Rozważania o uniwersytecie c.d. Racjonalizm i slow science

Racjonalizm to poczucie, że nasz rozum jest samowystarczalny, samo uprawomocniający się (wszystko wyjaśniający, łącznie z sobą samym). Jak można wyczytać z różnych opracowań, od lat 70. XX wieku racjonalizm wycofuje się z uniwersytetów, przynajmniej amerykańskich. Wycofuje się, bo niewystarczająco uzasadnia działania i sens uniwersytetu.

Racjonalizm okazał się nie być samowystarczalnym. Zapewne jest to tylko element większej całości, bo w kulturze w tym samym czasie obserwujemy dominację fantazy, baśni, okultyzmu, mistycyzmu, magii i odejście od scjentystycznej racjonalności. Skoro widać w literaturze, filmie, popkulturze to dlaczego uniwersytety miałyby pozostać samotną wyspą?

W ostatnich latach pojawił się nowy rodzaj krytyki uniwersytetu, wynikający z taktu że uniwersytety skupiają się na zarządzaniu typowym dla korporacji epoki industrialnej i przemysłowej. Ta swoista kontestacja nabrała u nas na sile w kolejnych etapach parametryzacji. Przez kilka lat z ufnością brnęliśmy w te wskaźniki, ale chyba zaczynamy dostrzegać wady takiego kierunku rozwoju. Korporatyzacja kształcenia daje co prawda niskie koszty i przyspiesza „linię produkcyjną” licencjatów, magistrów, doktorów, profesorów, ale coraz częściej stawiamy pytanie czy warto. Takie fabryczno-ekonomiczne podejście coraz bardziej nam się uwidacznia i chyba coraz bardziej uwiera. Sama efektywność przerobu nie jest dobrym wskaźnikiem. Tempo uzyskiwania stopni i tytułów staje się miarą wartości wydziałów i uczelni. Królową nauk stała się księgowość i statystyka z coraz bardziej wysublimowanymi i zawiłymi algorytmami wyliczania punktów i wartości „naukowej” ludzi i instytucji. Uniwersytety oceniamy w kategoriach finansowych: wysokości dotacji, grantów unijnych, grantów badawczych, pensji przyszłych absolwentów. Na przykład ostatnie rankingu, publikowane w gazetach o wysokości zarobków absolwentów UWM na tle innych uczelni w kraju.

Uniwersytety powinny być samowystarczalne finansowo i istnieć dla gospodarki. Celem życia w takim podejściu jest produkcja i akumulacja kapitału, nie zaś jakość życia i kontemplacja. Ale paradoksalnie skutkiem takiego podejścia są rosnące rzesze bezrobotnych absolwentów (całe pokolenie) i to rodzi narastającą frustrację. Niby produkcja absolwentów jest duża ale nikt tego nie kupuje a towar zalega w magazynach (jeśli można użyć takiej rynkowo-towarowej przenośni). Dużo taniej tandety budzi niezadowolenie ale różne są oceny przyczyn tego stanu. Zrzuca się na głupich i leniwych studentów, na kiepską kadrę, na masowość i wiele innych powodów. Mało jest jednak refleksji nad praprzyczyną a ta wynika z filozofii życia całego społeczeństwa.

Masowa i tania konsumpcja nie tylko katastrofalnie zużywa surowce Ziemi, nie tylko przyczynia się do produkcji gór śmieci, które zalegają w każdym lesie, jeziorze czy oceanie. Ta masowa konsumpcja powoduje także rosnące rozwarstwienie społeczne i zwiększa liczbę bezrobotnych wykształconych ludzi. W kontestacji rodzi się filozofia powolności, slow food, cittaslow, slow development. Mam nadzieję, że dotrze to także do uniwersytetów, np. w formie slow science

Kształtujący się nowy paradygmat jest efektem kryzysu ekologicznego i nadmiernej eksploatacja środowiska w wyniku rosnącej konsumpcji i produkcji. Ten nowy paradygmat jest także efektem kryzysu ekonomicznego, bo nie da się nawet społecznie utrzymać rosnącej efektywności pracy i rosnącej konsumpcji. PO co nam większa efektywność, skoro rośnie liczba bezrobotnych? Jedni są sfrustrowani bo są przepracowani, reszta jest sfrustrowana bo bezrobotna…. Nowy paradygmat – w kontekście uczelni wyższych – nastawia się na rozumienie świata, na odkrywanie rzeczywistości. Tak jak w gospodarce przestaje się liczyć tylko sam PKB a coraz więcej uwagi zwracamy na jakoś życia a nie tylko stopę życiową. Nie wszystko da się wycenić rynkowo w krótkim horyzoncie czasowym.

Bez przestrzeni wspólnej, dobra wspólnego jakim są zasoby przyrody (bioróżnorodność) i wolna wiedza (open source, open access) nie będzie rozwijała się nawet gospodarka. Innowacyjność potrzebuje jak wody otwartej w dostępie i nieopatentowanej wiedzy.

W ostatnich latach nacisk kładziemy (przynajmniej werbalnie i postulatywnie) na stosowanie naszej wiedzy, praktyczne wykorzystanie i zastosowanie w gospodarce. Ale patenty, dobre dla gospodarki, okazały się zabójcze dla innowacyjności i upowszechniania wiedzy. Nastawienie na komercjalizację zabija ducha uniwersyteckiego, upośledza kreatywność i innowacyjność (przykładem symbolicznym są protesty związane z ACTA). Nowy paradygmat traktuje stosowanie wiedzy ale dla ludzkiego dobra. Wartości duchowe ważniejsze są niż wartości ekonomiczno-gospodarcze. A jeśli nie ważniejsze to przynajmniej równie ważne.

I dlatego współczesne uniwersytety musza się zmienić. Bo zmienia się całe społeczeństwo i środowisko wokółuniwersyteckie. Możemy być tylko biernym i pokornym popychadłem, czekając na to, co nam każą zrobić, albo aktywnym liderem zmian nie tylko na uniwersytetach ale i w całym społeczeństwo. Okaże się na ile jesteśmy ożywczym źródełkiem dla społeczności lokalnej i na ile rzeczywiście ważny jest nasz olsztyński uniwersytet…

Rozważania o uniwersytecie z dygresjami do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego Europy (cz. 1)

Rośnie moje rozczarowanie współczesnym uniwersytetem (masowe, odczłowieczone kształcenie), bo uniwersytet nie rozwija osobowości a daje surogat wiedzy zawodowej. W rzeczywistości ani to  kształcenie zawodowe (pokazuje to np. skala bezrobocia u absolwentów), ani nie rozwija osobowości, nie daje poczucia szczęścia. Szczęścia wynikającego z rozumienia świata i luksusowego stylu życia dla elity. Elita to to, jak ty żyjesz a nie ilu was jest.

Dyskusja o uniwersytecie jest częścią dyskusji o Europie. Wspólnota Europejska – rdzeń kontynentu – cierpi na utratę (lub brak) tożsamości. Polityczne dyskusje ograniczają się do kwestii ekonomicznych, a to nie wystarcza do utrzymania jedności. Podobnie jest w kwestii uniwersytetów. Być może najpierw trzeba stworzyć wspólnotę europejską, jako wspólną tożsamość i kulturową i ekonomiczną.

Skąd w tytule dziedzictwo przyrodnicze? Bo kultura i ekonomia ściśle są z dziedzictwem przyrodniczym powiązane, co dobrze werbalizuje idea ekorozwoju. I myślę, że uniwersytety powinny być kuźnią, zaczynem i miejsce budowania takiej wspólnoty, zakorzenionej w lokalnej przyrodzie i kulturze prowincji. Moim zdaniem uniwersytet powinien być liderem w rozpoznawaniu, ochronie i rozwijaniu wspólnego, regionalnego i prowincjonalnego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Na razie takiej roli nie wypełnia, przynajmniej w stopniu wystarczającym.

Brak mi wewnętrznej (lokalnej, olsztyńskiej) dyskusji o uniwersytecie i jego przyszłości, zwłaszcza w szerszym globalnym i europejskim kontekście. Owszem, coś tam niby jest ale jakieś takie rachityczne w stosunku do potrzeb. Brak refleksji czy autorefleksji. Może nie to, że nie ma, ale jest za mało, by nasycić głód wiedzy i zrozumienia świata. Przecież samemu trudno – łatwej we wspólnocie, gdzie wiele różnych doświadczeń, punktów widzenia, przemyśleń.

Kawiarnia naukowa miejscem dyskusji? Wyłącznie potencjalnie a nie rzeczywiście. Jest tylko dyskusja urzędowa w rektoracie i na senacie, ale dotyczy działań doraźnych i aktualnych, w sprawach programowych i strategii dotyczy wąskiego grona, zmienia się wraz ze zmianami ekip rządzących. Nie jest wspólną wartością całego środowiska.
W moim odczuciu brak motywowania i przekonywania, jest za to wydawanie poleceń do wykonania.
Tak jak w całej, otaczającej nas społecznej rzeczywistości.

Uniwersytet rozwija się coraz bardziej jako produkcyjna korporacja nastawiona na zysk i wskaźniki ekonomiczne. W dyskusjach na codzień słychać głównie indeksy cytowań, wartościowanie przez wskaźniki produkcji lub pozyskiwania pieniędzy. Liczy się liczba studentów (bo z niej wynika dotacja ministerialna na dydaktykę), liczba grantów i kwoty, wskaźniki ilościowe kadry, impact factor itd.

Trzeba stawiać sobie pytania o sens istnienia uniwersytetu. Czy ma być nastawiony na kształcenie zawodowe? Ale naukę konkretnego zawodu lepiej zrealizują szkoły zawodowe, inne instytucje czy nawet same przedsiębiorstwa! Ujawnia się za to daleko idąca korporatyzacja uniwersytetu, z negatywnym wyścigiem szczurów i brakiem refleksji, brakiem działania dla dobra człowieka, z brakiem nastawienia ku dobru człowieka w szerokim i głębokim sensie.

Kłopot w tym, że nie mam pomysłu jak to zmienić… jak zrozumieć procesy zachodzące w społeczeństwie, w czasie trzeciej rewolucji przemysłowej. Z uwagą więc czytam różne opinie, przysłuchuję się dyskusjom w radiu. Mam wrażenie jakby w ostatnich miesiącach było ich więcej. Czyżby sytuacja nabrzmiewała zbliżającymi się zmianami?

W epoce przemysłowej nowy typ uniwersytetu powstał w Ameryce. Najpierw wzorowany na uniwersytetach europejskich, zwłaszcza niemieckich (np. w Berlinie). A przecież i te niemieckie uniwersytety typu humboldtowskiego były w swoim czasie rewolucyjnymi zmianami. Jak widać wszystko przemija i ciągle musimy wymyślać uniwersytety od nowa, dostosowując do wyzwań współczesności. W Ameryce Uniwersytet Harwarda zerwał z kształceniem klasycznym i wprowadził duży wybór przedmiotów, co umożliwiło studentom swobodne kształtowanie ich toku studiów. System wyboru w niedługim czasie stał się standardem na amerykańskich uniwersytetach. U nas też niby tak próbujemy, ale mam wrażenie, że bardzo powierzchownie i w niewielkim stopniu. Do Olsztyna przenika niezwykle opornie i bardzo powoli, nawet po roku 1990. Siła skostnienia jest zbyt duża mimo deklarowanych postępowych zmian.

Nauka (science – a więc ta przyrodnicza i eksperymentalna) stawała się systematycznie modelem dla wszystkich dyscyplin akademickich. Teraz doktoraty i habilitacje robią artyści. Ujednolicenie nazwy stanowisk ale przecież nie sensu. Doktorat w sztuce nie polega na przedstawianiu wyników badań.

Neutralność uniwersytetu była drugim filarem nowego amerykańskiego uniwersytetu. Neutralność to przestrzeń, w której można rozstrzygać różne kwestie. Taka neutralność nie jest ani za ani przeciw religii. Wydział teologiczny na UWM był więc znakiem czasu i trendem bardzo nowoczesnym.
Szczytowy okres poważania i autorytetu uniwersytetu amerykańskiego przypadł na lata 60. W XX wieku, potem autorytet zaczął spadać. Podobnie w Europie. Był bunt pokolenia „hipisów”, przejście z elitarności na egalitarność i umasowienie kształcenia. Efektem tego było to, że wyższa edukacje przestała uszlachectwiać (awans do elity, uprzywilejowanej, merytokracja, klasa kreatywna to coś więcej niż merytokracja).

Przeżyłem zmiany roku 1989, wyraźnie ożywienie i ogólnopolską dyskusję, także na olsztyńskim podwórku. Wolność i chęć tworzenia nowego systemu kształcenia wyższego (wtedy pracowałem na WSP w Olsztynie). Ruch solidarności był bardzo ożywczy, działałem w NSZZ Solidarność, w komisji zakładowej, chodziłem na rozprawy do sądu pracy, dyskutowałem, organizowałem nawet sejmik oświatowy. Ale wtedy miałem nadzieję na zmiany jakościowe. Od kiedy komisja zakładowa zajęła się organizowaniem wycieczek a nie reformami, złożyłem legitymację. Związek zamiast reformować i w ten sposób tworzyć postęp, gwarantować nową jakość i miejsca pracy, zajął się doraźną obroną obecnie zatrudnionych, ignorując dyskusję o rozwoju i budowaniu przyszłości. Kilka ostatnich lat utwierdziło mnie w tamtej decyzji – kiedyś reformatorski ruch zmienił się w destrukcyjny związek zawodowy, nie tylko w szkołach wyższych…

Obecnie społeczeństwo nie tylko polskie kontestuje uniwersytet. Co dalej z egalitarnością? Powszechne jest narzekanie na zbyt dużą liczbę studentów, niską jakość i wynikające z poprzednich duże bezrobocie wśród absolwentów szkół wyższych. Po co studiować? Czy nie lepiej skończyć dobrą zawodówkę? Czy z magistrem lepiej pracuje się na zmywaku w Londynie?

A może na uniwersytecie następuje dojrzewanie, wchodzenie w dorosłość, usamodzielnianie się? A może, skoro wszyscy są po studiach, to trzeba mieć przynajmniej ten licencjat lub mgr przed nazwiskiem? Bo inaczej wypada się gorzej? Ale z tego obowiązku zaliczenia studiów nie ma entuzjazmu i motywacji do nauki. Nasi studenci nie są tak słabi, jak o nich myślimy – oni po prostu nie widzą sensu, czują się jak na obowiązkowym szarwarku (pańszczyźnie).

Uniwersytet – wspólnota. Co jest zasadą wspólnoty pracowników i studentów, różnych wydziałów nauk ścisłych, sztuki, humanistyki i teologii? Co je łączy, to że są w jednym miejscu i wspólny adres? Może lepiej powołać kilka szkół zawodowych i będzie z głowy?

Z całą pewnością świat się zmienił i to bardzo. Na nowo trzeba przemyśleć sens i kształt uniwersytety w ogólności i tego w Olsztynie w szczególności. Gdzie w Olsztynie się na ten temat dyskutuje, żeby posłuchać, przyłączyć się, być może aktywnie zabrać głos?

„Dziś już nie ma szkoły, uniwersytetu, uczelni, która daje wiedzę i umiejętności na całe życie. Ona daje dobre przygotowanie i powinna dawać jak najlepsze przygotowanie do kształcenia ustawicznego [czyli dokształcania dorosłych – red.], które ma swój początek, ale nie ma końca.”

(czytaj cały tekst )

c.d.n.

O grzybach, które kwitną i ich przebiegłości reprodukcyjnej

675pxEuphorbia_cyparissias_bgiu

Grzyby, które kwitną? Nie ma takich, przynajmniej kwitnących samodzielnie. Ale do spółki z roślinami to potrafią zakwitnąć. Owszem, są takie grzyby jak sromotnik bezwstydny czy okratek australijski, które zapachem zwabiają muchy. Dodajmy, że zapach tylko muchom jest miły, bo przypominający padlinę lub ekskrementy. Ale zwabione muchy roznoszą zarodniki i w ten sposób przyczyniają się do rozprzestrzeniania gatunku (dyspersji). Nie o takich „kwiatach” teraz piszę.

Bohaterem niniejszego wpisu jest sypnik (grzyb z rodzaju Uromyces). Niektóre małe grzyby, rdzami zwane, tworzą ciekawe związki z roślinami naczyniowymi. Same nie mogą zakwitnąć w celach reprodukcyjnych (i dyspersyjnych), to kwitną do spółki z roślinami, niejako je do tego przymuszając. Na przykład spotkać można wilczomlecza sosnka z dziwnymi, rdzawymi liśćmi, wyglądającymi jak kwiaty (jak na fotografii wyżej). Pachnące kwiaty z nektarem. Wilczomlecz porażony grzybem Uromyces pisi nie wytwarza kwiatów ale wytwarza czerwonawe liście podkwiatostanowe. A sam grzyb wytwarza … nektar przywabiający owady, roznoszące gamety grzyba (to swoista mimikra udawania kwiatu).

Grzyb jest w swoistym pasożytem, który „nie pozwala” wytworzyć kwiatów wilczomleczowi, bo sam chce zwabiać owady do pseudokwiatów. Owady te to roznosiciele pyłku i propagul (zwierzęta takie można nazwać polinatorami, ale przydałaby się ładniejsza polska nazwa). W interesie grzyba jest aby roślina żywicielska wyprodukowała powabnię

bo sam sypnik tego nie potrafi. Uzyskać kuszące piękno za cudzą sprawą…

Powabnia, ten psueudokwiat, zwabia owady a te roznoszą zarodniki grzyba na inne rośliny. U grzybów też występują płcie a więc jest to owadzi współudział w rozmnażaniu grzybów (roznosząc gamety między różnopłciowymi plechami umożwiają zapłodnienie). Gdyby wilczomlecz sosnka wytwarzał plemne kwiaty (właściwie rozwinięte, z kolorowymi płatkami i nektarem), to stanowiłby konkurencję dla psueudokwiatów z pseudonektarem i propagulami grzyba. Grzyb się stara jak może a i tak owady w większości wolą normalne kwiaty… Pszczoły i inne zapylacze widać traktują te nektar jako „chińską” podróbę.

Tymi grzybowymi psueudokwiatami zapewne za bardzo byśmy się nie interesowali (poza filozofami przyrody) gdyby nie fakt, iż wspomniany grzyb wywołuje chorobę roślin uprawnych – rdzę grochu. Wilczomlecz sosnka jest żywicielem pośrednim. Z tego powodu obecność wilczomlecza w pobliżu plantacji grochu jest niepożądane przez rolników.

Wilczomlecz sosnka był wykorzystywany w medycynie ludowej, bowiem jego sok stosowany był zewnętrznie jako lek na brodawki, kurzajki, piegi oraz wypadanie włosów. Nawet medycyna ludowa wymaga wiedzy i odpowiedniego stosowania i czasem dochodziło do zatruć. Babka z lasu musi znać się na swojej robocie i ziołolecznictwie. Inaczej nie wyleczy a otruje. Chyba znachorka od czarownicy różni się tylko wiedzą w stosowaniu ziół w odpowiedniej dawce.

Owady odgrywają dużą role w cyklu życiowym różnych grzybów (np. rodzaje Puccinia i Uromyces) jako wektory (polinatory), przenoszące gamety lub/i przenoszące zarodniki na kolejne rośliny żywicielskie. Inną rośliną tak niecnie i seksualnie wykorzystywaną przez rdzy jest gęsiówka (Arabis sp.).

Nie tylko człowiek stosuje różnorodne perfumy i afrodyzjaki w celu nakłonienia innych do czynności sobie potrzebnych. Nie tylko człowiek za sprawą innych gatunków staje się piękniejszym by wabić w celach reprodukcyjnych.

Autor zdjęcia: Bogdan, źródło: Wikimedia Commons

O ślimaku winniczku i poszukiwaniu drugiej połówki

winniczkiibursztynki

Człowiek to stworzenie społeczne, lubi towarzystwo. Na dodatek łączy się w pary, trwale lub okresowo, z myślą o miłości, reprodukcji i rekombinacji. To znaczy umysł ma zaprzątnięty miłością… lub seksualną pożądliwością. O reprodukcji i bioróżnorodności myśli rzadziej a o rekombinacji wcale. No, chyba, że akurat naukowiec się trafi co o genach lub symbiogenezie rozprawia.

Jeśli się głębiej zastanowić, to wszyscy jesteśmy GMO (genetycznie modyfikowanymi organizmami). Mimowolnie i nieświadomie ale GMO. Modyfikują się nawet obojnaki, tak jak ślimak winniczek (zamieszczony na ilustracji wyżej, z lewej strony widoczne także dwa ślimaki bursztynki).

Dlaczego ciągnie nas do ludzi i dlaczego szukamy swojej drugiej połówki? Sami sobie nie wystarczamy. Ślimak winniczek (po łacinie Helix pomatia) przez zarobkowych zbieraczy bywa mylony z  ginącym ślimakiem żółtawym (Helix lutescens). Na Warmii i Mazurach winniczek jest gatunkiem obcym, zawleczonym przez człowieka. W jakimś sensie był dawniej gatunkiem hodowlanym. To nasze dziedzictwo kulturowe (i kulinarne), w zasadzie w czasach dobrobytu całkiem zapomniane. A szkoda. Bieda i niedostatek bardzo przyczyniły się w dawnych czasach do kreatywności i poszukiwania nowych możliwości. W części warto wrócić do tego zapomnianego dziedzictwa. Umiarkowanie w konsumpcji nie tylko pomaga rozwiązać problem ze śmieciami ale i kultywuje nasze historyczne korzenie.

Co prawda zbieramy winniczki, ale z myślą o eksporcie do Francji. Jak już wspomniałem na naszym terenie to gatunek obcy (wcześniej nie występujący naturalnie). Do rozpowszechnienia winniczka w największym stopniu przyczynili się zakonnicy (głównie cystersi), którzy w średniowieczu hodowali te ślimaki w przyklasztornych ogrodach. W czasie biedy i długich postów ślimaki były konsumowane, bo zaliczano ich mięso jako potrawę postną. Teraz mamy dużo taniego mięsa produkowanego w warunkach przemysłowych i bez myśli o dobrostanie zwierząt… dużo i tanio najczęściej nie znaczy dobrze…). Średniowieczne posty przyczyniły się do dyspersji tego gatunku. Swoista symbioza i wzajemne uzależnienie gatunków. Teraz zapomniane.. dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe regionu.

Ślimaki winniczki są obojnakami, to znaczy mają gonady męskie i żeńskie (narządy płciowe męskie i żeńskie). W zakresie rozmnażania jest więc winniczek samowystarczalny. A mimo to łączy się w pary (co uwidocznione jest na zdjęciu wczoraj zrobionym)? Dlaczego? Bo wymienia się materiałem genetycznym z innym osobnikiem, przez co zwiększa się różnorodność genetyczna – a co za tym idzie i fenotypowa – wspólnego potomstwa. Dzięki rozmnażaniu płciowemu zwiększa się różnorodność biologiczna na poziomie genetycznym. I to znacznie szybciej i w większym zakresie niż pojedyncze mutacje.

Współcześnie człowiek jest również ekonomicznie samowystarczalny. Stąd może taka popularność singli? A mimo to szukamy dla siebie drugiej połówki. Miłość tkwi w nas gdzieś bardzo głęboko. Biolog może opisać dokładniej sens biologiczny i ewolucyjny, ale tym razem pozostańmy przy człowieku jako istocie społecznej, która bez innych ludzi żyć nie może. I nie chce. Tak jak dyspersja ślimaka winniczka bez średniowiecznych mnichów.

Wspólnota i praca zespołowa buduje świat, nawet jeśli w ukryciu pozostaje sens biologiczny i reprodukcyjny. Świat się zmienia, także za naszą sprawą. Sami wywołujemy te zmiany w środowisku, tak jak ostatnio dokuczliwe pogodowe skutki antropogenicznego ocieplenia klimatu w skali globalnej. Potem się musimy do nich przystosowywać. Nadążyć za zmieniającymi się warunkami… więc gatunki muszą się zmieniać, ewoluować już od momentu powstania życia na Ziemi. Jak rekombinować (się)? Mutacje i przypadkowe zmiany pojedynczych organizmów to proces powolny i długotrwały. Nie za sprawą samej selekcji „najlepiej dostosowanych” i pojedynczych mutacji zmieniana się świat. Wspólnotowość wpisana jest od początku w nasze istnienie i kreatywną ewolucję.

Rozmnażanie płciowe jest kosztowne, wymaga wysiłku i jest rozrzutne. Mam na myśli koszty biologiczne, ale jeśli kojarzy się komuś z tym, czym się kojarzy w aspekcie społecznym… to bardzo dobrze. Doskonała ilustracja i trafna przenośnia. Dlaczego trwa rozmnażanie płciowe, skoro takie kosztowne? Bo umożliwia rekombinację i swoistą kreatywność genetyczną potomków. Zwiększa i znacznie przyspiesza różnorodność biologiczną. A to daje szybsze przystosowanie do środowiska, zwłaszcza zmiennego środowiska. Tak rozumiane genetyczne modyfikowanie pojawiło się więc bardzo dawno, na setki milionów lat przed człowiekiem. Nasze manipulacje z GMO są w jakimś sensie konsekwencją i rozwinięciem procesów naturalnych. Oczywiście jeśli uznamy ewolucję kulturową jako kontynuację ewolucji biologicznej.

Rozmnażanie bezpłciowe, które poprawniej byłoby nazywać pomnażaniem, jest tylko elementem, dobrym w warunkach stabilnych, niezmiennych. Nawet obojnaki się krzyżują. Są teoretycznie samowystarczalne, a szukają swojej drugiej połówki.

Niech więc zachętą i inspiracją do pracy zespołowej jak i do poszukiwań swojej, życiowej drugiej połówki, będą ślimaki winniczki w uściskach. Nie musza – chcą !

ps. 1. Ochrona różnorodności biologicznej mocno powiązana jest z ochroną dziedzictwa kulturowego regionu (z ekorozwojem i dziedzictwem kulinarnym oraz slow food w szczególności, ale to już na inna opowieść).

ps. 2. Zwyczaje miłosne ślimaków są dziwne, jest trochę romantycznie – bo są strzałki miłosne – ale jest i trochę brutalnie. Tak, tak, ślimaki mogą być brutalne. Przynajmniej w miłości. Może kiedyś i o tym napiszę…

Skłonność do krytyki i bezsilność

"Skłonność do krytyki to dowód na bezsilność tych, którzy nie mają światu nic do zaoferowania."

Marcin Kossek

Krytyczne spojrzenie na rzeczywistość jest potrzebne, to nie ulega wątpliwości. Ale krytyka powinna być punktem wyjścia do wymyślenia i zaproponowania czegoś nowego, lepszego, nowego. Bo warto coś zaoferować :). Niektórzy niestety jednak na krytyce pozostają, okopują się, rytualizują krytykowanie i narzekanie. To szkodliwe i autodestrukcyjne.

Tożsamość uniwersytetu

Chciałem pisać na moim blogu częściej o biologii, o owadach, a piszę o uniwersytecie i o tożsamości. Ale to mnie boli i muszę to przemyśleć. Pisanie jest wspomaganiem myślenia (porządkuje myśli), tak jak rozmowy i dialog face-to-face.

Na naszych oczach powstaje nowa cywilizacja, zupełnie inaczej funkcjonujące społeczeństwo. Uniwersytet jako instytucja powinien być pomocny w zdobyciu tożsamości, pomóc rozpoznać swoje korzenie i zdobyć skrzydła (przeszłość i przyszłość, tym jest tożsamość).

Misją uniwersytetu nie jest bycie szkołą zawodową. Jest nią budowanie tożsamości, kulturowa inicjacja młodego człowieka w dorosłość i w samodzielny świat. Kształcenie zawodowe także, ale praca nie jest jedynym wymiarem ludzkiego życia (zatrudnialność).

Uniwersytet powinien budować tożsamość człowieka w świecie globalnym. Globalny świat jest wielokulturowy – język fizyki, biologii, humanistyki, poezji, sztuki, to są różne kody komunikacji – te dyscypliny mówią do siebie niezrozumiale (o czym pisałem z przykładami już kilkakrotnie).

Tożsamość to ciągłość z doświadczeniem przodków, pamięć dotyczy kluczowych momentów w kolektywnej historii Polski i Europy. To są nasze korzenie.

Aby rosnąc, trzeba mieć korzenie. Inaczej byle podmuch wiatru przewróci i zniszczy.
Tożsamość to także poczucie wspólnego przeznaczenia, czyli wizja przyszłości. To są skrzydła, które pozwolą latać i podróżować.
Tożsamość to w końcu rozumienie świata, świata wszechstronnie spolaryzowanego. Globalna integracja i lokalna fragmentaryzacja. W globalnym świecie potrzebna mobilność i tożsamość (korzenie) w wielokulturowym społeczeństwie.

Ludzie potrzebują skrzydeł i korzeni. To może dać kształcenie uniwersyteckie.

Dlaczego o tym pisze? Bo chcę się zastanowić na sensem tego, co robię zawodowo. Każdy zawód tego wymaga. I szewc, i krawiec, i kierowca zastanawia się nad sensem swojej działalności. Bo w każdym człowieku drzemie potrzeba sensu. Nauka daje wiedzę a duchowość (religijność) daje sens. Do życia obie rzeczy potrzebne.
Stąd moja kontestacja uniwersytetu i zachodzących zmian.

Potrzebujemy sensu i skrzydeł – wizji i przeznaczenia. Żeby iść i odczuwać z tego przyjemność, potrzeba widzieć cel i czuć sens.

Przecież nie można bezmyślnie robić swoich zawodowych zadań. Bezmyślnie, rutynowo i rytualnie. Tym bardziej, że odpowiedzialność duża (bo decydujemy o losach innych ludzi, ich przyszłości). Nie wystarczy naśladować swoich poprzedników, bo kiedyś tak też robili. To tak, jakby latem chodzić w kożuchu i futrzanej czapce – bo kiedyś (kilka miesięcy wcześniej, w zimie) też tak chodzili i było dobrze! Po co zmieniać ubranie?

Trzeba czasu na adaptację… ale skoro świat się zmienia tak szybko to skąd wziąć czas niezbędny do adaptacji?
Ciągle trzeba rozmyślać o sensie uniwersytetu (to zawodowo) oraz o sensie edukacji (to jako obywatel, bo dotyczy nas wszystkich).
W szybko zmieniającym się świecie ciągle musimy wymyślać na nowo nasze instytucje i zastanawiać się nad sensem codziennych czynności. Wszak jesteśmy Homo sapiens :).

O ucieczce kapitału ludzkiego z Olsztyna

Inspiracją do napisania niniejszej notatki była rozmowa z matką gimnazjalisty, przy okazji konkursu „Rola nauk przyrodniczych w życiu codziennym”. Długo to we mnie drzemało. Pora o tym opowiedzieć.

To, że młodzi ludzie uciekają z Olsztyna to dla nikogo nie jest tajemnicą. Już wiele lat temu spotykałem się z młodzieżą licealną. Wielu pomagałem w przygotowaniu pracy badawczej na olimpiadę biologiczną. Wszyscy poszli studiować poza Olsztyn (np. na medycynę). Ale zaskakujące jest dla mnie to, że uciekają już młodzi ludzie na etapie liceum czy nawet gimnazjum. Bo nie mają szansy – w mniemaniu rodziców – na sensowny rozwój tu na miejscu. Dotyczy do dzieciaków ponadprzeciętnych.
Gimnazjaliści wysyłani są na przykład do gimnazjum akademickiego w Toruniu…
Bo co mają zrobić rodzice naukowo zainteresowanych dzieciaków? Stypendium dla młodzieży uzdolnionej pewien gimnazjalista w całości wydaje na książki. Raz do roku obóz naukowy, z którego wraca "nabuzowany" energią i naukowymi inspiracjami. I w ciągu roku niewiele okazji do rozwijania swoich pasji. To widzą rodzice i z bólem serca myślą o wysyłaniu w świat, jeszcze na etapie gimnazjum czy liceum. Nie mówiąc o studiach…

Bo w Olsztynie brakuje takich instytucji jak warszawskie Centrum Nauki Kopernik. Jedno obserwatorium i planetarium astronomiczne, z możliwością uczniowskiej pracy badawczej, to stanowczo za mało. Pałac Młodzieży czy osiedlowe domy kultury dają co najwyżej możliwość aktywności artystycznej. A co z pasjami naukowymi? Dwa razy do roku Olsztyńskie Dni Nauki czy Noc Biologów to stanowczo za mało. Uniwersytet Dzieci adresuje swoją aktywność do najmłodszych. I tak, przy braku infrastruktury i odpowiednich placówek pozaszkolnych tracimy kapitał ludzki już na etapie gimnazjum… A bez kapitału ludzkiego świata nie dogonimy…

Wiele miesięcy temu przeczytałem ciekawy wywiad z Arkadiuszem Stańczykiem, dyrektorem Zespołu Szkół Gimnazjum i Liceum Akademickie UMK w Toruniu, zatytułowany „Jak wychować geniuszy?”. Rozmawiał Grzegorz Dobroczyński SJ, a tekst zamieszczony został w
Przeglądzie Powszechnym nr 9 (1081) 2011, s. 11-22.
Niżej zamieszczam kilka fragmentów.

„Szkoła pomaga dziecku sprawdzić czy dotychczasowa pasja ukierunkuje go na całe życie. Nie wystarczy usiąść przed komputerem albo posłuchać nagranego wykładu – wiele rzeczy trzeba bezpośrednio doświadczyć i to dopiero jest impuls rozwoju. Ani internet, ani telefon, ani nawet książka nie wystarczą ani nie zastąpią kontaktu z żywym człowiekiem, z zapleczem naukowym. Większość ludzi odkrywa pasję spędzania godzin w bibliotece dopiero po studiach.”

Do dobrego kształcenia potrzeba emocji i uwiarygadniającego kontaktu pozaformalnego, pozawerbalnego.
Co daje ich toruńska szkoła? „daje przede wszystkim możliwość kontaktu z podobnymi sobie młodymi, odkrycie: nie jestem sam (…) Odkrywają, że nie są sami na bezludnej wyspie, ale takich jak oni jest więcej.”

Mottem opisywanej szkoły jest „mistrz i uczeń dziwią się razem”. Bo toruńska szkoła ma także uczyć pracy w grupie.
„Reguła podstawowa brzmi: maksymalnie zindywidualizować pracę, stosownie do potrzeb ucznia, przy jednoczesnym budowaniu zespołu oraz kształceniu umiejętności pracy w grupie.”

Najlepszą inwestycją jest człowiek. Ale to nie może zostać pustym hasłem. Jeśli nie stworzymy dobrych warunków do rozwoju kapitału ludzkiego, to Olsztyn będzie coraz większą prowincją w pejoratywnym tego słowa znaczeniu… z nietrafionymi inwestycjami, betonowymi trawnikami i słabymi kadrami każdego szczebla.

Dlaczego chodzę pieszo i pod blokiem nie mam samochodu?

Dlaczego chodzę pieszo i pod moim blokiem nie mam samochodu na trawniku lub chodniku? Bo w mieście coraz dotkliwszy jest problem przestrzeni, zwłaszcza zanikania przestrzeni publicznej (wspólnej). Jak mógłbym innych namawiać do rezygnacji, sam się rozbijając limuzyną? Namawiać do zamiany samochodu na rower, żeby inni mi zrobili miejsce dla mojej wygody? Nie byłbym wiarygodnym. Zmienianie świata na lepsze najlepiej zaczynać od siebie. Chcę sam na sobie sprawdzić, czy można, żeby potem i innych namawiać.

Ekorozwój to także wspólne użytkowanie dóbr trwałego użytku. W mieście samochody głównie stoją, 8 godzin tu,12 godzin tam. A ulicach ciasno, chodniki zastawione autami, pod blokami rozjechane trawniki. Trudno przejść i w oczy kole brzydota. Samochód w mieście to w dużym stopniu środek do zaspokajania ambicji, ”mania”. Konsumpcja to przede wszystkim aspekt psychologiczny i społeczny. Chcemy być ważni a jeszcze w naszej mentalności samochód jest wyznacznikiem statusu społecznego.

Owszem, brak samochodu często wydłuża moją podróż. Ale sporo zyskuję: nowe znajomości, głębsze relacje z ludźmi, czas dla siebie a nie wyścigu szczurów. Bo korzystając z transportu publicznego lub życzliwości innych mam więcej okazji do relacji społecznych. Dłuższa podróż? To więcej czasu na przemyślenia. Mniej znaczy więcej. Mniej jednego więcej czegoś innego. Być może nawet ważniejszego…

Coraz bardziej uwodzi mnie filozofia życia skromnego. Skromność i umiarkowanie w konsumpcji nie z biedy ale rozsądku. Społecznego i "ekologicznego". Uwodzi mnie filozofia umiarkowanej konsumpcji.
Podobnie z uwalnianiem wiedzy na wolnej licencji – nie warto wszystkiego opatentowywać. Dzielenie się światem jest przyjemniejsze niż "grodzenie pastwisk" i zawłaszczanie wszystkiego co się da. Poranne słoneczko cieszy, tak jak wieczorny zapach lip. Czy trzeba mieć to na wyłączną własność, by czuć radość i cieszyć się pięknem? Mniej znaczy więcej.

ps. prawo jazdy miałem już na początku lat 80. XX wieku…

Czyń dobrze, a cel sam się pojawi

Nie potrzeba wielu słów i opisujących interpretacji. Po prostu na co dzień czyń dobrze…. a cel sam się pojawi. W wakacje dobrze się jest pobyczyć. I robić rzeczy proste. Czyń dobrze a cel odkryjesz. W ciszy i skromnym wysiłku rodzą się dobre myśli. Wystarczy ich nie zagłuszać codziennym zgiełkiem. Nie martw się, że jak się zatrzymasz to przejdą Ci po plecach i zadepczą. Przejdą, ale nie zadepczą. Jesteś niezadeptywalny :). Ktoś musi zatrzymać się pierwszy. Zmienianie świata najlepiej zaczynać od siebie. Prowincjonalna cisza, spokój i brak pośpiesznej konsumpcji jest w zasięgu ręki.

Kulturalna wieża Babel, czyli o niezauważanej wielokulturowości w komunikacji

ceikkulturaDługo się wahałem, czy upublicznić poniższe przemyślenia i obserwacje. Nie jest moją intencją wytykanie komuś błędów czy niedociągnięć. Mimo posługiwania się konkretnym przykładem chcę pisać o szerszym zjawisku i opowiedzieć o bardziej ogólnych sprawach. Po pierwsze, mój blog jest dla studentów, z którymi dyskutuję o różnorodnych formach wypowiedzi publicznych. Niniejszy wpis będzie więc o charakterze materiałowo-dokumentacyjnym i jako swoiste studium przypadku. Po drugie traktować będzie o niedostrzeganej wielokulturowości i nieporozumieniach, wynikających z nieuświadamiania sobie tej wielokulturowości. Po trzecie spotkanie było publiczne.

Pewnego dnia o poranku wysłuchałem na portalu naukowym wideo wykładu profesora z Kanady o tym, jak powinny wyglądać referaty na seminariach naukowych i po co naukowcy jeżdżą (ściślej – powinni jeździć) na konferencje naukowe. Profesor Edward Potworowski jest przedstawicielem nauk przyrodniczych. Mówił o tym, że referat powinien mieć jeden prosty przekaz, że wstęp powinien stworzyć napięcie, potem powinien pojawić się problem i żeby starać się dotrzeć do każdego słuchacza. Ale żeby to osiągnąć, trzeba wiedzieć do kogo się mówi. A zakończenie powinno być rozwiązaniem problemu.

Z takim nastawieniem tego samego dnia poszedłem na spotkanie, które było tak reklamowane:
„W poniedziałek 10 czerwca 2013 roku w Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie (…) drugie spotkanie seminaryjne z cyklu „Kultura pod pochmurnym niebem”. Tym razem (…) pod hasłem „Czy można wymyślić przyszłość? czyli o sensowności tworzenia lokalnych strategii i polityki kulturalnej.” Gośćmi CEiIK-u byli Bohdan Skrzypczak i Edwin Bendyk, w spotkaniu uczestniczyła też współautorka „Diagnozy kultury Warmii i Mazur” prof. Barbara Fatyga.

Jak planować przyszłość w kulturze? Czemu ma służyć polityka kulturalna? Jakie są zagrożenia dla realizacji takich planów i jak je można przewidzieć?”.

Spotkało mnie spore rozczarowanie, bo nie zastałem tam tego, czego się spodziewałem. Poirytowanie wynikało w dużym stopniu… z nieuświadomienia sobie uczestnictwa w innej kulturze komunikacji. Irytowała mnie niedostrzeżona odmienność i podstawowe błędy w komunikacji. Ale te błędy wynikają z innego punktu widzenia. Być może wielu irytacji codziennych byśmy uniknęli, gdybyśmy zdawali sobie sprawę z wielokulturowości w jakiej żyjemy. I nie chodzi tylko o różne języki, różne narodowości – te dość łatwo dostrzegamy i identyfikujemy. Myślę o różnicach w sposobie myślenia, tradycji komunikacji, różnych stylów myślenia, różnych subkultur, czy na gruncie naukowym o różnicach między stylem nauk przyrodniczych (ścisłych) a np. humanistycznymi.

Moje irytacja wynikała z faktu…że nie potrafiłem być gościem w obcej kulturze i oczekiwałem tego samego co u siebie…

Narzekamy na wolne pociągi i opóźnienia. Narzekamy na nieefektywne spotkania, będące złodziejami czasu. Ale z drugiej strony czy wszystkie spotkania muszą być nastawione na maksymalną efektywność? Może „seminarium” jest tylko pretekstem do spotkania, bez wyraźnego celu? Spotkać się nie po to, aby osiągnąć jakiś cel merytoryczny, ale żeby pobyć ze sobą, licząc, że być może (ale nieobowiązkowo) coś z tego wyniknie.

Być może wielką sztuką we współczesnym wielowymiarowo wielokulturowym świecie jest umiejętne odczytanie różnych komunikatów i wyciągnięcie właściwych wniosków.  Ja nie umiałem poprawnie przewidzieć i odczytać, stąd moje rozczarowanie tym, że nie dostałem tego, czego się spodziewałem.

Można poniższe pisanie moje odebrać jako krytykę ale także jako wyraz niezrozumienia innej kultury spotkań. W jednej kulturze może być to antyprzykład „jak nie należy wygłaszać publicznie referatów”, ale w innej to może być przykładem dobrego spotkania. To samo a postrzegane zupełnie inaczej. Bo postrzegamy przez pryzmat innych, niewidocznych kultur społecznych.
Dysonans wynikający z wielokulturowości. Moje niezadowolenie i rozczarowanie (temat obiecywał wiele) wynika z innego języka, i nie musiało być wspólne dla innych uczestników. W sumie byłem „obcokrajowcem”, z trudnością wczucia się w inną kulturę.

Dwójka prelegentów sugerowała, że być może będzie jakiś dialog. Nic z tych rzeczy. Najpierw mówił długo jeden (drugi się nudził, tak jak publiczność), potem była zmiana. Tytuł był dla mnie atrakcyjny ale zawartość była inna. W sumie były to drobne refleksje nad metodologią Foresigth, ale bez podsumowania, bez pokazania wypracowanej strategii i scenariuszy. Luźne dywagacje. Po co? Bez jasnego przekazu.

Był długi wstęp bez jasnego przekazu i rosnące poirytowanie przynajmniej jednego słuchacza. Moim zdaniem bardzo słaba komunikacja, stracony wstęp i stracona publiczność, trudno było to potem nadrobić. W sensie wystąpień publicznych duża porażka.

40 minut mówienia nie wiadomo o czym, bez jasnego przekazu. Ja spodziewałbym się wprowadzającego wstępu, jasnej tezy i dowodu tej tezy, ilustracji wywodów przykładami i konkretami. Było nie wiadomo o czym (słuchaczu zgadnij o czym mówię?), potem wywnioskowałem, że o metodzie i realizacji, takie luźne opowieści.

Nie rozumiem tej kultury spotkań. Zapewne są potrzebne. Żeby nie czuć dyskomfortu trzeba zaakceptować wielokulturowość i zamiast oczekiwać dopasowania świata do siebie, postarać się choć na chwilę wczuć w daną kulturę. Owszem, na spotkaniu padło sporo ciekawych stwierdzeń, więcej oczywiście w dyskusji.

Wstęp dwóch prelegentów zbyt długi. Zupełnie niepotrzebny. Czuć było chęć podyskutowania, ale publiczność musiała odczekać obowiązkową, ponad godzinną prelekcję, aby móc się wypowiedzieć. Czy prelegenci czuli w obowiązku długo mówić, bo organizatorzy zapłacili, więc trzeba wypełnić czymś czas? Ale słuchaczom nikt za siedzenie nie płaci, więc im na przeciąganiu bynajmniej nie zależało…

Chyba prelegentom zabrakło przemyślenia co chcą powiedzieć. Takie tam pogaduszki jak na towarzyskim, przypadkowym i niezobowiązującym spotkaniu przy kawie.
Tematem miało być myślenie strategiczne, kultura i rozwój regionalny. Seminarium w nazwie w realizacji wykład. Ale może tak „kulturowcy” i socjolodzy rozumieją seminarium?

Pierwszy prelegent – dr Bohdan Skrzypczak – bez kontaktu wzrokowego z publicznością. W efekcie było to głównie mówienie do siebie i do swoich notatek. Dr Skrzypczak dwa razy wstawał i rysował coś na tablicy. Było to ożywcze. Cały przekaz był dla mnie biologa hermetyczny i mało konkretny – czytanie danych z kartki. Czy prelegent wiedział po co to odczytuje czy tylko żeby się odbyło, żeby wypełnić czas lub żeby odbył się jakiś rytuał? Takie mgliste przeczucie, że coś powinno być, ale bez realnej umiejętności jak to zrobić? Tak to odebrałem. Po 15 minutach dopiero nastąpiło otwarcie się do publiczności, zarówno w słowach jak i postawie ciała (otwartej). Wstęp słaby, długi okres rozgrzewania. Zupełnie inna kultura i tradycja komunikacji. Oczekiwanie na spóźnialskich (rozpoczęcie 5 minut po czasie, a potem i tak wchodzili spóźnialscy). Ta niepunktualność wpisana chyba w tradycję. Mnie to irytuje.

bendykceik1We wstępie brak było czytelnego, jasnego przekazu. Nie było to tylko moje odczucie, bo po prelekcjach pierwszym pytaniem z sali było właśnie o to, co było przekazem, żeby streścić i wyłuszczyć. W czasie wystąpienie dr Skrzypczaka redaktor Bendyk zajmuje się aparatem. Ewidentnie nudzi się. Pewnie jak publiczność. Czeka na swoją kolej. Chyba dwugłos nie był przygotowany i przemyślany. Zaprosili dwóch i niech się coś dzieje. Szkoda czasu na takie spotkania. Ja wyszedłem po 3 godzinach, czyli tuż przed końcem. Trzygodzinne seminarium? Straszna rozrzutność czasu, zważywszy, że na końcu miasta, więc jeszcze trzeba doliczyć długi czas na dojście i powrót. Duża inwestycja w zabieganym życiu, oczekuje się wiec, że będzie warto. Nie było. Dla kilku trafnych myśli, w tym wypowiedzianych z sali?

bendyk1Po 40 minutach sala szepcze. Po jakimś czasie swoje wystąpienie zaczął redaktor Edwin Bendyk, obietnicą że będzie krótko. To wzbudziło nadzieję i ożywienie na sali. Wywód pana Bendyka w większości klarowny i przejrzysty (choć nie było krótko, jak zapowiedział), z ciekawymi przykładami. I w miarę jasnym przekazem. Ale też nie bardzo wiadomo było po co. Wszystko przez brak wstępu i określenia ram i celu całego spotkania (nie myślę tu o organizatorach). Widać wprawę publicysty i lepszą komunikację – najwyraźniej trening pisania dziennikarskiego jest ważniejszy niż doktorat. Może więc naukowcy powinni więcej pisać w mediach (a nie tylko dla siebie w publikacjach) ?

Szkoła – same mury nie gwarantują tworzenia. Te dygresje były trafne i ciekawe. Bendyk był postawą ciała otwarty na publiczność i mówiący do niej. Zapamiętałem też coś
o roli bibliotek, że gromadzenie, selekcjonowanie i udostępnianie informacji (charakterystyczne, że z wypowiedzi dr Skrzypczaka niczego nie zapamiętałem, tylko że gdzieś jacyś górnicy narobili bałaganu), biblioteki jako miejsce spotkania wokół treści, ale też selekcja informacji. 55 minuta minęła i Edwin Bendyk zboczył w chaos. Na moment. 60 minuta – sala już nie słucha. Bendyk werbalnie i postawią ciała (obrócona głowa i gestykulacja) zwraca się do kolegi przy stole prezydialnym, tamten potakuje głową, pełna utrata kontaktu z publicznością. 65 minuta powrót wzroku na salę. Była mowa o ACTA. 70 minuta, zakończenie – też bez jakiegoś wyraźnego podsumowania „może na razie tyle”. Boże, jakie na razie, ponad godzina!

bendyk2Redaktor Bendyk stwierdził, że winny jest system, żeby coś zmienić trzeba stanąć obok systemu (ale żeby stanąć obok systemu, to trzeba zdefiniować ów system, same ogólniki nie wystarczą). Ustawianie się pod źródła finansowania, zmienić sposób myślenia.

Z sali pada pierwsze pytanie o główną myśl wypowiedzi prelegentów, bo słuchacz nie „załapał”. Ja zresztą też.
Dyskusja ciekawa (zaczęła się po półtorej godziny) – wstęp referatowy ewidentnie za długi.
Po dwóch krótkich pytaniach i niejasnych odpowiedziach, dłuższa wypowiedź obecnej prof. Fatygi – w zasadzie była to recenzja-komentarz wystąpień. Ocena nauczyciela lub ocena recenzenta. Może taka jest tradycja seminariów socjologicznych, ale dla mnie to nie pasowało, przynajmniej do tego spotkania otwartego dla publiczności (nieumiejętność wyjścia z własnej kultury i dostosowania się do sytuacji?). Bo sala chciała dyskutować. Sala oczekiwała konkretów, swoistego uporządkowania wiedzy o świecie, pomocy w zrozumieniu tego, co wokół nas i porad, co robić.
Nawet na prowincji ludzie chcą zrozumieć co się dzieje, a kultura to przecież wprowadzanie ładu.

bendy3Widoczny był także swoisty konflikt pokoleń – młody słuchacz na smartfonie sprawdził w Google co to jest Foresight. Młodzi mówią krótko w kontraście do rozwlekłości prelegentów (zwłaszcza pierwszego). Sami używają języka z nawiązaniem do internetu… co jest niezrozumiałe dla starszego pokolenia.

Z sali w dyskusji wypływało znacznie więcej emocji, ożywczej i inspirującej emocji. Nie wystarczają ogólniki, że jacyś politycy czy enigmatyczny system jest winien. Młodzi chcą konkretów. Polityk z daleka jako swoisty kozioł ofiarny, przynęta na żer… ale publiczność nie poszła tym tropem, nie dała się zwieść tym „samograjem”, pytała o konkrety i polemizowała.
Nie doczekałem końca, tuż przed upływem trzeciej godziny wyszedłem. Dyskusja była znacznie ciekawsze od referatowego wstępu do tej dyskusji.

bendyk4

Na podsumowanie kilka wniosków.

Wniosek 1. Są różne kultury, różne style, różne rytuały i kody komunikacyjne. Między nimi może być brak porozumienia. Kiedy jedziemy do innego kraju, gdzie ludzie się różnią wyglądem i językiem, gdy z przyczyn językowych mamy trudności z komunikacją, jesteśmy chyba bardziej otwarci na innych. Bo ta inność jest bardziej widoczna, namacalna. W społeczeństwie wielokulturowym, zwłaszcza gdy mówimy pozornie tym samym językiem, trudniej o dostrzeżenie tej inności, więc i łatwiej o irytację.
Trzeba więc nauczyć się być gościem, ale to wymaga umiejętności rozpoznania różnych kultur, subkultur, różnych rytuałów. Ja się irytowałem, bo zbyt późno dostrzegłem różnice rytuałów, różnicę w stylu spotkań. Dla mnie tytuł obiecywał coś innego, i słowo seminarium obiecywało coś innego.

Wniosek 2. Umiejętność wystąpień publicznych jest bardzo potrzebna nie tylko pracownikom akademickim. Bez tego nie ma sprawnej komunikacji.

Wniosek 3. Prowincja jest ciekawsza i bardziej autentyczna, niż się sądzi. Tu też są ludzie oczekujący konkretów i objaśniania rzeczywistości. Samo pojawienie się „autorytetu”, nie wystarczy. Musi ów autorytet mówić z sensem i na temat. Nawet w najmniejszej wiosce socjologicznie i kulturalnie coś kipi i tam też oczekuje się na zinterpretowanie świata. Na prowincji się żyje i dyskutuje. Szanuj słuchacza, nawet tego maluczkiego, z prowincjonalnego Olsztyna czy małej wioski.

Wniosek 4. Komentowane spotkanie jest i dla mnie nauką. Każdego słuchacza trzeba traktować poważnie i podmiotowo, a nie przedmiotowo.

Jedna ze słuchaczek zabrała emocjonalnie ale bardzo trafnie głos.
Czuje, że coś się dzieje, coś się zmienia właśnie przez kulturę, ale oczekuje objaśnienia i wyznaczenia celów, ukierunkowania w działaniu, przekonania do czegoś. To jest być może motywacja przychodzenia na takie spotkania i seminaria. Oczy zwrócone na autorytety… a tam pustka i ględzenie. Stąd rozczarowanie.

Ale opisywane spotkanie może być odebranie inaczej, oto przykład z internetu:

„Bohdan Skrzypczak z Centrum Wspierania Aktywności Lokalnej CAL na podstawie swoich doświadczeń oraz dotychczasowych analiz przedstawił do dyskusji następujące tezy:
1.W dokumentach strategicznych brak wizji zmiany oraz procesów wspólnotowego/ społecznego jej konstruowania.
2.Scena lokalnej polityki kulturalnej powinna angażować nowych aktorów indywidualnych i grupowych.
3. W pracy nad polityką kultury warto zastosować reakcyjne i emancypacyjne metody „badania w działaniu”.
4. Dla większości instytucji kultury najważniejszym strategicznym priorytetem ich funkcjonowania jest skoncentrowanie się na aspektach technicznych działalności (finanse, budynki, wyposażenie), a nie tych związanych z sercem komunikacji międzyludzkiej.

Z kolei Edwin Bendyk, dziennikarz, publicysta i pisarz pracujący w tygodniku „Polityka”, omówił możliwość wykorzystania metody FORESIGHT’u* w planowaniu przyszłości. Wg tej metody, dzięki zbiorowemu wysiłkowi intelektualnemu ekspertów i uczestników danego procesu da się w dużym stopniu przewidzieć nie tylko trendy i kierunki rozwoju, ale również potencjalne zagrożenia i ślepe uliczki. Metoda ta stosowana w planowaniu strategicznym, z pewnością może mieć zastosowanie w kreowaniu polityk kulturalnych samorządów lokalnych.

Wystąpienia te były punktem wyjścia do gorącej dyskusji. (…). „

Przeczytaj też inne refleksje z tego spotkania https://wordpress.com/block-editor/post/czachorowski.home.blog/4422