Akademicki ferment – między pokoleniem NEETsów i prekariatem

W kręgach nie tylko akademickich trwa coraz bardziej ożywiona dyskusja (przykład 1 Po co nam doktorat?, przykład 2 Niebezpieczne nieporozumienia w sprawach nauki). Klimat niemalże rewolucyjny. Mam wrażenie, że od wielu miesięcy wzrasta niezadowolenie, że coś jest nie tak jak powinno. Chyba potrzeba zmian dojrzewa, a różnorodne zmiany ciągle są wdrażane, praktycznie co roku, jedne mniejsze i kosmetyczne inne bardziej gruntowne (np. Krajowe Ramy Kwalifikacji, kategoryzacja uczelni). Czy wdrażane zmiany i programy naprawcze są niewystarczające? A może są wystarczające i właściwe tylko potrzeba czasu na efekty? Może lekarstwo zostało już podane i teraz trzeba tylko czekać na ozdrowieńcze efekty?

Temperatura społecznych dyskusji wokół uczelni wyższych, jak i wokół kształcenia, przypomina mi klimat roku 1989 i początek lat 90. XX w. Też był dyskomfort (z zupełnie innych powodów), gorąco dyskutowano i definiowano problemy i potrzeby zmian. Rok 1989 (i odzyskanie pełnej wolności)  umożliwił realizację wcześniej dyskutowanych pomysłów i planów uzdrawiania szkolnictwa wyższego. Skutek był taki, że powstało wiele nowych uniwersytetów, wiele nowych szkół, kształcenie wyższe  upowszechniło się i nabrało charakteru powszechnego. Remedium na pokolenie niewykształconych NEETsów wykreowało nowe pokolenie prekariatu. Kształcić się czy nie kształcić oto jest współczesne pytanie całego pokolenia.
A może nawet całego globalnego społeczeństwa?

Teraz też, jak przed ponad 20 laty, dyskutuje się o potrzebie zmian, ale tym razem mowa o nadprodukcji magistrów i nawet doktorów. Rośnie dyskomfort zarówno młodego pokolenia, prekariatu, ale i samych pracowników szkół wyższych. Akademicy boją się zwolnień i upadku swojej „branży” a studenci boją się "wykształconego" bezrobocia. Coś jest nie tak. Nie tak miało to być?

Może jeszcze nie wiemy co i jak zmienić, ale potrzeba zmian nabrzmiewa coraz bardziej – na co wskazują bardzo różnorodne dyskusje.

Ferment intelektualny młodego pokolenia, które szuka swojego miejsca w świecie i na rynku pracy, jest chyba coraz bardziej widoczny. Nie chcą być bezrobotnymi licencjatami, magistrami czy doktorami.
Ani bezrobotnymi profesorami :).

Znowu środowiska akademickie poszukują agory i miejsca do dyskusji. Dyskusja czysto akademicka, zamknięta w murach uczelni wyższych, jest niewystarczająca. Bo to problem całego społeczeństwa a nie tylko środowiska akademickiego i studentów. Uniwersytety nie istnieją w próżni i nie dla samych siebie. Szukamy więc dobrego miejsca, gdzie można się wypowiedzieć, posłuchać innych i podyskutować, zwłaszcza z ludźmi spoza branży. Wyżalić ale i poprzez słuchanie dowiedzieć się więcej i spróbować zrozumieć co się dzieje, spróbować zrozumieć rzeczywistość i nowe miejsce szkół wyższych.

Bańka akademickiego bumu edukacyjnego pęka (?) nie tylko w Polsce. Tak jak bańka spekulacji finansowych? Kupujcie, inwestujcie, bierzcie kredyty bo przyszłość jest wspaniała i tylko będzie nieustanny wzrost. Wzrost stopnia scholaryzacji wydawał się być napędzany rynkiem pracy i gospodarki opartej na wiedzy. Nowoczesna gospodarka potrzebuje specjalistów, w tym absolwentów z tytułem doktora. Mamy tabuny wykształconych i… zawiedzonych, bo nie ma wymarzonej pracy… Po co było się kształcić? Co za różnica czy być NEETsem czy prekariatem?

Co lepsze być pokoleniem prekariatu czy NEET sów? I ci bez pracy i perspektyw i ci. Ci pierwsi są bardziej aktywni i wierzą w wykształcenie…

Wróćmy do wcześniej cytowanego artykułu o nadmiarze doktorów.
Po co tylu doktorów?
Można podać trzy różne odpowiedzi:

1. Nadprodukcja doktorów wynika z konsumpcjonizmu. To uczelnie wciskają zbędne towary tak jak i inne firmy wciskają nam żelazka, pralki i roboty kuchenne. Marketing przekonuje, że trzeba, że jesteś tego wart, że to nowoczesne. Uczelnie w ten sposób zyskują pieniądze, w tym przypadku z budżetu państwa lub czesnego. Tak jak banki namawiają do kredytów konsumpcyjnych a fabryki do kupowania jeszcze nowocześniejszego komputera, pralki czy nowego programu komputerowego lub smartfona.

2. Nadprodukcja doktorów to zagrożenie konkurencją (dla już wypromowanych dokotorów i profesorów) bo w klasie merytokracji zrobiło się zbyt ciasno. Za dużo doktorów bo nam zagrażają. Nie ma tyle miejsc pracy na uczelniach ani stanowiskach kierowniczych, więc nowi doktorzy to dla starych zagrożenie.

3. Złe kształcenie. Nie jest za dużo doktorów jako takich tylko za dużo źle wykształconych (spadek jakości).

Może nie mamy za dużo ludzi wykształconych: licencjatów, magistrów czy doktorów, ale za dużo źle wykształconych i dlatego są bezrobotni? Zostali oszukani niską jakością, „chińską tandetą” lub też nieprzystawalnością dawnych wzorców kształcenia do współczesnych potrzeb. No masz (produkt tani i tandetny lub wykształcenie albo telewizor analogowy), ale ile to jest warte? Iluzja statusu. Telewizor, co się zaraz rozlatuje, wykształcenie co pracy nie daje…

Czy jest to więc problem nadmiaru wykształcenia czy nieprzystawalności wykształcenia do potrzeb? Pytanie zasadnicze a poprawna odpowiedź zdecyduje co dalej z uniwersytetami. A może inny model szkoły jest potrzebny do nowych czasów i stąd ten kryzys? Społeczeństwo wiedzy po prostu potrzebuje zupełnie nowych rozwiązań społecznych, bo stare, przykrojone do innych czasów zupełnie nie pasują. To oczywiście zupełnie inna opowieść, na kolejny wpis.

c.d.n.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s