Życzenia świąteczne (nie tylko dla pracoholików)

Prowincjonalnie spokojnych, leniwie niezapracowanych (z powodu własnego pracoholizmu lub nadgorliwości przełożonych), kreatywnie twórczych, rękodzielniczych i błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia przesyłam wszystkim czytelnikom niniejszego bloga.

Wyłącz telewizor, wyłącz laptop czy tablet, siądź przy stole. I posiedź. Nie musisz jeść (zbyt dużo), porozmawiaj, pośpiewaj, posłuchaj. Delektuj się rękodziełem co na stole (kulinarne i nie tylko), co na choince i pod, delektuj się mówionym słowem. A jak się zmęczysz siedzeniem, to idź na spacer.

Odpocznij od zapracowanych dni, jakie jeszcze się toczą. Nie zawsze to zapracowanie zależy od Ciebie i Twoich ambicji. Czasem tak jest. A nie zawsze i nie od zaraz mamy siłę się zbuntować…

Wiedza nie hańbi. Żadna wiedza nie hańbi. Z dygresją do stanu wojennego.

Silny rozwój galerii handlowych w Olsztynie jest jakoś skorelowany z efektami pracy UWM – wzrostem  przeciętnego wykształcenia, wzrostem liczby osób wykształconych z dyplomem uczelni wyższej. Za kasą w sklepie, na poczcie czy z kelnerską tacą w Olsztynie widzę nie tylko studentów ale i doktorantów czy już wypromowanych doktorów. Badania wskazuję, że "80 proc. pracowników galerii handlowych ma wyższe wykształcenie."

Ale czy praca w galerii jest czym złym i wstydliwym dla osoby wykształconej? Miło sensownie porozmawiać ze sprzedawcą. Bo kupowanie to nie tylko nabywanie towarów ale i kontakt z ludźmi. To drugie może nawet ważniejsze.

Mit nadprodukcji ludzi wykształconych, jest coraz częściej powtarzany w najróżniejszych kręgach, nawet na uniwersytetach. Ale wiedza nie przeszkadza w wykonywani pracy fizycznej, wiedza nie hańbi, gdy wykonuje się proste prace. Wiedza nie upośledza, nie jest się z nią fizycznym kaleką. A co, sprzedawca nie może być filozofem? Nie może jednocześnie być poetą, malarzem, artystką, aktorem, pisarzem, mędrcem przywódcą, liderem? Albert Einstein pracował w biurze patentowym jako zwykły urzędnik. Kopernik był administratorem i lekarzem.

Nie lamentujmy, że mamy za dużo ludzi wykształconych. Bo co mamy robić, reglamentować wiedzę na kartki, jak cukier i kiełbasę w Polsce Ludowej i w stanie wojennym?
Brytyjczycy rozpoczęli kampanię namawiania młodzieży do niestudiowania… Odnoszę wrażenie, że i u nas niebawem pojawią się takie pomysły. Głupota. I całkowite nierozumienie rzeczywistości. Czyli ewidentny deficyt wiedzy o świecie i człowieku. Deficyt wymagający szybkiego uzupełnienia, zanim tacy decydenci narobią szkód społecznych.

Co nie znaczy, że powinniśmy zmieniać polskich uniwersytetów oraz systemu kształcenia. Ale to inna już opowieść. Najpierw trzeba wiedzieć co się dzieje w kulturze i społeczeństwie, czego trzeba absolwentom i społeczeństwu i dopiero do tego dostosowywać edukację. Żeby miała sens.

„Dyplomy stały się na tyle powszechne, że wszystkim zależy na doświadczeniu, a nie na wykształceniu.” Więc niech uniwersytety dają wiedzę i doświadczenie a nie przede wszystkim dyplomy. Mania uczenia się dla ocen (dyplomów, punktów, papierków) za mocno się rozpowszechniła. Ale to nie znaczy, że nawet zwykły sprzedawca ma być głupi i ma nie mieć wiedzy o świecie. Przecież nawet elektryk może zostać prezydentem. Więc lepiej niech elektryk będzie mądry i wykształcony.
Nie rozumie świat i procesy w nich zachodzące.

„Skoro wychodzi na to, że studia nie są potrzebne do kariery, to czemu i my i Brytyjczycy mamy "nadprodukcję" absolwentów?” A czy studia mają służyć karierze czy człowiekowi? Czy już tak przerośliśmy korporacyjnym stylem życia i wyścigiem szczurów, że myślimy tylko o karierze? Karierze mierzonej czym? Wysokością pensji, pozycją w hierarchii korporacyjnej?
Na uniwersytetach mamy jeszcze zbyt dużo niemalże feudalnej hierarchii i manii tytułów/punktów/pozycji/stanowisk (niepotrzebne skreślić).

A mnie się coraz bardziej marzy prosta praca, nawet sprzedawcy. Bo to wydaje mi się wartościowsze niż przelewanie pustych słów (bez treści ale za to z punktami, ważnymi w karierze) i prestiżowe nadęcie.

Żadna wiedza nie hańbi i nie przeszkadza w pracy, nawet najprostszej, tej w kuchni, tej w sprzątaniu czy zamiataniu ulicy. Wiedza czyni ludzi bardziej szczęśliwymi. Wiedza to nie gwiazdki na wojskowych pagonach czy ranga w biurokratycznym dworze współczesnego świata.

Więcej na ten temat (jak również źródło cytowanych fragmentów)

Dzień Chruścika 2013

Chruścik świąteczny (ilustracja wyżej) do dzieło Joanny Flisińskiej. W sam raz na Dzień Chruścika 2013. Po co komu takie święta? Żeby świat był weselszy a nauka nie była napuszona. To okazja do podyskutowania o bioróżnorodności. Przecież zawsze o pogodzie i polityce się nie da rozmawiać. Byłoby nudno.

Trafnie wyjaśnia cel takich naukowych świętowań Justyna Jaskólska (po co komu Dzień Chruścika?). Była też lokalna TVP, więc w dzisiejszej prognozie pogody będzie i o chruścikach? Jaki jest związek pogody i chruścików? Oczywisty – pogoda i klimat wpływają na życie owadów. Czy jakiś wpływ w drugą stronę jest, to nie wiadomo. Owszem, mówi się o klimatycznym efekcie motyla (ruchu skrzydłem), więc może być i efekt chruścika :).

Anabolia z Mostu Smętka (nad Łyną w Olsztynie)

Analolia

Chruścik zamieszczony na zdjęciu powyżej został uwieczniony drugiego grudnia 2013 r. przez Mateusza Sowińskiego (zobacz jego blog z owadami). Chruścik siedział na Moście Smętka, nad Łyną w Olsztynie.
Jeszcze nie było śniegu.

O ile dobrze rozpoznaję jest to Anabolia laevis z rodziny bagnikowatych (Limnephlidae). Imagines pojawiają się jesienią. Początek grudnia to koniec okresu ich lotu. Co chruściki robią tak późno jesienią? Nie za późno na amory? Wcale nie, dla larw żyjących w rzece dopiero późną jesienną pojawia się obfita baza pokarmowa (zobacz wpis o zimowym życiu w wodach płynących).
Ale są i takie chruściki, które kopulują na śniegu, np. z rodzaju Chaetopteryx (u nas występuje Chaetopteryx villosa) – przystosowane są do zimna, nawet mają skrócone skrzydła – nie muszą zbyt aktywnie latać. Takie gatunki biolodzy nazywają chionofilami.

Podobny wygląd jak i porę lotu ma również Anabolia brevipennis – z tym, że larwy zasiedlają nie rzeki i litoral jezior ale małe, śródleśne zbiorniki okresowe, które pojawiają się dopiero wczesną wiosną. A jest ich w olsztyńskim Lesie Miejskim sporo.

Jak przetrwać zimę? Być może najwygodniej w stadium jaja. minimalne funkcje życiowe – łatwo przetrwać do sprzyjających warunków życia. Ale jajo ma jedną wadę – nie jest ruchliwe. Musi być złożone tam, gdzie jest pokarm i właściwe siedlisko dla larwy. W niektórych przypadkach jest to trudne. Na przykład dla chruścików, których larwy żyją w wiosennych zbiornikach okresowych. Cykl życiowy stadium larwalnego kończy się w maju lub najpóźniej w czerwcu (bo zbiornik wysycha). Imagines pojawiają się latem. Wody nie ma. Gdzie złożyć jaja? Jak rozpoznać miejsce, że tam będzie za kilka miesięcy zbiornik wodny? Najczęściej takie dorosłe chruściki chronią się pod korą drzew lub w dziuplach i czekają właściwej pory. Czasem jaja składają jesienią, na liściach nadbrzeżnych drzew. Aby wylęgająca się larwa wpadła wprost do wody. A czasem po prostu spędzają zimę w stadium owada dorosłego i dopiero wczesną wiosną składają jaja. Tam gdzie trzeba.

Zimę można spędzić aktywnie, w stadium larwy. Tak jak to robi wiele gatunków, w tym Anabolia laevis.  Można się odżywiać, bo pożywienia w wodzie jest sporo. Niektóre gatunki, zasiedlające małe zbiorniki mogą nawet zamarznąć i przetrwać w lodzie. Kiedy on się rozpuści – wracają do czynności życiowych. Zanim jeszcze wylęgną się konkurencji.

Anabolia z Mostu Smętka. Brzmi urokliwie i tajemniczo. I w sam raz na Dzień Chruścika. Który jak co roku przypada na 11 grudnia.

Zimą w wodzie życie wcale nie zamiera

LimnephiluszpomorzaCzekając na pierwszy, zimowy śnieg myślimy, że to pora roku, gdzie całe biologiczne życie niemalże zamiera. Tylko nieliczne ptaki (które nie odleciały do ciepłych krajów) i duże ssaki (które nie zapadły w zimowy sen) wydają oznaki życia. A reszta śpi (hibernacja) i jest nieaktywna. Liście z drzew opadły, wegetacja się zatrzymała, wszystko wkoło przykryte białym śniegiem lub czasie bezśnieżnym – szarobure, martwe, ponure.

Ale są miejsca, gdzie nie tylko życie nie zamiera a wręcz przeciwnie – rozkwita. Są to ekosystemy wodne, a przede wszystkim rzeki. Dzieje się tam coś ważnego bo zachodzą tam ważne procesy ekosystemowe. Zarówno w rzece życie biologiczne kwitnie jak i zachodzą niezwykle ważne procesy przyrodnicze.

Od jesieni zaczyna się czas odnawiania się zasobów wód glebowych i głębinowych. Gdy zamiera wegetacja, a więc spada prawie całkowicie transpiracja, mniej wody jest odparowywanej do atmosfery. Mogą się więc odnawiać zasoby wód podziemnych, które potem zasilają strumienie i rzeki. Ale żeby woda mogła przenikać głębiej, a nie tylko spływać po powierzchni do rzek i dalej do morza, nie może być zbyt dużo powierzchni nieprzepuszczalnych, takich jak asfalt i beton. Taka sytuacja ma miejsce w obrębie terenów zurbanizowanych. Tam, gdzie są pola i łąki, woda powoli wsiąka, zasilając później zbiorniki powierzchniowe lub głębinowe.

Dzięki tym krajobrazowym procesom hydrologicznym rzeki płynąć mogą cały rok, bo są później systematycznie zasilane tymi zmagazynowanymi wodami podziemnymi. Zarówno w formie wypływów źródliskowych jak i nie widocznym podkorytowym zasilaniem.

Ale w rzece dzieję się też i inne ekologiczne procesy. Od jesieni aż do wiosny w wodach rzecznych trwa „wielkie żarcie”. Życie wręcz kipi, a wiele gatunków w tym czasie intensywnie się rozwija (np. jest okres wzrostu stadiów larwalnych owadów wodnych, w tym moich ulubionych chruścików). Jeśli woda nie zamarza do dna (a w ciekach raczej nigdy nie zamarza do dna), to niska temperatura wielu bezkręgowcom nie przeszkadza. Ważne, że jest dużo pożywienia. A skąd ono, gdy wegetacja zamiera?

Ekosystemy rzeczne, zwłaszcza te małe i śródleśne, w dużym stopniu korzystają z produkcji pierwotnej i materii pochodzącej spoza wodnego ekosystemu.
Opadające jesienną liście drzew zawierają dużo celulozy, polimeru złożonego z cukrów. Kłopot tylko taki, że żaden kręgowiec czy bezkręgowiec nie posada enzymów do samodzielnego trawienia celulozy. Mimo, że dużo tam energii, to jest ona niedostępna. Rozwiązaniem jest albo symbioza (tak jak u termitów czy przeżuwaczy, których przedstawicielem jest chociażby krowa), albo korzystanie z aktywności destruentów bakteryjnych i grzybowych. Do aktywności tych mikroorganizmów potrzebne jest środowisko wilgotne. I takie idealne warunki panują w zbiornikach wodnych.

Liście trafiające do rzeki kolonizowane są przez bakterie i grzyby. Te mikroorganizmy są ważnym źródłem azotu (białka). Sama celuloza nie miałaby takiej wartości pokarmowej dla zwierząt. Ale dzięki aktywności bakterii i grzybów opadłe liście stają się cennym pokarmem dla wielu owadów wodnych i innych bezkręgowców. Nic dziwnego, że to wielkie, zimowe „żarcie” rozpoczyna się dopiero jesienią. Trwa przez całą zimę aż do wiosny. Wtedy większość tej pozarzecznej materii organicznej jest już skonsumowana i przetworzona.
Owady wodne nie tylko korzystają z aktywności mikroorganizmów (zjadając je) ale także ułatwiają im aktywność, rozdrabniając liście na małe fragmenty. Zwiększa się w ten sposób powierzchnia czynna na enzymów bakteryjnych i grzybowych.

Owady wodne można się podzielić na kilka funkcjonalnych grup troficznych. Wspomnianą już grupą są rozdrabniacze – organizmy odżywiające się grubocząsteczkową materią organiczną (detrytusem), przy okazji rozdrabniając je na maleńkie fragmenty. Spośród chruścików są tu liczne gatunki z rodziny bagnikowatych (Limnephilidae). Niestrawione, drobne fragmenty przechodzą także przez przewód pokarmowy i ponownie dostają się do obiegu rzecznego. Drugą grupą są zbieracze i filtratorzy. To gatunki odżywiające się maleńkimi fragmentami detrytusu (mniej więcej poniżej 1 mm). Jedne mogą łazić po dnie i zbierać tak rozproszony pokarm (zbieracze, np. przecudna Molanna angustata czy Mystacides azureus)), inne mogą filtrować z wody (cała rodzina wodosówek – Hydropsychidae). Filtratorzy są bardzo charakterystyczną grupą dla cieków. Bo dzięki przebywającej wodzie i unoszonej przez nią zawiesinie, pokarm sam trafia do owada. Trzeba tylko go odfiltrować. Jednym z przystosowań są sieci łowne chruścików z rodziny wodosówkowatych (Hydropsychidae) – larwy budują norki zakończone siecią łowną, wykonaną z jedwabiu. Zjadają wszystko to, co woda przyniesie. Innym przystosowaniem są różnego tylu szczecinki i rzęski, które spełniają funkcję filtrującej sieci (larwy z rodziny Brachycentridae).

W rzekach żyją jeszcze inne funkcjonalne grupy troficzne, np. zdrapywacze (spasacze, np. rodzina Goeridae). Zgryzają one z kamieni i gałęzi porastające je glony, bakterie, grzyby, pierwotniaki (pefyfiton). Są niczym krowy zgryzające trawę na łące, tyle tylko, że w znacznie mniejszej skali. Inną grupą są wysysacze, np. chruściki z rodziny Hydroptilidae – wyspecjalizowane do wysysania (wypijania) zawartości komórek glonów. I w końcu ostatnia grupa funkcjonalna to drapieżcy, odżywiające się innymi organizmami wodnymi (aktywnie polujące, niczym lwy na sawannie lub wilki w naszych lasach). W tej grupie są chruściki z rodziny Rhyacophilidae i Polycentopodidae.

Opadłe liście z drzew nie są śmieciem ani w mieście ani w pozamiejskiej przyrodzie. To ważne źródło pokarmu, zarówno na trawnikach jak i w zbiornikach wodnych. W jakimś stopniu jesteśmy świadkami corocznej wielkiej hipokryzji: oto z dużym nakładem finansowym zgrabiamy liście z miejskich trawników i parków i wywozimy na wysypisko (w workach plastikowych), a z drugie litujemy się nad głodnymi ptakami w zimie, dokarmiając je chlebem. A może lepszym rozwiązaniem byłoby  nie pozbawianie bezkręgowców pokarmu? To i ptaki będą miały co jeść, nie tylko w zimie, ale i cały rok?

Czym się różni ekolog od ekologisty?

barszczreszel

Czym się różni ekolog od ekologisty? Tym samym czym ekologia od ekologizmu. Ekologia jest nauką przyrodniczą. Ekologizm (ekozofia, filozofia ekologiczna) jest nakierowana na działanie, jest ruchem społeczno-filozoficznym i czasem politycznym (bo sięga po władzę). Ekologia koncentruje się na badaniach naukowych, na poznawaniu i opisywaniu oraz objaśnianiu świata. Ekologizm działa, czasem w oparciu o wiedzę ekologiczną (naukową), czasem zupełnie nie, bo w oparciu o ezoterykę, i inne nie naukowe historie (new age, buddyzm itd.). Ekologizm to działania, zmieniające społeczeństwa.

Sama ekologia stała się w popkulturze słowem wieloznacznym i często oderwanym od pierwotnego znaczenia. Ostatnio spotkałem się z terminem „ekosystem inwestycyjny”. Nie wiem co to jest. Ekosystem sensu stricte na pewno nie.
Zatem niech ekolog znaczy ekolog (naukowiec), a działacz społeczny niech się nazywa ekologistą. Dawniej zaproponowane słowo sozolog też się nie przyjęło. Ale i sozologia odnosiła się do badań z zakresu ochrony środowiska. Niech więc „ekolog” zielony będzie enwironmentalistą (środowiskowiec?) lub ekologistą.

Akcjami społecznymi nie zajmują się organizacje ekologiczne (bo te to np. Polskie Towarzystwo Ekologiczne, Polskie Towarzystwo Hydrobiologiczne itd.) lecz organizacje prośrodowiskowe, organizacje ekologistyczne.

Oddzielenie ekologii od ekologizmu pozwoli odzyskać ekologię jako naukę i uwolnić ją od ekosceptycyzmu czy ekopragmatyzmu. Mogą jedni ekologiści budować swój paradygmat na ezoteryce, wegetarianizmie, muzyce etnicznej, a drudzy mogą budować na ekologii jako takiej. W każdym razie ekologia jako nauka będzie uwolniona od zbędnych konotacji. A na pewno umożliwi odejście ekologii od baśni i ezoteryki. Ekologiści mogą wszak czerpać inspirację z wiedzy naukowej (naukowy opis świata i rozumieniu jego działania). Jest to szansa na nowe wcielenie ekologizmu, z udziałem biotechnologów. Bo na przykład GMO nie jest złe samo w sobie… Nawet dla środowiska przyrodniczego i bioróżnorodności. Ale to już temat dla dłuższe i osobne pisanie.

Ser kozi w kształcie piramidy

serkozi1Kiedy odwiedziliśmy naszych przyjaciół we Francji, w Chatoroux (Departament Indre), między innymi poczęstowali nas serem kozim w kształcie piramidy. Smakował wyśmienicie. Czuć było autentyczną i bogatą lokalną tradycję.

W czasie rewizyty w Polsce przywieźli nam ten ser ponownie. Wtedy dowiedziałem się, że jego kształt wziął się z okresu napoleońskiego. Gdy Francuzi byli w Egipcie, zainspirowali się piramidami. Ciekawe czy to autentyczna historia czy tylko późniejsza interpretacja? Czy naczynia specjalnie zbudowano, aby otrzymać kształt piramidy, czy też kształt naczyń wynikał z innych przyczyn i uwarunkowań?

Jak wyczytałem Department Indre jest niemalże monopolistą w produkcji tego piramidkowego sera.

Zwykły ser a może kryć się za tym bogate dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Sztuką jest odczytać te ślady i poprawnie zinterpretować.

serkozi2W internetowej encyklopedii serów (Seropedia ) znalazłem jeszcze inne marki tego sera oraz dowiedziałem się co nieco o technikach produkcji. Wyjaśniło to m.in. dlaczego one są poryte takim szarawym meszkiem. Kolor ma znaczenie.

Cerney Pyramid – ser w kształcie ściętej piramidy, waży 200 g. Skórka pokryta popiołem z jesionu i dębu oraz warstwą soli morskiej i przyprawami: imbiru i pieprzu. Wnętrze w kolorze białym. Wytwarzany z niepasteryzowanego mleka koziego przy użyciu podpuszczki wegetariańskiej. Dojrzewa od 7 do 10 dni.

Acapella-Pyramid – miękki ser z mleka koziego.

Neteling – ser z surowego mleka koziego, o wysokości od 13 do 14, i wadze 500g. Najpierw twaróg przechowywany jest w temperaturze 21 stopni Celsjusza, po 24 godzinach wlewa się do form i odstawia dnem do góry aby pozbyć się nadmiaru wilgoci. Po kolejnych 24 godzinach ser jest ręcznie solony i przeniesiony do komór, aby pozbyć się co najmniej 1/3 ilości serwatki. W tym czasie pokrywany jest cienką warstwą węgla drzewnego, aby zapobiec całkowitemu wysuszeniu. Ser swoją dojrzałość osiąga po 4-5 tygodniach. W trakcie dojrzewania, zmienia kolor z białego na pomarańczowo-czerwony lub niebieski.

Może i nasz region dorobi się podobnych, markowych regionalnych produktów. Z bogatą historią…. wymyśloną lub autentycznie odszukaną.

Dzieci doktora Motyla – Wojciech Mikołuszko

mikoluszko

Owady są małe, ale jest ich bardzo dużo, zarówno w sensie liczebności jak i liczby gatunków. To niezwykły i fascynujący świat, jakże inny od naszego. Tylko taki mały. Położyć się w trawie i obserwować – każdy to chyba robił przynajmniej w czasie wakacji.

Niezwykły mikrokosmos owadzi był już wielokrotnie inspiracją dla pisarzy. I wciąż fascynuje. Z wielką ciekawością sięgnąłem (i przeczytałem) książkę Wojciecha Mikołuszki (znany popularyzator nauki) pt. „Dzieci doktora Motyla„. Przypomniały mi się dziecięce lata, gdy podglądałem mikroświat owadów oraz telewizyjna bajka z Pszczółką Mają.

„Dzieci doktora Motyla” to książka przeznaczona dla młodzieży. Z przygodami w trawie i … zmniejszeniem się do rozmiarów owada. Jest wyraźnie odwołanie do dawnej książki Erazma Majewskiego
Doktor Muchołapski„, ale przygody rozgrywają się we współczesnej scenerii – walki z pazernymi inwestorami i działaniami obrońców przyrody. W tym przypadku motyli modraszków. Niczym nad Rospudą. To bardzo znakomite nawiązanie do współczesnych problemów ochrony różnorodności biologicznej.
Może skłonią do poznawania biologii tych zagrożonych motyli?

Książka z ilustracjami Przemysława Liputa zawiera sporo subtelnego oraz młodzieżowego humoru. Na okładce nowoczesne rozwiązanie, nawiązujące do cyfrowego i mobilnego pokolenia, ułatwiające wykorzystanie smartfona w pogłębianiu odbioru tradycyjnej książki.

Treść jest dobra nawet dla młodszych dzieci. Ale niestety forma wydania nie jest odpowiednia: za małe litery i za dużo udziwnionej pstrokacizny – utrudnia to samodzielne czytanie najmłodszym. Chyba, że czytać będą rodzice.

Świat małych owadów na łące można obserwować przez lupę… albo oczami wyobraźni pisarza. A najlepiej pewnie i tak i tak, bo się znakomicie uzupełnia.

mikoluszkoprzyroda

Dyrektor kreatywny temperujący ołówki i parzący kawę…

Najczęściej i w największym stopniu marnowany w Polsce jest… kapitał ludzki. Może dlatego, że go nie widać gołym okiem. Tak jak głupoty. Widać tylko efekty, zarówno głupoty jak i kapitału ludzkiego. Ale w tym drugim przypadku efekty widać tylko wtedy, gdy się z tego kapitału korzysta. Tak jak w przypadku samochodu – nie wystarczy go mieć, trzeba nim jeździć.

Dyrektor kreatywny temperujący ołówki i parzący kawę…. To symboliczny przykład marnotrawstwa kapitału ludzkiego, zapału, inicjatywy i kreatywności. Tak, jakby stolarz heblem wbijał gwoździe, a młotek leżał jako przycisk do papieru. Efektywność niewielka, mimo, że wszystko pod ręka. Wszystko co dawałoby sukces.  Niby jest a jednak nie ma. Mamy wielu wykształconych ludzi, nawet ze stopniem doktora. Ale w niewielkim stopniu wykorzystujemy w gospodarce. Żeby się nie zmarnował ten kapitał… to ludzie wyjeżdżają za granicę. Dobrze, że choć tak przynajmniej  w części się udaje nie marnować tego społecznego bogactwa, tworzonego z dużym nakładem sił i pieniędzy.

Dlaczego dyrektorzy kreatywni temperują ołówki lub służą "za przycisk do papieru"? Bo nierozpoznany jest ich potencjał. A co ważniejsze – liczy się dworska hierarchia i zorientowanie na relacje typu klanowego a nie zorientowanie na problem, na zadanie. Do zadania dobieramy najlepsze narzędzia, odpowiednie do sytuacji i zadania. Do dworu dobieramy przede wszystkim pewne, lojalne elementy (na zasadzie lubię-nie-lubię), bo celem nie jest zadanie ale utrzymanie relacji społecznych, utrzymanie struktury władzy (aby wszystko było w moich rękach).

Nepotyzm i plemienne czy klanowe kolesiostwo
wynika z identyfikacji społecznej w małym kręgu. Jest ewolucyjnym i kulturowym archaizmem. Kiedyś plemię, ród czy klan liczyło niewiele osób. W takiej strukturze plemienno-klanowej hominidy i człowiek (Homo sapiens) funkcjonował przez setki tysięcy lat. Wspierać swojego (relacje społeczne wewnątrzgrupowe), zwalczać innych (z innych hord, klanów, grup). Zorganizowane społeczności są ewolucyjnie i kulturowo czymś nowym. Wymagają potraktowania jako "swoich" całych narodów, całej ludzkości. Jeśli wszyscy są "nasi" to można zorientować się na zadanie i problem. Bo kogokolwiek dobiorę do zespołu to i tak będzie swój. Nie musze wiec wybierać między klanowa lojalnością a efektywnością pracy.

Tym, co Polsce ogromnie przeszkadza na każdym etapie wydajniej pracować i tworzyć dobre relacje pracownicze, jest brak umiejętności pracy zespołowej i nepotyzm (klanowość) w różnej skali i postaci. Dlatego stanowiska kierownicze traktujemy jako łupy, dary, serwituty a nie zobowiązanie i zadanie do wykonania. W rezultacie osoba o kompetencjach i potencjale dyrektora kreatywnego temperuje ołówki…

Marnowanie kapitału ludzkiego…. jest gorsze niż marnowanie pieniędzy. Rabunkowa gospodarka surowcami (lasy, węgiel itd.) – teraz rabunkowa gospodarka kapitałem ludzkim.
Marnowanie kapitału ludzkiego spycha nas na cywilizacyjny margines i ku globalnemu zaściankowi.

Ludzie niedocenieni, ze zmarnowanym zapałem stają się z czasem zgorzkniali. Może właśnie dlatego w Polsce mamy tylu smutnych i narzekających ludzi? To nie jest żadne polskie piekiełko czy cecha narodowa, to po prostu błędy organizacyjne i wadliwa społeczna kultura pracy. Przecież Polacy wyjeżdżający za granicę… pracują dużo lepiej i wydajniej. I nie wynika to z wysokości pensji.

Ewaluacją poprawy kultury współpracy będzie więcej ludzi uśmiechniętych na ulicy… Da się więc zauważyć poprawne wykorzystywanie kapitału ludzkiego.

Czerwony Kapturek z Warmińskiego Lasu

Dziewczyna z mieczem w lesie? To nie angielski Robin Hood i nie z Lasu Sherwood. To nawet nie Czerwony Kapturek. To kapitał ludzki z Warmińskiego Lasu. Ale nie napada i nie rabuje ani bogatych ani biednych. Raczej inspiruje, rozdaje. Dojrzewający, przebijający się na wierzch życia publicznego (różnymi akcjami, happeningami, pisaniem, blogowaniem itd.) kapitał ludzki z naszego regionu, zapomnianego przez rozwój gospodarczy. Przemawia warmińska rebelia kultury, ta autentyczna a nie tam z reklamowych spotów czy bilbordów szpecących krajobraz. Czerwony Kapturek z Warmińskiego Lasu.

Naszym bogactwem nie jest węgiel, przemysł samochodowy czy ośrodki wypoczynkowe dla VIPów. Naszym bogactwem (ale zbyt często marnotrawionym) są młodzi, wykształceni i kreatywni ludzie.

Czwarta duża rewolucja technologiczna, która napędzi gospodarkę, dotyczy nie tylko technologii (głównie rozproszonej i związanej z energią odnawialną) ale i głębokich zmian w kulturze. Bo kluczem do sukcesu jest współpraca i praca zespołowa, dostęp do otwartej wiedzy i ekonomia dzielenia się. Źródłem tych zmian jest kultura.

Zatem, wypatrując ewentualnych oznak czwartej rewolucji technologicznej trzeba jej szukać … bibliotekach, księgarniach, spotkaniach w przestrzeni publicznej, wśród drobnych i niepozornych społecznych działań, blogowania, streetartu itd..

Rewolucję technologiczną wykuwają nie tylko biotechnolodzy ale i filozofowie i artyści.

Powyższe zdjęcie wykonał brat uwiecznionej w leśnej scenerii Wiktorii Korzeniewskiej. I nie chodzi o bractwo rycerskie ale o literaturę.
Oby więcej takich Czerwonych Kapturków czyniło nam rebelię kultury w Warmińskim Lesie :).