Czy uniwersytet jest szkołą zawodową ?

W 2004 r. amerykański minister edukacji zauważył, że w 2010 r. absolwenci szkół wchodzący na rynek pracy będą mogli wybrać wiele zawodów, które jeszcze nie istnieją. Profesje te dopiero zostaną wymyślone. Jeśli dodać do tego zmieniający się rynek pracy, to w niewielu zawodach można liczyć na stabilną pracę. Czas pokazał, że minister miał rację.

Może jako przykład podam zapotrzebowanie na inżynierów, związanych z wydobyciem gazu łupkowego. Rynek pracy pojawił się nagle i niespodziewania. Nie dało się tego przewidzieć i wcześniej uruchomić kształcenia. A nawet jakby wcześniej uruchomiono, to i tak nie byłoby chętnych… bo wydawałoby się, że kierunek bez perspektyw.

Skoro tak trudno z kilkuletnim wyprzedzeniem prognozować potrzeby rynku pracy to co i jak kształcić? Ba, w wielu dziedzinach wiedza tak szybko się zmienia, że absolwenci muszą od razu dokształcać się po uzyskaniu dyplomów.

Narzekanie na niedopasowanie struktury wykształcenia do struktury zatrudnienia jest powszechne na całym świecie, nie tylko w Polsce.  Przy rosnącym wskaźniku wykształcenia wyższego, bezrobotnych ciągle jest dużo. I ciągle dużo kursów dokształcających. Aż do emerytury.

Czego więc powinien uczyć uniwersytet? Przede wszystkim rozumienia współczesnego świata i zdolności do ciągłego uczenia się. Dlatego zamiast sztywnych kierunków i specjalności lepsza jest duża swoboda w studiowaniu, przyjmowanie na wydział a nie kierunek, duża wybieralność zajęć. Z tym niestety uniwersytety nie nadążają (nasz olsztyński na pewno). Ze strachu przed utratą godzin usztywnia się siatki godzin (żeby nie stracić studenta a w zasadzie godzin), ale w rezultacie godzin jest coraz mniej. Bo uciekają studenci na inne uczelnie. Świat jest mały, niczym wioska. Globalna wioska. Kluczowa jest umiejętność współpracy i myślenie w kategoriach całości a nie egoistyczne patrzenie na swoje, krótkoterminowe korzyści. Nadchodzi chwila prawdy, czy umiemy współpracować koncertując się na efekcie czy tylko potrafimy szarpać sukno, każdy w swoją stronę…. Nam na myśli środowisko akademickie.

Można przeforsować większą liczbę godzin dla swojego zespołu, katedry czy siebie samego. Ale równocześnie można stracić studentów, a więc liczba godzin i etatów staje się iluzoryczna (walcząc o część traci się całość).
Krajowe Ramy Kwalifikacji dawały możliwość myślenia o celach i efektach kształcenia – a więc skupienie się na efekcie końcowym. W niewielkim stopniu z tego skorzystaliśmy. Zwiększyła się tylko administracja a pisanie "sylabusów" (programów z celami)
stało się tylko sztuką dla sztuki i znacznym usztywnieniem administracyjnym. Zabiera czas a nie daje planowania strategicznego w kontekście kompetencji i efektów kształcenia. Wysiłek idzie na to, by się w tabelce zgadzała liczba godzin, punktów i innych wskaźników…

W sensie dosłownym uniwersytet nie jest szkołą zawodową. Nie powinien się nawet starać. Bo świat zmienia się zbyt szybko, jedne zawody zanikają, inne niespodziewanie rozkwitają. Ale z drugiej strony uniwersytet daje dobre przygotowanie… zawodowe. Bo uczy myśleć, uczy rozumieć świat (a więc absolwent łatwo się przystosowuje do zmian) i uczy uczyć się … przez całe życie. W tym kontekście uniwersytet powinien przygotować się na przyjęcie zupełnie nowych studentów, tj. osoby dorosłe z doświadczeniem zawodowym. Być może powinny pojawić się zupełnie nowe formy. Na przykład na niektórych polskich uniwersytetach pojawiły się Uniwersytety Otwarte. To pokazuje, w których środowiskach są zespoły innowacyjne i kreatywne, rozumiejące zachodzące zmiany w świecie. Bo jak uczyć rozumienia samemu nie rozumiejąc?

Kryzys demograficzny będzie dla polskich uniwersytetów dodatkowym impulsem do poszukiwania zmian i sensownej przebudowy kształcenia na poziomie wyższym. Paradoksalne jest to, że jakkolwiek liczba tradycyjnych studentów spada to rośnie zapotrzebowania na edukację w szerokim rozumieniu. Tak jak to, że spadła liczba dyliżansów do zera… a ludzie i tak podróżują więcej i liczniej niż dawniej. Dyliżansy nie są miernikiem mobilności we współczesnym świecie.

Przez wiele lat wydawało mi się, że mój głos to wołanie na puszczy. Coraz bardziej przekonuję się, że to jednak ja miałem rację co do koncepcji kształcenia (dużej wybieralności zajęć, indywidulanych ścieżek kształcenia, nastawienia na efekt i kompetencje społeczne, modułowej konstrukcji programu itd.). Wątpliwa to jednak satysfakcja – nie udało mi się przekonać do takich rozwiązań na moim własnym podwórku…  Przychodzą one zbyt wolno…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s