O potrzebie bohaterów. W nauce.

Kiedy łączy nas coś z osobą sławną, to automatycznie podnosi to naszą samoocenę. Dlatego szukamy takiej łączności i ja kreujemy, stawiamy się w gronie znajomych, fanów itd. Kiedyś było tak z bohaterem i wodzem – pragnęliśmy być blisko… i po właściwej stronie. Teraz jest tak z celebrytą – bohaterem medialnej wioski.

Niska samoocena powoduje większą chęć do „wygrzewania się” w wielkości bohaterów lub celebrytów.

Badania psychologów (i nie tylko) wskazują, że są pewne cechy charakteru, które ułatwiają zdobycie sławy. Nie zapominamy jednak o przypadku i sprzyjającej okoliczności. Bo to właśnie okoliczności sprawiają, że jesteśmy bohaterami lub menelami, przestępcami. W sprzyjających okolicznościach jesteśmy bohaterami powstania lub wojny, a innych zostajemy chuliganami… Kontekst, miejsce i czas zmieniają wszystko. Z jednego drzewa krzyż i łopata.

A jakie cechy charakteru ułatwiają zdobycie sławy? Jest to bez wątpienia indywidualna chęć dążenia do osiągnięcia sukcesów. Jakichkolwiek. Często przypadek decyduje, co osoba w swoim otoczeniu uzna za sukces. To dążenie do sukcesów chyba częściej występuje u mężczyzn (sprawny wojownik, sprawny myśliwy). Drugą sprzyjającą cechą jest tendencja do podejmowania ryzyka, skłonność do wkraczania na nowe, nieodkryte terytoria. Wypisz wymaluj – bohater: ryzykuje i ma motywację. I tu również ewolucyjnie możemy wskazać, że łowcy i myśliwi – a więc mężczyźni – o takich cechach kiedyś odnosili sukcesy. Więc takie cechy charakteru preferował kiedyś dobór naturalny.. lub kultura. I w końcu trzecia cecha, ułatwiająca zostanie bohaterem (lub celebrytą) – wrażliwość sytuacji, ocenianie sytuacji, refleks społeczny i środowiskowy), zdolność do improwizowanego planowania.

Te wymiennie cechy niezwykle ważne są w nauce i innowacyjności. Owszem, powyższe cechy mogą sprowadzić także na złą drogę i na margines. W cechy bohatera i celebryty wpisane jest ryzyko porażki…

Czy my takie postawy, wyżej wymienione, preferujemy? Czy sprzyjamy bohaterom i naukowym celebrytom? Czy raczej preferujemy przeciętnych karierowiczów i kujonów? Postawy – nie wychylać się, lub cisze jedziesz, dalsze budziesz? Bezpiecznie do celu, bez ryzyka ale po stanowiska i zaszczyty? Kogo stawiamy za wzór młodym adeptom nauki, stawiamy świadomie i nieświadomie?

Nie dobór naturalny ale kultura pracy, kultura środowiska decydują o "kreowaniu", wychowywaniu bohaterów w nauce, zdolnych do ryzyka, często ponoszących porażki ale i czasem odnoszących sukcesy. Sukcesy, w których i my się wygrzewamy. Sukcesy, z których i my czerpiemy satysfakcję i dobre samopoczucie.

Zatem czy warto podejmować ryzykowne badania czy lepiej iść utartymi koleinami… po bezpieczne stopnie naukowe i stanowiska?

Ucho na bzie a sprawa Judasza i chińskiej restauracji

uchobzoweknozkaCzy bez może mieć uszy? Czarny bez, krzew pospolicie występujący u nas, zwłaszcza na terenach ruderalnych, w pobliżu człowieka. Skoro bez to roślina to jakim cudem może mieć ucho? Ba, nawet dużą liczbę tych uszu (co widać na zamieszczonej fotografii, autor Kazimierz Nóżka, Nadleśnictwo Baligród)?

Okazuje się jednak że może bez mieć ucho. A wszystko za sprawą fantastycznej cechy istot żywy – wspólnotowości. Czyli mówiąc prościej, dzięki wchodzeniu w relacje ekologiczne z innymi gatunkami (życie biologiczne ze swej natury jest wspólnotowe). W tym przypadku grzyba, którego jedni uważają za pasożyta, inni za saprofita (żyjącego na martwej materii). Podobnie jak w przypadku wcześniej opisywanego nużeńca ludzkiego, odżywiającego się tym, co na naszej skórze albo przez skórę wytwarzana (łój).

Ekolodzy – z uwagi na analizowanie oddziaływań między wieloma elementami jednocześnie oraz uwzględnianie wpływu otoczenia (środowiska) – mają w nawyku „relatywizowanie”. Wszystko zależy przecież od kontekstu… środowiskowego. W przyrodzie kłopotliwe jest używanie ludzkiego pojęcia zysku i straty (co jest korzyścią a co nie).

Ale wróćmy do ucha na bzie. Ucho bzowe to galaretowate czy raczej chrząstkowate grzyby, wielkości 3-10 cm (rzadziej nawet do 15 cm) owocniki w kształcie przypominają nieco małżowinę uszną. Uszak bzowy, ucho bzowe, uszak, uszak pospolity, uszak Judasza, to grzyb. Obecna nazwa łacińska: Auricularia auricula-judae też ma Judasza w nazwie. Nie jest więc to tylko polska specyfika. Raczej polska nazwa ucho Judasza wzięła się od nazwy łacińskiej. Judasz podobno powiesił się na drzewie dzikiego bzu. Ale krzewy bzu czarnego nie wyglądają na tak duże i solidne, żeby ktokolwiek mógł się na nich skutecznie powiesić. Na pewno kształt rodzi skojarzenia z uchem. Nie wiem czemu wplątano w to Judasza. Ale zapewne to długa historia i dziedzictwo niematerialne.

Podobno grzyb jest to grzyb jadalny ale niezbyt smaczny. W zasadzie obojętny w smaku. Z tym, że z głodu, zwłaszcza w zimie czy na przednówku, wiele można zjeść. Nawet korę z drzew. Głód jest najlepszym kucharzem. Jednak do tych wartości odżywczych grzybów to zdania są podzielone. Energetycznie nie są być może atrakcyjne, bo nie mają za wiele tłuszczów i cukrów. Ale czyż otrąb nie jemy dla zdrowia? Ponadto, ekologicznie relatywizując, wszystko zależy od tego z kim żyjemy, to znaczy jakie organizmy mamy w przewodzie pokarmowym: jakie bakterie i grzyby. Bo dzięki ich enzymom nawet z chityną da się czasem coś sensownego konsumpcyjnie zrobić.

Współpraca nie jest cecha tylko człowieka ale życia biologicznego w ogóle. To właśnie od tej współpracy wiele zależy – czy to pasożytnictwo czy symbioza. Dlaczego grzyby nam smakują, skoro dietetycy do niedawna mówili, że nie mają wartości odżywczych? Co prawda biotechnolodzy znaleźli sporo związków biologicznie czynnych (pomijając te, które nas trują), ale grzyby smakowały nam od dawna. Już w czasach, gdy o biotechnologii nie mieliśmy zielonego pojęcia.

Ostatnio nawet poza smakiem gorzkim, słodkim, słonym i kwaśnym wyróżnia się smak umami. Nie ma polskiej nazwy dla tego smaku. Smakowało nam, ale nie dostrzegaliśmy, nie wyróżnialiśmy i nie nazwaliśmy „po swojemu”. Umami jest opisany jako smak rosołowy lub mięsny. Zawdzięcza istnienie osobnych receptorom kwasu glutaminowego, jakie posiadamy. Skoro są receptory to i musiało być jakieś znaczenie ekologiczne, biologiczne lub ewolucyjne. Ze zrozumiałych względów mięso nam smakuje. Czy grzyby podszywają się celowo lub przypadkiem pod potrawy mięsne?

Ucho na bzie występuje przez cały rok, ale liczniej spotkać można tego grzyba od sierpnia aż do marca, a więc w okresie jesiennym, późnojesiennym i zimowym. Pojawia się po długotrwałych deszczach a zimą w okresie bezmroźnym. Należy do tych grzybów, które można zbierać w zimie. Grzyb ten ceniony jest kulinarnie w Japonii i Chinach. Jest tam nawet uprawiany. Ale chyba chodzi raczej o pokrewny gatunek – uszaka gęstowłosego (Auricularia polytricha), zwanego nas grzybami Mun.

Wiele lat temu, na początku lat 90. ubiegłego wieku, odwiedziliśmy rodzinnie restaurację chińską. W potrawie były grzyby Mun. Chyba jednak mi zaszkodziło, bo przez wiele lat ze wstrętem reagowałem na nazwę grzybów Mun. Jak wyczytałem to najsmaczniejsze są młode owocniki. I lepiej nie spożywać ich na surowo (są dodawane po obróbce cieplnej do potraw mięsnych). Może więc tylko w mojej potrawie źle to było przyrządzone? Wszystkie grzyby da się zjeść, ale niektóre tylko raz. Wiele gatunków uważanych za trujące lub niejadalne, po odpowiednim kulinarnym przygotowaniu da się zjeść więcej niż jeden raz.

Grzyby Mun mają szerokie zastosowanie w kuchni chińskiej z uwagi na chrząstkowatą konsystencję. W krajach azjatyckich grzyby te nazywane są także mu-err (u nas także jako chińskie smardze).

W Europie grzyb ten jest rzadko zbierany i wykorzystywany kulinarnie. Nie lubimy jeść uszu, czy to bzowych czy to Judaszowych? Za tym dziedzictwem kulinarnym (niematerialnym) iść może dziedzictwo przyrodnicze – obecność lub brak specyficznych enzymów lub mikroorganizmów, żyjących w jelicie. To już opowieść na inną okazję.

Wróćmy do uszaków bzowych. Można je suszyć. Po wysuszeniu są twarde i pomarszczone. Ale po dodaniu wody szybko pęcznieją i wracają do swojej pierwotnej wielkości i kształtu.
Owocnik, przypominający ucho lub muszelkę czy miseczkę (czarkę), jest koloru czerwono-brązowego lub ciemnobrązowego (o kolorach to raczej kobiety mogą dużo powiedzić) do oliwkowo-brązowej lub fioletowo-szarej czy nawet prawie czarnej. Miąższ uszaków bzowych jest ciemnobrązowy, galaretowaty lub chrząstkowaty, elastyczny, prześwitujący, bez smaku (?) i zapachu. W okresie przesuszenia jest twardy, pofałdowany. W okresach wilgotnych jest dobrze widoczny.

Uszak bzowy jest szeroko rozpowszechniony (kosmopolityczny), ale nie występuje w wyższych partiach gór. Rzadki jest także w północno-wschodniej Polsce. Czy jest u nas, na Warmii i Mazurach, rzadki bo jest zimniej? Rośnie na obumarłych lub chorych pniach i gałęziach bzu czarnego, rzadziej na innych gatunkach krzewów i drzew liściastych: buku, klonie, robinii, morwie). Częściej można go spotkać w lasach bukowych i innych lasach liściastych oraz na terenach ruderalnych (czyli tam gdzie rośnie bez czarny).

Jak znaleźć? Najlepiej wybrać się w okresie wilgotnej pogody tam, gdzie rośnie bez czarny. Wiosną zbieramy kwiatostany bzu czarnego, jesienią owoce (na sok) a zimą… grzyby. Krzew o uniwersalnym zastosowaniu.

W takich samych miejscach co uszak bzowy rośnie inny, podobny do niego kuzyn o galaretowatym miąższu – uszak skórnikowaty (Auricularia mesenterica). Różni się silnie filcowato owłosioną i strefowaną zewnętrzną powierzchnią owocnika. Owocniki uszaka skórnikowatego są bardziej rozpostarte a miąższ grubszy. Nie jest jadalny, co prawda nie truje ale jest nieapetyczny. Grzyb ten jest bardzo rzadki i występuje na drewnie drzew liściastych, na cieplejszych terenach. Postuluje się jego ochronę. Nie każde więc „ucho na bzie” jest Judaszowe.

Więcej informacji:

  • Markus Flück, Atlas grzybów, oznaczanie, zbór, użytkowanie. Wyd. Delta
  • Opis na stronie Idziemy na grzyby http://idziemy.nagrzyby.pl/index.php?artname=gatunek&id=212
  • Marek Kozłowski, Walory kulinarne i lecznicze ucha bzowego http://jezioro.com.pl/artykuly.html?id=921
  • Barbara Gumińska, Władysław Wojewoda, Grzyby i ich oznaczanie. PWRiL, 1985 Warszawa
  • Atlas grzybów. Jak bezbłędnie oznaczać 340 gatunków grzybów Europy Środkowej. Wyd. Weltbild.
  • Atlas grzybów. Ponad 200 polskich gatunków. Wydawnictwo SBM, Warszawa 2013,

Wypalenie zawodowe w nauce

Wydawało mi się, że wypalenie zawodowe wśród naukowców bierze się z eksploatacyjnego charakteru pracy twórczej. Psycholodzy upatrują innej przyczyny, niezależnej od charakteru pracy. Tym, co sprzyja wypaleniu są stosunki międzyludzkie w pracy i atmosfera (społeczna). Zależne jest to od doboru ludzi, kultury pracy i szefów – sposobu zarzadzania zespołem. Tam, gdzie te relacje są niepoprawne i nie najlepsze, tam szybko pojawia się wypalenie zawodowe. Żadne pieniądze tego nie naprawią.

Ilościowa parametryzacja w nauce uruchomiła negatywne zjawiska interpersonalne (pogorszyła i tak kiepską sytuacje). Zamiast motywować do wydajniejszej pracy marchewką, wprowadza metodę kija. A sprzyja to rywalizacji, konfrontacji, intrygom. Ogólnie atmosfera jest nie najlepsza. Zyski chyba są mniejsze od negatywnych skutków.

Gdzie nie spytać (na jakiej uczelni, wydziale itd.) wszyscy mówią o zwolnieniach i to myśląc o sobie. Co dowcipniejsi zaczynają się umawiać już nie na spotkania integracyjne a na spotkania… likwidacyjne.

Może warto byłoby zacząć inwestować nie w budynki ale w kapitał ludzki, a konkretnie w umiejętności dobrego zarządzania, motywowania, dobrej i rzeczywistej współpracy. Teraz współpracę pozorujemy dopisując się do publikacji – wydaje się, że pracujemy w baaaaardzo licznych i międzyuczelnianych zespołach :).

Nie tak dawno, ktoś znajomy, który wrócił z USA, powiedział że najbardziej marnujemy w Polsce ludzki zapał i zaangażowanie (zła kultura pracy, złe zarządzanie). Efektem jest sfrustrowanie, narzekanie, pesymizm. Może właśnie dlatego w Polsce jest tak wielu narzekających? Może wystarczy poprawić kulturę pracy i współpracy a i mniej będzie narzekaczy? Zmarnowane pieniądze można odzyskać. Zmarnowanej ludzkiej inicjatywy, zapału, entuzjazmu nie da się odzyskać tak łatwo. A przecież gospodarka oparta na wiedzy bazuje nie na niewolniczej pracy robotnika fizycznego ale właśnie na entuzjazmie i kreatywności.. klasy kreatywniej.

Polskiej nauce nie brakuje pieniędzy, budynków, mądrych ludzi. Brakuje przede wszystkim dobrego zarządzania zespołami na wszystkich poziomach. Zresztą nie tylko nauce…

Ekologiczny sposób na seks każdej nocy

800pxPSM_V19_D398_Demodex_and_linguatulinaProsty i tani sposób, na dodatek naturalny czyli w obiegowej opinii  ekologiczny, na seks każdej nocy. I to bez większego wysiłku czy skutków ubocznych. A na dodatek można mieć za darmo.

Sekst jest fetyszem naszych czasów. Wydolność seksualna jest miarą wartości i atrakcyjności popkulturowego bywalca (rozbierana scena w każdym filmie, obowiązkowo). Dlatego często dostajemy na skrzynkę pocztową przeróżne reklamy z Viagrą i innymi specyfikami dla obu płci (choć znacznie częściej dla mężczyzn), z adnotacją jakich to wyczynów dokonamy na każde zawołanie. Jedna pigułka i po kłopocie. Problemem mogą być medyczne skutki uboczne…

Ale jest sposób na udany seks każdej nocy, a wszystko dzięki maleńkim roztoczom – nużeńcom, żyjącym na naszej skórze. Pisałem o nich w poprzednim wpisie blogowym . A na Facebooku otrzymałem kilka dodatkowych informacji, m.in i taką:

(Dorota Litwin) „Ach, już spieszę z informacjami, w których jestem posiadaniu. To prawda, że zarażenie u osób starszych wzrasta (sięgając nawet 100%), łączy się to gł. ze starzeniem się układu immunologicznego (bo np. inny ‚komensal’ – grzyby z rodzaju Malassezia, również żywią się łojem ale preferują osobniki w wieku ok. 30 lat – tutaj z kolei wskazuje się na zmniejszoną aktywność gruczołów łojowych u osób starszych co nie podoba się wspomnianym grzybom ). Jeden z gatunków – Demodex brevis, żyje w gruczołach łojowych, natomiast drugi – którego obecność próbuje łączyć się z niektórymi dermatozami – Demodex folliculorum, mieszka sobie trochę wyżej, w mieszku włosowym. Aktywność tego ostatniego owszem, wzrasta w godzinach nocnych, ale tylko z tego względu, że wychodzi sobie na spacer po powierzchni naszej skóry; lubi też wtedy pracować wraz z samicą nad wytworzeniem potomków [podkreślenie S. Cz.].

No tak, nocny seks mamy zawsze, nawet jak grzecznie śpimy. Seks zastępczy w wykonaniu nużeńca. A że jest to bardzo mały bezkręgowiec, więc go gołym okiem nie zobaczymy.

Chcesz mieć seksem każdej nocy i to bez wysiłku oraz skutków ubocznych? Zadbaj o własną populację nużeńca. Nie o taki seks chodzi w popkulturze? Oj, oj tam, jak by co, to jakiś seks był, a kto tam będzie wnikał w szczegóły :). Ważne, że dobrze brzmi i przyciąga uwagę.

ps. wiem, że roztocza to przedmiot badań akarologii a nie entomologii, ale nie będę zakładał kolejnej kategorii. A dla większości przeciętnych zjadaczy popkornu pajęczaki to owady. Wystarczy pójść do księgarni i kupić sobie popularny, kolorowy atlas z owadami :).

Nużeniec ludzki czyli co nam chodzi po twarzy

800pxPSM_V19_D398_Demodex_and_linguatulina

Nużeniec ludzki (Demodex folliculorum) to pasożytniczy pajęczak. Oglądałem go już wiele lat temu w kolorowym atlasie zwierząt. Wydawał mi się egzotyczny. Bezpośredni kontakt miałem za to wielokrotnie z innym pajęczakiem pasożytniczym – kleszczami. Raz, w dzieciństwie, także ze świerzbowcem ludzkim (Sarcoptes scabiei) wywołującym świerzb. Ale nużeniec?

Ostatnio spotkałem się z informacją o nużeńcu, która mnie mocno zaskoczyła. Ponoć zarażonych jest nim nawet 40-60 % populacji, zwłaszcza osób starszych i zwłaszcza ze wsi. Czyli byłby powszechny. Jest mały, bo osiąga zaledwie 0,4 mm długości. Żyje w gruczołach łojowych. Żeruje aktywniej nocą, wżerając się głębiej w skórę.

Skoro taki mały, że go gołym okiem nie widać… to może… może łazi mi toto po twarzy? I nocą ukradkiem mnie podjada? Zaintrygowało mnie to bardziej. Poczytam. Ciekawi mnie dlaczego zwłaszcza u osób starszych i dlaczego w środowisku wiejskim?

Jak się dowiem więcej, to napiszę.

Ilustracja wyżej pochodzi z Wikimedia Commons, autor nieznany (rycina z 1881 r.), źródło: Popular Science Monthly Volume 19

Czuć bunt

Tak sobie myślę o tych chuligańskich wybrykach na ulicach Warszawy. Gdzieś tkwi źródło tej agresji. Może w braku głębszego sensu życia, może wyrzucenia na margines przez konsumpcjonizm? Szukają, głupio bo głupio, ale szukają. Trzeba im mądrze pomóc a nie populistycznie wykorzystywać do własnych celów politycznych. Wykorzystać a potem porzucić. Potraktować podmiotowo a nie przedmiotowo. Bynajmniej moje słowa nie są akceptacją czy usprawiedliwieniem wandalizmu i ulicznej agresji.

Czuć bunt. Nie tylko w Warszawie, nie tylko w Europie. Czuć go nad Nilem, czuć go w Azji, czuć w Ameryce jednej i drugiej. Dokonuje się jakaś głęboka cywilizacyjna transformacja. Albo raczej próbuje się dokonać. Tak jak wiele razy w historii ludzkości.
Nie wynika więc z doraźnych interpretacji politycznych czy lokalnych.

Próba opisania sytuacji, to próba zrozumienia i dostosowania do tego edukacji. Bo chuligańskie wybryki to objaw choroby. Oszczędzanie na edukacji, nie tylko tej szkolnej i brak autorytetów, nakreślających wizje, odnajdujących i objaśniających sens, skutkuje negacją, poczuciem wyalienowania, dewastacją. Tak jak komórki rakowe niszczące własny organizm. Śmierć dla obu – dla zdrowego organizmu i dla nowotworu, bo śmierć organizmu oznacza śmierć wszystkich elementów. Nie ma tu zwycięzców… Są tylko przegrani.

To nie jest usprawiedliwianie, to raczej próba szukania długofalowego zapobiegania. To także zadanie do przemyślanie dla Uniwersytetu. W kontekście buntu i poszukiwania sensu widać, że trzeba nam filozofów i tak zwanych społeczników. Kształcenie filozofów jest dla społeczeństwa tak samo ważne jak inżynierów. Bo w szerszym kontekście filozof czy teolog to zawody bardzo praktyczne i użytkowe. Trzeba tylko spojrzeć dalej niż taśma produkcyjna w fabryce i głębiej niż półka w hipermarkecie.

Czym i jaki powinien być uniwersytet w XXI wieku? Czego uczyć, Pamiętając, że młodzi ludzie poszukują wartości i sensu a nie tylko kariery i konsumpcji. Brakuje młodemu pokoleniu nie tyle dóbr konsumpcyjnych (tych mamy aż nadto) co wartości i celów, poczucia sensu i własnej wartości. A w społeczeństwie konsumpcyjnym i produkcyjnym jedyną wartością jest zarabianie i konsumowanie. Pieniądz wyznacznikiem wartości? Głęboki kryzys światowy w wielu płaszczyznach: ekonomii, środowiska, społeczeństwa, moralności – pokazuje, że nie samym chlebem człowiek żyje. Być może dlatego papież Franciszek jest tak chętnie słuchaną osobą we współczesnym świecie, zarówno przez chrześcijan jak i inaczej wierzących, inaczej myślących. Słuchamy go ze względu na to, co i jak mówi, a nie ze względu na autorytet urzędu.

Kontestacja komsumpcjonizmu odbywa się na wielu płaszczyznach, w tym wielu bardzo wartościowych, niekonfliktowych, twórczych. Chodzi więc o to, aby nauczyć młodych ludzi buntować się. Nauczyć rozpoznawania własnych emocji, nauczyć refleksji, nauczyć poszukiwania. Uniwersytet to coś więcej niż szkoła zawodowa pieczenia chleba czy przykręcania śrubek. Uniwersytet przygotowuje do życia a nie tylko do zawodu (pamiętając, że praca jest ważna i jest elementem tak zwanego życia i sensu).

Na Facebooku trafnie ujął problem Michał Biedziuk (a propos warszawskiego świętowania na ulicy i dewastacji): "Prawda tkwi pośrodku. Pośrodku drogi między lombardem, a punktem gier hazardowych. Tam właśnie znajdują się ci wszyscy biedni, patologicznie znudzeni niemocą ludzie. Owładnięci fałszywym pojęciem patriotyzmu wyruszają, by zamanifestować swoje pojęcie godności, bo na ulicach, na których żyją nie mają nawet prawa do posiadania własnej biedy. Przejdźcie się po mieście, po Śródmieściu, okolicach ratusza, po Zatorzu, zobaczcie jak wyglądają niektóre ulice – główne enklawy wielopokoleniowych patologii (raczej społecznego zaniedbania). Taka sytuacja w większych miasta powoduje, że ekstremizm nacjonalistyczny jest swoistym sposobem na mentalne wyemancypowanie się z takiego środowiska. Ale oczywiście tutaj mamy do czynienia ze zwykłym wandalizmem, czy też bandytyzmem.
"

Absolwenci uniwersytetu mogą albo demolować miasto, albo to miasto mądrze budować. Budować nie tylko w sensie stawiania cegieł czy wylewania betonu, ale w sensie budowania przyjaznej dla człowieka przestrzeni publicznej. Na przykład w mieście.

Osoby po studiach nie mają często praktycznego doświadczenia zawodowego ?

„Zdaniem ekspertów młode osoby po studiach nie mają często praktycznego doświadczenia zawodowego, a ich wiedza jest na ogół głównie teoretyczna.”

Biorę sobie takie opinie do serca i ciągle się zastanawiam, czego ja mogę nauczyć, czego praktycznego? Co w studiowaniu biologii może być praktycznym doświadczeniem zawodowym? Myślenie, komunikowanie się, rozwiązywanie problemów, rozumienia przyrody wokół nas?
Rozumienie świata?

Po kilku dyskusjach z tak zwanymi interesariuszami nad nowym kierunkiem dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze, w tym także po zapoznaniu się z niektórymi opiniami duńskich studentów,
pojawiło się kilka konkretów. Absolwenci, szukający potem pracy, chcą umieć zrobić zdjęcie (dokumentacja fotograficzna), zrobić i administrować stroną internetową, wykorzystywać blogi i portale skocznościowe. Bo najczęściej na swoim stanowisku pracy (w małych zespołach) muszą robić wszystko. Wąska specjalizacja nie wystarczy.

Można dodać jeszcze takie elementy jak umiejętność zrobienia wywiadu w terenie (zebranie informacji), opracowania tego i autopromocję. Czyli muszą wykorzystywać proste i dostępne narzędzia komunikacji XXI wieku.

Ale żeby tego nauczyć studentów, samemu trzeba umieć. Więc się uczę. Nie tylko doczytuję ale i eksperymentuję na sobie, sam sprawdzam jak to działa. Uczę się razem ze studentami. Czasem ja wiem (umiem) więcej, czasem to studenci mnie uczą.

Z myślą o tych praktycznych umiejętnościach uczę się dziennikarstwa obywatelskiego, uczę się pisać w nowych mediach, uczę się korzystać z gotowych rozwiązań internetowych. Z mniejszym czy większym skutkiem wykorzystuję to na seminarium licencjackim i na przedmiocie "autoprezentacja".

Teraz będę się chciał nauczyć pracować metodą projektów (ang. Project-based learning). Musze więc zaplanować swoje dokształcanie…

więcej o nauczaniu problemowym: http://biologiczne-e-portfolia.blogspot.com/2013/03/nauczanie-problemowe.html

Przemoc domowa, plagiaty i środowisko akademickie

Czy coś może łączyć słowa zawarte w tytule? Gdzie Rzym a gdzie Krym? Tym, co łączy, to odpowiedzialność, to dylemat między świętym spokojem, własnym egoizmem (nie dalej niż czubek nosa) a odpowiedzialnością za społeczność lokalną, za grupę. Łączy obojętność i społeczna znieczulica.

Czy reagujemy, gdy za ścianą trwa przemoc domowa? Jeśli pozostawiamy ofiary samym sobie, to i my pozostaniemy zostawieni samymi sobie wobec nieprzyjemnych zdarzeń. Ktoś, kto na ulicy lub podwórku interweniuje, najczęściej spotyka się z agresją przestępcy (słowną lub fizyczną). Czy interweniujący ma sam pozostać z problemem? Jeśli pozostanie sam (nie może liczyć na społeczność)
jaką ma czuć w przyszłości więź i współodpowiedzialność? Pozostanie rozgoryczenie… i systematyczna erozja społeczności. Naszej, tej w której żyjemy i od której wiele oczekujemy.

Mogłoby się wydawać, że problem dotyczy tylko środowisk patologicznych, gdzieś w zapomnianych wioskach popegerowskich. Nie. Dzieje się obok nas, wśród naukowców i dziennikarzy. Niech autorytety dadzą przykład jak wobec takich spraw się zachowywać. A jaki dają?

Patriotyzm dnia codziennego to dbałość o jakoś życia i odpowiedzialność, to narażanie się na nieprzyjemności w imię pomocy bliźniemu, w imię odpowiedzialności za całą społeczność (czy to naród, czy to grupa zawodowa czy społeczność lokalna). 11 listopada to dobry termin na ten tekst. Bo nie tylko capstrzyki i marsze lub wiece i wywieszone flagi są ważne.

Zacznę od przykładu opisywanego ostatnio w prasie ogólnopolskiej a wcześniej w książce. Myślę o pedofilskich zdarzeniach w chórze Polskie Słowiki. Trwało to przez wiele lat. Dorośli, nauczyciele, patrzyli przez lata i nie ragowali. Nie reagowali sami molestowani (zbyt słabi i przerażeni), nie reagowały rodziny (nie chcieli przyjąć do wiadomości). Tym co powodowało bierność to także chęć zysku – z występów płynęły pieniądze… i sława. Nie chciano kalać własnego gniazda?  Czyli dla własnego domniemanego interesiku poświęcamy społeczność, własne dzieci, własne sumienie? Co się będę narażał, niech inni to zrobią? To nie było środowisko patologiczne i marginalne.

Wobec zła, bierność nie jest czymś dobrym. Zarówno w dużej skali, jak i tej zupełnie lokalnej, niemedialnej. A środowisko akademickie, z dużym autorytetem, powinno świecić przykładem. A jak jest? Można rozprawiać akademicko o etyce, cytując klasyków i literaturę zagraniczną. Ale jak się to ma do codziennego życia? Róbcie to co mówią (te autorytety akademickie) a nie to jak czynią? Dlaczego odwołuję się do środowiska akademickiego? Bo mi na nim zależy (na jakości i autorytecie) i wierzę w jego wartość społeczną.

W 1939 r. Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk. Niebawem zmuszeni zostali umierać za Paryż. Bierne stanie obok i „nie mieszanie się” przyniosło dużo większe straty samym Francuzom (o Europie nie wspominając). Takie globalne wybory zdarzają się raz na kilkadziesiąt lat. Znacznie częściej, niemalże codziennie mamy dylematy w stosunku do spraw malutkich i nie tak drastycznych jak wojna.

Podobnie jest ze znieczulicą (biernością) wobec chuligaństwa czy wandalizmu czy psich kup na chodniku. Nie reagujemy… a za jakiś czas my sami stajemy się obiektem napaści i zaczepek. Sami w to wdepniemy. Bierność rozzuchwala niegodziwców, a zastrasza pozostałych. W dłuższej perspektywie bierność i stanie obok na pewno się nie opłaca. Oczywiście w kategoriach odpowiedzialności za społeczność (chyba nazywamy to patriotyzmem).

Przemoc domowa dzieje się w sąsiedzkim milczeniu, bo boimy się wysiłku, bo boimy się narażać itd. Ale koroduje społeczeństwo i złe skutki prędzej czy później do nas docierają.
Przemoc domowa i znieczulica wydają się domeną środowisk zaniedbanych i patologicznych. A jak reaguje środowisko akademickie, cieszące się dużym autorytetem? Na przykład na plagiat lub publiczne zniesławianie osób, które o domniemanym plagiacie informują?

W mojej długiej karierze pracy akademickiej kilka razy byłem niemym (i raczej biernym) świadkiem głupoty, nieudolności, pazerności czy nawet niegodziwości i złych poczynań, kiedy to „między przyjaciółmi psy zająca zjadły”. Zaskoczenie niegodziwą sytuacją w świecie akademickim i oszołomienie – jak się w takiej nietypowej sytuacji zachować? Nie będę się mieszał, bo oberwę? Jeśli pierwszym razem zdezorientowanie i bierność, to już następnym razem nie jest to nowa sytuacja. Jest czas na przemyślenia. Nie reaguję, bo są inne statutowe organy do tego powołane? Po co się narażać za innych? Po cichu mogę kibicować ale pozostanę bezpieczny w cieniu bierności? Nie wychylać się bo i mnie błotem ochlapią? Ale milczenie oznacza erozję autorytetu i to przysłowiowe „błoto” obniża autorytet całego środowiska, więc suma summarum i ja tracę, i to długofalowo.

Ten wstęp był potrzebny, by wyjaśnić dlaczego zabrałem po raz drugi głos w sprawie p. Piotra Obarka, byłego dziekana Wydziału Sztuki UWM w Olsztynie. Zależy mi na mojej firmie (UWM), bo tu pracuję, a Uniwersytet dla mnie nie jest samą nazwą i zakładem pracy ale i wartością! To nie pierwszy przypadek oskarżeń o plagiat. Każde takie oskarżenie w jakiś sposób uderza w wizerunek uniwersytetu. Ale to nie kwestia tylko tego, że ktoś dopuścił się czegoś niewłaściwego (nierzetelność), ale także tego czy uniwersytet jako instytucja i środowisko potrafi należycie zareagować. W żadnej społeczności błędów lub niesłusznych posądzeń nie da się uniknąć, środowisko akademickie nie jest wyjątkiem. Znacznie ważniejsze jest załatwianie sprawy. To decyduje o wizerunku całej społeczności. Nie tyle problem w tym, że ewentualnie gdzieś popełniono plagiat czy mobbing, ważne jak my na te zjawiska reagujemy.

Ciekawy przykład podaje Wprost (nr 45, 4-10 listopada 2013) w artykule Cezarego Łazarewicza pt. "Kopista z Uniwersytetu". Sejmowy ekspert i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego jeden z rozdziałów swojej książki (przedłożonej w przewodzie habilitacyjnym) skopiował z referatu swojej studentki. Ale osoba, która ujawniła plagiat sama stała się podejrzana i musiała się bronić, sama stała się oskarżoną. Konkluzja tego artykułu jest zatrważająca. Historia lubi się powtarzać? Na przykład w Olsztynie?

Pan Obarek systematycznie na swoim blogu w bardzo brzydki sposób i na bardzo niskim poziomie intelektualnym obraża zarówno osobę, która przesłała dokumenty do Centralnej Komisji (aby ta sprawdziła, czy miał miejsce plagiat) jak i inne osoby zabierające głos w tej sprawie. Na blogu p. Obarka trudno znaleźć język argumentacji. Jest to głównie opluwanie innych osób w uczelni, komisji etyki, rektora itd. Zamieszczanie dziecinnych, złośliwych wierszyków, karykaturalnie zmienionych zdjęć, argumenty ad personam i to niskiego lotu. Kiedy to czytam, to czuję wielkie zażenowanie, bo przecież podpisane jest to "blog profesora  Obarka". Instytucje UWM oraz środowisko akademickie jako całość okazały się kompletnie bezradne. I to nie pierwszy raz.
Mogę współczuć chorobliwej manii prześladowczej pana Obarka (z domniemanym spiskiem i z zagrożeniem życia włącznie), ale nie mogę – jako członek społeczności akademickiej – akceptować niegodnych metod, używanych na wspomnianym blogu. Te manipulacje i przeinaczenia urągają logice i akademickiej rzetelności. Broń się człowieku i swojego dobrego imienia ale godnymi metodami i należytym stylem! Jeśli podpisujesz się stopniem zawodowym "profesor", to trzymaj się standardów języka akademickiego! Pokornie proszę…

Ostatnie miesiące w skali kraju przyniosły nam niebywałą dewaluację słowa "profesor". W Olsztynie mamy swoją dodatkową porcję. Do tej pory w opinii społecznej profesor (naukowcy, środowisko akademickie) cieszył się dużym autorytetem. Ciekawe co przyniosą kolejne badania socjologiczne…

Zastraszanie poprzez proces sądowy i publiczne obrażanie odbywa się już od wielu miesięcy w Olsztynie. A co na to środowisko akademickie? Nie potrafimy zabrać publicznie głosu? Nie wiemy jak, bo nie często takie sytuacje mają miejsce i stąd brak wzorców i utartych schematów?

Zaledwie kilka dni po ukazaniu się mojego tekstu "W obronie prof. Chomicz" na blogu, pan Mariusz Kowalewski, podający się za dziennikarza tygodnika Wprost, zainteresował się także i moją osobą, wysyłając zapytanie m.in. do Kancelarii Senatu RP o podanie informacji na temat, umów zlecenie, umów o dzieło, wystawionych przez biuro senatora Ryszarda Góreckiego w latach 2007-2012. Zestawienie nazwisk nasuwało jednoznaczne skojarzenie czyja to mogłaby być inicjatywa: Adam Socha, dziennikarz Radia Olsztyn, miesięcznika Debata,
Bogdan Bachmura, wydawca miesięcznika Debata, Przemysław Górecki, pracownik naukowy UWM w Olsztynie, Adrian Górecki, pracownik naukowy PAN w Olsztynie, Dariusz Jarosiński, redaktor naczelny miesięcznika Debata, Stanisław Czachorowski, pracownik naukowy UWM w Olsztynie,
Józef Dębowski, naukowiec UWM w Olsztynie, Paweł Warot, pracownik naukowy IPN w Olsztynie, dziennikarz miesięcznika Debata, Piotr Kardela, pracownik naukowy IPN w Olsztynie, dziennikarz miesięcznika Debata. Od razu napisałem do p. M. Kowalewskiego z zapytaniem dlaczego interesuje się moją osobą i czy czasem nie ma to związku z panem Obarkiem? Na Twitterze redaktor Kowalewski żalił się, że UWM utrudnia mu dostęp do dokumentów (co nie było prawdą jak się okazało). Na moje przypuszczenia otrzymałem odpowiedź przeczącą od red. Kowalewskiego „Pan błądzi Panie profesorze. Temat UWM znany jest w redakcji na długo przed publikacjami na temat dr hab. Obarka. I mało mnie ta wojenka na UWM interesuje.”

Do tej pory nie ukazał się żaden tekst na łamach Wprost. Ale mimo to, 6 listopada 2013 na swoim blogu pan Obarek napisał o redaktorze Adamie Szosze "(…) który pod płaszczykiem niezależnego dziennikarza za pieniądze z biura senatorskiego wykonuje różne zlecenia”. Wnioskuję, że pan Mariusz Kowalewski dostarczył te informacje. Nie było więc to żadne pisanie artykułu tylko szukanie haków na zlecenie, w stosunku do osób, które „weszły w drogę” panu Obarkowi.
Czy moje przypuszczenia są błędne?

Jak reaguje środowisko dziennikarskie, gdy niszczy się etos dziennikarza? Czy można ufać dziennikarzowi lub osobie podającej się za dziennikarza? Czy szuka rzeczywiście faktów by napisać obiektywny tekst czy tylko wykonuje prywatne zlecenie? Milczenie środowiska dziennikarskiego to podkopywanie swojego zawodowego zaufania. Czy dziennikarz, który chce wglądu do dokumentów działa w interesie publicznym czy tylko na zlecenie konkurencji?

Jak na razie pan Mariusz Kowalewski nie znalazł na mnie haków. I nie wyjaśnił dlaczego interesuje się moją osobą (mimo, że o to kilkakrotnie pytałem). Oczywiście, obawiam się i ja różnego typu nieczystych zagrań i nieprzyjemności. Pan Obarek na swoim blogu różne dziwne, brzydkie rzeczy wypisuje, zarówno na panią profesor Chomicz jak i na świadków w procesie sądowym. Lepiej więc się nie wychylać?

Wcale nie jest lepiej!

Znieczulica i obojętność na krzywdę (tę dużą czy tę malutką)  bliźniego dotyczy nie tylko przemocy domowej, nie tylko znęcania się nad zwierzętami w jakieś dalekiej wioseczce w gospodarstwie alkoholika. Dotyczy każdego z nas, także środowiska akademickiego. Milczymy wobec plagiatu, milczymy wobec zwykłego chamstwa i przemocy słownej, milczymy wobec mobingu. Bo nie widać (naszego milczenia)?

Widać! Widzą to nasi studenci i kandydaci na studia, widzi to społeczność regionu. Od autorytetu oczekuje się więcej. Co sobie o nas, milczących myślą? I jakie podejmować będą decyzje o współpracy, o studiowaniu? Jak o nas mówią i będą mówili?

Z niewychylania się też wynikają nieprzyjemności i dyskomfort. Nie należy rwać włosów z głowy, bo coś niewłaściwego się wydarzyło. Ważniejsze jest to, jak my reagujemy wobec tych nieprawidłowości… lub osoby leżącej na ulicy. Przejdziemy obok – niech inni tym się zajmą? A jeśli inni pomyślą podobnie?

Moje refleksje po lekturze książki „Cewebryci”

Poczucie przynależności do popularnego tłumu, to „wygrzewanie się w odbitej chwale”, świecenie światłem odbitym, jak światełko odblaskowe. Tym się czasem karmimy.
Im niższa samoocena tym większa potrzeba i dążność do owego „wygrzewania się”.

Z braku własnego zasilania potrzeba świecenia światłem odbitym, i stąd dążność do telewizyjno-internetowo-celebryckich źródeł światła.

Poprawienie samooceny następuje przez kojarzenie się z celebrytami (dawniej z bohaterami). Celebryta to bohater bez historii i osiągnięć ważnych dla wspólnoty. Pojawia się na pięć minut, często znany z tego, że jest znany… i nic więcej.  Celebryta to bohater pokolenia "ja" (nastawieni na siebie).
Indywidualizm pokolenia "Ja" objawia się także we wzroście skali egoizmu. Jest tego kilka przyczyn.

Po pierwsze wyższa jakoś życia i łatwiej przeżyć pojedynczemu egoiście. Nie musi szukać współpracy, wsparcia i oparcia we wspólnocie, więc nie musi tej wspólnoty budować ani pielęgnować. Wspólnotowość nie jest wymuszana możliwością przeżycia. Dawniej bez grupy, plemiona, hordy, społeczności, nie było się w stanie przeżyć.

Po drugie wpływ kultu genu i jednostki, supermana. Teoria egoistycznego genu i socjobiologiczna gloryfikacja propagacji własnych genów wywarła swój wpływ na sposób widzenia świata i na codzienne nawyki. Wiedza przyrodnicza wpływa na kulturę. Więcej, nauka jest ważnym elementem kultury, o czym najczęściej zapominają humaniści, ograniczają się tylko do postrzegania literatury. Zapominają o czymś niezwykle ważnym i wpływowym. .

Zmniejszenie wspólnotowości i wartości kolektywnych jest obserwowane w pokoleniu "ja". Spadek poziomu identyfikacji grupowej jest chyba coraz częściej dostrzeganym faktem. Na to ogromne przełożenie na życie społeczne. . Bohatera zastępuje celebryta. Bohater to frajer – bo robi coś dla innych. Bohater miał sens w społeczeństwie osób nastawionych na grupę, na wspólnotowość, bo bez tej grupy (rodu, plenienia, hordy) jednostka nie miała szansy przeżyć. Teraz jest inaczej, Sławę zdobywa nie ten, co poświęca się dla grupy, ale sprawny egoista – celebryta. Bo „i ty możesz zostać celebrytą”.
Bohaterowie to sól ziemi. Bohater to gloryfikowanie wspólnotowości, identyfikacji z grupą, to altruizm spajający grupę, zwiększający szanse sukcesu grupy.

Dzięki trzeciej rewolucji technologicznej następuje powrót do lokalności i wspólnotowości lokalnej a nie globalnej.  Umarł król – niech żyją ludzie.
Kultura współczesna jest konsumpcją popularności.
Więc konsumujemy jednorazowych celebrytów (cewebrytów) jak chipsy prze telewizorem. I popijamy coca colą.

Pracy po tym faktycznie nikt nie znajdzie ?

W dyskusjach o szansach na pracę dla absolwentów często pojawiają się różne opinie po jakich kierunkach praca jest a po jakich nie ma. Wiele w tym mitów. Bo nie ważne gdzie studiujesz, ważne kogo spotykasz. I ważne to, czy wiesz czego w życiu chcesz.

Powyższy komiksowy rysunek jest dobrą ilustracją. Samo pójście na "dobrą" uczelnię i "dobry" kierunek niczego nie gwarantuje. Samo się nie zrobi, trzeba popracować, poszukać. Samemu zadbać o swój rozwój.

Można konia przyprowadzić do wodopoju ale nie można zmusić go, by pił.