Powolni emeryci odmieniają Europę

Na warmińskiej prowincji spotyka się powolność Francuzów i Polaków. Nie tylko Toskania jest piękna. Prowincja wydaje się być gdzieś na obrzeżach świata, jakaś taka nieważna. Emeryci też wydają się nieważni, zbędni, wręcz zawadzający. Rzeczywistość okazuje się zupełnie inna. To na prowincji najbardziej widać rodzącą się przyszłość i nowy styl życia. Emeryci mogliby się wydawać społecznym balastem, ale to oni w dużym stopniu budują wspólną Europę. Takie naszły mnie refleksje po ubiegłorocznej wizycie we Francji i ostatniej wizycie Francuzów w Olsztynie (czytaj więcej o wizycie).

Głównym motywem wspólnych spotkań, zainicjowanych przez stowarzyszenie Francja-Polska, jest dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, zarówno Francji jak i naszego regionu. Bardzo dużą aktywność wykazują w tych działaniach…. emeryci. Swój wolny czas i swoje doświadczenie wykorzystują w aktywności w różnorodnych stowarzyszeniach. Inicjują spotkania i wzajemne poznawanie się dwóch różnych prowincji, prowincji ze środkowej Francji jak i prowincji z okolic Olsztyna. To nie tylko poznawanie specyfiki odmiennych regionów, to nie tylko poznawanie odmiennej bioróżnorodności, to także poznawanie różnych kultur. I wzajemnych związków. Wydawałoby się, że Francja jest na drugim końcu Europy. I cóż nas może łączyć?

Jednej z uczestniczek wizyty pomyłkowo zapakowano bagaż nie do tego samolotu co trzeba (walizka dotarła z ponad dobowym opóźnieniem). Poza ubraniami były tam lekarstwa. I to był już spory kłopot. Od razu udaliśmy się do kortowskiej przychodni. Po okazaniu niezbędnych dokumentów formalności zajęły zaledwie kilka minut. Przy okazji okazało się, że córka pani z rejestracji pracuje obecnie niedaleko miejsca, z którego przyjechali nasi goście. Europa jest mała. Pośród naszych francuskich gości dwoje to stara polska, przedwojenna emigracja. Na powrót zaczęli uczyć się języka polskiego. Teraz przybywa tam zupełnie nowa fala Polaków. Za pracą.

Wuj jednego z uczestników był w czasie drugiej wojny światowej jeńcem z olsztyneckim stalagu. O wojennych losach swojego krewnego napisał książkę. Była to w jakimś sensie podróż sentymentalna. Śladów francuskich w Olsztynie jest znacznie więcej, tych historycznych i tych współczesnych. Któregoś wieczoru trafiliśmy na fete de la musique – święto muzyki. Odbywało się ono po raz pierwszy w Olsztynie. Święto powstało we Francji w 1981 z inicjatywy Marcela Landowskiego, francuskiego kompozytora polskiego pochodzenia, i spopularyzowane przez Maurice Fleureta i Jack Langa, ówczesnego ministra kultury Francji, impreza miała swoją premierę nad Sekwaną 21 czerwca 1982 roku. W kawiarence nad Łyną słuchaliśmy muzyki jazzowej aż nagle zespół wykonał i zaśpiewał utwór po francusku. Okazało się, że po raz pierwszy piosenka ta wykonana została w Chateauroux,  miasta z którego przyjechali nasi goście.

Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo jesteśmy wielokulturowi w naszej wspólnej Europie. Kiedy my jesteśmy zapracowani i zabiegani w codzienności, emeryci Europę budują relacje społeczne – mają czas, mają doświadczenie i wolę działania. To wiek, w którym wyraźnie uwidacznia się faza empatii. Warto o tym pomyśleć w medialnym zgiełku i lamencie, że emeryci są obciążeniem dla budżetu… Od Francuzów możemy uczyć się także obywatelskości i chęci działania. Niebawem i moje pokolenie stanie się stypendystami ZUS-u. Jest coś fajnego do zrobienia – budowanie wspólnej, prowincjonalnej Europy wielu małych ojczyzn i wielu lokalnych kultur, bogatych swoim niematerialnym dziedzictwem.

Liczę także, że uniwersytet będzie pełnił  rolę integratora współpracy regionalnej i promotora dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego, wspomagając wiedzą różnorodne działania (kształcenie w nowych specjalnościach, wspólne projekty badawcze i wdrożeniowe).

Dlaczego tak dużo piszę o prowincji i powolnym życiu? Bo to nowa filozofia i styl życia, który coraz bardziej się w globalnym społeczeństwie ujawnia. W wyścigu szczurów wyznajemy zasadę: jeśli zwolnisz, przejdą po tobie i cię podepczą (dlatego pędzimy jak szczury). Ale coraz bardziej pożądanym i poszukiwanym stylem życia jest slow life, slow movement, slow food. Myślę, że także slow science (napiszę o tym niebawem nieco więcej).

W prowincji jest swoista deklaracja nowej filozofii powolnego życia, zrównoważonego rozwoju,
skrócenia czasu pracy i lepszego podziału pracy. W coraz popularniejszej pochwale powolności mieści się hasło: mniej znaczy więcej. Szybkość rozwarstwia społeczeństwa coraz bardziej.
W miejsce modnego szybkiego postępu, wysokiej konsumpcji i wzrostu efektywności pracy, w naszym społeczeństwie coraz częściej popularność znajduje filozofia minimalizmu.

Minimalizm to dążenie do prostoty i ograniczania niepotrzebnych rzeczy, zbędnych czynności, zbędnej konsumpcji, nadmiarowych obowiązków w każdej dziedzinie naszej egzystencji. Takie podejście, nieco ascetyczne (ale przecież nie jest nowe w Europie!), pozwala uporządkować życie i uczynić je prostszym. Jest swego rodzaju pozbyciem się "niepotrzebnego balastu", usunięciem iluzji, które przesłaniają nam obraz nas samych i otaczającego nas świata.
To bardzo chrześcijańskie, i staje się coraz modniejsze.
Symbolicznie odzwierciedla to imię papieża Franciszka, nawiązujące do św. Franciszka z Asyżu. Europa ma korzenie, do których może powracać. Ma swoje bogate dziedzictwo.

Zamuleni w rdzy i mule konsumpcjonizmu nie dostrzegamy piękna ukrytych tam rzeczy. Nie widać nas pod tym naniesionym mułem.
Prowincja ze swoim powolnym i mało-światowym życiem, ze swoim ocalonym i odkrywanym na nowo dziedzictwem kulturowym i przyrodniczym jest coraz bardziej atrakcyjna dla współczesnego człowieka. Choćby tylko na wakacje.

Zwalniać i zatrudniać nowych czy szkolić dotychczasowych pracowników uniwersytetu?

Wobec różnorodnych zmian i konieczności przygotowania zupełnie nowej oferty naukowej oraz edukacyjnej, przed szkołami wyższymi staje dylemat: zwalniać starych i zatrudniać nowych czy szkolić dotychczasowych pracowników uniwersytetu?

Można z własnej kadry wybrać osoby z potencjałem (warto więc mieć potencjał w sobie) ale których stanowiska są lub będą zagrożone w przyszłości (np. zmniejszony nabór na dany kierunek studiów). I tych pracowników szkolimy do nowych zadań lub tylko zmodyfikowanych. Z jednej strony zatrzymujemy ludzi z potencjałem, wartościowych, doświadczonych, z drugiej przekwalifikujemy do nowych zadań. Ważne jest to także w okresie, gdy wiele osób boi się zwolnienia. Ten strach i niepewność rodzić może wojny wewnętrzne, donosicielstwo, podkładanie świni, rywalizację i wrogie, wzajemne eliminowanie się. Energia idzie nie na „produkcję” i wypełnianie zadań, ale na wojnę wewnętrzną (wyniszczająca „wojnę domową”). Ponadto niszczy się atmosferę współpracy i współdziałania (przeważa kultura korporacyjnej rywalizacji i wykańczania) oraz spada zaufanie do siebie i do przełożonych.

Jeśli pracodawca przekwalifikowuje swoich pracowników z wyprzedzeniem, to wzrasta zaufanie do kadry kierowniczej i pracodawcy, a energia nie jest marnowana i ugruntowuje się lojalność wobec firmy oraz rozwija się praca zespołowa. Pracownicy nabierają chęci do działania a także uzyskują nowe umiejętności.

Jest więc alternatywa: zwalniać pracowników i zatrudniać nowych czy przekwalifikowywać i dokształcać już zatrudnionych. Piszę to w kontekście uniwersytetu.

Teoretycznie uniwersytety są kreatywne i mają wiedzę o świecie najbardziej aktualną i rzetelną. Nie powinno być więc problemu z wizją zmian, prognozą tego co się będzie działo w otoczeniu nauki i szkolnictwa wyższego, nie powinno być problemu z rozumieniem zachodzących zjawisk i to ze znacznym wyprzedzeniem czasowym. Byłby więc czas na przygotowanie się do zmian, np. tak zwanego niżu demograficznego. I jako instytucje kreatywne uniwersytety nie powinny mieć problemu z przekwalifikowaniem pracowników do nowych zadań. Ale jest to tylko "teoretycznie". Przeszkodą jest skrajna specjalizacja – bo czy biolog, matematyk, geodeta, literaturoznawca interesuje się trendami demograficznymi, procesami edukacyjnymi i zarządzaniem? Ponieważ na studia idą ludzie w wieku 19 lat to dziura demograficzna była widoczna od dawna. Demografowie wiedzieli, informowali. Ale czy biolog, nawet profesor, zagląda do innych niż swoje publikacji?

Uniwersytety są w kłopocie. Właśnie ze względu na skrajną specjalizację (właśnie interdyscyplinarna współpraca umożliwia przekroczenie ograniczeń specjalizacja). Po drugie cierpią tak jak całe nasze społeczeństwo na braki w kulturze zarządzania i szeroką nieumiejętność pracy zespołowej. Często-gęsto
polega to na "poganianiu" i rozliczaniu ze wskaźników a nie wyprzedzającego budowania klimatu do efektywnej pracy, której efektem są dobre wskaźniki, np. publikacja dobrze punktowane, współpraca międzynarodowa czy współpraca z gospodarką.

Baby pod ratuszem!

Baby pruskie powróciły. Pojawiły się przed ratuszem. W kolejnym roku nowe wcielenie i nowy pomysł. Powoli na trwałe wpisują się w nasza tradycje i artystyczny klimat miasta. Konsekwencja, wytrwałość i nowe pomysły służą promocji oraz tworzeniu nowej "świeckiej tradycji"..

Szkoda tylko, że baby pruskie są tylko pod ratuszem. Mam cichą nadzieję, że pojawią się w kilku miejscach miasta, w tym na Starówce… czyli tam, gdzie najwięcej turystów.

Baby pod ratuszem…. może po prostu społeczność lokalna chce zagrać z władzami w szachy, z myślą o przyszłości miasta? (czytaj więcej na ten temat)

zobacz też wcześniejszy wpis

Oszpecanie krajobrazu banerami – czy piękno pokona szpetotę?

Tak jak można mówić o sukcesji ekologicznej i wymianie gatunków, tak chyba można mówić o sukcesji piękna i brzydoty w krajobrazie. Czy da się przewidzieć kierunek zmian i czy taka analogia oraz porównanie mają sens?

Kiedy po roku 1989 r. wybuchła społeczna energia ekonomiczna i handlowa, pojawiły się "sklepiki" na łóżkach polowych i kartonach. W małej gastronomii dominowały tanie plastykowe krzesełka i stoliki. I jedno i drugie było tandetne i brzydkie, ale były tanie i ułatwiały szybką "dyspersję i "kolonizację" wolnych nisz i przestrzeni. Z czasem jednorazową tandetę zastąpiły droższe ale trwalsze i piękniejsze, normalne sklepy czy gustowne, drewniane i metalowe (nawet kute i rzeźbione) krzesełka i stoliki. Widać to nawet po szyldach. Ale pojawiające się piękno jest droższe. I trwalsze. To ono pozostanie na dłużej. Brzydota przemija…

Zachwycamy się gotyckimi budynkami, pięknymi starymi szyldami. Czy kiedyś wszystko było lepsze, solidniejsze i piękniejsze? Chyba nie. Tandeta jest jak gatunki wczesnosukcesyjne (oportuniści ekologiczni) – szybko się pojawia i kolonizuje wolną przestrzeń. W ciągu sukcesji ekologicznej, jeśli nie ma zaburzeń a środowisko jest stabilne, pojawiają się gatunki długowieczne i wyspescjalizowane. Tak jak dostojne wiekowe dęby czy lipy w puszczy. Piękno jest bardziej długowieczne od brzydoty.

Naszą przestrzeń szpecą tandetne banery, rozwieszane nawet w miejscach zabytkowych (tak jak na zdjęciu wyżej). Szpecą kosztownie odrestaurowywane piękno (to tak jakby do drogiej i pięknej sukni ślubnej przypiąć zgniłe i śmierdzące jabłko).

Olsztyn zdobył nawet miano lidera w oszpecaniu przestrzeni publicznej banerami reklamowymi. Na szczęście ta szpetota zaczyna nam coraz bardziej doskwierać i zaczynamy się buntować.

Czy te banery coś reklamują? Są raczej antyreklamą firm – bo publicznie wykrzykują o bezguściu i o tandecie. "Jesteśmy tandetni i nasze produkty/usługi także".

Zamieszczony na górnym zdjęciu gustowny szyld jest przykładem zastępowania tandety pięknymi i trwałymi realizacjami. Cieszy oko i rzeczywiście reklamuje. Wolimy przebywać w pięknym otoczeniu. Tandetny plastik i plandekowe banery niczego już nie reklamują. Pozostają jedynie skansenem brzydoty i początków rozwoju.

Impact factorowy parametryzacyjny celebryta w świecie akademickim

Odczuwamy stres, gdy jesteśmy odizolowani, a w zasadzie gdy czujemy się odizolowani. Bo samotność to stan ducha a nie stopień zatłoczenia ujemnego.  Dobry nastrój odczuwamy, gdy przebywamy z innymi. Dlatego ciągnie nas „do ludzi”.

Ewolucyjnie ukształtowany system nagrody (z wydzielaniem w mózgu endorfin, dopaminy i in. neurotransmiterów), promuje wspólnotowość i współpracę w grupie. Musiało to być więc korzystne na jakimś etapie ewolucji człowieka i hominidów. Ten dobry nastrój wykształcił się, nagradzając ewolucyjnie korzystną strategię wspólnotowości a nie indywidualizmu. Społeczeństwa zbudowane zostały na wspólnotowości i umiejętności pracy zespołowej a nie na indywidualnym egoizmie. Zbyt duża konkurencja osobnicza rozrywa społeczności i zdolność współpracy.

Być może w społeczeństwie rolniczym jeszcze bardziej zdolność do współpracy i wspólnotowość została wzmocniona. Bo społeczności rolnicze w paleolicie mogły przetrwać tylko dzięki zespołowemu współdziałaniu. Uprawa ziemi wymaga większej i długofalowej współpracy niż łowiectwo. Gorzej odżywieni, słabsi niż wojownicy z plemion koczowniczych (łowców i myśliwych), a jednak cywilizacyjnie silniejsi. Dzięki współpracy i większej liczbie kontaktujących się i komunikujących się mózgów.

Czy wskaźnikowa parametryzacja służy umacnianiu współpracy w nauce? Okaże się za jakiś czas.
Impactfactorowy, parametryzacyjny celebryta pojawił się i w naszym w świecie akademickim. Ale chyba jest to bardziej cewebryta, bo bardzo chwilowy. Chwilowy rozbłysk sławy i kariery, mierzony w puntach impact factor (jak na giełdzie mody, która baza cytowań jest "ważniejsza"). Są też naukowcy, którzy cytowani są późno ale przez wiele lat. W karierze to nie pomorze, bo ta sława przychodzi bardzo późno, nierzadko po śmierci lub na emeryturze. Ale dla nauki jako systemu wiedzy to znacznie ważniejsze, bo ma sumarycznie większy wpływ oddziaływania.

Gdyby porównać to do strategii gatunków w ekosystemach to są naukowcy krótkiego cyklu sławy naukowej i długiego cyklu. Jak w ekosystemie i sukcesji ekologicznej, są ekologiczni oportuniści i ekologiczni specjaliści, są gatunki krótkowieczne i długowieczne. To warunki środowiska decydują, która strategia odnosi większy sukces. Nie ma lepszej lub gorszej strategii. Są alternatywne strategie a o ich sukcesie decyduje środowisko. Ciągle zmieniające się środowisko. W heterogennym i zmiennym pod względem stabilności środowisku przetrwają obie skrajne strategie.

Decydując się na takie a nie inne mechanizmu kształtowania karier naukowych urzędowo i odgórnie doprowadzamy do zmian ilościowych obu strategii w środowisku naukowym. Po jakimś czasie okaże się, że mimo znakomitych wskaźników i tak polska nauka nie ma wpływu na światowy wkład do wiedzy… Uczenie się dla ocen lub edukacja nastawiona na przygotowanie do testów i egzaminem kompetencyjnych. Wskaźniki dobre… tylko bezrobocie coraz większe (niedostosowanie do rynku pracy).

Zapomniana baba pruska czyli o wadach promocji regionalnej

Kilka dni temu na olsztyńskim straganie zwróciły moją uwagę figurki baby pruskiej, pomalowane i decoupage’owane  w najróżniejsze wzorki, w tym z malarstwem Gustawa Klimta (na czasie, bo rocznica celebrowana w wielu miejscach).  Do tych bab pruskich, jako pamiątki regionalnej, już się przyzwyczaiłem. Widuję je w różnej wielkości i wersji w wielu miejscach z pamiątkami turystycznymi. Ale zaskakująca była rozmowa z twórcą i sprzedawcą. O promocji Olsztyna przez baby pruskie po prostu zapomniano…

Po dwóch czy trzech latach ulicznych happeningów i wakacyjnego eksponowania wielu dużych figur baby pruskiej przenajróżniej pomalowanych, miasto po prostu zapomniało o inwestowaniu w już zaczętą promocję. Producenci nastawili się na taką promocję, zainwestowali w twórczość… i fiasko. Baba pruska przeminęła z wiatrem jak latawce i sery.

Ewidentnie promocja turystyczna Olsztyna kuleje, najdelikatniej rzecz ujmując. Żadnej konsekwencji, ciągłe i chaotyczne zmiany (co rok to prorok, chciałoby się rzec). Sporo pieniędzy w rezultacie wyrzucanych jest w błoto a lokalny przemysł turystyczny jest po prostu robiony w bambuko. Bo czy to ma być Kopernik, czy baby pruskie, czy latawce, czy sery czy piłka nożna? Promocyjna łaska „pańska” na pstrym koniu jeździ. Przynajmniej w Olsztynie.

Ciągle mnie dziwi, dlaczego tak mało pamiątek regionalnych i żywności lokalnej jest dostępnych na olsztyskiej Starówce. Wymuszane są przez społeczność lokalną jakieś drobne jarmarki, ale to od czasu do czasu. Targ Rybny, który do tego teoretycznie się nadaje – stoi zazwyczaj pusty. Pięknie wyłożony kostką granitową… ale martwy. Z rzadka tylko zapełniony ogródkami piwnymi, od wielkiego dzwonu jakimś koncertem. Dlaczego jest pusty? Dlaczego stojące stragany wyrzucone zostały poza Targ, gdzieś w krzaki, w mało eksponowane miejsce?

Jest oczywiście jeden ważny powód – brak koncepcji promocji turystycznej Olsztyna i rozdrabnianie się w wiele niespójnych i chaotycznych przedsięwzięć. Targ Rybyny byłby żywy i tętniłby życiem… ale brakuje mu profesjonalnego zaplecza. Zamiast pobliskich, szpetnych szaletów, potrzebne jest małe zaplecze. Tak, żeby były tam chłodnie (ważne dla tych co sprzedają żywność tzw. ekologiczną, tradycyjną i regionalną), możliwość podłączenia się do prądu, umycia rąk dla personelu i zaplecze dla sprzedawców. Tej inwestycji po prostu brakuje. Tak jak brakuje pomysłu na ożywienie Starówki dla celów turystycznych. Rękodzieło, pamiątki, wszelaka twórczość i żywność regionalna i lokalna mogą być dużym magnesem turystycznym. Wiem, bo akurat mam gości z Francji….Tylko muszą one tam być na co dzień (te atrakcje), w godziwych warunkach. A nie w wiecznej prowizorce. I chodzi o tworzenie stałego klimatu a nie okazjonalnych imprez na pokaz. Chodzi o takie zaprojektowanie przestrzeni publicznej, żeby chciało się tam przebywać ulicznym grajkom, malarzom, rękodzielkom wszelakim … i ludziom, którzy chcą się spotykać ze sobą.

Jeśli spojrzeć po straganach jarmarcznych to nasi lokalni producenci mają już bardzo estetyczne i profesjonalne opakowania swoich produktów (przykłady na zdjęciach). To już nie jest gazetowa i kartonowa tandeta. Tylko gdzie to mają wystawiać? Na budkach pod krzakami przy szalecie miejskim? A gdzie swoje prace mogą pokazywać malarze i inni twórcy? Starówkę przeznaczamy na wielki parking, aby wielkomiejscy lanserzy mogli poszpanować swoimi głośnymi maszynami? Kilku szpanerów nie zapewni koniunktury dla całej Starówki i miasta turystycznego.

Przy braku spójnej i sensownej strategii promocyjnej Starówka niebawem całkowicie umrze. Będzie jedynie parkingiem. Więcej jednak można zarobić na ożywionej rekreacji miejskiej i turystyce niż na parkomatach…

Chruściki z Jeziora Czarnego, czyli słów kilka o problemach europejskiej wiedzy o bioróżnorodności

21125542_10212580533501669_6683019017086393624_oOwadów jest dużo, zarówno w liczbie gatunków jak i osobników. Specjalistów niestety niewielu. Bo nie sposób znać się na wszystkim. Można wybrać jedną, dwie grupy. A reszta jest poza zasięgiem sprawnego identyfikowania i zebrania wiedzy (poza wiedzą ekspercką). W rezultacie w Europe nie za bardzo wiemy jakie mamy zasoby różnorodności biologicznej i jaka jest skala zagrożenia. Zarówno w skali wymierania gatunków, zmian zasięgów występowania wraz z postępującymi zmianami klimatu czy przekształceniami antropogenicznymi środowiska, jak i dyspersji gatunków obcych. Przekłada się to na problemy gospodarcze.

Bioróżnorodność nie jest fanaberią nawiedzonych ekologów. To w jakimś sensie także problem gospodarczy, odczuwalny finansowo w bliższej i dalszej perspektywie czasowej.

Na początku czerwca odwiedził mnie dr Andrzej Kapusta, ichtiolog z Instytutu Rybactwa Śródlądowego w Olsztynie, wraz z przebywającym na stażu naukowcem ze Słowacji. Branislav Hrabkovsky zainteresowany jest chruścikami. Ogromnie mnie to ucieszyło, bo na Słowacji nie ma obecnie chyba żadnego trichopterologa (Pavel Chvojka jest z Czech).

Goście przynieśli kilka prób z chruścikami z Jeziora Czarnego w Olsztynie (zebrane w czerwcu 2013). Udało się szybko zidentyfikować larwy: Leptocerus tineiformis, Agraylea multipunctata, Limnephilus flavicornis, Limnephius politus, Oxyethira sp. Dwa ostatnie są po raz pierwszy wykazane dla tego jeziora. W badaniach dr Lecha Pietrzaka, z początków wieku, z Jez. Czarnego w ciągu całego roku fenologicznego udało się wykazać obecność: Cyrnus crenaticornis, Holocentropus picicornis, Agraylea multipunctata, Orthotrichia sp., Agrypnia varia, Agrypia picta (?), Phryganea grandis, Nepmotaulius punctatolineatus, Glyphotaelius pellucidus, Anabolia laevis, Limnephilsu extricatus, L. flavicornis, L. lunatus, L. rhombicus, Triaenodes bicolor, Ylodes simulans, Leptocerus tineiformis, Mystacides longicornis, Athriposdes aterrimus, Oecetis furca. Wykazanie nowych gatunków w trakcie okazjonalnych badań wskazuje tylko na skalę naszej niewiedzy o tym, co mamy. Podobne przykłady można mnożyć.

Szansą dla naukowców jest współpraca z wolontariuszami. Ale do tego naukowcy muszą opracować dobre klucze do identyfikacji i współpracować, np. poprzez portale społecznościowe. Ani klucze, ani aktywność internetowa nie liczy się do dorobku  pracownika czy oceny parametrycznej jednostki. Potrzeba dużego samozaparcia, aby robić to, co jest ważne i potrzebne, wbrew (lub obok) systemowi awansu i oceny jednostek naukowych. Do czasu zanim władze państwowe równego szczebla dostrzegą nowe tendencje w nauce.

W sumie od naukowca społeczeństwo powinno wymagać niezależności myślenia i oceny sytuacji a także myślenia strategicznego i długofalowego a nie koniunkturalnego dostosowywania się do bieżących ocen. Róbmy więc swoje….

Osełedec na głowie czyli brudnica mniszka i smętkowate w E-ncyklopedii Warmii i Mazur

smetkowate

W trakcie dyskutowania zawartości E-ncyklopedii Warmii i Mazur pojawił się wątek zwierząt i roślin, charakterystycznych dla naszego regionu. No bo jak zawrzeć typowe elementy bioróżnorodności regionu w zaledwie 700 hasłach? Parki krajobrazowe, rezerwaty czy większe jeziora wydają się oczywistością.

Osobiście w planie „wydawniczym” wymieniłem opisanie wielu gatunków owadów. Od razu u nie-biologów pojawiła się wątpliwość (w dyskusji) – czy to aby będzie charakterystyczne i typowe dla naszego regionu? Jakieś tam grzyby, rośliny, owady? Owszem endemicznych (występujących tylko tu) gatunków nie mamy. Z przyrodą Warmii i Mazur to najczęściej kojarzy się kormoran i bocian biały, ale jakieś tam chruściki, muchy, chrząszcze, motyle? Te wątpliwości nie wynikają z istoty naszej warmińsko-mazurskiej różnorodności biologicznej ile z braku wiedzy (zaległości w upowszechnianiu wiedzy przyrodniczej). Bo bezkręgowców jest bardzo dużo w liczbie gatunków. Na ogół ich nie dostrzegamy. A i wiedza naukowa jest stosunkowo skromna.

U owadów stosunkowo najsłabiej poznane są muchówki (Diptera), mimo że bardzo liczne są gatunkowo. A przecież o owadach, nawet muchach, można opowiadać godzinami nie mniej ciekawie niż o krzyżackich zamkach, napoleońskich bitwach czy niemieckich bunkrach. Tym bardziej warto w E-ncyklopedii o tych unikalnych, mało znanych organizmach opowiadać. Bo przecież internetowa encyklopedia ma także walor upowszechniania wiedzy.

Na zdjęciu wyżej (autor Dariusz Wierzbicki) muchówka, którą turyści przebywający w naszym regionie mogą spotkać. I spotykają. Ale czy dostrzegają? Niewidoczna niczym Smętek lub Kłobuk.

Muchówka należy do rodziny Sciomyzidae. Jeszcze nie widać związku z naszym regionem? Polska nazwa tej rodziny to smętkowate. I od razu kojarzy się z mazurskim i warmińskim Smętkiem. Literatury sporo. My pójdźmy entomologicznymi tropami smętkowatych.

Te niewielkie muchówki (dwuskrzydłe) w zbliżeniu (makrofotografia) ukazują całe swoje piękno, zarówno ubarwienia jak i przecudnych oczu. Długość ciała tych owadów waha się w granicach 2-14 milimetrów. Ubarwienie owadów dorosłych mieści się w kolorach od żółtobrązowej do brązowej, z rzadka niektóre gatunki ubarwione są w kolorze czarnym. Aparat gębowy typu ssącego, ciekawa i fotogeniczna budowa czułków oraz charakterystyczne owłosienie (uszczecinkowanie) tułowia. Na skrzydłach często widoczny jest rysunek przypominający siateczkę, czasem w formie plam. Przedni brzeg skrzydła zazwyczaj jest przyciemniony.

W Polsce występuje ponad 70 gatunków (reprezentujących 2 podrodziny), z których około 30 to formy wodne (związane w cyklu życiowym ze środowiskiem wodnym, tak jak moje ulubione chruściki). Larwy zasiedlają wody stojące (jeziora, stawy, drobne zbiorniki śródpolne i śródleśne) oraz stagnujące strefy rzek. Niektóre gatunki są pasożytami słodkowodnych ślimaków.

W Palearktyce znanych jest 167 gatunków, usystematyzowanych w 27 rodzajów. W Europie występuje 137 gatunków. Stan wiedzy o tych muchówkach w Polsce jest – tak jak i w innych krajach – stosunkowo słaby. Nawet nie jest znana pełna lista gatunków i możemy spodziewać się wykazania kolejnych. Rozmieszczenie ich też jest rozpoznane bardzo słabo. Bo i specjalistów jest niewielu. Kto ma więc to zrobić? Na szczęście dostepność fotografii cyfrowej jest powszechna a poprzez portale społecznościowe kontakt ze specjalistami znacznie ułatwiony. Można więc w czasie turystycznych wypadów urządzać sobie entomologiczne bezkrwawe łowy. I do domu przywieźć z Warmii i Mazur pamiątkowe zdjęcia nie tylko zamków gotyckich czy żaglówek na jeziorach ale i tajemniczo wyglądających owadów. Wakacje na tropach smętkowatych to prawie jak na tropach Smętka.

Dorosłe owady odżywiają się nektarem. Spotkać je można wśród roślinności wilgociolubnej. Zatem w krainie tysiąca jezior, dziesięciu tysięcy drobnych zbiorników wodnych, setek rzek i strumieni, nie trudno spotkać smęktowate (Sciomyzidae). Coś z mazurskim Smętkiem mają wspólnego – owo zamiłowanie do terenów wilgotnych. Ale kilka gatunków smętkowatych (po angielsku zwanych marsh flies) spotkać można w lasach a nawet siedliskach stepowych. To ostatnie kojarzy się raczej ze stepami Ukrainy. I w tym widać związek z naszym regionem, gdzie mieszka przecież sporo osób pochodzenia łemkowskiego czy ukraińskiego. To nasze dziedzictwo kulturowe. Jeśli przyjrzeć się głowie muchówki, zamieszczonej na zdjęciu wyżej, to kojarzy się mi z kozacką głową, na której widoczny jest osełedec.

Larwy nie są już tak piękne jak owady dorosłe. No cóż, u muchówek zazwyczaj larwy są piękne-inaczej: beznogie, czerwiowate, brzydkawo ubarwione. Larwy smętkowatych odżywiają się ślimakami i małżami. Larwy niektórych gatunków Sciomyzidae potrafią aktywnie pływać i atakować ślimaki wodne. W czasie ataku używają haków gębowych z zagiętymi ząbkami (nie myślicie czasem o piratach z Karaibów?).

W gruncie rzeczy niewielka larwa smętkowatych może zjeść w ciągu swojego życia od 8 do 24 ślimaków. Ale są i takie, które w ciągu całego swojego larwalnego życia konsumują tylko jednego ślimaka. Są też i takie, które najpierw są parazytoidami, po czym opuszczają skorupkę ślimaka i stają się drapieżnikami. Są i bardziej wyrafinowane gatunki wśród smętkowatych, bo odżywiające się jajami ślimaków i ich embrionami. Owadzie dziedzictwo kulinarne regionu :). U niektórych gatunków każde stadium larwalne muchówki rozwija się w innym ślimaku.

I co, o muchówkach z rodziny smętkowatych nie można powiadać zajmujących opowieści ze zbrodnia czy przygodą w tle? I to w nawiązaniu do mazurskiego Smętka, siedząc nad jeziorem, rzeką czy spacerując po wilgotnym lesie. One są wśród nas, niewidoczne tak jak Smętek.

Może inny przykład, taka brudnica mniszka. Motyl, uważany za szkodnika lasów i sadów. Leśnicy o nim często ze zgrozą opowiadają. Masowy pojaw takich szkodników, zwany gradacją, jest jak przejście frontu przez nasz region. Albo morowe powietrze. Tak jak wiele innych motyli (ćmami potocznie zwanymi) ma szerokie rozmieszczenie. Jaki więc związek z naszym regionem, aby opisać w internetowej encyklopedii Warmii i Mazur?

Otóż w połowie XIX w., w czasie gradacji (masowego pojawu) na Warmii i Mazurach silne, wichury uniosły miliony gąsienic brudnicy mniszki i przeniosły nad Bałtyk, gdzie zginęły topiąc się w morzu. Szczątki potopionych gąsienic wyrzucone na brzeg utworzyły wał długości kilkudziesięciu kilometrów o wysokości przekraczającej miejscami 0,5 m. Plaga rodem z Warmii i Mazur a przynajmniej z Prus Wschodnich. W tamtym czasie prasa opisywała to niezwykłe zjawisko a ludzie w chatach przez wiele miesięcy i lat sobie o tym opowiadali. Jest związek z regionem? Jest.

Można jeszcze dodać, że gąsienice są włochate, przez co mało który ptak je chce zjadać. Ale kukułka to je zjada. Ale być może dlatego podrzuca swoje jajka innym ptakom, żeby nie karmić swoich piskląt takim podłych i wstrętnym jedzeniem? Z miłości do swoich dzieci oddaje w nieproszoną adopcję innym ptakom. To oczywiście tylko porównanie, ale turystom o przyrodzie można ciekawie i z nutą sensacyjności opowiadać.

Może jeszcze i to, że te włochate gąsienice… fruwają, niczym podróż balonem czy na paralotni. Młodsze stadia larwalne są lekkie, a długie włoski pokrywające ich ciało ułatwia unoszenie przez wiatr, dzięki czemu mogą podróżować daleko i docierać do nowych, obfitych w pożywienie, terenów (czasem niestety do morza). Niczym młodzi ludzie z Warmii i Mazur, którzy za pracą i nauką rozjechali się po całej Europie.

Tak jak opisujemy w przewodnikach turystycznych pobyt Napoleona (przecież też epizodyczny), przejazdy królów, przetaczanie się wojen i epidemii, tak opisywać możemy nasze dziedzictwo przyrodnicze, o którym przecież bardzo mało wiemy. Jeśli nie liczyć kormorana, lisa czy bociana białego.

Kaczka na spacerze

Kaczka na spacerze w miejskim parku, między ludźmi. Widok coraz bardziej powszechny. Procesy ewolucyjne możemy obserwować nieustannie na naszych oczach. Zmienia się środowisko, także za sprawą człowieka, a wraz ze środowiskiem zmieniają się gatunki. Zmienia się także człowiek.

Jesteśmy społeczeństwem sytym. Co widać po nadwadze (ponad 50% populacji) czy otyłości. Ale widać także po kaczce spacerującej między ludźmi. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu taki widok byłby zaskakujący. Żyliśmy w świecie niedosytu i potrafiliśmy jeszcze polować. Zwierzęta uciekały przed zagrożeniem i ludzkim drapieżnikiem. Kiedy przestaliśmy polować to systematycznie zmniejsza się dystans ucieczki dzikich zwierząt. Teraz na potencjalne jedzenie patrzymy inaczej – już jako na towarzysza życia miejskiego. Ciekawe czy obecnie strachy na wróble spełniają swoją rolę – bo przecież człowiek przestał być groźny, więc być może sylwetka ludzka w strachu na wróble wcale tego strachu nie wzbudza?

Brakuje nam kontaktu z przyrodą i kontaktu z innymi ludźmi. Dlatego kaczka dystyngowanie chodzi sobie alejkami. Może i z kim tam poplotkuje, zagada, zakwacze. Jak to w paku w mieście… A my, siedząc na ławce, nacieszymy się widokiem zwierzęcia prawie udomowionego. Traktujemy je jako członków stada. A przecież swoich się nie zjada…

We współczesnym społeczeństwie rośnie liczba singli. Podobno jest ich w Polsce już około 5 milionów. Socjologowie wysuwają przypuszczenie, że ma to związek z trudnościami w nawiązywaniu relacji międzyludzkich. Nie tylko coraz trudniej wytrwać w związku ale coraz trudniej wejść w relacje. Niesparowani są "choroba" XXI wieku. Krótkotrwałe, przelotne i niezobowiązujące relacje ze zwierzętami są wygodne. Bo niczego nie trzeba. Do niczego na dłużej się nie zobowiązujemy. Co innego w trwałym związku, w małżeństwie. Pojawiają się wieloletnie obowiązki. Konieczne są głębokie więzi i pogłębione relacje międzyludzkie.

A może żyje się nam znacznie łatwiej i możemy przeżyć w pojedynkę? Tak jak dzikiej kaczce w mieście?

Od pikniku naukowego do nowego uniwersytetu czyli o kreatywności, oryginalności i konektywiźmie

Coraz bardziej uwidacznia się ugólnonarodowa (i nawet ogólnoświatowa) dyskusja nad modelem edukacji od przedszkola aż po uniwersytety, z uwzględnieniem coraz istotniejszych form i instytucji pozaszkolnych. Rośnie niezadowolenie z obecnego systemu coraz bardziej niedostosowanego do współczesności. Objawami tego niedostosowania są coraz liczniejsi wykształceni a bezrobotni młodzi ludzie, coraz liczniejsze pikniki naukowe i konektywistyczne społeczeństwo sieciowego kształcenia wzajemnego i ustawicznego. Pojawiają się zupełnie nowe formy, np. Khan Academy, Uniwersytety Dzieci itd… i nie są to tylko efemeryczne ciekawostki ale objawy ogólnoświatowego procesu.

Kiedyś wystarczyło nauczyć korzystania z wiedzy (studentów, uczniów). Teraz trzeba nauczyć korzystania z wiedzy i nauczyć tworzyć tę wiedzę. Rośnie znaczenie nauk przyrodniczych, bo mają wypracowaną metodologię tworzenia wiedzy. Dlatego tak ważna jest zarówno praca licencjacka jak i magisterska – są weryfikującymi wprawkami w tworzeniu wiedzy. Ale to za mało. Musimy uczyć tworzenia wiedzy na każdym etapie kształcenia. Trzeba uczyć nieustannie i przy każdej okazji, zwłaszcza na uniwersytetach. Przebudowaniu musi ulec cała „filozofia kształcenia”… a w zasadzie powinna powrócić do korzeni. Bo ostatnie dziesięciolecia zmieniały uniwersytety w szkółki.

Żeby samemu tworzyć wiedzę, trzeba ją najpierw mieć i umieć z niej korzystać.
Celem obecnego wykształcenia uniwersyteckiego jest nie tyle wykształcenie co wykształcenie oryginalne. Tworzenie wiedzy zawsze wymaga oryginalności i kreatywności. W tym sensie pełne wykształcenie wyższe jest dobrym wdrożeniem do kreatywności i innowacyjności, trenowaniem tych umiejętności, przydatnych w każdym dziale gospodarki XXI wieku.

System edukacyjny (w szczególności na poziomie wyższym) musi nastawić się na wykształcenie oryginalności a przejawy tej oryginalności premiować. Teraz premiuje przede wszystkim wiedzę pamięciową, odtwórczą. Prymusi i kujoni jednak jako absolwenci pozostają bezrobotni lub są trudno zatrudnialni.
Potrzebne są metody kształcenia dla oryginalności – nauczyć tworzyć w oparciu o współpracę, w tym współpracę w sieci. Bo z taką rzeczywistością będą się spotykać po studiach. Już teraz się spotykają poza uniwersytetami. A uniwersytet nie powinien być wyizolowana wyspą, skansenem konserwującym archaizmy.

Uniwersytet powinien odpowiadać na potrzebę kształcenia ustawicznego w ciągu całego życia. Być może ubywa nam tradycyjnych studentów, lecz potrzeby „rynku” edukacyjnego są coraz większe. Wystarczy tylko dostosować ofertę edukacyjną do tych rosnących potrzeb. Jedną z form może być e-learning i współtworzenie wiedzy „w chmurze”.

Coraz więcej wiedzy jest w internecie. To ta wiedza i jej dostępność decydują o poziomie edukacji całego społeczeństwa (kształcenie formalne, pozaformalne i nieformalne w ciągu całego życia). W jakim miejscu jest nasz uniwersytet? Czy i co tworzymy i czy upowszechniamy wiedzę w internecie? Czy stajemy się uniwersytetem otwartym czy coraz bardziej izolujemy się w skansenie oderwanym od rzeczywistości? Co tworzymy i jaki jest nasz udział w Wikipedii i innych, ogólnodostępnych projektach? Czy mamy własne projekty upowszechniania wiedzy w sieci, udostępniając je edukacji społeczności lokalnej (wszak jesteśmy uniwersytetem warmińsko-mazurskim!) lub społeczności międzynarodowej, wpisując się w ogólnoludzkie projekty edukacyjne i naukowe?
Odpowiedź na te pytania jest niezbędna, jeśli chcemy w najbliższych latach wypełniać swoja misję, misję Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego.

Oczywiście, są takie projekty i jest udział pojedynczych osób w takich przedsięwzięciach sieciowego uniwersytetu otwartego. Ale czy to mało czy dużo? Czy tylko na tyle nas stać? Mamy potencjał intelektualny (zasoby ludzkie), mamy zaplecze technologiczne, a co z tym robimy i w jakim stopniu ten potencjał wykorzystujemy? W 5%, 15%, 50% czy 90%? Ile wykładów udostępniamy w sieci, czy i jakie repozytoria wiedzy tworzymy i udostępniamy w sieci? Trochę materiałów udostępnia Radio UWM FM czy Telewizja Kortowo, trochę pojedynczy pracownicy. Ale czy to jest wystarczające na miarę naszych ambicji i możliwości?

To niezwykle ważne pytania z dwóch powodów: finansowego zapewnienia pracy już zatrudnionym na UWM oraz wypełniania społecznej misji uniwersytetu dla społeczności naszego regionu.

Ciekawa rozmowę o  Uniwersytecie Dzieciz Agatą Wilam znalazłem w Gazecie Wyborczej (14 czerwca 2013)
„(…) traktujemy szkołę jak miejsce, gdzie zdobywamy wiedzę, co do której mamy przekonanie, że nam się do niczego nie przyda. Zakuwamy fakty, a potem je zapominamy. Szkoła nam podaje gotowe informacje, wypreparowane, włożone do podręczników, i tak z biegiem lat przestajemy być ciekawi wszelkich informacji. Z czasem przestajemy zauważać nawet zjawiska przyrodnicze wokół siebie, przestajemy też zadawać pytania.”

Na Uniwersytecie Dzieci „Do Wikipedii dopisują nowe hasła”. Jest to jakaś forma forma aktywności poznawczej). A skoro mogą dzieciaki to dlaczego nie mogliby studenci?

„Problem raczej w tym, że szkoła nudzi dzieci – znacznie szybciej niż kiedykolwiek przedtem. Świat wokół jest coraz bardziej interesujący i coraz bardziej otwarty. A szkoła ciągle ta sama.”(…) „Uważam, że szkoła jest dla uczniów nudna dlatego, że bardzo często bywa nudna dla nauczycieli. Skoro nie mają radości z uczenia, jak mogą ja wpoić dzieciom?”

Dyskusja o modelu edukacji i wizji edukacji rozgrzewa się coraz bardziej w różnych środowiskach. I nie może pozostać tylko dyskusją. Musi przerodzić się w sensowna strategię edukacyjną. Inaczej jako społeczeństwo zostaniemy zmarginalizowani we współczesnym świecie. Nie zasłużyliśmy na taki los…