Co to znaczy być Warmiakiem (cz.3)

Urodziłem się Lidzbarku Warmińskim, potem świadomie wybrałem region, jako miejsce zamieszkania. Jestem więc Warmiakiem z urodzenia i wyboru. Ale cóż to znaczy? Wychowywałem się na wsi (wakacyjnie). Ale była to historycznie Natagia. Odkryłem to po wielu latach i nie ma to dla mnie żadnego znaczenia. Nie czuję się żadnym Natangiem. A Warmiakiem się czuję. Moją krainą jest wieś warmińsko-mazurska, z czerwonymi dachami. Ale z głęboką tęsknotą za Wileńszczyzną. Z potrawami i gwarą przyniesioną z daleka i zakorzeniającą się pośród „Niemców”.

Wakacje spędzałem w Silginach (dawniej Zelginach) nad rzeką Liwną. Mocno wrosłem w ten krajobraz emocjonalnie. Gdy rodzice wyprowadzili się na Mazowsze (notabene kilka kilometrów od prasiedziby Czachorowskich z Czachorowa), zatęskniłem za Mazurami (bo tak nazywaliśmy wtedy ten region). W tęsknocie za moją małą ojczyzną wybrałem Olsztyn jako miejsce studiowania. Potem tu zostałem. Poprzez dogłębnie poznawanie historii, miejsc i ludzi jeszcze głębiej wrastałem w region.

Lasy, jeziora, rzeki – przyroda. Drugi wizualny wyznacznik tożsamości regionalnej. Bo dla mnie „Mazury” to była wakacyjna przygoda z przyrodą. Gdy w czasach licealnych wybraliśmy się dziko-harcerskim obozem na wakacje, to też były to „Mazury”. A jeziora, które poznałem były potem obiektem moich badań w ramach pracy doktorskiej. Ciągłe powroty w miejsca znajome

Tak więc kultura i przyroda kształtowały i kształtują moje poczucie warmińskości. Ale jaka ta jest moja warmińskość, gdy po mieczu jestem Mazowszaninem, po kądzieli Wilniukiem? Nowa fala napływowa i w dodatku wymieszana (w rodzinie osiadłej wżenili się krewniacy w autochtonów, dzisiaj już nie wiem czy Mazurów czy Niemców). W poszukiwaniach genealogicznych dotarłem do pierwszej fali migracji ludzi z północnego Mazowsza, już gdzieś w wieku co najmniej XV. Z tej fali pochodzą Czacharowscy (von Czacharowscy), wywodzący się z Czachorowa (gałąź, która wyemigrowała pod Grudziadz pisała się Ciachorowscy, co wynika z fonetycznego zapisu z typowym mazurzeniem). Drobna zmiana nazwiska (ale i teraz w podobny sposób przekręcane jest moje nazwisko), utrwalona niczym marker genetyczny. Część w Niemczech, część tu, z okolic Rumiana i Działdowszczyzny. Tak więc migracja z północnego Mazowsza odbywała się już w czasach krzyżackich. Nie jest niczym nowym. Mam prawo nazywać się tutejszym od pokoleń, od stuleci. A jeśli wziąć pod uwagę, że na Wileńszczyźnie sporo spolonizowanych Litwinów (o czym świadczą ich nazwiska) oraz przepływie ludności, Prusów na Litwę i odwrotnie, powrót Wilniuków na dawne Prusy nie jest więc niczym nowym dla tej krainy. Mam prawo więc czuć się tutejszy nawet po kądzieli.

Charakterystyczny krajobraz Warmii i Mazur, murowanych domów z czerwonymi dachami. Silginy, Skandawa, Krelikiejmy i Lwowiec (gdzie byłem chrzczony) mocno wdrukował się w moją wizualną pamięć regionu. Ale w domu dziadków panowała przemożna tęsknota za Wileńszczyzną. Była gwara bardzo charakterystyczna a dziadek zaciągał nawet trochę po białorusku (co odkryłem dopiero w larach 90. XX gdy pojechałem na Białoruś). Gwara, która nazywają chachłacką. Ale wielu ludzi tak mówiło. I ciocia, która była na zesłaniu w Kazachstanie (wyszła za mąż za westerplatczyka) – przepięknie śpiewała na dwa głosy. Kresowy klimat. W tym wyrastałem.

Kiedy jeszcze w latach 70. pojechałem na Wileńszczyznę (wtedy ZSRR) doznałem swoistego szoku. Gwara ta sama, ludzie tacy sami, ale architektura zupełnie inna. Drewniane domy, kryte gontem. Moja Wileńszczyzna miała obraz Warmii i Mazur… Albo moja warmińskość miała duszę wileńską. Oba elementy mocno ze sobą zrośnięte, zintegrowane, nierozerwalne, wyjątkowe.

Spędziłem długi czas na Mazowszu. Wtedy poznałem różnice w dziedzictwie niematerialnym – w dziedzictwie kulinarnym. Smakowało inaczej. Ale moja warmińskość miała smak… dawnej Wileńszczyzny i kresów.

W wakacyjnym czasie obcowałem oprócz Wilniuków z autochtonami. Słychać było to w twardej mowie. Ale byli także ludzie z Galicji, to znaczy Łemkowie i Ukraińcy, przesiedleni w ramach Akcji Wisła. I wrastałem w tym klimacie wielokulturowym i przesiedlonym. Trochę wykorzenionym, osieroconym. Tęsknota przesiedleńców była wszędzie widoczna. Nawet u pijących tanie wino pod sklepem. I tych co tu przybyli, i tych co wyjeżdżali. W krajobrazie z okolicznymi PGRami były nieustannie rozwalające się domy. I wyjazdy, wyjazdy, wyludniające się wsie. Bo to było blisko granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Blisko żelaznej kurtyny i martwej granicy. Więc wyjeżdżali do RFN, do miasta, na Śląsk czy Gdańska, do pracy (teraz do pracy młodzi jadą do Londynu, Hiszpanii czy Niemiec).

Czasem przychodziły paczki z Ameryki (bo jeszcze w czasach przed II wojną światową część rodziny z Wileńszczyzny wyjechała do USA.) I zachował się ten tajemniczy zapach rzeczy z paczki… Wrastanie w wielokulturowość miała przeróżne smaki, zapachy, dźwięki, obrazy, wspomnienia.

Na studiach ta wielokulturowość była również widoczna, na WSP w Olsztynie. Dorastając bardziej to rozumiałem, bardziej doświadczałem. I w życiu dorosłym, gdy zacząłem dogłębniej poznawać historię miejsca i ludzi, odkryłem nowy element mojego dziedzictwa. Zarówno autochtonów w postaci Warmiaków i Mazurów, jak i Niemców (tutejszych Niemców). Potem było pozytywne odkrycie Państwa Krzyżackiego oraz Prusów. Potem kolejne poznawanie kultur. Ze zdziwieniem odkrywałem znanych ale przemilczanych Gotów i Wandalów, kultury okresu brązu i neolitu itd. Im szerzej i głębiej poznawać historię, tym bardziej była ona wielokulturową, wielowątkową, różnorodną. Tym bardzie widoczna reintegracja różnorodnych elementów.

Po 1989 r., wraz z otwarciem się na świat i europejską integracją, przyjeżdżać i osiedlać zaczęli się zupełnie nowi ludzie, nie tylko z różnych regionów Polski. Przyjeżdżali z nowymi wspomnieniami, z nowymi elementami dziedzictwa kulturowego. Z Hiszpanii, Portugalii, Francji, Niemiec, Szwajcarii, Holandii. Nawet z Rosji. To właśnie w ostatnich latach w klasie mojej żony (jest nauczycielką) zaczęli pojawiać się Rosjanie. Do codziennej komunikacji z rodzicami zaczął przydawać się język rosyjski – bo można było się skutecznie komunikować. Zupełnie nowe zjawiska, różne sytuacje. Jedni lepiej inni gorzej potrafiący się wpisać w krajobraz i zintegrować z już osiedlonymi. Europa regionów.

Z całą pewnością w naszym regionie jest coś wyjątkowego, specyficznego. To się czuje. Ale jak tę specyfikę przyrody, kultury i ludzi opisać i zdefiniować? Jako coś aktualnego i stającego się a nie zamrożonej historii czasów, które bezpowrotnie odeszły? Czy specyfiką jest duża liczba miast cittaslow? Czy duża liczba wiejskich teatrów amatorskich? Czy wyludniające się wioski popegeerowskie? A może wioski bocianów? Specyficzne Kresy, nowe „Bieszczady” dla twórców, poszukujących nowego życia, dla nowych Judymów i nowych Siłaczek. A przecież tych zjawisk u nas jest więcej. I jeszcze nie wszystkie potrafimy dostrzec i zauważyć.

Tworzymy na nowo swoją tożsamość. Każde pokolenie musi na nowo. I dla siebie. Jałowe jest kalkowanie przeszłości, bo wychodzi z tego martwa, nieautentyczna „cepelia”.

A granice Warmii? Dlaczego trzymać się historyczny granic Warmii jako domeny biskupiej? Przecież tylko w niewielkim stopniu pokrywała się ona z siedzibami Warmów-Prusów. Tak więc i teraz poprawnie byłoby nazywać Warmiakami wszystkich, zamieszkujących województwo warmińsko-mazurskie. Może lepiej Nowowarmiakami? Lub wymyśleć zupełnie nową nazwę, integrującą Warmię, Mazury, Górne Prusy, Prusy Wschodnie (w polskiej części) Powiśle itd. Biurokratyczne trzymanie się starych, administracyjnych podziałów nie bardzo ma sens.

zobacz część 1. i część 2.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s