Wszyscy jesteśmy twórcami !

Są chwile, gdy nie można milczeć, nawet jeśli nie jest to wygodne. Prawo autorskie musi ulec zmianie, sensownej zmianie. Zmianie musi ulec sposób oceniania naukowców, aby zamiast korporacyjnego wyścigu parametryzacyjnego więcej inwestowali w realną innowacyjność i kapitał społeczny. O tym będzie w kolejnym wpisie (nawiązującym także do biomonitoringu, faunistyki i wiedzy o środowisku). A tymczasem nagłaśniam to, co warte jest upowszechnienia.

"• Wszyscy jesteśmy Twórcami. Mówiąc wszyscy, nie mamy na myśli niżej podpisanych (….) lecz wszystkich użytkowników Sieci;

• Prawo autorskie reguluje nie tylko sferę kultury – powinno służyć naukowcom i badaczom, nauczycielom i uczestnikom systemu edukacyjnego, przedsiębiorcom działającym w najróżniejszych sektorach rynku.

• Kultura i dziedzictwo są nie tylko kapitałem obrotowym przedsiębiorców przemysłów kreatywnych, ale także dobrem wspólnym – podstawą naszej wspólnej tożsamości i zasobem, z pomocą którego tworzymy nową kulturę.

• “To co powstaje za publiczne pieniądze jest własnością publiczną”. Twórczość i wiedza finansowane z naszych podatków nie mogą służyć wyłącznie interesom prywatnym – lecz być także dobrem wspólnym służącym nam wszystkim.

• Prawo, a w szczególności prawo autorskie, nie może stać się narzędziem blokującym obieg kultury i wiedzy, dostęp do informacji czy swobodę wypowiedzi;

• Priorytetem państwa powinna być reforma systemu prawa autorskiego, walka z komercyjnym paserstwem oraz wspieranie rozwiązań zapewniających legalny dostęp, w rozsądnej cenie, do zasobów kultury i wiedzy przez Sieć;

Internet nie jest zagrożeniem, lecz niespotykaną dotąd szansą rozwoju kultury i wiedzy.
"

Cały tekst: http://centrumcyfrowe.pl/list-otwarty-do-macieja-strzembosza/

Zrób się na zielono – Świadowy Dzień Środowiska

Zawsze jest jakaś okazja by świętować. Od 1972 roku 5 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Środowiska, niezbyt poprawnie nazywanym także Dniem Ochrony Środowiska. Angielski pierwowzór brzmi World Environment Day (WED), ale w języku polskim "environment" tłumaczymy czasem jako "ochrona środowiska". Ale przecież nie ma Dnia Ochrony lub Szacunku dla Kobiet (jest Dzień Kobiet) czy Dnia Ochrony Dzieci.

Dzień Środowiska, bliźniaczy do Dnia Ziemi, dzień ten został ustanowiony przez Zgromadzenie Ogólne ONZ na Konferencji Sztokholmskiej w 1972 roku.  

ZIELONO MI – pod takim hasłem WWF zachęca do obchodzenia tegorocznego Międzynarodowego Dnia  Środowiska i namawia, aby tego dnia każdy miał na sobie coś zielonego. W dzieciństwie bawiliśmy się "w zielone" – trzeba było mieć coś zielonego i pokazywać na żądanie. Czasem był to kawałek liścia, ukryty na języku. Gra w zielone była nie tylko jednego dnia.

Dzień Środowiska obchodził będę pod hasłem bioróżnorodności i bioindykacji. Z samego rana egzamin dyplomowy ma moja licencjatka – tematem pracy jest właśnie bioróżnorodności i… biotechnologia. Bioindykacją zajmuję się ostatnio nieustannie, tego dnia także będzie zaprzątała moje myśli. No i będzie ten dzień miał charakter międzynarodowy – bo zaplanowane mam spotkanie i rozmowę o chruścikach w Słowacji.

A skoro święto, to kwiaty dla wszystkich – niech cieszą Wasze oczy. Z elementem zielonego, jako wspomnienie dzieciństwa i nawiązanie do tegorocznej akcji WWF.

Tańcząca przywra, egoistyczne geny, hologenom i uroda

bursztynkaPięknej urody zdjęcie (wyżej zamieszczone, autor – Katarzyna Witkowska) wywołało ciekawą dyskusję w facebookowej grupie Kocham Polska Przyrodę. Na zdjęciu ślimak bursztynka (Succinea sp.) z widocznym w czułku pasożytem – przywrą Leucochloridium macrostomum. I jak stwierdziła autorka powyższego zdjęcia „Chociaż ta przywra zdrowia mu nie dodaje, to urody na pewno!”.

Ale czego to kobiety dla urody nie zrobią (mężczyźni zresztą też) – nakłuwają różne części ciała, wstawiają gliniane krążki w wargi (jak pewne afrykańskie plemię – Mursi), wycinają fragmenty ciała lub wszczepiają silikon tu i tam. Zdrowia to nie poprawia, ale urodę w mniemaniu właścicieli to nawet bardzo.

Ale wróćmy do przywry. To pasożyt dla którego ślimak jest żywicielem pośrednim. W odpowiednim momencie rozwoju przywra wędruje do czułków ślimaka i zmienia jego zachowanie. Ślimaki wbrew swoim przyzwyczajeniom wychodzą na „widok” a przywra w umiejscowiona w czułku zaczyna się ruszać.

W jakimś stopniu upodabnia się do larwy owada, co zwabia ptaki. Zjadają one albo same czułki albo całego ślimaka. Przywra w ten sposób dostaje się do żywiciela ostatecznego i kończy swój rozwój.
Ta ciekawa właściwość zmieniania (wpływania) na zachowanie swojego żywiciela była podstawą sformułowania hipotezy egoistycznego genu. Bo skoro pasożyty mogą modyfikować zachowanie żywiciela, aby robił to, co korzystne dla propagacji pasożyta, to może egoistyczne geny tez nami sterują? Podobnie zmieniają zachowania owadów pasożytnicze nitnikowce – nawet lądowe owady czują pociąg do wody (bo tam rozwijają się pasożyty).

Analogicznie w naszym genomie są egoistyczne geny, sterujące naszym zachowaniem. Drugim elementem teorii egoistycznego genu było odkrycie, że ludzkie DNA zawiera tylko niewiele sensownego DNA z zakodowanymi genami – reszta to śmieciowe DNA do niczego nie potrzebne. Tak się nam wydawało. A skoro nie koduje żadnych genów to zapewne są tam „pasożyty” sterujące naszym zachowaniem. W zasadzie jesteśmy tylko opakowaniem dla genów.
Hipoteza egoistycznego genu R. Dawkinsa przez kilka dziesięcioleci cieszyła się dużą popularnością. Po rozszyfrowaniu ludzkiego DNA teoria egoistycznego genu stała się mocno nieaktualna. Po pierwsze nie znaleziono owych hipotetycznych genomowych pasożytów. Po drugie śmieciowe DNA nie jest takim śmieciowym i zbędnym jak nam się wydawało. To rezerwuar do zmienności i rekombinacji oraz zasobnik z genami regulatorowymi. Teorię egoistycznych genów coraz bardziej zastępuje teoria hologenomu.

W końcu okazało się, że bez cudzych genów nie jesteśmy w stanie żyć. Powoli dojrzewa paradygmat wspólnotowości.
Najpierw odkryliśmy, że mamy więcej białek niż genów w naszym DNA. Dawny dogmat genetyczny jeden gen = jedno białko legł w gruzach, gdy poznaliśmy mechanizmy genetyczne u Eukariontów. Pojawiły się introny i egzony oraz duża modyfikacja genów. Stąd więcej białek niż genów. Po drugie okazało się, że nasze własne geny i enzymy nie wystarczą nam do funkcjonowania i życia. W znakomity sposób korzystamy z potencjału genetycznego i enzymatycznego mikroorganizmów, żyjących w naszym organizmie.  Proste pojęcie zysku i straty nie bardzo ma zastosowanie. Bakterie i grzyby, których jest w naszym organizmie coś około półtora kilograma, pod względem liczby komórek to nawet jest ich więcej niż naszych (bo dużo mniejsze). A więc nie tylko obcy to pasożyt i wróg a raczej symbiont i przyjaciel.

Nawet medycyna przestała zwalczać zawzięcie „zarazki”. Teraz mówi się o probiotykach i właściwej „florze” bakteryjnej i grzybowej nie tylko w jelicie ale i na skórze. Nie jesteśmy sami i w tej wspólnotowości żyje się nam znacznie lepiej.

W warstwie społecznej coraz bardziej przekonujemy się, że o jakości społeczeństwa nie decydują jednostki i supermani a współpraca i jakość relacji między członkami społeczności. Odeszły więc do lamusa projekty naprawiania ludzkości poprzez eliminację „złych” genów w piecach krematoryjnych czy przez przymusową sterylizację niepełnosprawnych. Na szczęście teraz coraz bardziej kładziemy nacisk na umiejętność pracy zespołowej i jakość relacji społecznych. To one, w swoistej wspólnotowości, decydują o naszym sukcesie.

Ale wróćmy do urody i pasożytów. Bursztynka i przywra, co jej urody dodaje, skojarzyła się z ludzkimi zachowaniami. Bo przecież niektóre panie dla zachowania pięknej linii łykają tasiemce. Albo moim zdaniem kontrowersyjna mastektomia Angeliny Jolie. Jak się okazało było to prewencyjne (nie wykryto u niej raka) działanie a nie medyczne. Myślałem, że to z jej strony bohaterstwo lub otumanienie przez lekarzy (bardzo dużo mamy zbędnych zabiegów). Ale pani Angelina ma dalej piękne piersi i cieszy się urodą. Zabieg był w jakimś stopniu zabiegiem chirurgii plastycznej i być może kampanią reklamową firmy, oferującej testy antyrakowe. Wykrycie genu… wcale nie jest równoznaczne z rakiem. Cała zaś procedura jest po prostu kosztowna. Napędzanie klientów i tworzenie sztucznych potrzeb?

Mam mieszane uczucia co do też zabiegu. Bardziej odczytuję to jako zabieg celebryckiego upiększania się, bo można w mediach przeczytać:

„Angelina Jolie pokazała się publicznie pierwszy raz od ogłoszenia wiadomości o podwójnej prewencyjnej mastektomii. Gwiazda towarzyszyła swojemu partnerowi Bradowi Pittowi podczas premiery filmu „World War Z” w Londynie. Angelina i Brad, oboje ubrani na czarno, przez długą chwilę pozowali fotografom i rozdawali autografy na londyńskim Leicester Square. (…)
Jolie powiedziała dziennikarzom, że czuje się wspaniale i jest szczęśliwa widząc, że jej oświadczenie wywołało dyskusję na temat zdrowia kobiet.”

Osobiście wątpię, aby dodała otuchy amazonkom, bo te nie paradują z przepięknie eksponowanym biustem. Starają się raczej ukryć brak po amputacji, zaakceptować i żyć normalnie. Bo amazonki to efekt zabiegów medycznych a nie chirurgii upiększającej.

Patrząc na ślimaka bursztynkę z pięknymi czułkami… współczujemy, myśląc o pasożycie gnieżdżącym się w jej ciele. Ale czy mu ludzie, dla domniemanej urody, nie robimy równie szkodliwych dla zdrowia zabiegów? Możemy z politowaniem patrzeć na okaleczone kobiety Mursi, ale przecież w naszym nowoczesno-silikonowym świecie podobnie się zachowujemy. Nastolatki niszczące sobie cerę zbędnymi kosmetykami to tylko mały pikuś. Może chcemy być bardziej widoczni i podziwiani? Czego to kobiety nie wycierpią aby ładnie wyglądać… Jak tak przywra i bursztynka?

To nie dzieciaki ratujmy a dorosłych!

Spodobał mi się felieton Agaty Bielik-Robson, dotyczący akcji "Ratujmy dzieciaki"

„Dzisiejszemu światu naprawdę nie grozi nadmiar dorosłości; zdecydowanie zagraża mu nadmiar zdziecinnienia, kiedy to 20- i 30-latki nadal czują się bezradnymi „maluchami” tęskniącymi za opiekuńczą obecnością matczynej spódnicy. Dlatego zgłaszam przeciwny postulat: ratujmy dorosłych”

Agata Bielik-Robson „Ratujmy dorosłych”. Wysokie Obcasy, 1 czerwca 2013 r. Zapewne za jakiś czas felieton ten będzie dostępny także w wersji elektronicznej.

Ja również nie mogę nadziwić się akcji "Ratujmy dzieciaki"…. bo przed czym ratować, przed szkołą? Trochę to infantylne. Jeśli pojawiają się kłopoty szkolne i różne błędy, to naprawiajmy szkołę a nie izolujmy dzieciaki od szkoły.  Bo tylko sześciolatki mielibyśmy ratować przez błędami w szkolnictwie?

Akcja nie wzięła się  znikąd. Pierwszym winowajcą jest ministerstwo. Bo nie było projektu popularyzującego pomysł posyłania sześciolatków do szkoły. Wyszło rozporządzenie i kwita. Żona uczy już drugi rok całą klasę sześciolatków. Z perspektywy ponad dwudziestu lat pracy w szkole dostrzega prosty fakt, że sześciolatki w wielu aspektach są umysłowo chłonniejsze i uczą się szybciej (pozostawianie ich w przedszkolach jest marnowaniem szans życiowych). Owszem, są mniej dojrzałe emocjonalnie i społecznie. Ale ten sam problem jest w przedszkolu co i w szkole. Od wieli lat moja małżonka obserwuje również to, że dzieci szybciej dojrzewają intelektualnie niż kiedyś. To widać nawet po lekturach – daje do czytania te z klasy wyżej, bo przewidziane programowo są już dla  nich za infantylne. I ten proces uwidocznił się wiele lat temu…

Obiektywny fakt to jedno, przekonywanie do działań to drugie. Brak przekonywania zaskutkował dezorientacją i niepotrzebnymi a wręcz szkodliwymi społecznymi akcjami. Nie wystarczy wydawać polecenia swoim podwładnym, trzeba jeszcze ich przekonać co do słuszności i sensu działań.  Podobnych przykładów jest znacznie więcej. Brakuje Polakom umiejętności pracy zespołowej i motywowania do działania. Żyjemy w archaicznym wzorze zarządzania pańszczyźnianego: groźnie wydać polecenie i "surowo" rozliczać.

Liczę że szerszy udział w projektach wolontariackich te umiejętności i kompetencje społeczne upowszechni wśród naszego narodu. Ratujmy więc dorosłych przed niekompetencją i brakiem umiejętności zarządzania dużymi i małymi projektami, na każdym stanowisku pracy.

W szkole i edukacji na każdym poziomie jest wiele do zmienienia i naprawienia a raczej dostosowania do współczesnych wyzwań i potrzeb. Trzeba zmieniać szkołę a nie uciekać od niej. A propos sześciolatków – szkoła powinna dostosować program i metody do poziomu i potrzeb maluchów. To oczywiste. Na razie zawadą jest  zbytnia kontrola i zasypywanie nauczycieli zbędną sprawozdawczością i biurokracją. Nauczyciele w pogoni za awansem zajmują się zbędnymi bzdetami lub… eliminują mniej wygodne dzieciaki. Bo nastawieni są na awans a nie kształcenie ludzi (innych ludzi). Eliminują wszystko to, co staje na drodze, także dzieci wymagające większej pracy czy uwagi. I to zarówno te najzdolniejsze jak i te słabsze.

Korporatyzacja dotarła do uniwersytetów i do szkół, z negatywnymi skutkami. Korporacyjny wyścig szczurów niszczy szkołę a nie fakt posyłania sześciolatków.

Dyktatura kogitariatu a sprawa uniwersytetu i kształcenia elit

Wykształcenie wyższe uniwersyteckie kojarzy się nam z kształceniem elit. Tyle tylko, że dzisiaj elita charakteryzuje się czymś innym niż dawniej. Sam dyplom elitą nie czyni. Więc co?

Wiedza i znajomość technologii komputerowych przyczyniają się do jeszcze większego rozwarstwienia społecznego i powstawania zupełnie nowych klas (warstw?). Język służy do nazywania nowych, dostrzeżonych zjawisk. Świat się zmienia a my niczym Adam, nadajemy nazwy nowym bytom, zjawiskom, obiektom. Była dyktatura proletariatu teraz ponoć rodzi się dyktatura kogitariatu i digitariatu. Same trudne słowa i całkiem nowe pojęcia…

Według Umberto Eco społeczeństwo XXI wieku zaczęło dzielić się na trzy klasy: kognitariat (inna nazwa – cogitariat, pojęcie nowe i nawet nazwa nie jest ustalona). Pomysł szybko został podchwycony jako nowinka. Ale czy tak rzeczywiście jest? Czy wiedza i nowe technologie rzeczywiście powodują rozwarstwienie i społeczne wykluczenie? Według tego pomysłu największe znaczenie i najwyższą pozycję społeczna będzie miał kognitariat, czyli multimedialna arystokracja wiedzy. W jakimś sensie jest to rozwiniecie wcześniejszego pomysłu – merytokracji*. Ale czy rzeczywiście rządza nami najmądrzejsi i fachowcy? Co do tego można mieć poważne wątpliwości.

Niemniej jednak znaczenie wiedzy we współczesnym społeczeństwie jest faktem, Chętnych na studia wyższe nie brakuje mimo że pracy i tak po studiach w zasadzie nie ma. Wszystkim nam się jednak wydaje, że bez dyplomu o pracę będzie jeszcze trudniej i pozycja społeczna będzie niższa.

Kognitariat (cogitariat) będzie wpływał na całe społeczeństwo poprzez rozumienie świata, mechanizmów rządzenia oraz poprzez nowoczesne multimedia (rząd dusz, producent wiedzy i rozrywki do konsumpcji). W jednych wypowiedziach można znaleźć stwierdzenie, że kognitariat będzie rządził digitariatem, czyli proletariatem społeczeństwa informacyjnego, nie mającym wpływu na tworzenie informacji, lecz umiejącym korzystać z internetu i nowoczesnych mobilnych technologii. W innych koncepcjach ważniejszą klasą będzie digitariat, rządzący kognitariatem. Różnica zdań zapewne wynika z różnego definiowania pojęć i uznania jakimi kryteriami definiować „arystokrację” XXI wieku, a jakimi klasę średnią.

Pozostaje jeszcze klasa najniższa, wykluczonych cyfrowo, swoisty informacyjny lumpenproletariat, korzystający głównie z telewizji, a częściowo także z telefonu, nie odnajdujący się w coraz bardziej cyfrowym świecie.
W każdym razie najlepiej poruszają się w społeczeństwie wiedzy ci, którzy mają dostęp do technologii informacyjnych oraz możliwość przetwarzania danych znajdujących się w cyberprzestrzeni oraz umiejący dokonywać selekcji danych. Czynnie korzystają z zasobów internetu i technologii cyfrowych, tworząc jego zawartość. Tworzą więc produkt dla konsumpcji przez innych. A skoro tworzą, to wpływają na społeczeństwo tak czy inaczej. Tę arystokrację wiedzy jedni nazywają kognitariatem, inni digitariatem. Niższa klasę stanowią ci, którzy potrafią korzystać z nowych technologii, ale tylko w zasadzie biernie, są więc konsumentami. Wykluczeni, to ci, którzy w ogóle są poza cyfrowym światem.

Jaki ma być uniwersytet XXI wieku w społeczeństwie wiedzy? Ma kształcić elity? A więc powinien uczyć korzystania z technologii cyfrowych biernie i czynnie. Ma wdrażać do współuczestnictwa i współtworzenia społeczeństwa wiedzy. Sama wiedza, zwłaszcza w zakresie jedynie wiadomości (zapamiętania dużej liczby faktów w danej specjalności), nie wystarczy by być elitą w społeczeństwie wiedzy. Czyli dyplom tradycyjny nie wystarcza. I z dyplomem magistra można być społecznie wykluczonym, prekariatem czy co najwyżej klasą średnią, digitariatem. Potrzebna byłaby umiejętność aktywnego tworzenia wiedzy i wykorzystywania technologii cyfrowych. A czy my w ogóle tego uczymy? Uczymy w dużym stopniu archaicznej wiedzy cyfrowych analfabetów i oburzamy się na niski poziom studentów i brak motywacji… Sami bez zrozumienia i bez głębszego sensu stosujemy różne impact factor czy wskaźniki ilościowe, nie wiedząc co tak na prawdę one mierzą i w jakim zakresie informują o naukowej „produktywności”. Naśladowczo i biernie stosujemy narzędzia, które ktoś kiedyś do czegoś wymyślił, nawet nie
wiedząc czy stosujemy zgodnie z przeznaczeniem. Osobiście kojarzy mi się z kultem cargo… i pilnością szkolnych kujonów. Może jednak się mylę. W sumie bardzo bym chciał w tej mierze być w błędzie, bo to oznaczałoby, że jest lepiej niż tu sarkastycznie opisuję…

Socjologowie zwracają uwagę, że we współczesnym świecie bardzo szybko pogłębia się cyfrowa luka, przepaść, wyrwa. Świat dzieli się na cyfrową merytokrację (obejmuje ona zarówno kognitariat, jak i digitariat jakkolwiek by nie definiował) oraz cyfrowych analfabetów. A czy nasi studenci mają szansę wyjść na studiach z cyfrowego analfabetyzmu? Czy w ogóle im w tym pomagamy, czy raczej uczą się sami (w sumie mogą się tego nauczyć poza uniwersytetem)? Bo ważne czy uniwersytet jako społeczność i instytucja uświadamia sobie swoją rolę w społeczeństwie wiedzy oraz czy świadomie kształcimy te umiejętności?

Czy ślepy może uczyć o kolorach? Przecież w większości lub dużej masie pracownicy uniwersytetu są cyfrowymi analfabetami. Jak więc mają uczyć tego, o czym nie wiedzą i czego sami nie potrafią?
Nie byłoby problemu, gdyby wrócić do korzeni – wspólnoty uczących i nauczanych i gdyby uczyć się razem ze studentami. Wymaga to jednak zrezygnowania ze stanowiskowej pychy, zadęcia tytularnego i niemalże feudalnej hierarchii. Nie jest wstydem czegoś nie wiedzieć. Wiedzieć, że czegoś się nie wie, to już duża wiedza :).

Przepaść między cyfrowymi merytokratami a analfabetami dobrze ilustrują wyniki badań:
http://www.wprost.pl/ar/41709/Dyktatura-digitariatu/

* w sumie mógłbym te trudniejsze słowa i terminy od razu linkować w formie hipertekstu do definicji słownikowych i encyklopedycznych… ale niech czytelnik sam sprawdzi, gdzie się znajduje w cyfrowym społeczeństwie…

O ciemiężyku, uczepkach, krasnoludkach, analizowaniu DNA i monitoringu środowiska

ciemiezyk„Czytanie to jest odnajdywanie własnych bogactw i własnych możliwości przy pomocy cudzych słów.”

Jarosław Iwaszkiewicz

Cudze myśli są jak uczepki – przyklejają się i są przenoszone w inne miejsce. O tym, czym są uczepki będzie niżej, jak i o tym dlaczego czepiają się owadów. W sumie to owo czepianie się ma seksualny i prokreacyjny aspekt. Będzie także o krasnoludkach, analizatorach DNA i zintegrowanym monitoringu środowiska przyrodniczego.

Spacerując nad jeziorem Wigry spotkałem biało kwitnącą roślinkę. Spytałem botanika – nie był pewien gatunku… a nazwa szybko mi z głowy wyleciała (nie miałem notesu, aby zapisać). Nad Wigrami byłem na konferencji naukowej, poświęconej monitoringowi środowiska przyrodniczego. Szybkie rozpoznawanie gatunków roślin i zwierząt jest koniecznością monitoringu. Wiedza zgromadzona w głowie i łatwość rozpoznawania obrazów bardzo ułatwiają prowadzenie wszelkiego monitoringu czy inwentaryzacji przyrodniczej. Ale kształcenie specjalistów trwa bardzo długo. W pogoni za punktami, awansem i listami filadelfijskimi na uczelniach ubywa systematyków, czyli specjalistów od poszczególnych grup grzybów, roślin i zwierząt. Bo się nie opłaca w szybkiej karierze korporacyjnej… zajmować jakąś staromodną taksonomią, systematyka czy faunistyką… Mody bywają przemijające, róbmy więc swoje.

Spędzając wiele godzin, dni i tygodni na żmudnych pracach terenowych nie jednemu biologowi marzą się krasnoludki…. Dałoby się parę okruszków chleba, kubeczek mleka a krasnoludki wykonałyby czarną robotę, nierzadko wśród pokrzyw, komarów i ślepaków. Jeśli nie krasnoludki to może chociaż automatyzacja? Mieć jakiś przyrząd, taki jakich teraz wiele, przyjechać nad rzekę czy jezioro, wetknąć sondę do wody, chwilę zaczekać, a tu cudowny automacik-przyrządzik zawarczy, zapiszczy, pomruga światełkami-diodami i wydrukuje – niczym przenośna kasa fiskalna – listę gatunków chruścików, żyjących w danym miejscu. Jakże proste i wygodne byłyby badania inwentaryzacyjne i monitoringowe.

Przyrządzik wydaje się ciągle równie nierealny co krasnoludki. Ale na wspomnianej konferencji ktoś powiedział mi, że w Holandii czy Niemczech już tak badają obecność płazów w zbiorniku wodnym – pobierają próbkę wody i analizują fragmenty DNA – potrafią rozpoznać konkretne gatunki płazów. Brzmi obiecująco… ale trzeba najpierw takie markery opracować i raczej będą to kosztowne analizy. Płazów jest mało, chruścików więcej.

Z takimi marzeniami wróciłem do domu, wrzuciłem fotografię spotkanej rośliny na portal społecznościowy i w ciągu kilkudziesięciu minut otrzymałem nazwę gatunkowa. Nie ma co prawda krasnoludków, ale jest wielu współpracujących miłośników polskiej przyrody z dużą wiedzą praktyczną. Niemożliwe staje się możliwe, i to bez krasnoludków..
Wzajemna pomoc i konsultacje oraz aparat fotograficzny jako prosty przyrząd pomiarowy, umożliwiają powszechność monitoringu i obserwacje w wielu punktach kraju. Wolontariat naukowy daje to, czego zawodowa nauka nie jest w stanie zrobić, nawet przy dużych funduszach. W tym „amatorskim” ruchu naukowym widzę ducha prawdziwej nauki dla wiedzy nie dla kariery czy pieniędzy, bez syndromu korporacyjnego wyścigu szczurów.

Znając nazwę gatunkową, mogłem dalej szukać sam, w źródłach papierowych podręcznej biblioteczki i coraz obszerniejszych (ale zabałaganionych) źródłach internetowych.
Ciemiężyk białokwiatowy (Vincetoxicum hirundinaria Medik., dawna nazwa, synonim: Cynanchum vincetoxicum R. Br.), bylina (czyli roślina zielna, wieloletnia ale nie drzewo ani krzew) żyjąca dłużej niż dwa lata i zwykle wielokrotnie w tym czasie wydająca nasiona. Należy do rodziny toinowatych (Apocynaceae) podrodziny Asclepioideae, dawniej jako rodzina tojeściowate (Asclepiadaceae). W tych zmieniających się urzędowych nazwach zawarta jest historia. Tak jak w dawnych nazwach miejscowości. A warto je znać, aby umieć interpretować starsze dokumenty. Bo na przykład, jeśli szukamy informacji o Olsztynie i znajdziemy w dokumentach Allenstein to będziemy wiedzieli, czego to dotyczy.

Ciemieżyk jest hemikryptofitem. Siedliskiem życia (czyli miejscem, gdzie można ciemiężyka spotkać w naturze) są widne lasy, głównie dębowe i sosnowe, zarośla, skraje lasów, zbocza, murawy.

uczepekpszczola

Jest to roślina o specyficznej budowie kwiatów (tzw. kwiaty paściowe ), które, dzięki specjalnym uczepkom, znajdującym się pomiędzy pylnikami, przytrzymują owada (na zewnątrz kwiatu) i niejako zmuszają go do zabrania pyłku. Owe uczepki unieruchamiają owada na zasadzie zatrzasku. Owad, próbując się uwolnić, wyrywa pyłkowiny (ziarna pyłku zlepione w całość za pomocą substancji zwanej wisciną lub kitem pyłkowym) i przenosi na inny kwiat.
Barwne kwiaty są niczym kolorowo wystrojone kobiety, zwabiające i kuszące. Owady przylatują za nektarem, a nieświadomie przenoszą pyłek i uczestniczą w mimowolnej prokreacji. Uczepki to taki doskonalszy wytwór ewolucji, nachalniej przymuszające owady do uczestnictwa w seksualności roślin. Nie ma nic za darmo, siorbiesz nektar to pomagaj…

Nie wszystko jest jeszcze w internecie i w Wikipedii oraz nawet najobszerniejsze encyklopedie i bazy danych nie zastąpią naszego myślenia i konieczności kojarzenia faktów oraz wyciągania wniosków.
W botanice i zoologii jest jeszcze sporo języka łacińskiego, dawnego urzędowego języka naukowego i uniwersalnego. Zachował się nie tylko w nazwach gatunków ale i w określeniach medycznych czy farmaceutycznych. Ciemiężyk białokwiatowy używany był w dawnej medycynie, sam medykament nazywany był „korzeniem św. Wawrzyńca” czyli w języku farmaceutycznym Rhiz. Vincetoxici seu Rad. Hirundinariae. Podobno jeszcze i obecnie używany jest w weterynarii i homeopatii.

Właściwości lecznicze wynikają z obecności glikozydów o nazwie wincetoksyna lub asklepiadyna. Ciemiężyk zawiera także olejek lotny, żywice, śluzy, cukry, kauczuk i trójterpeny.
Warto podkreślić że jest rośliną trującą. Truciznę od lekarstwa różni tylko ilość i czasem sposób podania.

Ciemiężyk białokwiatowy jest rośliną pospolitą i stosunkowo często spotykaną na niżu i w niższych partiach terenów górskich. Występuje w Europie Południowej, Środkowej i Wschodniej, w Afryce Północnej, w Turcji i na Kaukazie. Dawniej ciemiężyk uprawiany był w ogrodach (od połowy XVI w.), zapewne jako podręczna apteczka. Obecnie spotkać można w parkach i ogrodach zielarskich. Surowcem zielarskim są kłącza i korzenie.
Najpopularniejszą postacią leku jest odwar z kłącza, który przyrządza się z jednej łyżeczki do herbaty rozdrobnionego suszu, zalanego jedną szklanką wody i gotowanego pod przykryciem przez około 3-5 minut od momentu wrzenia wody. Odwar następnie należy przecedzić i pić w razie potrzeby 2-3 razy dziennie po 1 /4 szklanki. Działa napotne, moczopędne, przeczyszczająco i ogólnie tonizująco.

Ciemiężyk jest rośliną o silnie trującym działaniu, dlatego nie wolno leczyć się nim bez zgody lekarza. Do wiedzy przyrodniczej i medycznej ludzkość dochodziła przez setki lat eksperymentowania. Były to udane i nieudane próby. Uczmy się więc na błędach innych.
Gromadzenie wiedzy umożliwia nam rozwój cywilizacji. Kultura kumulatywna to zdobywanie (pozyskiwanie) informacji od innych i przez własne obserwacje przyrody, gromadzenie i upowszechnianie tych informacji. W tym wspaniałym dziele uczestniczyć mogą nie tylko „zawodowi” naukowcy ale niemalże każdy.

Nowoczesna technologia w postaci internetu i aparatów cyfrowych powoduje, że w monitoringu przyrodniczym nie musimy jałowo marzyć o krasnoludkach.

Odwiedzasz tego bloga niczym owad, czymś zwabiony. Może niektóre myśli uczepią się jak uczepki i przeniesiesz nieświadomie gdzie indziej? Tam, gdzie zakiełkuje nowa-stara myśl. Prokreacja wiedzy. Tak samo jak przy czytaniu książek. A może pomoże Ci odnaleźć w sobie bogactwo myśli i wrażeń…

Poza źródłami internetowymi, podlinkowanymi w hipertekście wykorzystałem także:
Marian Nowiński „Dzieje upraw i roślin leczniczych”, wyd. II. PWRiL, Warszawa 1983

Podlasie, bioróżnorodność i chruściki

Do tej pory przez Podlasie jedynie przejeżdżałem lub odwiedzałem je turystycznie. Podlasie jest piękne i urokliwe, zarównie w zakresie dziedzictwa kulturowego jak i przyrodniczego. Tym razem wróciłem nad Wigry w celach naukowych. Okazją było XXII Sympozjum Zintegrowanego Monitoringu Środowiska Przyrodniczego, 20-lecie Stacji Bazowej Wigry oraz temat sympozjum „Zintegrowany Monitoring Środowiska Przyrodniczego – aspekty metodyczne, stan aktualny, perspektywy” (Gawrych Ruda, 27-29 maja 2013 r.).

Jak zwykle dla mnie spotkanie się z ludźmi, uprawiającymi naukę było inspirujące i ożywcze. W dyskusjach można odzyskać energię do działań i inspirację do kolejnych poszukiwań. Do tego okazja do "wymuszonych" przemyśleć w podróży, przemyśleć na które zazwyczaj brakuje czasu w "zabieganym" życiu codziennym.

Zostałem zaproszony, aby wygłosić referat o chruścikach i biomonitoringu: "Możliwości wykorzystania chruścików (Trichoptera) w monitoringu stanu wód oraz ekosystemów". Przygotowanie wystąpienia pozwoliło uporządkować dotychczasowe moje badania w tym zakresie ale i dokonać zupełnie nowych przemyśleń. Taka swoista praca domowa. W czasie sympozjum mogłem posłuchać wielu ciekawych referatów, podyskutować… i w sumie mocno zainspirować się do kolejnych badań w zakresie biomonitoringu i wykorzystania chruścików w monitorowaniu różnorodnych procesów przyrodniczych. Konferencje naukowe są jak drogowskazy, pozwalaj zatrzymać się, pomyśleć i wybrać kierunek dalszej wędrówki, w tym przypadku intelektualnej i badawczej.

Monitoring środowiska przyrodniczego nie jest sztuką dla sztuki, jest procesem rozpoznawania zarówno stanu obecnego jak i kierunku zmian. I nie tylko dla samej wiedzy, ale żeby podejmować działania. I jedno i drugie jest trudne, bowiem wymaga dobrej i adekwatnej wiedzy, zarówno ogólnoteoretycznej jak i szczegółowej i stosowanej. Jest w moim odczuciu ekologią stosowaną a raczej nowym programem badawczym ekologii.

Monitoring środowiska przyrodniczego (którego częścią jest biomonitoring) wyodrębnia się jako samodzielna dyscyplina naukowa w systemie nauk o środowisku. Ma więc indywidualny przedmiot badań, ma określony zakres i metody badań, dopracowuje się standaryzacji metod badawczych oraz propozycji modeli funkcjonowania i kierunku zmian środowiska przyrodniczego.

Można zauważyć, że coraz bardziej Zintegrowany Monitoring Środowiska Przyrodniczego (państwowy) dostosowuje program monitoringu do osiągnięć wiedzy w zakresie teorii odnoszących się do środowiska przyrodniczego. Jest okazja zweryfikować modele ekologiczne i szukać kolejnego impulsu do intensyfikacji interdyscyplinarnych badań ekologicznych. Osobiście chciałbym rozwinąć moje wcześniejsze pomysły ze wskaźnikami naturalności oraz modele wysp ekologicznych w heterogennym krajobrazie.

Monitoring przyrodniczy uwzględnia elementy klimatyczne, hydrologiczne, geograficzne jak i biologiczne. Integracja tych komponentów w jeden spójny teoretycznie system jest dużym wyzwaniem. Monitoring zmierza do określenia aktualnego stanu, różnych form zagrożenia środowiska przyrodniczego i form ochrony, ale i określania charakteru szybkości i kierunku przemian środowiska przyrodniczego Polski (przecież nie tylko o globalne zmiany klimatu chodzi).
Najważniejszym zadaniem do realizacji w ramach Zintegrowanego Monitoringu Środowiska Przyrodniczego jest analiza i weryfikacja programu podstawowego w powiązaniu z rozwojem modeli teoretycznych, dotyczących środowiska jak i w powiązaniu z potrzebami praktycznymi środowisk lokalnych. W jakimś sensie jest ekologią stosowaną.
I chciałbym się w ten program badawczy włączyć jeszcze bardziej niż dotychczas.

Podróże turystyczne dają energię do codziennej pracy (są formą regeneracji i odpoczynku). Dla naukowca podróże na sympozja dają ożywczą inspirację i motywację do pracy.

Prowincjonalne słoiki czyli biedronka i podryj dębowiec

prowincjonalnesloiki„Słoiki” – tak mówią w wielkim mieście na przyjezdnych. Tych z prowincji, co to do domu po wałówkę jeżdżą i w słoikach przywożą. W tych słoikach da się zauważyć drenowanie prowincji z kapitału społecznego (za lepszą pracą, szansami i karierą) jak i z surowców. Z prowincji słoiki jadą wypełnione maminym jedzonkiem, wracają puste…

Dla mnie – jak już wielokrotnie podkreślałem – prowincja brzmi dumnie. W tym kontekście słoiki również. Maluję na tym, co ma być wyrzucone, zbędne, niepotrzebne. W podtekście jest kulturowy recykling i przywracanie wartości rzeczom pozornie mało wartościowym. Dostrzeganie i wydobywanie piękna z tego, co dla innych bezwartościowe, zbędne i godne lekceważącej pogardy…

We wtorek te wyżej ukazane słoiki trafią w dobre ręce. Aby wędrowały i opowiadały o prowincji, o dobrym jedzeniu na prowincji i niebanalnym życiu. Słoiki po majonezie Kętrzyńskim. Zwykłe? Niezwykłe! Mające wiele do powiedzenia. Przystaw ucho jak do muszli ślimaka morskiego i posłuchaj… opowieści o prowincjonalnym życiu.

Na jednym namalowałem biedronkę siedmiokropkę. Taką pospolitą bożą krówkę. Na drugim też chrząszcz – podryj dębowiec (Attelabus nitens) z rodziny ryjkowcowatych. Podryj należy do grupy tutkarzy, u których występuje ciekawy instynkt macierzyński (jak u rodziców „słoików”) – samica skręcają z liścia swoistą tutkę, w której chroni  jaja o potem przebywa larwa. Podryj dębowiec żyje na dębach, szczególnie często spotkać można go na odroślach pni dębowych.

Niech więc jedzie biedronka z podryjem w daleki świat, opowiadać o prowincjonalnym życiu na Warmii i Mazurach.

Ostrzeganie przed burzami i kultura kumulatywna

Kiedyś, gdy bliżej żyliśmy przyrody, a nawet w kulturze agrarnej (wiejskiej, również uzależnionej od pogody), codzienną koniecznością było indywidualne przewidywanie pogody. Po wschodzie i zachodzie słońca, po chmurach, po locie jaskółek, po "łupaniu w kościach". Współcześnie, gdy częściej patrzymy w monitor niż w niebo i gdy mamy mobilny internet, znacznie częściej i sprawniej szukamy prognozy pogody na portalach (zdając się na specjalistów). Przy okazji coraz bardziej – w sensie indywidualnym – oduczyliśmy się rozumieć otaczające nas zjawiska meteorologiczne. Nie jest to regres tylko bardziej zaawansowana praca zespołowa czyli kultura kumulatywna.

Na dodatek za sprawą globalnych zmian pogody zmienia się nam klimat i pojawiają się nietypowe zjawiska atmosferyczne, w tym burze (groźniejsze niż kiedyś). Kilka dni temu zostałem zaproszony do przetestowanie internetowego serwisu ostrzegającego przed burzami – antistorm. Serwis jest w trakcie budowy i testowania. Dodałem u siebie na bogu mały gadżet – kontrolkę w bocznej szpalcie. Tak więc drogi internetowy czytelniku burza i gradobicie Cię nie zaskoczy w czasie czytania bloga :).

Ostrzeżenie przed burzami jest krótkoterminowe, do 2-3 h i melduje w razie ‚niezerowego’ statusu o istnieniu zagrożenia, czasie do nadejścia burzy i prawdopodobieństwie dla danej lokalizacji (miejscowości lub miejsca przebywania).
Amerykanie mają syreny alarmowe.
W związku z nowymi, gwałtownymi zjawiskami pogodowymi i my musimy się nauczyć prostego i skutecznego ostrzegania. Jak autor tego serwisu informuje, docelowo będzie można także zainstalować aplikację na telefonie z Androidem, albo dostawać powiadomienia przez gadu-gadu.

Internet jest jaskrawym przejawem trzeciej rewolucji technologicznej. Poza innymi skutkami decentralizuje i demokratyzuje naukę – coraz więcej osób skutecznie może naszą kumulatywną wiedzę gromadzić, przetwarzać, udostępniać i uzupełniać.

Sukces ewolucyjny człowieka nie tyle wynika z indywidualnych zdolności i inteligencji osobników co z umiejętności współpracy i empatii. To właśnie współpraca i empatia stymulowała powstanie języka i stale doskonali umiejętności komunikacji.

Kiedyś, gdy już powstał język jako forma komunikacji, głównym magazynem wiedzy były nasze indywidualne mózgi. W rozmowie i obserwacji zbieraliśmy informacje o świecie, gromadziliśmy je, przetwarzaliśmy i udostępnialiśmy. Kumulowanie wiedzy miało charakter osobniczy. Ale nie tylko, bo była to także pamięć plemienia, pamięć i wiedza zbiorowa, rodząca się we współpracy. Stąd archaiczny szacunek do ludzi starych z siwymi włosami. Przez dziesiątki tysięcy lat starcy (mędrcy) byli "bibliotekami" wiedzy wspólnej. Wiedzy, którą ciągle trzeba było "zapisywać" w kolejnych mózgach ("przegadywać"). Bo człowiek nie żyje wiecznie. Ale starzy mędrcy nie tylko zbierali w rozmowach informacje o świecie, ale ją także sukcesywnie kumulowali – z pokolenia ja pokolenie, aktualizując, dodając nowe elementy. Dużo możemy bo "stoimy na plecach gigantów". Jest to więc dziedziczenie horyzontalne i pionowe (generacyjne). Teraz z takiego sposobu również korzystamy…. ale ze względu na coraz bardziej rozbudowaną zbiorową "pamięć zewnętrzną"… zapamiętujemy znacznie mniej (dlatego cay system szkolny musi się zmienić!). Kto z nas pomięta i potrafi z głowy odtworzyć linię genealogiczną do kilkunastu pokoleń wstecz? A czy potrafimy opisać koligacje rodzinne ze wszystkimi pociotkami i kuzynami? Nawet jeśli mamy znacznie łatwiej, bo nie żyjemy już w rodzinach wielodzietnych a więc relacji rodzinnych jest znacznie mniej do zapamiętania. Możemy oczywiście więcej, ale za sprawą pisma i wiedzy ("dysków") zewnętrznych.

Kiedy człowiek wymyślił pismo, to papier, tabliczka gliniana czy deseczka stała się dodatkową pamięcią zewnętrzną, znacznie ułatwiająca kumulowanie zbiorowej wiedzy ludzkości. Pismo pozwoliło się komunikować dalej niż sięga ludzki głos i mogą nogi zaprowadzić, umożliwiło także podróże w czasie… Nasze "plemię" znacznie się poszerzyło. I horyzonty myślowe także, bo poszerzyła się grupa ludzi, pozostająca ze sobą w współpracującej komunikacji. Poza wiedzą zgromadzoną w głowach "starców" znacznie więcej wiedzy gromadziły biblioteki z papirusami i rękopiśmienniczymi książkami. Biologicznie człowiek się nie zmieniał, ale znacząco zmieniała się cywilizacja, społeczeństwo.

Duży skok w rozwoju kultury kumulatywnej i współpracy międzyludzkiej spowodowały książki drukowane – zmniejszyły się koszty tworzenia i powielania książek oraz znacznie ułatwony został dostęp do gromadzonej, rozbudowywanej i upowszechnianej wiedzy ogólnludzkiej.

Internet jako element trzeciej rewolucji technologicznej jeszcze bardziej ułatwił tworzenie wiedzy, jej gromadzenie i udostępnianie. Na skalę globalną i niewyobrażalną wcześniej. Także współpraca i komunikacja jest na skalę nigdy wcześniej nie występującą. Nasze plemię jest gigantyczne, a słowo "człowiek" znaczy przecież członek naszego plemienia…

Już nie tylko rozmawiamy ze sobą, już nie tylko czytamy prasę, ale w tej chwili możemy się szybko i sprawnie komunikować za sprawą mobilnego internetu. Oczywiście, bez współpracy i szeroko rozumianej empatii nie byłoby to możliwe. Dlatego nie musimy wiedzieć wszystkiego. Nie musimy znać się na tym, czy dzisiejszy zachód słońca przepowiada dobrą czy złą pogodę na jutro. Ostrzeżenie przed burzą dostaniemy na swojego smartfona :). Zdejmiemy pranie z balkonu, schronimy się wcześniej w jakimś budynku w czasie wakacyjnej wycieczki czy spaceru, zamkniemy okna w domu, wjedziemy samochodem do garażu, itd.

W edukacji (szkolnictwie) atmosfera coraz bardziej duszna, jak przed burzą…

Coraz częściej spotykam w różnych mediach (i grupach nieformalnych w realu) coraz poważniejsze głosy krytyki, kontestacji i niezadowolenia z naszej edukacji na różnym poziomie. Czy to początków szkoły, matury czy to poziomu studiów. Jak przed burzą. Podobnie było na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Wydyskutowane, przemyślane zmiany wprowadzono i mocno zmieniono system edukacyjny w Polsce. W rezultacie wykształcenie wyższe z elitarnego stało się egalitarne. Po tych dwudziestu latach jeszcze nie do końca zdajemy sobie sprawę z ogromnej skali i zakresu zmian w społeczeństwie, wywołanych tamtymi reformami i zmianami.

Podobnie teraz jesteśmy powszechnie rozdyskutowani. Ale dyskomfort nie wynika  z faktu, że szkołę wymyślono źle czy ostatnie zmiany były złe. Po prostu zmienił się świat wokół nas. Tak jak zmieniamy ubrania na nowsze (dostosowane do pogody, sytuacji i mody), tak jak wymieniamy telefony na coraz nowocześniejsze, jak modernizujemy mieszkania i wymieniamy sprzęt AGD, tak musimy ciągle zmieniać system edukacji. Ewolucja w takim samy stopniu odmienia biosfera jak i społeczeństwa  i kulturę.

"Sądzę, że bardziej niż na studiach rozwinąłem się przez program [program telewizyjny "Matura do bzdura"], gdzie musiałem tworzyć zespół, poznać media, zasady ich funkcjonowania. To wszystko trzeba było zgrać i nie dałyby mi tego żadne studia" (Adam Drzewicki w wywiadzie Rafała Bieńkowskiego, Gazeta Olsztyńska, 17.05.2013, podkreślenie S.Cz.)

Potwierdza to tylko moje obserwacje i umacnia w woli zmieniania sposobu prowadzenia zajęć oraz współpracy z nauczycielami. Od dłuższego czasu staram się skupiać na zadaniu a nie obecności, na projektach i pracy zespołowej studentów. Być może dawniej pewnych kompetencji społecznych uczyliśmy się w wielopokoleniowej rodzinie, na podwórku i z konieczności pracy (pomagania rodzicom). Teraz żyjemy w innych warunkach i dawna szkoła mniej pasuje do rzeczywistości. Codziennie rodzi się nowa rzeczywistość :). 

"Nasz system edukacji jest niewydolny, bo każe nam tylko wykuć to, co jest w książce, a potem wypluć. Osoby, które tylko wkuwają, nie ćwiczą w większości swojej kreatywności" (A. Drzewicki).

System jak system – wszystko zależy od nauczyciela na czym się skupia, czy na swojej karierze i wskaźnikach awansu lub oceny (czyli pracuje dla "ocen") czy na uczniu i procesie edukacji (skupia się na zadaniu). Na swojej drodze spotykamy kiepskich i znakomitych nauczycieli. Podobnie z innymi zawodami. Kujoni zawadzają nam także przy złych inwestycjach, niedostosowanych do potrzeb społecznych (bo wypluwają to, co zapamiętali kiedyś z książek, bez związku z zastaną sytuacją tu i teraz).

Zaniedbywanie takich kompetencji społecznych jak empatia, odpowiedzialność, rzetelność, skupienie się na zadaniu a nie zewnętrznych, krótkookresowych ocenach (egoizm), skutkuje jakością naszego życia w każdym zawodzie.

Jak pamiętam swoją edukację od pierwszej klasy szkoły podstawowej to kujoni byli zawsze. Teraz może to bardziej przeszkadza, bo niewydolność kujoństwa i uczenia się na pamięć dużo mocniej przeszkadza gospodarce opartej na wiedzy! Kujoństwo to system uczenia się dla ocen nie dla siebie (brak wewnętrznej motywacji np. ciekawości świata). Wszystko sprowadza się do motywacji. Podobnie na uczelniach wyższych, gdzie wyuczeni kujoństwa w szkole (uczyli się dla ocen) obecni naukowcy teraz publikują dla "punktów", żeby dobrze wypaść (postępu wiedzy to za bardzo nie przynosi). Może zawinił system selekcji a może samodzielnie myślących i kreatywnych jest za mało, zwłaszcza jak na obecne potrzeby społeczeństwa wiedzy i niezbędnej kreatywności w gospodarce opartej na wiedzy. "Pamięciowość" zawodzi w szybko zmieniającym się świecie i szybko dezaktualizujących się informacjach na większości stanowisk pracy.

Z daleka nie widać różnicy, bo znakomici naukowcy także publikują w punktowanych czasopismach. Z bliska widać różnice. Tak jak w szkole, gdzie niektórzy piątki dostają za głęboką wiedzę i niejako przy okazji, inni bo wykuli na blachę lub skorzystali z bryków lub ściągania. Ogólny ogląd edukacji i różnorodne wskaźniki mogą być mylące. Tak jak z daleka, gdy widzimy parę w seksualnych czynnościach, to nie wiemy czy to gwałt czy erotyczne uniesienie pełne krzyków… Trzeba się przypatrzeć i zinterpretować docierające sygnały… i podjąć adekwatną decyzję: biec z pomocą i dzwonić na policję, czy dyskretnie się oddalić. Podobnie z systemem edukacji: na szkołę zawsze narzekano więc wystarczy machnąć ręką, albo jest rzeczywiście problem i trzeba szybko interweniować.

"Nasz system nie uczy samodzielnego myślenia (…) Młodzi ludzie mają problem z niestandardowym myśleniem, a żyjemy przecież w świecie, który właśnie tego od nas wymaga.(…) Osoby, które opuszczają szkoły, boja się nie tylko sami założyć firmę, ale nawet samodzielnie myśleć. Nasze społeczeństwo ma problemy z rozumieniem tego, co widzi, czyta." (A. Drzewicki)

Bądź zmianą jakiej oczekujesz od świata. O jakości decydują pojedyncze osoby (np. nauczyciele) jak i cały system. Trzeba zmieniać oba elementy, ale ten pierwszy w największym stopniu zależy od nas samych. Możemy od zaraz i bez długotrwałego negocjowania z innymi.

Nigdy nie jest za późno na zmiany, te indywidualne jak i te systemowe.