Przestrzeń dobrze zorganizowana do studiowania

Niedawno odwiedziłem służbowo Poznań. Urzekł mnie Wydział Biologii UAM. Dobrze przemyślana i wykonana, użyteczna przestrzeń do studiowania. Już w holu czuć atmosferę biologii, z licznymi roślinami niczym w palmiarni. Duży przestronny hol jest niczym uliczka w małym miasteczku. Funkcjonalnie oddzielona przestrzeń pracy zawodowej od sal dydaktycznych i przestrzeni wspólnej i integracyjnej.

Po wejściu widać bibliotekę, miejsca do posiedzenia i sympatyczny bar z normalnym jedzeniem. Nie tylko jakaś kawa z automatu, batony czy kanapki, ale normalne obiady. Jest gdzie siąść, podyskutować, po prostu pobyć.

Skąd taka dobrze zaplanowana przestrzeń? Bo pracownicy "czujący" istotę uniwersytetu współpracowali z architektami. Dzięki temu udało połączyć się funkcjonalność z nowoczesnością.

Uwagę moją zwróciły drobne ale istotne szczegóły. Na przykład proste kosze do recyklingu, stojące przy bufecie. To jest praktyczna nauka przez działanie w zakresie ochrony środowiska. Lepsze to niż niejeden wykład czy wielkie słowa. Na takie proste rozwiązania nie trzeba wielkich funduszy. Potrzeba tylko empatii i wyobraźni. I autentyczności a nie powierzchowności słownej.

W sądziedztwie "ulicznej kawiarenki" jest wydzielona przestrzeń w formie klubu profesorów. Łatwo się spotkać na kawie między zajęciami w przestrzeni wspólnej i neutralnej, jak i łatwo zorganizować spotkanie po obronie doktoratu, konferencji czy innym zabraniu naukowym.

Wydział Biologii UAM zachwycił mnie, zdawało by się, normanością. Ale tej wyobraźni nie wszędzie starcza. W naszym Collegium Biologiae na przykład jest nowoczesna toaleta dla niepełnosprawnych. Niby wszystko zgodne z europejskimi standardami, ale… dostęp do tej tolaety jest tylko przez schody. Są miejsca w tym budynku, gdzie toaleta dostępna jest z windy i z podjazdu, ale tam akurat są zwykłe. Komuś po prostu zabrakło empatii i skoncentrowania się na użytkownilku a nie na swoim "genialnym" projekcie i oderwanych od całości szczegółach. U nas też jest sympatyczny bufet…. ale żeby do niego dojść, trzeba najpierw wyjść z budynku (dostęp przez aulę jest niefunkcjonalny: bo albo zajęcia trwają, albo drzwi zamknięte). Jest to uciążliwe w czasie zimy czy deszczu.

Jeszcze gorzej mają w Krakowie, tam też zbudowano nowoczesny budynek dla biologii… ale dojście z pokojów pracowniczych do sal dydaktycznych jest przez podwórko. Z preparatami szczególnie trudno przedostać się zimą czy w czasie deszczu. Niby wszystko jest, ale w całości daje to niefunkcjonalny bubel.

Prawdą jest stwierdzenie, że wyobraźnia ważniejsza jest od wiedzy (wiadomości). Bo bez wyobraźni nie potrafimy puzzli pojedynczych informacji ułożyć w sensowną całość.

Studiowanie nie jest tylko przebywaniem i słuchaniem na wykładach. Studiowanie jest samodzielnym poznawaniem, spotykaniem się z ludźmi (zarówno pracownicy jak i inni studenci) jak i z książkami.

Nie ważne gdzie studiujesz, ważne kogo spotykasz! A dobrze zaplanowana przestrzeń takie spotkania może ułatwiać lub… utrudniać. Do dobrej przestrzeni uniwersyteckiej nie wystarczą same pieniądze i nowoczesne budynki. Potrzebny kapitał ludzki i przestrzeń do pełnego studiowania. Potrzebna więc współpraca architektów z pracownikami, którzy mają rzeczywistą wiedzę o funkcjonowaniu uczelni i jej wszystkich elementów. I potrzeba empatii.

Atrapa zwana USOSem czyli o kształceniu informatycznym na uniwersytecie

Dlaczego czasem udogodnienia informatycznie nie ułatwiają pracy? Wszystko bierze się chyba z braku zaufania do ludzi, nie do maszyn ale właśnie do ludzi. Wykorzystywanie urządzeń niezgodnie z przeznaczeniem może prowadzić do błędnych wniosków. Jeśli kupić sobie samochód i jeździć po mieście na pierwszym biegu, to przecież nie jest szybciej niż poruszanie się pieszo a dodatkowo jest dużo droższe. Czy samochody są beznadziejnymi urządzaniami czy tylko w tym przypadku niewłaściwie używanymi?

USOS to taki system informatyczny, który miał ułatwić i usprawnić pracę oraz prowadzenie dokumentacji, związanej z tokiem studiów. I na niektórych uczelniach tak właśnie jest (nawet polskich!). Na mojej uczelni nie. Już trzeci tydzień zajęć nowego semestru, loguję się w USOSie a tam… nie ma planu zajęć. Plan mam ale w wersji excellowsko-papierowej, doraźnie zmieniany i ręcznie układany. Przypomina mi się widok z końca XX w. na Białorusi, gdzie w sklepie obok kasy elektronicznej leżały liczydła i sprzedawczyni nimi się posługiwała (kasą też, więc było dłużej i uciążliwiej).

Dlaczego w moim USOSie planu zajęć nie ma? Bo po prostu nie ma w systemie stałych zajęć i nie ma wyboru zajęć dla studentów, tak jak to jest na niektórych innych uczelniach (nie włączono takiej opcji). Wybór zajęć jest biurokratyczną fikcją, studenci nie wykorzystują USOSa do zapisywania się na zajęcia itd.

"Moje sprawdzany"? Nie ma, bo nie ma zajęć i grup przypisanych. Pojawią się za jakiś czas. Pani z dziekanatu ręcznie wpisze (a przecież studenci sami by wpisując się na zajęcia plan zajęć i grup ustalili). „Edycja przedmiotów” – nie masz uprawnień. Przedmioty edytuję w innym programie Sylabus. Ponoć mają być zintegrowane. Działają tylko protokoły zaliczeń. Ale widzę tylko te stare. Nowe, na ten semestr, pojawią się zapewne gdzieś w połowie semestru. Albo i później.

Wstawianie ocen studentom, aby zachować dane osobowe i umożliwić śledzenie postępów (przecież nie będę wywieszał na kartce na drzwiach!)? Nie ma takiej opcji. To znaczy w programie jest, ale jeśli dane nie są wprowadzane (tylko ręcznie, pod kontrolą) to i system nie działa. Ani studenci nie mają pożytku z takiego USOSa ani pracownicy. Podwójne księgowanie…

Elektroniczny indeks? Że niby tylko tu wpisuję a papierowy zniknie? To tak jak kupić sobie samochód i jeździć na pierwszym biegu. Niewiele pożytku a męka wielka.
Jest adres mailowy i godziny konsultacji.

USOS mógłby już działać od kilku lat, tak jak na niektórych innych uczelniach. Jeśli nie działa, to szukamy innych rozwiązań.

Widoczna jest ucieczka do innych, pozauczelnianych systemów, Ututi.com, academio.pl czy ostatnio Facebook. Tam znajduję szybki kontakt ze studentami, informacje, pliki z notatkami z wykładów, przydatne linki. Czyli wszystko to, co mogło by być w USOSie (i tam, gdzie w pełni wykorzystany, to pewnie tak jest), ale nie ma.
Jednym słowem atrapa cyfryzacji i nowoczesności. Bo to nie tylko o sprzęt i program chodzi ale o mentalność i zmiany …. w myśleniu władz różnego szczebla i samych naukowców.

Dlaczego nie działa? Bo nie ma zgody na rzeczywistą wybieralność zajęć. A bierze się to z braku zaufania do studentów, że potrafią sami pokierować swoją edukacją w ramach zakreślonego programu i uczelnianej oferty. Bo studenta traktuje się nie jako podmiot ale jako przedmiot do zdobywania pieniędzy z ministerstwa. Bo w końcu jest to strach przed uwolnieniem systemu – lepiej wszystko trzymać w garści pod kontrolą – przecież ktoś mógłby wydrzeć nam godziny.

Czyli brak zaufania i do studentów i do współpracowników, których traktuje się jako rywalizujących i czyhających na pracę konkurentów. Gdzieś w oddali jest system nauczania i troska o efekty. Brak zaufania wynikający ze strachu. I jest atrapa cyfryzacji.

Są w planie narzucone obowiązkowe zajęcia pt. ”technologie informatyczne”. Po co? Gdy na mojej sali brak dostępu do internetu (eduroam nie sięga). Tak jak informatyka w szkole. Uczenie rzeczy niepotrzebnych. Uczelnia nie jest samotną wyspą na oceanie, izolowaną od świata realnego. Dwa równolegołe światy mało przystające do siebie: ten uczelniany i ten normalny? Dlaczego obowiązkowe zajęcia z cyfryzacji? Bo nie ufamy podwładnym, że kształcenie informatyczne na zajęciach będzie się odbywało. Nie ważne efekty, byleby w planie było biurokratycznie odfajkowane, że jest.

Podobnie z przedmiotem „Etykieta” w wymiarze 2 h. Psuje plan, bo nie wiadomo jak takie michałki umieszczać. Taki obowiązkowy podatek, załatwianie komuś godzin lub biurokratyczna iluzja. Czy nie lepiej uczyć etykiety przy okazji innych zajęć? Czy nie lepiej przekonać pracowników, że jest to ważny element kształcenia i żeby uwzględnili te elementy na swoich zajęciach? Wpisać efekt i sprawdzać czy jest realizowany. Tylko teoretycznie proste, tak jak program komputerowy. Ale znowu brak zaufania do pracowników. Na pewno oszukają, na pewno nie zrobią, trzeba na sztywno narzucić. Nawet atrapę. Byleby było, jak łazienka u Solskich.

Do USOSa nie zaglądam częściej niż 1-2 na semestr. No bo i po co? Brak planu, brak możliwości bieżącego wystawiania ocen i komunikowania się ze studentami (przed kocem semestru dostane przypomnienie o ostatecznym terminie wpisywania ocen do protokołu w USOSie). Do Facebooka zaglądam często, nawet codziennie. Bo i studenci tam zaglądają, wystarczy założyć grupę (taką jak na zajęciach), aby udostępniać im notatki z wykładów, informować, dyskutować, a przy okazji siebie i ich nie tylko uczyć ale i wdrażać do cyfryzacji. I do realnego funkcjonowania w normalnym, codziennym świecie. Nawet wtedy, gdy nie jest to umieszczone w planie. Takie tam elementy e-learningu, realizowane w oparciu o dostępne zasoby open source. To przy okazji przygotowywania do działania w realnym świecie.

Lepiej używać technologii i realizować efekty kształcenia a nie wypełniać godziny. Bo to ostatnie to wiara w plan i słowo – jak zapisane to będzie. Iluzja. Nie opowiadać o budowie samochodu tylko uczyć jeździć! Nie opowiadać o technologiach komputerowych tylko stworzyć warunki do korzystania z nich. Na uczelni a nie prywatnie, na własną rękę (bo wtedy po co jest uniwersytet studentowi? tylko dla "papierka"). Bo student nie ma szansy się nauczyć. No może trochę.

Młodzież w szkole a studenci na uczelniach w radzeniu z nowymi mediami zostali zostawieni sama sobie. Co prawda odbywają się zajęcia z informatyki w szkole, ale są one cokolwiek oderwane od funkcjonalności. Wynikają z mentalności, że jeśli jakiejś umiejętności potrzeba, to wprowadzamy przedmiot o tej nazwie. Nie jest to skupienie się na efektach a na przedmiotach (wychowanie seksualne, wychowanie patriotyczne i wiele innych dziwacznych pomysłów). Na uczelniach bywa jeszcze gorzej. Jest to skupienie się na biurokratycznym i papierkowym „jest” a nie na procesie i rzeczywistych kompetencjach. Wiara w moc sprawczą słów i nazw przedmiotów. Wystarczy wprowadzić odpowiedni przedmiot a sprawa rozwiązana. W rezultacie puchnie plan zajęć i liczba obowiązkowych zajęć a studenci nie mają czasu na samodzielne studiowanie: wybierania i poszukiwanie.

Bezprzewodowy internet nie wszędzie jest dostępny w Kortowie, nie we wszystkich budynkach. Jest to więc uczenie w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości. Znacznie efektywniejsze byłoby tworzenie warunków do normalnego i oczywistego korzystania…. na wszystkich zajęciach i poza zajęciami. Tak jak w indyjskich slumsach wystawiony komputer na ulicy, nawet bez instrukcji, daje szansę nawet dzieciakom na szybko opanowanie umiejętności korzystrania z komoputera (czytaj więcej).

W czasie Nocy Biologów chciałem skorzystać z tablicy multimedialnej, która znajduje się na auli w Collegium Biologiae. Nie działała, bo nikt wczesniej nie korzystał. Z trzech zainstalowanych tablic multimedialnych na uczelni korzysta chyba jedna osoba. Taka kosztowna dekoracja. Ze swej natury co do korzystania powinna być zainstalowana na małej sali a nie dużej auli. Chciałbym się nauczyć wykorzystywania w dydaktyce takiej tablicy (nie tylko zresztą ja), ale nie mam okazji, bo na salach, gdzie mam wykłady i zajęcia takich urządzeń nie ma. Takie tablice działają już w wielu szkołach. Niebawem młodzież przyzwyczajona to tej pomocy dydaktycznej przyjdzie na studia…. A tam kreda, tablica i rzutnik multimedialny. Prawie jak skansen. Gdzie studenci mają się nauczyć nowych technologii? Na wykładzie o nowych technologiach?

Więcej nauczą się na pokazach wykonywanych w praktyce niż na kursie z prezentacji.

„Naprawdę nie uczymy czytania u szukania wiarygodnych źródeł w internecie, bo zazwyczaj sami nie umiemy.” To prawda, ale jak i gdzie nauczyciele akademiccy mają się nauczyć technologii informatycznych? Potrzebne jest więc stwarzanie warunków do nauczenia się przez kadrę, aby i technologie informatyczne i etykietę i ergonomię wprowadzać na dowolnych zajęciach a nie na specjalnie nazwanym przedmiotem.

Potrzeba większego zaufania do kadry a nie planów i nazw zapisanych na papierze. Inwestycja w kapitał ludzki nie jest abstrakcją. Ale, żeby nauczyciele akademiccy sami się uczyli nowych technologii informatycznych (przecież oceniani są za zupełnie coś innego), trzeba motywowania i przekonywania.

Bo jeśli pracownik nie jest przekonany, że warto, to wszelkie reformy pozostaną pięknie zapisane na papierze i rosnąć będzie pozorowana biurokratyczna sprawozdawczość a nie umiejętności studentów.

Nauczyciele są specjalistami od każdej formy komunikowania się, w tym nowoczesnym metod informatycznych. Muszą chcieć się tylko uczyć wraz ze studentami. I żeby internet bezprzewodowy był dostępny w każdej sali. Bo komputer, laptop czy tableyt przyniosą własny… Znacznie ważniejsze to niż jedno wielkie centrum a reszta… pozostaje pustynią. Podobnie z dostępem do zasobów bibliotecznych.

Przepracowani i bezrobotni

15036_10201000270642335_723715618_n

Kryzys ekologiczny mocno wiąże się z kryzysem społecznym. Konsumpcjonizm przynosi różnorodne skutki uboczne. Niezwykle ciekawa była lektura przemyśleń socjologa (właśnie skończyłem).

Rozwarstwienie społeczeństw postępuje, a przyczyną jest mit nieustannego wzrostu. W efekcie jedni są przepracowani a inni bezrobotni (całe pokolenie młodych ludzi bez perspektyw). Co zrobić, aby podzielić się pracą i podzielić się czasem wolnym? Jak wyrwać się z tego zabójczego pędu? W lutym w sklepach nie ma już odzieży zimowej ani wiosennej. Jest już letnia. Bo sklepy ścigają się w nowościach (być pierwszym i najaktualniejszym). A normalny człowiek, gdy chce coś aktualnie do pogody pasującego, to nie kupi. Musi myśleć z półrocznym wyprzedzeniem :). Absurd, którego handlowcy zdaje się nie widzą…

Ja próbuję zwalniać i odzyskiwać czas. Próbuję posiadać mniej a więcej żyć. Na razie niewielkie postępy. Siła bezwładu cywilizacyjnego jest duża. Jak rozpędzona ciężarówka jadąca ku skale…

Nie zrażam się, będę próbował dalej. Wielki post jest inspiracją :).

Dzielenie się myślami – ideał nauki

"Zawsze uważałem, że myślami trzeba się dzielić, a nie za nie płacić. Internet nie internet, tysiące ludzi powtarza dziś moje myśli, nie tylko mi nie płacąc, ale nawet się na mnie nie powołując. I ja się z tego cieszę: po to wszak myślę i po to piszę, żeby jak najwięcej ludzi to przeczytało i przyjęło. To jest moje powołanie, innego nie mam."

prof. Zygmunt Bauman

Powyższy ideał nauki stoi w sprzeczności do społeczeństwa konsumpcyjnego i rynkowego, gdzie wszystko jest na sprzedaż, wszystko traktowane jest w kategorii produktu i transakcji. Publikować czy patentować? Ten dylemat coraz mocniej wdziera się także w mury uniwersyteckie.

Wiedza i informacje mogą być spoiwem relacji międzyludzkich, ale także elementem transakcji. Codziennie dokonujemy takich wyborów (w sumie więc to od nas zależy, jak ten świat wygląda!). Po co pisać cokolwiek na blogu zamiast zamieniać w liczące się w dorobku (punkty, impact factor) publikacje? Z punkty widzenia produktu blogowanie jest bez sensu. Podobnie z publikacjami naukowymi – przecież lepiej opatentować i czerpać z wiedzy korzyści finansowe…

Praca zespołowa, uniwersytet i studenci

"Praca w grupie powinna być stałym elementem funkcjonowania studenta na uczelni. Logiczne prezentowanie swoich poglądów i wiedzy musi być niezbędne do zaliczenia semestru niezależnie od kierunku. Projekty, a nie zakuwanie trzy dni przed egzaminem, powinny się stać osią studiowania od pierwszego do piątego roku. W przeciwnym wypadku grozi nam powtórka w innym wydaniu z popularnych do niedawna zajęć z obsługi komputera prowadzonych za pomocą tablicy, kredy i gąbki.
"
(czytaj całość)

Leszek Jażdżewski

„Dzieci i nastolatkowie mają już inaczej funkcjonujący mózg niż poprzednie pokolenia: ma on trudności w relacjach międzyludzkich, a jest świetny w pozyskiwaniu informacji. Kto wie, czy ewolucja nie doprowadzi do stanu, gdy nie będziemy potrzebować więzi. Na razie jednak większość z nas samotne funkcjonowanie przerasta."

Ewa Chalimoniuk (Tygodnik Powszechny 24 lutego 2013)

I jeszcze jeden cytat oddający to, nad czym się ostatnio przy okazji zajęć zastanawiam:

"Każdy ekspert musi mieć dziś wiedzę z dwóch dziedzin – własnej, merytorycznej, i porozumiewania się z innymi. Bo żeby projekt ruszył, musi zostać ciekawie wymyślony i musi zebrać zwolenników. Jeśli którejś z tych rzeczy nie potrafisz, nie jesteś ekspertem naszych czasów."

Studenci są bardziej dojrzali niż  myślimy. Przynajmniej ci, z którymi ostatnio się spotykam. Chętnie podejmują próby trudnej pracy zespołowej i realizacji małych projektów, mimo że wymaga to od nich więcej pracy, wysiłku i czasu. Coraz bardziej jestem przekonany, że planując nowe kierunki studiów skupić się musimy nie tylko na treściach, jakie chcemy przekazać, ale i tworzeniu sytuacji, w których dojrzewać będą kompetencje studentów. Nie tylko więc co ale i jak.

Czy genologia to nauka o genach?

Nauka się rozrasta jak dryfujący kontynent. Przybywa naukowców, dziedzin i specjalizacji. W tak dużej liczbie pracujących aktywnie osób i dyscyplin urywa się kontakt a komunikacja natrafia na coraz liczniejsze bariery. Tak jak izolowane barierami geograficznymi czy ekologicznymi gatunki – język (języki?) nauki ewoluuje na osobnych wyspach. Trudno powiedzieć czy bardziej allopatrycznie czy sympatrycznie, bo naukowcy mówią coraz bardziej odmiennymi językami. I nie tylko o różne języki narodowe chodzi a o hermetyczne i specjalistyczne języki poszczególnych dyscyplin.

Naukowcy tak jak Adam, napotykane zjawiska nazywają (nadają im nazwy). Ale ponieważ jest wielu Adamów, żyjących na osobnych wyspach, ewolucja terminologii przebiega w mniejszej czy większej izolacji. Czasem tylko dochodzi do zaskakujących spotkań i odkryć niespodziewanych konwergencji.

Dla mnie przez lata genetyka była nauką biologiczną, zajmującą się dziedziczeniem i genami. Co prawda słowo „genetyczny” ma w biologii dwa znaczenia, pierwsze starsze i odnosi się do pochodzenia (nie tylko organizmów ale i innych obiektów przyrodniczych). Taki pewnie jest źródłosłów samych genów i genetyki. Obecnie jednak raczej genetyczny  utożsamiany z DNA i czymś, uzależnionym od genów. Pomijając  fakt, że w życiu codziennym jest to słowo-wytrych.

Jako biolog z zaskoczeniem spotkałem się z genologią, nauką humanistyczną, zajmująca się typami, rodzajami literackimi. Genetyka i genologia jakkolwiek mocno podobne, zajmują się  zupełnie czymś innym. Podobnie z entomologią, etymologią i enologią. Nawet w samej biologii fenologia to coś innego i nie związanego z fenetyką. Dlaczego jedne nauki nazywamy -logią a inne -tyką? Czy są jakieś podobieństwa między prawidłowościami ewolucji biologicznej i ewolucji kulturowej?

Pod tymi zawiłościami naukowej terminologii łatwo przemykają się inne ludzkie aktywności, które w nazewnictwie, niczym mimikra, upodobniają się, podszywają pod naukę. Przykładem jest rumpologia.

Konsiliencja, integracyjna jedność wiedzy, jest chyba nam potrzebna także jako duży projekt badawczy i wysiłek cywilizacyjny. Bo przecież nie tylko o ujednolicenie terminologii chodzi, Ważniejsze jest zintegrowanie teorii z różnych dziedzin (swoiste ułożenie puzzli, aby do siebie pasowały i dawały jeden obraz). Skoro świat wokół nas jest jednością, dlaczego nasza wiedza miałaby być tak mocno pofragmentowana i odizolowana od siebie?

O odczytywaniu referatów

Modne się stało narzekanie na nowe technologie cyfrowe, które zmieniają sposób myślenia. Smartfony, e-booki, laptopy, tablety oduczają czytania książek, uczą wielozadaniowości, podzielności uwagi i powierzchowności uczenia się. To wszystko prawda. Ale…

Kiedy upowszechniło się pismo i drukowane książki, wtedy narzekano, że pismo zabija pamięć i oducza sztuki komunikacji. Wcześniej, w kulturze oralnej (mówionej), przez setki tysięcy lat treści trzeba było zapamiętać i opowiedzieć. Sztuka opowiadania rozwijała się. Książki przyczyniły się do uwiądu retoryki i sztuki przemawiania. A przecież są to umiejętności na co dzień nam potrzebne. Czytając książki nie przestaliśmy mówić…

Od dawna na uczelniach i towarzystwach naukowych ugruntował się nawyk odczytywania wystapień (nawet termin "odczyt" na to wskazuje). "Czytać lekcje" to termin z języka rosyjskiego jeszcze dobtniej pokazuje skalę zniszczenia sztuki przemawiania. A przecież zupełnie inaczej odbiera się słowo mówione z obserwowanym językiem ciała, a inaczej słowo pisane (czytane). Przemawianie jest czynnością w zbiorowości i z bezpośrednimi interakcjami. Czytanie jest indywiduallizmem i samotnością: pisarz pisze w samotności, my czytamy w samotności.

Nie zamierzam dysktedytować książek i pisania – mają niewątpliwe walory, zalety i wniosły ogromnie dużo do komunikacji społecznej. Ale to dobrodziejstwo – jeśli jest nieumiejętnie stosowane, przynosi szkody. Przykład w artykule Leszka Jażdzewskiego:

"Opowiadanie bredni na wykładach, usypianie studentów monotonnym odczytywaniem przepisanych ze starych podręczników sentencji, wyręczanie się nimi na ćwiczeniach – gdzie ci prezentują fragmenty z Wikipedii – zamiast porządnego seminarium – to wszystko jest zarówno powszechne, jak i zupełnie bezkarne. Prawdziwi sadyści, którzy za punkt honoru stawiają sobie oblanie połowy roku, „bo mogą", stają się legendami wydziałów (chyba celują w tym prawnicy i lekarze), a kolejne roczniki studentów katują aż do śmierci. Swojej albo ich." (czytaj całość).

Wszystkie poradniki, dotyczące wystąpień publicznych zalecają mówienie a nie czytanie, np. "Wbrew panoszącemu się zwyczajowi wykładu nie nalezy czytać! Wykładowca może posługiwać się notatkami (co pozwoli mu trzymać się planu) ale nie czytać – bo skoro wykład jest czytany, to po co wykładowca?"*.

W czytaniu (odczytywaniu wcześniej w samotności napisanego tekstu) przodują humaniści i literaturoznawcy. Ale po co czytać, skoro studenci, słuchacze sami mogą to zrobić? Przecież nie są analfabetami! A internet stwarza zupełnie nowe i dawniej niewyobrażalne możliwości dostępu do tekstów napisanych i opublikowanych.

Nowe technologie także zmieniają nasz sposób komunikowania się i przekazywania wiedzy. Ale poza niewątpliwymi zaletami i nowymi możliwościami mają swoje wady. Zwłaszcza jeśli nie stosujemy ich zgodnie z przeznaczenim. Prezentacja multumedialna umożliwia wprowadzenie pokazywania obrazów, tekstów, animacji, filmów. Może dynamizować przekaz i wspomagać mówcę. Ale – tak jak kiedyś pismo – tak teraz multimedia pozwalają nam skupić się na sobie i samozachwycie z przygotowywania prezentacji. Pomagając rozpraszają mówcę.

Prezentację z wykładem przygotowujemy w samotnosci… a wygłaszamy w społeczności, w dynamicznej interakcji. Jeśli skupimy się na własnym dziele (tak jak kiedyś na zapisanych zdaniach) to stracimy kontakt z odbiorcą. Są więc sytuacje, gdzie wykładowca/prelegent czyta…. nie z kartki tylko z ekranu (lub monitora komputerowego). Tym się to różni od odczytywania z kartki, że widzowie widzą tekst. I nie patrzą na prelegenta.

Prezentacja multimedia (np. Power Point) ma i inną wadę – uwiązuje mówcę do linearnego przekazu, wynikającego z kolejności przygotowanych slajdów. Prezentacjo prowadź – tak skutkuje nowinkarska technika. Każde dobrodziejstwo ma swoje ograniczenia.

Tak, z całą pewnością nowe gadżety w postaci tabletów, smarfonów i temu podobnych coraz to nowszych urządzeń, niosą różnorodne zagrożenia i upośledzenia niektórych form komunikacji społecznej. Mają też niewątpliwe zalety. Sztuką jest ich użwać zgodnie z przeznaczeniem i docierać do sedna i sensu komunikacji i przekazywania wiedzy.

Sensem wykładu uniwersyteckiego jest dialog i spotkanie społeczne a nie odczytywanie monologu, czy to z kartki, czy z ekranu multimediów. Mówimy do ludzi a nie w ich obecności. Musimy tylko chcieć się komunikować i poznać odbiorcę. A reszta… to nie ważne czy z kredą, komputerem, czy z tablicą multimedialną. Treść jest ważniejsza od formy i mówimy do ludzi a nie w ich obecności.

A od poniedziałku zajęcia ze studentami, w tym autoprezentacja dla studentów biotechnologii, czyli sztuka przekazywania wiedzy na piśmie, ustnie i w… internecie. Sztuka naukowego komunikowania się.

* Agata i Jerzy Rzędowscy "Mówca doskonały. Wystąpienia publiczne w praktyce", Helion, 2009.

Artyści, śmieci i ludzie niepotrzebni

Artyści potrafią zmienić śmieci w coś pięknego, w dzieło sztuki. Bo nie surowiec jest ważny a sposób patrzenia na świat. A gdyby tak samo podejść do ludzi i dostrzec, że nie ma "śmieci", że tym zmarginalizowanym można przywrócić sens i ważność? Że odrzucone może być dziełem sztuki, czymś wartym zadumy?

Powyzsze zdjęcie zaczerpnięte z internetu, ryby wykonane z pustych butelek plastikowych (śmieci). Górne samodzielnie wykonane w Puszczy Kampinoskiej.