Nie drażnij cewebryty, bo czasem mały dużo może

O roli influencerów i cewebrytach pisałem już wcześniej. Konsekwencją trzeciej rewolucji technologicznej i powszechnego dostępu do internetu jest fragmentacja wpływu i rozproszenie, rozdrobnienie wpływu (autorytetu, władzy itd.). Przez to trudniej kontrolować działania społeczne. Kiedy była jedna telewizja i dwie gazety można było użyć swoich wpływów, aby jakiś temat (materiał) zablokować lub zlecić swój "temat". Teraz jest to jak sterowanie mrówkami w mrowisku – trzeba niemalże każdą złapać.

Taka sytuacja bardziej demokratyzuje nasze społeczeństwo, bo trzeba się liczyć nawet z "małymi". Oni dużo mogą swoim uporem, zwłaszcza jak są cewebrytami… nawet dla swoich, przysłowiowych 15 fanów. Tyle tylko, że takich cewebrytów jest na pęczki i dlatego trzeba ich przekonywać, a nie im rozkazywać. 

Na zdjęciu wyżej trawnik przed restauracją Malta Cafe. Trawnik jest, bo toczyła się o niego swoista batalia publiczna takich małych cewebrytów (z oddźwiękiem w mediach). Pisałem i ja (czytaj na ten temat). Udało się przekonać, czyli nawet mały, jeśli uparty, dużo może. Przykład jeden z wielu.

Dlaczego mały czasem dużo może? Bo informacja w internecie rozchodzi się swoimi drogami. Przykład na ilustracji wyżej, jeden z artykułów (wpisów) z mojego bloga podlinkowany na portalu dużej, ogólnopolskiej gazety. Nie tylko każdy sam sobie komponuje własną "gazetę" i kanał informacyjny, ale i duże media czerpią coraz więcej z dziennikarstwa obywatelskiego i blogów.

W mediach (radio, telewizja a nawet prasa, czy obecnie internet) rosnące jest zapotrzebowanie na ludzi wypełniających czas antenowy (szpalty w gazetach, miejsce na portalu). Rosnący kontynent „zasobów” powoduje wzrost liczby „gatunków” i "osobników". Są zasoby do wykorzystania to i następująca kolonizacja tych zasobów występuje. Posłużyłem się przykładem z ekologii bo dostrzegam duże podobieństwo modelów. Większe zasoby to i więcej autorów, zwłaszcza jeśli są "darmowi" (łatwiejsza dyspersja).

Media wymyśliły i wykreowały celebrytów, internet wykreował mikrocelebrytów, czyli cewebrytów. Konsekwencją zwiększonego czasu antenowego (więcej równoległych stacji i kanałów, wielokrotnie przekraczających 24 h na dobę) jest przyspieszony cykl produkcyjny celebrytów: narodziny i uśmiercanie celebrytów, konsumowanie sław. To również można porównać do biologicznych alternatywnych strategii życiowych: gatunków długowiecznych i krótko żyjących oportunistów ekologicznych. Ci ostatni mają cechy szybkiej dyspersji i kolonizacji wolnych wysp siedliskowych.

Jeszcze bardziej efemerycznym gatunkiem celebryty okazał się celetoida – celebryta w kulturze tabloidów, jak jętka jednodniówka. Przy tak szybkim cyklu może odbiorca poczuć, że pewnego dnia i on będzie sławny (na kilka chwil, na przysłowiowe 5 minut). Celebryckość rotacyjna? Tak więc i ty możesz zostać celebrytą! Przynajmniej mikrocelebrytą.
Wielu próbuje poczuwszy buławę marszałkowska w plecaku.

Blogerzy w mniejszym czy większym stopniu są influencerami.
Wywierają wpływ. Jest ich zbyt dużo, wszystkich ani kupić, ani zastraszyć się nie da. Pozostaje tylko przekonywać. Jest to szansa na uzdrowienie życia społecznego i odwrotu od globalnej anonimowości i bezradności.

Mam wrażenie, że w naszym społeczeństwie brakuje umiejętności przekonywania. Widać to po władzy wszelkiego szczebla. Przekonywania i pozyskiwania przychylności można nauczyć się w wolontariacie – bo to sytuacje, gdzie nikogo do niczego nie można zmusić.

Im liczniej Polacy zaangażują się w wolontariat, tym szybciej nauczymy się kultury przekonywania a nie autorytarnego rozkazywania i wymuszania.

Mobilna interaktywność na wykładach

W epoce powszechnie dostępnego internetu i licznych urządzeń mobilnych oraz sytuacji dużych zasobów informacji, dostępnych szybko i łatwo w internecie, tradycyjne wykłady akademickie tracą sens. W zasadzie tylko część – bo już nie ma sensu proste przekazywanie informacji i wiadomości. Owszem, główną wartością będzie pokazywanie logicznego myślenia, uczenie interpretacji i selekcji informacji, wartościowania, motywowanie i pokazywanie sensu. Nic nie zastąpi spotkania z człowiekiem pełnym pasji i z dużym doświadczeniem. Nawet najlepsze technologie cyfrowe.

A co z prezentacją multimedialną? Na sali jest już pokolenie cyfrowo myślące i wielozadaniowe, mogą i lubią robić wiele rzeczy na raz. Szum na sali nie oznacza, że są niegrzeczni i nie uwazają. Gdy widzę laptopy i tablety na sali wykładowej, to zastanawiam się czy oni notują? I jak? Robią zdjęcia, zapisują? I jak ułatwić notowanie studentom?

Długo myślałem jak połączyć internet z prezentacją multimedialną, aby to co potrzebują, dodatkowego objaśnienia, szybko i sprawnie mogli poszukać w internecie. Pojedyncze słowa, trudne terminy mogą sobie samodzielnie googlować. Ale jak doprowadzić do dialogu? I chyba coś wreszcie wymyśliłem. Podawanie adresu url jest mało funkcjonalne, dużo literek i znaków, łatwo o pomyłkę. Ale może rozwiązaniem jest QR Code?

Spróbuję tak to przygotować i sprawdzę czy działa. Na razie nie wiem, czy smartfonem można odczytać kod z ekranu. Ale od czego jest eksperymentowanie? Na dodatek wspólnie ze studentami. Może i oni coś mądrego i znacznie efektywniejszego podpowiedzą. Oni są cyfrowymi tubylcami, ja tylko cyfrowym imigrantem.

Stała zmienność i facebookowa grupa Kocham Polską Przyrodę

Czytając o różnych wizjach rozwoju społeczeństwa i rozwoju edukacji, można odnieść wrażenie, że są to jakieś odległe, futurystyczne mrzonki. Może gdzieś, kiedyś ale nie tu i nie teraz. Po co więc nimi zawracać sobie głowę? Lepiej zając się starymi, utartymi wzorcami i rytuałami.

Coraz częściej jednak uświadamiam sobie, że to nie są mrzonki, że to jest coś, co właśnie się staje na naszych oczach. Potrzeba tylko refleksji, aby to sobie uświadomić.

Od początku lat 90. ubiegłego wieku jestem świadkiem reform i zmian w edukacji, zarówno na poziomie podstawowym i średnim (bo moje dziecko to przechodziło, a żona jest nauczycielką) oraz na uczelniach wyższych. Ciągłe zmiany rodzą frustrację i przypuszczenie, że źle te reformy są wprowadzane. Bo przecież gdyby zrobiono dobrze, to nie trzeba byłoby ciągle poprawiać i kolejny raz zmieniać… A przecież i ja studentom w dygresjach mówię, że świat się będzie zmieniał oraz zmienny będzie rynek pracy. Dlatego kompetencją kluczową jest umiejętność uczenia się.

Jedynym stałym elementem rzeczywistości jest i będzie…. zmiana. Ale mówiąc o tym mam wrażenie, że to będzie gdzieś daleko i dopiero kiedyś… A przecież ciągle doświadczam zmian, mniejszych czy większych. Jestem zmęczony tymi zmianami. Na horyzoncie spodziewać można się kolejnych, nawet bardzo głębokich. Nieustanne zmiany i nieprzewidywalny rynek pracy jest już tu i teraz. I tak już zostanie. Jedyną stałą jest zmienność. Zatem lekarzu ulecz się sam – jeśli chcę realnie przygotowywać studentów do zmieniającego się rynku pracy i zmiennej rzeczywistości, najpierw sam muszę się z tym pogodzić i nauczyć funkcjonować w takim zmieniającym się świecie…

O cyfryzacji także myślę jako o czymś odległym, czymś co dopiero nastąpi. Doczytuję o mobilnej edukacji, o e-learningu ale ciągle jako o planach, ciągle jako ten co się pierwszy przed szereg wyrywa…

Jakiś czas temu dołączyłem do facebookowej grupy Kocham Polską Przyrodę, gdzie pasjonaci przyrody umieszczają swoje fotografie, specjaliści z uczelni identyfikują (albo specjaliści nie z uczelni). Specjalistami są także… amatorzy. Ktoś napisał, że grupa ta jest najlepszym uniwersytetem przyrodniczym. Rzeczywiście, jest to sieć społeczna, ucząca się wzajemnie od siebie. Ilustrowana encyklopedia sieciowego dokształcania, skupiająca pasjonatów. Podobnych grup wzajemnego wspomagania i samokształcenia jest więcej, a niektóre przy okazji realizują proste projekty badawcze, np. w zakresie monitorowania bioróżnorodności.

Social media ze swoim autentyzmem poznawczym, silną wewnętrzną motywacją członków, z obecnością mentorów i tutorów naukowych, z dzieleniem się wiedzą, tworzy klimat dawnych towarzystw naukowych.
Jest to w kontraście z dawnymi, nobliwymi, tradycyjnymi towarzystwami naukowymi, które – można odnieść wrażenie – po prostu obecne uschły intelektualnie. Zdominowane są przez etatowych pracowników akademickich i straciły sens istnienia. Uwiąd spowodowany jest narastającą korporatyzacją i biurokratycznym awansem zawodowych członków. Brak jest granicy między zebraniami towarzystwa naukowego a służbowym zebraniem katedr, instytutu czy wydziału. Ci sami ludzie, to co za różnica jak nazwać i pod jakim szyldem się spotkać? Nazwa towarzystwa czasem jest dopisywane dla porządku biurokratycznego. Utrzymywane są te towarzystwa nierzadko dla awansu, bo dobrze jest wpisać, że jest się we władzach towarzystwa naukowego, prezesem, członkiem zarządu itd. I nie ma znaczenia czy towarzystwo jest tylko na papierze czy nie. W sprawozdaniach wiele można napisać. Przecież nie widać braku ciekawości i chęci spotykania się, dyskutowania. Są chlubne oczywiście wyjątki.

A w internecie są sieci społeczne o zacięciu poznawczym i z autentyczną motywacją i pasją badawcza. I nieskrępowanie się rozwijają. Nie skostniały biurokratycznie i nie ma „apetytu” na skonsumowanie ich dla kariery i awansu zawodowego.
Może kiedyś, jak zostaną uwzględnione w parametryzacji i punktacji dorobku naukowego :).

I w tym momencie przypomniały mi się wyczytane kwestie z opracowań edukacyjnych, m.in. z książki Witolda Kołodziejczyka i Marcina Polaka pt. „Jak będzie zmieniać się edukacja. Wyzwania dla polskiej szkoły i ucznia”

Pozwolę sobie na kilka małych cytatów.
Pokolenie, które wchodzi obecnie na rynek pracy, czasem nazywane generacją Y, nie zna świata bez internetu, komputerów, telefonów komórkowych. Każde następne w jeszcze większym stopniu będzie związane z technologiami, które otaczają człowieka od kołyski aż po jego koniec.”

„Co to oznacza? Coraz więcej osób ma możliwość, w każdej chwili i miejscu, korzystać z internetu, poszukując potrzebnych informacji, wiedzy lub kontaktów.”
(…) „Coraz większe znaczenie dla osobistego rozwoju mają stale powiększające się, często ogólnodostępne (…), zasoby edukacyjne w internecie.”

„Zdaniem analityków z World Future Society5, e-learning stanie się jednym z największych przełomów w rozwoju społecznym świata, w najbliższych 20–30 latach znacząco przyczyni się on do podniesienia jakości życia (m.in. poprzez zwiększenie dostępności do wysokiej jakości zasobów i usług edukacyjnych).”

Jeden ze scenariuszy, zatytułowany Uczące sieci i społeczeństwo sieciowe, podkreśla, że ze względu na niezadowolenie ze zinstytucjonalizowanego systemu edukacji i ze względu na zróżnicowany popyt na wiedzę dojdzie do swoistego demontażu systemu szkolnictwa. System edukacji będzie częścią powstającego na naszych oczach „społeczeństwa sieciowego”. Tu i teraz. A nie gdzieś za wielką wodą i kiedyś.

Stałym elementem rzeczywistości są i będą zmiany. Tego możemy być pewni. Być może uświadomienie sobie – zwłaszcza przez takich jak ja, starszych obywateli – takiej właśnie natury świata, ułatwi dostosowanie. Może w końcu przestaniemy mieć pretensje do garbatego, że ma proste dzieci…
I przestaniemy narzekać na młode pokolenie, że jest gorsze, leniwe i w ogóle nastąpił upadek starego świata…

Science 3.0 i Science Commons

Autorzy międzynarodowego projektu „Science Commons”, którego misją jest promocja idei otwartej nauki, określili cztery priorytety ważne dla realizacji idei Open Science:

1. Dostęp do e-infrastruktury: otwarta cyber infrastruktura, w której przechowywane są treści i dane naukowe. Każdy użytkownik posiada swobodny dostęp i może swobodne przeszukiwać zasoby.

2. Otwarty dostęp do literatury: dostęp do literatury w Internecie w postaci cyfrowej, umożliwiający użytkownikom wykorzystywanie, czytanie, ściąganie, kopiowanie, dystrybuowanie i drukowanie treści.

3. Otwarty dostęp do narzędzi badawczych: dostęp do wszelkich materiałów potrzebny do powtórzenia badania naukowego tj. metod badawczych, stosowanego oprogramowania, referencyjnych eksperymentów, itp.

4. Otwarty dostęp do danych badawczych: swobodny dostęp do danych (również surowych) wytworzonych w trakcie pracy naukowo-badawczej, który dodatkowo umożliwia ich dystrybuowanie, kopiowanie, formatowanie i integrowanie danych (użycie w innych badaniach).

Science commons to próba powrotu do korzeni nauki i odejścia od zbytniego skomercjalizowania wiedzy. Wiedzy traktowanej jako ogólnoludzkie dobro i wspólna przestrzeń.

Wielu naukowców pracuje w izolacji, dane są pofragmentowane. Współpraca i praca na wspólnych danych to akceleracja nauki, przykładem jest poznanie ludzkiego genomu. Niech te przykłady służą i innym za inspirację. Takich projektów brakuje w zakresie bioróżnorodności, biologii środowiskowej, monitoringu środowiska przyrodniczego czy entomologii.

Od kilku lat chodzi mi po głowie taki pomysł, aby wcielić te idee w badaniach nad Trichoptera Polski. Chałupniczo próbowałem już różnych form, ale teraz pojawia się okazja całkiem profesjonalna. Trzymam kciuki, aby interdyscyplinarna współpraca znalazła źródła finansowania i się zmaterializowała.

Rynkowa komercjalizacja zbyt często jest kulą u nogi gospodarki. Paradoksalnie innowacyjności, a więc i rozkręcaniu gospodarki, sprzyja otwarty dostęp do wiedzy. Przecież naukę w dużym stopniu utrzymujemy ze środków publicznych, nie z filantropii ale dla dobra wspolnego. Nie można wszystkich relacji zastąpić transakcjami. Bez przestrzeni wspólnej, publicznej nie jest możliwe funkcjonowanie społeczeństwa. Na przykład drogi, chodniki – czy bylibyśmy w stanie się poruszać, jeśli wszystko byłoby pogrodzone na prywatne i indywidualne działki? Nie wspominam o przyrodzie i bioróżnorodności, powietrzu i wodzie.

Reusing dobry jest nie tylko w zakresie gospodarowania surowcami ale i w zakresie kultury. Dostęp do danych i materiałów badawczych jednym kliknięciem – o to marzenie i wyzwanie dla nauki epoki cyfrowej. Jeszcze nigdy nie mieliśmy takich możliwości dzielenia się wiedzą o świecie i współpracy w rozproszonych zespołach nawet niszowych specjalności naukowych.

W nowym podejściu i Science 3.0 prym wiodą chyba nauki biomedyczne. Ale
filozofia creative commons przenika coraz bardziej do innych działów i dyscyplin. Naukowcy biorą czyny udział w przekształcaniu świata. Uliczne protesty, związane z ACTA, były tylko epizodem. Nie jest prawdą, że nic się nie dzieje i nic się nie zmienia. Dla zmian nie trzeba wychodzić na ulice. Można krok po kroku zmieniać na swoim podwórku.

Niech się stanie więc open source knowledge, open access data. Także i za naszą sprawą. Trzecia rewolucja technologiczna daje nam takie możliwości.
Grzechem byłoby nie skorzystać :).

więcej na ten temat:
http://sciencecommons.org

Mimowolna niewiarygodność przekazu z dygresją o wielokulturowości

ceikkultura

Spotykanie się z ludźmi bywa inspirujące i ekscytujące. Bo jest to poznawanie nowych światów. Ekscytujące jest wtedy, gdy doświadcza się tego, o czym wcześniej można było przeczytać w książkach i esejach.

Niedawno spotkałem się z bardzo trafną myślą o tym, że żyjemy w społeczeństwie wielokulturowym*. I nie chodzi o różne etniczne kultury ale różne sposoby komunikowania się, patrzenia na świat. Niby mówimy tym samym językiem polskim, ale zupełnie innymi pojęciami. Stąd nawet nie wiemy dlaczego nie potrafimy się porozumieć. Życie w europejskiej wielokulturowości rodzi potrzebę nauczenia się bycia gościem w obcej kulturze i bycia gospodarzem dla innokulturowców. W obu przypadkach potrzebna empatia i otwartość. Ale wcześniej potrzebna jest świadomość odmienności języka i znaczeń. Tę niestety trudno sobie uświadomić, koncentrując się tylko na etniczności.

W poniedziałek 10 czerwca uczestniczyłem w spotkaniu „Czy można wymyślić przyszłość?, czyli o sensowności tworzenia lokalnych strategii i polityki kulturalnej.” Do CEiKu zwabił mnie temat oraz goście z daleka: Edwin Bendyk – dziennikarz, publicysta i pisarz, pracuje w tygodniku „Polityka” oraz Bohdan Skrzypczak – doktor nauk humanistycznych o specjalności pedagogika społeczna, animator i pedagog społeczny, wykładowca w katedrze Pedagogiki Społecznej na Wydziale Nauk Społecznych i Resocjalizacji. Dyskusja była ciekawa ale…. momentami nużąca (dyskusja z sali bardzo ożywcza i ciekawa ale wstęp prelegentów był zbyt długi i niezbyt jasny w przekazie). Uświadomiłem sobie różnice w stylu i komunikacji między naukami „humanistycznymi” (w szerokim sensie) a przyrodniczymi. O tym napiszę innym razem, bo to temat intrygujący i ciekawy. Dopiero uświadomienie sobie różnicy w kulturze, ułatwiło znieść trudy i nudne fragmenty spotkania.

Ale ja o czym innym chcę teraz opowiedzieć i raczej marginalnym dla całego, ciekawego spotkania. O niewiarygodności przekazu. Dużo mówili prelegenci o systemie, jako czymś złych i krępującym kulturę. O systemie bardzo ogólników i niekonkretnie (coś w stylu ONI). W pewnym momencie pan Bendyk stwierdził, że trzeba zmienić sposób myślenia, że zbyt mocno system finansowania wypacza myślenie i działania w kulturze. Że żeby coś zmienić, trzeba stanąć obok systemu. Zabrzmiało fajnie, ale pojawił się zgrzyt niewiarygodności, który niczym łyżka dziegciu zepsuł cały efekt przekazu. Tą łyżką dziegciu było narzekanie na pieniądze z UE, rozdzielane odgórnie, które kieruje wysiłek nie tam gdzie trzeba. I z tym był się zgodził. Nawet przyklasnął. Ale z dużą dozą prawdopodobieństwa mogę przypuszczać, że obaj prelegenci przyjechali w ramach projektu finansowanego pośrednio lub bezpośrednio z jakiegoś grantu. To stawanie obok systemu odebrałem bardzo niewiarygodnie… i mało przekonywująca, mało autentyczne.

Chwała CEiKowi za pozyskiwanie takich środków i organizowanie zarówno badań jak i spotkań. Ale jeśli mówi się o stawaniu obok systemu… a finansowo tkwi się w tym systemie, to brzmi to bardzo niewiarygodnie. Czy to był tylko taki wypełniacz czasowy? Skoro jest honorarium za prelekcję, to trzeba mówić określoną ilość czasu?

Prowincja, ta daleka od szosy i stolicy (przecież Olsztyn taki jest), jest ciekawa świata i oczekuje objaśnienia rzeczywistości. Dlatego tak licznie na różne spotkania przychodzimy. Ale nie zadowoli nas ględzenie o politykach czy bliżej nieokreślonych ogólnikach. Chcemy konkretów i jasnego, wyrazistego przekazu.

Zdjęcie wyżej zamieszczone, zostało przeze mnie tendencyjnie wybrane, ale jest charakterystyczne. Język ciała zdradzający brak otwartości, brak autentycznej chęci otwarcia się na tubylców i pełnej komunikacji. Mówienie bardziej do siebie, swoich notatek i w „obecności publiczności” niż do ludzi. Bo to drugie wymaga słuchania. Było to odtańczenie pewnego rytuału, niezbyt zrozumiałego dla innokulturowców, przynajmniej części. Dla mnie to był zgrzyt, bo jestem przyzwyczajony do innych form wygłaszanie referatów. Ale może ten zgrzyt wynika z faktu, że nie rozpoznałem i nie uświadomiłem sobie obecności w innej kulturze? Że nie postarałem się zrozumieć tę inną kulturę? Że nie nauczyłem się być gościem?

Na sali było kilka innych zgrzytów międzypokoleniowych i międzykulturowych. Obserwowanie tego było niezwykle ekscytujące. Bo doświadczałem tego, o czym czytałem w książkach, m.in. o zupełnie innym sposobie myślenia młodego, cyfrowego i mobilnego pokolenia. Ale to opowieść na inną okazję.

* – wielokulturowość nakłada pewne zobowiązania na edukację. Musimy się nauczyć żyć w społeczeństwie wielokulturowym. Nie tylko w wieloetnicznej i wielowyznaniowej Europie, ale i w różnych systemach myślowych i komunikacyjnych. Musimy nauczyć się być gościem u innych i być dobrym gospodarzem dla innych. Wymaga to otwartości. Nie trzeba przyjmować innej kultury, nie trzeba się zmieniać. Ale trzeba umieć dialogować z innymi.

Portal naukowca, synergia i konektywizm

Kiedy praca polega na nieustannym czytaniu i pisaniu, kiedy litery i pisane słowa otaczają mnie codziennie – tak jak moich przodków śpiew skowronków, zapach mięty i maciejki, szum liści i brzęczenie much – to nie chce mi się już czytać wszystkiego, co na ekranie się pojawia. Podobno Polacy mniej czytają książek. Może i tak. Ale może dlatego, że zbytnio litery wypełniają naszą przestrzeń? W przesycie słowa mamy ulegać marketingowym namowom księgarzy i wydawców, którzy chcą z nas zrobić konsumenta doskonałego?

Nauka instytucjonalna coraz bardziej zasiedla się w przestrzeni cyfrowej i najróżniejszych portalach społecznościowych. Czasem są to nieudane efemerydy, spóźnione i do skonsumowania grantu (potem wygasają). Dlatego na kolejne propozycje patrzę z pewną nieufnością. Znowu coś czytać, co na dodatek nie będzie miało szansy sensownie zaistnieć w społeczeństwie naukowych akademików? Zaangażować się w coś tylko dla formy?

Wczoraj chyba przypadkiem trafiłem na portal naukowca (https://portalnaukowca.pl). Z lekką niechęcią zajrzałem. Ku mojej radości były tam rozmowy i wywiady nagrane w formie krótkich filmików. Rozmowy słucha się znacznie lepiej. Jest bardziej naturalna dla ewolucyjnie ukształtowanego ludzkiego mózgu i nawyków socjalnych. Słuchałem z zainteresowaniem, zwłaszcza gdy ktoś mówił z sensem i na temat. Dotknąłem konektywizmu i Science 3.0. W tle pojawiła się science commons…

Słuchałem wykładów o synergii i komunikacji naukowców, o przygotowaniu prezentacji na konferencje międzynarodowej. Naukowiec ciągle się komunikuje w swojej pracy, musi przygotowywać różnorodne dokumenty, raporty z badań, publikacje, przygotować aplikacje, recenzje i w końcu ustne prezentacje.
Kiedyś ta komunikacja ograniczała się do pisania, pisania, pisania oraz spotkań naukowych w formie konferencji. Dzisiaj komunikacja rozszerza się na sferę wirtualną. To już inny wymiar nauki.

Dotykam tego, o czym tylko czytałem. To już jest, to się staje na moich oczach! Myślę o Science 3.0 i open access data. Współpraca i tworzenie wspolnej wiedzy w sieci społecznej i sieci wirtualnej staje się faktem, nawet w Olsztynie.
A parametryzacja? Jest daleko i jeszcze nie odkryła, nie dostrzega nowych form aktywności naukowców. Nowy wpływ na rozwój nauki, nowy rodzaj aktywności jeszcze jest poza weryfikacją parametryzacji, bo ta stosuje stare i już archaiczne formy.

Co robić? Iść za nowym i przyszłościowym, mimo, że odbije się negatywnie na karierze, czy raczej dostosować się do wymagań parametryzacji, mimo że odbije się to negatywnie na rzeczywistych badaniach i autentycznej aktywności naukowej, przekładającej się na innowacyjność?
Od odpowiedzi na to pytanie zależy innowacyjność polskiej nauki i… gospodarki. Po latach przekonamy się jakiego wyboru dokonali polscy naukowcy…

Bioróżnorodność, konektywizm i energia odnawialna z biomasy

Uganiając się za bioróżnorodnością w Samławkach i Łężanach w uprawach wierzby energetycznej (biomasa jako energia odnawialna) rozmyślam o ekologii wysp siedliskowych i … konektywiźmie. Ekologiczny paradygmat nauczył mnie myśleć w kategorii relacji między elementami. A od dawna pociąga mnie poszukiwanie analogii między układami biologicznymi a układami kulturowymi. Poszukuję uogólnień, bo świat wydaje mi się jeden. Dostrzegam także ciągłość procesów między ewolucją biologiczną a ewolucją kulturową. Dlatego podobieństwa między ekologią wysp a konektywizmem są dla mnie tak kuszące i jednocześnie inspirujące.
Takie myśli nachodzą o wschodzie słońca w Samławkach, gdy słychać żurawie i inne różnorodne ptaki.
Gdy rosa ozdabia rośliny i bezkręgowce. 

We współczesnej nauce i cyfrowym świecie coraz bardziej kluczową staje się umiejętność wyszukiwania, gromadzenia, a potem przetwarzania, wykorzystania i zastosowania informacji w celu rozwiązania problemu. W Samławkach biedzę się nad wpływem upraw wierzby na bioróżnorodność regionu i najbliższej okolicy. Te umiejętności, wcześniej wymienione, z jednej strony są potrzebą każdej pracy badawczej, z drugiej – jak podkreślają konektywiści -są najważniejszą ludzką kompetencja epoki cyfrowej.

Skuteczne wyszukiwanie i przetwarzanie informacji jest ważniejsze od ich gromadzenia. W tym procesie konieczne jest także krytyczne myślenie, by nie akceptować i przyjmować wszystkiego, na co natrafimy. To co w nauce jest owocne i jest (a przynajmniej powinno być) chlebem powszednim, powoli staje się konieczności w szkolnej edukacji.

Uczenie się jest procesem łączenia różnych źródeł informacji. Kiedyś była to tylko własna obserwacja oraz informacja ustna od innych osób. W tamtych dawnych czasach przeciętny człowiek w ciągu całego swojego życia miał okazję spotkać osobiście 100-200 osób. Po wynalezieniu pisma krąg osób, od których czerpiemy informacje, znacznie się rozszerzył. A dostępna wiedza zaczęła przekraczać znacznie możliwości zapamiętania i jej pełnego przyswojenia. Teraz mamy internet a więc dostęp do opinii innych jest jeszcze szybszy i jeszcze większy. Technologia (najpierw druk i pismo, teraz internet) umożliwiła przekroczenie fizycznych barier kontaktu. Swoją wiedzę tworzymy w znacznie obszerniejszym środowisku kulturowym. Rodzi to bardzo konkretne konsekwencje edukacyjne.

Wiedza wynika z konfrontacji różnych opinii i jest procesem a nie stanem statycznym. Wiedza jest procesem łączenia, syntetyzowania, wartościowania, oceniania i w końcu tworzenia własnego, spójnego systemu wzajemnie dopasowanych elementów. Ciągłe dodawanie nowych opinii (pozyskiwanie nowych informacji) konfrontowane jest z już posiadanym systemem wiedzy. Jeśli nowe informacje nie są zgodne z tym dotychczasowym systemem wiedzy (indywidualnym jak i wspólnym, ogólnoludzkim) to są one reinterpretowane (świat postrzegamy poprzez to co już wiemy) lub rekonstrukcji ulega cały system wiedzy. Wciskając nowe meble do mieszkania – jeśli nie pasują – to je przypiłowujemy, albo zmieniamy ustawienie całego mieszkania (łącznie z wyrzucaniem starych mebli).

Wiedza jest jak istoty żywe – wzrost nie polega tylko na zwiększaniu liczby elementów ale na przebudowie, rearanżacji. I w każdym momencie system musi być sprawny i działający. Bo zawsze to musi być spójny i całościowy system, sprawnie działający a nie zbiór klocków w worku.

Jeśli wiedza jest procesem to samo myślenie i umiejętność uczenia się jest ważniejsze niż obecny, indywidualny stan wiedzy. W procesie edukacji uczymy myśleć i uczyć się samodzielnie, a nie przekazujemy jedynie wiedzę. Uczenie się jest procesem nie tylko pozyskiwania informacji ale i budowania spójnego systemu wiedzy indywidualnej.
Tak jak narodziny nowego organizmu z zapłodnionej zygoty.

Skoro mamy wiedzę ogólnoludzką znacznie większą niż kiedyś (bo współtworzoną przez nieporównywalnie więcej mózgów), to nie da się jej zmieścić w jednej głowie. Próba znalezienia wspólnego i uniwersalnego kanonu wiedzy „do przekazania” w szkole czy na uniwersytecie, jest już niemożliwością. Jest mrzonką, szkodliwą, gdy próbuje się ja zrealizować. Za mały dysk do tych informacji. Na dodatek, ze względu na nieporównywanie większą liczbę komunikujących się osób, nie sposób stosować metody, dostosowanej do zupełnie innego świata.

Dla wiedzy i procesu uczenia się, ważna jest umiejętność dostrzegania powiązań między różnymi obszarami (faktami, informacjami), ideami i koncepcjami. Jest to kluczowa umiejętność porównywania nie tylko różnych informacji ale i różnych modeli, teorii, paradygmantów, systemów wiedzy. Krytyczne myślenie i proces podejmowania decyzji są nierozerwalnie związane z procesem uczenia się i nauczania, niezależnie od poziomu: przedszkola, szkoły podstawowej, gimnazjum, liceum, studiów wyższych.

Wobec szybkiej zmiany wiedzy (bo więcej osób ze sobą wymienia informacje i uczestniczy w obserwowaniu świata w najrozmaitszych jego aspektach), ciągłego dezaktualizowania się faktów, teorii, uogólnień, najważniejszą cechą wiedzy jest jej aktualność. Nie można nauczyć się raz na zawsze. Bo to co dzisiaj zapamiętamy, jutro będzie nieaktualne. Tak więc dawne modele kształcenia są we współczesnym, cyfrowym świecie po prostu nieefektywne. A więc proces nieustannego odświeżania wiedzy jest niezbędny.

Nie chodzi o to, by szybko i dużo zapamiętać, ale by umieć aktualizować swoją wiedzę.
Tak jak z organizmami żywymi – żeby był las to ciągle muszą kiełkować nowe drzewa. Co innego martwy budynek. Wystarczy do zbudować a potem ewentualnie tylko naprawiać (remontować).
Wiedza więc istnieje raczej w świecie (w chmurze – tak byśmy określili obecnie) niż w indywidualnej głowie osoby. Tak jak pula genowa istnieje w populacji a nie osobniku.

Wiedza jest cechą kolektywną. Poziom wiedzy w danej kulturze czy cywilizacji bardziej zależy od kolektywnego współtworzenia i przechowywania tej wiedzy niż od geniuszu jednostek. Przynajmniej obecnie tak jest.
Zbyt dużo i zbyt szybko się zmienia, aby można było odwzorować w pełni ją w głowie jednego człowieka. Uczeń, student, dorosły i czynny zawodowo człowiek powinien umieć szukać wiedzy, umieć ją tworzyć (współtworzyć) we współpracy z innymi. I to tworzyć nie tylko na "własnym dysku" (w głowie, w neuronach), ale w chmurze, w świecie zewnętrznym. A więc musi umieć nie tylko uczyć się ale i komunikować się z innymi osobami w realu (tak jak przed wiekami face-to-face, w kulturze oralnej) jak i w konfrontacji z zasobami pisanymi (uwspólniona wiedza wielu pokoleń), a teraz także z zasobami cyfrowymi, dostępnymi przez internet.

Na początku historii Homo sapiens najważniejszym repozytorium wiedzy plemiennej była pamięć starców. Stąd potrzeba ciągłego opowiadania i powstanie różnorodnych technik zapamiętywania, z muzyką, malowidłami i poezją włącznie. Później obszerniejszymi repozytoriami wiedzy stały się biblioteki, gromadzące rękopisy a potem książki drukowane. Żeby skorzystać z biblioteki trzeba się było nauczyć czytać i korzystać z bibliotek. Umieć korzystać i mieć dostęp. Druk umożliwił szerszy dostęp do wiedzy uwspółnionej większej liczbie chętnych. To w konsekwencji przyspieszyło rozwój cywilizacji i… szybsze tempo dezaktualiowania się wiedzy. Teraz mamy internet i ciągle rosnące zasoby cyfrowe. Musimy umieć korzystać z tego repozytorium i mieć do niego dostęp. Mieć realny dostęp to coś więcej niż fizyczne podłączenie do internetu. Tak jak konserwa w puszce – niby masz w ręku, ale bez otwieracza nie masz dostępu do środka aby się najeść.

Celem więc kształcenia (nauczania) jest nie tylko nauczyć myśleć ale i nauczyć dostępu do ogólnoludzkiego repozytorium. Szkoła, niezależnie od poziomu, ma teraz ważniejsze zadanie niż tylko przekazanie wiedzy. Musi wdrożyć do procesu zdobywania wiedzy. Szkoła teraz daje wędkę a nie samą rybę. Jak sprawdzić, czy szkoła spełnia swoja funkcję? Nie da się zważyć się ilości ryb, trzeba sprawdzić czy uczeń ma wędkę i umie się nią posługiwać. To znacznie trudniejsze.

Uczenie to wywoływanie rezonansu w drugiej osobie. Nie można wiedzy przekazać wprost, lecz trzeba zabiegami wywołać swoisty rezonans na odległość.

Konektywizm to nowa teoria nauczania, sformułowaną niedawno (2005) przez kanadyjskich badaczy , Georga Siemensa i Stephena Downesa , lepiej opisująca edukacyjna rzeczywistość niż jej poprzedniczki: behawioryzm, kognitywizm czy konstruktywizm.

Malality czyli sztuka w ogrodzie i… na klatce schodowej

Plenerowy happening malarski jest znakomitą okazją do spotykania się w przestrzeni publicznej, okazją do tworzenia nie tylko sztuki ale i przyjaznej mieszkańcom przestrzeni społecznej. I ja tam byłem, malowałem i zdjęcia robiłem (zobacz zdjęcia). W tle była idea wolontariatu… i parki w Olsztynie (przestrzeń z ogrodami i sztuką).

MALALITY (maraton malarski i sztafeta literacka)
to  wielkie malowanie i długie czytanie w duchu Gałczyńskiego, które odbyło się 8. czerwca 2013 r., w ogrodzie przed Pałacem Młodzieży w Olsztynie. Tego dnia młodzież, studenci oraz profesjonalni artyści plastycy tworzyli  w Pałacowym ogrodzie prace plastyczne, inspirowane czytaną na żywo przez twórców sceny i słowa poezją K.I. Gałczyńskiego. Powstałe prace znajdą się na licytacji, planowanie na 23 czerwca 2013 r. Całkowity dochód ze sprzedaży prac, przekazany zostanie Hospicjum im. Jana Pawła II w Olsztynie.

Przez cały ten artystyczny dzień popularyzowana była idea wolontariatu, zwłaszcza tego na rzecz Hospicjum.

Tak sobie myślę, że powstaje sporo takich prac. Jednocześnie klatki w naszych blokach są bez sztuki. A gdyby tak zacząć wieszać powstające w czasie happeningów malunki w naszych blokowych klatkach schodowych? Część na pewno uległaby zniszczeniu. Ale może mielibyśmy piękną przestrzeń na co dzień wokół siebie. I mielibyśmy kolejne preteksty by spotykać się twórczo w przestrzeni publicznej naszego miasta?

Olsztyn aktywnie…. tworzy swoją przestrzeń publiczną z parkami, ławkami i skwerami oraz tworzy swój artystyczny klimat! Miasto mogłoby się przecież w taka ideę włączyć.

Ekologiczna sól dla analfabetów

Czytacie to, co napisano na opakowaniach produktów w sklepie? Nie? Ja też. Dzisiaj jednak kupiłem sól i podkusiło mnie poczytać. Teraz myślę, że lepiej było nie czytać…. Bo znalazłem tam treści obraźliwe dla rozumu…

Czy klienci są tak głupi czy producenci myślą, że klienci są funkcjonalnymi analfabetami? Przykład na etykiecie zamieszczonej wyżej, gdy prawdziwe informacje układają się w urągającą rozumowi treść.

Potwierdza to moje twierdzenie, że wiedza nie jest sumą faktów. Wiedza to system (faktów powiązanych ze sobą w spójny system).

Ale wróćmy do soli, która "pochodzi z ekologicznie czystego okresu cechsztyńskiego. Powstała ok. 250 mln lat temu". No i jak głosi ulotka nie ma kalorii, nie ma białka, węglowodanów, tłuszczów w tym tłuszczów nienasyconych, błonnika. Chyba zapomnieli wspomnieć o cholesterolu, alergenach, glutenie, antybiotykach i co tam tylko jeszcze. Bo to wszystko prawda. Nie ma tego w soli, tej i każdej innej (chyba że jakieś oszukanej, odpadowej, albo jak się jakiś owad do opakowania dostanie i przeczytawszy etykietę z wrażenia zdechnie).

Jedynie okres cechsztyński był dla nie niezrozumiały. Mimo, że z wykształcenia jestem przyrodnikiem. Sprawdziłem (a co to klienci to cyfrowi analfabeci, w Wikipedii nie sprawdzą?), chodzi o perm i jego końcową fazę – cechsztyn. Perm zapewne byłby znany przeciętnie wykształconemu klientowi – bo jest to w szkole i w wielu opracowaniach. Podobnie jak to, co to są węglowodany i tłuszcze… i dlaczego nie należy spodziewać się, że będą akurat w soli. Mogli by dodać jeszcze brak konserwantów i sztucznych barwników. Ale może w tym szaleństwie jest metoda? Bo jak podają skład to 97,0 % NaCl (min.) oraz KI (jodek potasu) 30 ± 10 mg/kg. Nawet 40 mg na kilogram (czyli 10 do potęgi minus 6) nie wypełni nie tylko 3 % ale i promila. Więc klient może się zastanawiać co tam jest w tych tajemniczych 3 %. I dowie się, że nie ma białka, cukrów, tłuszczy a nawet kalorii. A co jest? Skoro sól kamienna to pewnie piasek…

Ekologiczny”, to modne słowo i oznacza coś dobrego w popkulturze. O ekologii każdy klient z telewizji słyszał, więc się ucieszy z tej soli z ekologicznie czystego okresu. Bo jak twierdził namiętnie pewien profesor* genetyk – ludzie żyli w czasach dinozaurów… to i w permie mogli co nieco pozanieczyszczać?

Spotykałem się już z ekologicznymi butami, ekologiczną skórą (tworzywo sztuczne), ekologiczną muzyką, ekologicznymi kolorami, ba, nawet seksem ekologicznym (choć dalej nie wiem na czym polega). A teraz nowość: ekologicznie czysty okres. Jeśli jednak przypomnieć sobie wielkie wymierania gatunków, to pod koniec permu, ok. 245-250 mln lat temu (wtedy gdy powstała ta sól), wymarło blisko 90% gatunków organizmów morskich. Może dlatego producenci nie użyli nazwy „perm” tylko okres cechszytyński (poprawniej – cechsztyn), żeby nie kojarzyło się z wymieraniem? Bo jeszcze klient pomyśli, że się od tego umiera? jak nic ta paleozoiczna morska fauna miała kontakt bezpośredni z solą morską i powyzdychała.

Perm jest okresem, cechsztyn fazą. Więc chyba pierwotnie był tam okres permski tylko fachowcy od reklamy zamienili na „cechsztyński” (popełniając przy tym błąd merytoryczny, myląc okres z fazą).

A co będzie, gdy klienci doczytają, że w większych dawkach chlorek sodu może powodować wymioty i biegunkę oraz przekrwienie i odwodnienie narządów wewnętrznych a także ostre reakcje zapalne w przewodzie pokarmowym i że działa drażniąco na uszkodzoną skórę i śluzówkę? Skojarzą z wielkim wymieraniem permskim i posypią się pozwy o odszkodowanie, że nie było ostrzeżenia!
I zalecanego dawkowania.

Ale co pisać na opakowaniu, skoro tyle wolnego miejsca? Może wiersze i fraszki, te z domeny publicznej? A może nawet powieść w odcinkach? Wtedy sól edukacji narodu się przysłuży. Będzie nie tylko ekologiczna ale i patriotyczna. 

Już na słoiczkach powideł widziałem reprodukcje malarstwa polskiego. Mądre to i warte polecenia. Nie wypełniajmy wolnej przestrzeni głupotami dla analfabetów.
A krajobrazów nie szpećmy reklamami wielkopowierzchniowymi!

* a co to profesor głupot głosić nie może i święcie w nie wierzyć, zwłaszcza jak tłum klaszcze? Nazwiska owego profesora belwederskiego nie wymienię, bo i po co głupocie sławy przysparzać.

Cewebryci i blogplebs w trzeciej rewolucji technologicznej a sprawa misji uniwersytetu

Kiedyś nowe słowa, zwłaszcza o ambicjach naukowych, pochodziły z greki lub łaciny. Teraz – z języka angielskiego. W starych naukach (powstały w dawnych czasach) dominuje łacina. Tak jest w biologii, ale w nowych jej działach, które teraz się rozwijają, np. biologii molekularnej nowy źródłosłów jest już pochodzenia angielskiego. Bo angielski jest międzynarodowym językiem nauki (tak jak kiedyś łacina a jeszcze wcześniej greka).

Blogi i internet są bardzo nowymi wynalazkami. Słownictwo z nim związane chyba w całości pochodzi z języka angielskiego. Makaronizmy współczesne takie właśnie są. Słowo obce mądrzej brzmi. Na przykład influencer.

Influencer (od ang. influece – wpływ, oddziaływanie) to osoba wpływowa. Influencer ważny jest w handlu i promocji konsumpcji, bo influecer po prostu poleca lub odradza jakiś produkt, a osoby będące pod jej wpływem często postępują tak jak im on sugeruje.
Trzecia rewolucja technologiczna to nie tylko decentralizacja i rozproszenie produkcji energii (głównie za sprawą energii odnawialnej) czy internetowa decentralizacja kontaktów społecznych i fragmentacja przekazu społecznego. To także rozdrobnione gwiazdorstwo i mikro celebryctwo (cewebryci, kolejne nowe słowo). W reklamie nie wystarczy zatrudnić jedną twarz znaną z telewizji – celebrytę, gwiazdę. Promowanie marek można powierzyć influencerom, np. blogerom, mikrocelebrytom we własnym „plemieniu”. Są sławni dla swoich 15 osób, ale jest ich wielu.

Politycy jeszcze lekceważą blogerów. Bo co to jest te przysłowiowe 15 osób, czytające blog? Tak jak Stalin kpił z papieża – ile ma on dywizji czołgów. Jednak polityku nie drażnij cewebryty!

„Warto inwestować w liderów opinii, nawet jeśli nie są aż tak wpływowi jak gwiazdy z dużego ekranu, czy nawet z małego. I warto także liczyć się z konsekwencjami ich zdenerwowania. Dlaczego? Ano dlatego że to era social media. Gdzie każdy ma głos.” Mały też coś może, więc nie można go lekceważyć. Handel tę prawidłowość już dostrzega. Pora żeby i środowisko akademickie dostrzegło.

W internecie nie wszyscy są równi, o influencerów trzeba dbać bardziej, bo mają większą siłę społecznego wpływu i szerszy zasięg oddziaływania. Są sieciowymi mikrocelebrytami czyli ceWEBrytami.
Cewebryci – celebryci webu (sieci), słowo i pojęcie pojawiło się za sprawą książki Michała Janczewskiego pt. „CeWEBryci, czyli sława w sieci”. Autor opisuje relację między internetem a sławą. Kino stworzyło gwiazdę, radio i telewizja – celebrytę, a prasa tabloidowa – celetoida (kolejne nowe słowo). Internet wykreował nowy byt – cewebrytę, influencera, wpływowy digitaruiat czy kognitariat. (czytaj więcej na ten temat)

Naturalnym środowiskiem cewebryty jest blogosfera (i portale społecznosciowe takie jak Facebook., Tweeter, Google+ itd.). Blogorzey to grupa bardzo różnorodna i trudna do zaklasyfikowania. Zjawisko dopiero co się narodziło i rozwija się na naszych oczach. Pierwsze próby akademickiego opisania, usystematyzowania i poklasyfikowania nie za bardzo się jeszcze udają.
Celebryctwo dzisiejszych czasów jest straszliwie pofragmentowane, co więcej, ten trend będzie postępował. Typowe jest to dla glokalizacji (globlokalizmu) – powrót do lokalności i niszowości. Przed rewolucją przemysłową większość kultury była lokalna. Ograniczana była przestrzenią (możliwością dojścia na pieszo lub podróży konno). Rewolucja przemysłowa zniosła bariery przestrzeni i umożliwiła globalizację (ułatwiła szybkie i dalekie podróże oraz telekomunikację). Trzecia rewolucja przemysłowa, której częścią jest internet, umożliwia powrót do lokalności i bliskich relacji.

Wracamy do nisz lokalnych, ale już nie ograniczonych przestrzenią lecz siecią kontaktów w ramach własnego „plemienia”.
Blogera nie obowiązuje prawo prasowe* i linia jego redakcji (nie da się więc przez szefa zakneblować blogującego), oraz inne wytyczne. Pisze to co myśli i to co chce. Rolą kształcenia uniwersyteckiego jest aby myślenie blogera było na wysokim poziomie. Bo jest to wypowiedź autorska i subiektywizm wpisany jest w treść. Ale żeby pisał, to musi się tego nauczyć. Tak jak dziecko mówić.

Skoro blogowanie, jak i inne formy współczesnego mikro-pisarstwa, staje się powszechne, to może warto wpisać w misję uniwersytetu nauczenie się…. pisania w nowoczesnych mediach. W zasadzie wypowiadania się, bo to nie tylko poprzez pismo. To będzie nie tylko element budowania identyfikacji społecznej ale dostarczanie niezbędnego narzędzia komunikacji we współczesnym świecie.

Techniczna łatwość pisania i upubliczniania tekstów (przekazów w ogóle, bo przecież jest i obraz i film i dźwięk) może powodować, że teksty są na słabszym poziomie niż wypracowane teksty redakcyjne starych mediów. Choć jeśli zajrzeć do współczesnych gazet… to poziom tam ewidentnie się mocno obniżył (za sprawą systematycznego cięcia kosztów). Notki blogerskie są bardziej spontaniczne i nie są korygowane czy poddawane obróbce korektorskiej lub recenzenckiej. Owszem, są wyjątki, ale w głównej masie jakość zdradza mniejsze dopracowanie.
Większość tekstów blogowych rzeczywiście jest bardziej amatorska, bo… pisana przez amatorów.

Zatem dla jakości kultury ważne jest to jak… nauczymy naszych studentów blogować. Jak nauczymy ich dziennikarstwa obywatelskiego i rzetelności w przekazie publicznym. Przyda się im to zarówno zawodowo jak i prywatnie, kulturotwórczo.

Nauka pisania i blogowania pisana w misji uniwersytetu? Tak, bo od tego zależy czy nasi absolwenci będę influencerami i digitariatem (lub kognitariatem) czy zmarginalizowanym, informacyjnym lumpenproletariatem.

W tym roku próbowałem organizować „konieczność” blogowania moim studentom (wpisane w formę zajęć). Po wspólnych próbach, zdobytych doświadczeniach oraz po lekturze kilku ciekawych książek i artykułów oraz przemyśleniach** (których fragmentem jest ten wpis), w przyszłym roku akademickim odważniej i z większą pewnością i poczuciem sensu będę włączał blogowanie do zajęć dydaktycznych. Kolokwium i sprawozdanie z ćwiczeń (obserwacji, eksperymentu) można napisać na papierze ręcznie, długopisem, można na komputerze w formie pliku lub wydruku, a można i w formie… bloga. Dwa w jednym, nauka rzetelności i naukowej staranności w sprawozdaniu oraz nauka internetowej formy wypowiedzi. Bo przecież mamy ambicje kształcić digitariat a nie e-wykluczonych, zmarginalizowanych kulturowo klientów pomocy społecznej.

* ale obowiązuje blogera prawo autorskie i kodeks karny – nie może więc bez konsekwencji wypisywać tego, co mu ślina na język przyniesie a palce na klawiaturę. Blogowanie to wypowiedź publiczna.

** Pisanie jest dla mnie formą uporządkowanego myślenia.