Przemoc domowa, plagiaty i środowisko akademickie

Czy coś może łączyć słowa zawarte w tytule? Gdzie Rzym a gdzie Krym? Tym, co łączy, to odpowiedzialność, to dylemat między świętym spokojem, własnym egoizmem (nie dalej niż czubek nosa) a odpowiedzialnością za społeczność lokalną, za grupę. Łączy obojętność i społeczna znieczulica.

Czy reagujemy, gdy za ścianą trwa przemoc domowa? Jeśli pozostawiamy ofiary samym sobie, to i my pozostaniemy zostawieni samymi sobie wobec nieprzyjemnych zdarzeń. Ktoś, kto na ulicy lub podwórku interweniuje, najczęściej spotyka się z agresją przestępcy (słowną lub fizyczną). Czy interweniujący ma sam pozostać z problemem? Jeśli pozostanie sam (nie może liczyć na społeczność)
jaką ma czuć w przyszłości więź i współodpowiedzialność? Pozostanie rozgoryczenie… i systematyczna erozja społeczności. Naszej, tej w której żyjemy i od której wiele oczekujemy.

Mogłoby się wydawać, że problem dotyczy tylko środowisk patologicznych, gdzieś w zapomnianych wioskach popegerowskich. Nie. Dzieje się obok nas, wśród naukowców i dziennikarzy. Niech autorytety dadzą przykład jak wobec takich spraw się zachowywać. A jaki dają?

Patriotyzm dnia codziennego to dbałość o jakoś życia i odpowiedzialność, to narażanie się na nieprzyjemności w imię pomocy bliźniemu, w imię odpowiedzialności za całą społeczność (czy to naród, czy to grupa zawodowa czy społeczność lokalna). 11 listopada to dobry termin na ten tekst. Bo nie tylko capstrzyki i marsze lub wiece i wywieszone flagi są ważne.

Zacznę od przykładu opisywanego ostatnio w prasie ogólnopolskiej a wcześniej w książce. Myślę o pedofilskich zdarzeniach w chórze Polskie Słowiki. Trwało to przez wiele lat. Dorośli, nauczyciele, patrzyli przez lata i nie ragowali. Nie reagowali sami molestowani (zbyt słabi i przerażeni), nie reagowały rodziny (nie chcieli przyjąć do wiadomości). Tym co powodowało bierność to także chęć zysku – z występów płynęły pieniądze… i sława. Nie chciano kalać własnego gniazda?  Czyli dla własnego domniemanego interesiku poświęcamy społeczność, własne dzieci, własne sumienie? Co się będę narażał, niech inni to zrobią? To nie było środowisko patologiczne i marginalne.

Wobec zła, bierność nie jest czymś dobrym. Zarówno w dużej skali, jak i tej zupełnie lokalnej, niemedialnej. A środowisko akademickie, z dużym autorytetem, powinno świecić przykładem. A jak jest? Można rozprawiać akademicko o etyce, cytując klasyków i literaturę zagraniczną. Ale jak się to ma do codziennego życia? Róbcie to co mówią (te autorytety akademickie) a nie to jak czynią? Dlaczego odwołuję się do środowiska akademickiego? Bo mi na nim zależy (na jakości i autorytecie) i wierzę w jego wartość społeczną.

W 1939 r. Francuzi nie chcieli umierać za Gdańsk. Niebawem zmuszeni zostali umierać za Paryż. Bierne stanie obok i „nie mieszanie się” przyniosło dużo większe straty samym Francuzom (o Europie nie wspominając). Takie globalne wybory zdarzają się raz na kilkadziesiąt lat. Znacznie częściej, niemalże codziennie mamy dylematy w stosunku do spraw malutkich i nie tak drastycznych jak wojna.

Podobnie jest ze znieczulicą (biernością) wobec chuligaństwa czy wandalizmu czy psich kup na chodniku. Nie reagujemy… a za jakiś czas my sami stajemy się obiektem napaści i zaczepek. Sami w to wdepniemy. Bierność rozzuchwala niegodziwców, a zastrasza pozostałych. W dłuższej perspektywie bierność i stanie obok na pewno się nie opłaca. Oczywiście w kategoriach odpowiedzialności za społeczność (chyba nazywamy to patriotyzmem).

Przemoc domowa dzieje się w sąsiedzkim milczeniu, bo boimy się wysiłku, bo boimy się narażać itd. Ale koroduje społeczeństwo i złe skutki prędzej czy później do nas docierają.
Przemoc domowa i znieczulica wydają się domeną środowisk zaniedbanych i patologicznych. A jak reaguje środowisko akademickie, cieszące się dużym autorytetem? Na przykład na plagiat lub publiczne zniesławianie osób, które o domniemanym plagiacie informują?

W mojej długiej karierze pracy akademickiej kilka razy byłem niemym (i raczej biernym) świadkiem głupoty, nieudolności, pazerności czy nawet niegodziwości i złych poczynań, kiedy to „między przyjaciółmi psy zająca zjadły”. Zaskoczenie niegodziwą sytuacją w świecie akademickim i oszołomienie – jak się w takiej nietypowej sytuacji zachować? Nie będę się mieszał, bo oberwę? Jeśli pierwszym razem zdezorientowanie i bierność, to już następnym razem nie jest to nowa sytuacja. Jest czas na przemyślenia. Nie reaguję, bo są inne statutowe organy do tego powołane? Po co się narażać za innych? Po cichu mogę kibicować ale pozostanę bezpieczny w cieniu bierności? Nie wychylać się bo i mnie błotem ochlapią? Ale milczenie oznacza erozję autorytetu i to przysłowiowe „błoto” obniża autorytet całego środowiska, więc suma summarum i ja tracę, i to długofalowo.

Ten wstęp był potrzebny, by wyjaśnić dlaczego zabrałem po raz drugi głos w sprawie p. Piotra Obarka, byłego dziekana Wydziału Sztuki UWM w Olsztynie. Zależy mi na mojej firmie (UWM), bo tu pracuję, a Uniwersytet dla mnie nie jest samą nazwą i zakładem pracy ale i wartością! To nie pierwszy przypadek oskarżeń o plagiat. Każde takie oskarżenie w jakiś sposób uderza w wizerunek uniwersytetu. Ale to nie kwestia tylko tego, że ktoś dopuścił się czegoś niewłaściwego (nierzetelność), ale także tego czy uniwersytet jako instytucja i środowisko potrafi należycie zareagować. W żadnej społeczności błędów lub niesłusznych posądzeń nie da się uniknąć, środowisko akademickie nie jest wyjątkiem. Znacznie ważniejsze jest załatwianie sprawy. To decyduje o wizerunku całej społeczności. Nie tyle problem w tym, że ewentualnie gdzieś popełniono plagiat czy mobbing, ważne jak my na te zjawiska reagujemy.

Ciekawy przykład podaje Wprost (nr 45, 4-10 listopada 2013) w artykule Cezarego Łazarewicza pt. "Kopista z Uniwersytetu". Sejmowy ekspert i politolog z Uniwersytetu Warszawskiego jeden z rozdziałów swojej książki (przedłożonej w przewodzie habilitacyjnym) skopiował z referatu swojej studentki. Ale osoba, która ujawniła plagiat sama stała się podejrzana i musiała się bronić, sama stała się oskarżoną. Konkluzja tego artykułu jest zatrważająca. Historia lubi się powtarzać? Na przykład w Olsztynie?

Pan Obarek systematycznie na swoim blogu w bardzo brzydki sposób i na bardzo niskim poziomie intelektualnym obraża zarówno osobę, która przesłała dokumenty do Centralnej Komisji (aby ta sprawdziła, czy miał miejsce plagiat) jak i inne osoby zabierające głos w tej sprawie. Na blogu p. Obarka trudno znaleźć język argumentacji. Jest to głównie opluwanie innych osób w uczelni, komisji etyki, rektora itd. Zamieszczanie dziecinnych, złośliwych wierszyków, karykaturalnie zmienionych zdjęć, argumenty ad personam i to niskiego lotu. Kiedy to czytam, to czuję wielkie zażenowanie, bo przecież podpisane jest to "blog profesora  Obarka". Instytucje UWM oraz środowisko akademickie jako całość okazały się kompletnie bezradne. I to nie pierwszy raz.
Mogę współczuć chorobliwej manii prześladowczej pana Obarka (z domniemanym spiskiem i z zagrożeniem życia włącznie), ale nie mogę – jako członek społeczności akademickiej – akceptować niegodnych metod, używanych na wspomnianym blogu. Te manipulacje i przeinaczenia urągają logice i akademickiej rzetelności. Broń się człowieku i swojego dobrego imienia ale godnymi metodami i należytym stylem! Jeśli podpisujesz się stopniem zawodowym "profesor", to trzymaj się standardów języka akademickiego! Pokornie proszę…

Ostatnie miesiące w skali kraju przyniosły nam niebywałą dewaluację słowa "profesor". W Olsztynie mamy swoją dodatkową porcję. Do tej pory w opinii społecznej profesor (naukowcy, środowisko akademickie) cieszył się dużym autorytetem. Ciekawe co przyniosą kolejne badania socjologiczne…

Zastraszanie poprzez proces sądowy i publiczne obrażanie odbywa się już od wielu miesięcy w Olsztynie. A co na to środowisko akademickie? Nie potrafimy zabrać publicznie głosu? Nie wiemy jak, bo nie często takie sytuacje mają miejsce i stąd brak wzorców i utartych schematów?

Zaledwie kilka dni po ukazaniu się mojego tekstu "W obronie prof. Chomicz" na blogu, pan Mariusz Kowalewski, podający się za dziennikarza tygodnika Wprost, zainteresował się także i moją osobą, wysyłając zapytanie m.in. do Kancelarii Senatu RP o podanie informacji na temat, umów zlecenie, umów o dzieło, wystawionych przez biuro senatora Ryszarda Góreckiego w latach 2007-2012. Zestawienie nazwisk nasuwało jednoznaczne skojarzenie czyja to mogłaby być inicjatywa: Adam Socha, dziennikarz Radia Olsztyn, miesięcznika Debata,
Bogdan Bachmura, wydawca miesięcznika Debata, Przemysław Górecki, pracownik naukowy UWM w Olsztynie, Adrian Górecki, pracownik naukowy PAN w Olsztynie, Dariusz Jarosiński, redaktor naczelny miesięcznika Debata, Stanisław Czachorowski, pracownik naukowy UWM w Olsztynie,
Józef Dębowski, naukowiec UWM w Olsztynie, Paweł Warot, pracownik naukowy IPN w Olsztynie, dziennikarz miesięcznika Debata, Piotr Kardela, pracownik naukowy IPN w Olsztynie, dziennikarz miesięcznika Debata. Od razu napisałem do p. M. Kowalewskiego z zapytaniem dlaczego interesuje się moją osobą i czy czasem nie ma to związku z panem Obarkiem? Na Twitterze redaktor Kowalewski żalił się, że UWM utrudnia mu dostęp do dokumentów (co nie było prawdą jak się okazało). Na moje przypuszczenia otrzymałem odpowiedź przeczącą od red. Kowalewskiego „Pan błądzi Panie profesorze. Temat UWM znany jest w redakcji na długo przed publikacjami na temat dr hab. Obarka. I mało mnie ta wojenka na UWM interesuje.”

Do tej pory nie ukazał się żaden tekst na łamach Wprost. Ale mimo to, 6 listopada 2013 na swoim blogu pan Obarek napisał o redaktorze Adamie Szosze "(…) który pod płaszczykiem niezależnego dziennikarza za pieniądze z biura senatorskiego wykonuje różne zlecenia”. Wnioskuję, że pan Mariusz Kowalewski dostarczył te informacje. Nie było więc to żadne pisanie artykułu tylko szukanie haków na zlecenie, w stosunku do osób, które „weszły w drogę” panu Obarkowi.
Czy moje przypuszczenia są błędne?

Jak reaguje środowisko dziennikarskie, gdy niszczy się etos dziennikarza? Czy można ufać dziennikarzowi lub osobie podającej się za dziennikarza? Czy szuka rzeczywiście faktów by napisać obiektywny tekst czy tylko wykonuje prywatne zlecenie? Milczenie środowiska dziennikarskiego to podkopywanie swojego zawodowego zaufania. Czy dziennikarz, który chce wglądu do dokumentów działa w interesie publicznym czy tylko na zlecenie konkurencji?

Jak na razie pan Mariusz Kowalewski nie znalazł na mnie haków. I nie wyjaśnił dlaczego interesuje się moją osobą (mimo, że o to kilkakrotnie pytałem). Oczywiście, obawiam się i ja różnego typu nieczystych zagrań i nieprzyjemności. Pan Obarek na swoim blogu różne dziwne, brzydkie rzeczy wypisuje, zarówno na panią profesor Chomicz jak i na świadków w procesie sądowym. Lepiej więc się nie wychylać?

Wcale nie jest lepiej!

Znieczulica i obojętność na krzywdę (tę dużą czy tę malutką)  bliźniego dotyczy nie tylko przemocy domowej, nie tylko znęcania się nad zwierzętami w jakieś dalekiej wioseczce w gospodarstwie alkoholika. Dotyczy każdego z nas, także środowiska akademickiego. Milczymy wobec plagiatu, milczymy wobec zwykłego chamstwa i przemocy słownej, milczymy wobec mobingu. Bo nie widać (naszego milczenia)?

Widać! Widzą to nasi studenci i kandydaci na studia, widzi to społeczność regionu. Od autorytetu oczekuje się więcej. Co sobie o nas, milczących myślą? I jakie podejmować będą decyzje o współpracy, o studiowaniu? Jak o nas mówią i będą mówili?

Z niewychylania się też wynikają nieprzyjemności i dyskomfort. Nie należy rwać włosów z głowy, bo coś niewłaściwego się wydarzyło. Ważniejsze jest to, jak my reagujemy wobec tych nieprawidłowości… lub osoby leżącej na ulicy. Przejdziemy obok – niech inni tym się zajmą? A jeśli inni pomyślą podobnie?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s