatwiają komunikację międzyludzką. Nawet naukowcy coraz częściej z tej formy komunikacji korzystają. Dr Grzegorz Tończyk (Uniwersytet Łódzki) podesłał mi zdjęcie chruścika z zapytaniem czy to może być Halesus. Z wyglądu nawet może być (brakuje kilku drobnych szczegółów do całkowitej pewności). Przydatne byłoby siedlisko występowania (sfotografowania).

Okazało się, że zdjęcie zrobił olsztynianin Mateusz Sowiński. A chruścik pochodzi z Jeziora Długiego (w Olsztynie). Halesusy są gatunkami rzecznymi (potamobionty), w jeziorach spotykane są rzadko. A i to w dużych i raczej czystych. Halesus dygittatus był już wcześniej stwierdzony w Jeziorze Długim, tuż po udanej rekultywacji (zobacz publikację). Teraz uzyskujemy potwierdzenie dodatkowe.

Ta prosta obserwacja wydaje się być cenną informacją – wskazuje, że gatunek utrzymuje się w jeziorze czyli nie była to przypadkowa obserwacja i przypadkowe występowanie tego chruścika w jeziorze.

Naukowcy, za pośrednictwem także i Facebooka, utrzymują coraz szerszy kontakt z przyrodnikami-wolontariuszami, fotografującymi przyrodę. Coraz więcej jest osób przyrodniczo wykształconych, coraz łatwiejszy kontakt z naukowcami, co umożliwia szybką weryfikację gatunków. Korzystają obie strony.

Naukowcem lub przynajmniej współpracownikiem naukowca może zostać każdy. Nawet za pośrednictwem Facebooka. Każde, nawet najprostsze narzędzie, można sensownie wykorzystać.

Toruń – miasto akademickie

Na jeden dzień wpadłem do Torunia, odwiedzić studiującego syna. Toruńska starówka nawet w ponury zimowy i przed-przedwiosenny dzień wygląda pięknie. W porównaniu z tą olsztyńska jest dużo większa. A mimo to ruch samochodów znacznie ograniczony. Pieszy nie ma problemu z chodzeniem po chodnikach jak i deptakach. Może dlatego tak dużo w Toruniu turystów o każdej porze roku? I to co zwraca uwagę, to dużo normalnych sklepów i małych piekarni. Przecudny klimat. Duży rynek wypełnia się przechodniami i małymi straganami, a nie parkującymi samochodami. Podobnie ze staromiejskimi uliczkami.

Pośród ulicznych sklepów moją uwagę zwróciły liczne księgarnie i antykwariaty. I co najdziwniejsze, mimo że małe to znakomicie zaopatrzone w książki naukowe i akademickie (popularnonaukowe także). Choć nie zamierzałem to i tak sporo pieniędzy na książki w Toruniu wydałem… Liczne i dobrze zaopatrzone księgarnie wskazują jednoznacznie, że jest to miasto akademickie. Księgarze znają się na swoim fachu i dobrze swoje sklepiki zaopatrują. Duży wybór wskazuje, że są czytelnicy. Klimat akademickiego miasta czuje się w wielu miejscach. Nie trzeba szumnych nazw i haseł, wystarczy spacer po mieście, aby poznać, że jest się w mieście akademickim.

Piszę to wszystko z myślą o Olsztynie. Niby miasto uniwersyteckie – tak nawet radni uchwalili – ale na ulicach tego nie widać…