Co to jest ekosystem inwestycyjny ? Albo ekologia mediów?

10497889_598928876872214_6875096820284979704_o

Nauki biologiczne mają ogromne oddziaływanie kulturowe. Widać to w języku codziennym, widać w filozofii ale widać i w swoistych zapożyczeniach w innych naukach. W moim odczuciu nie jest to tylko powierzchowne naśladownictwo lecz coś głębszego. Nazwałbym to krokiem ku ogólnej teorii systemów i interdyscyplinarnej integracji.

Być może ekologia jest inspirująca ze względu na analizowanie wielu obiektów i wielu relacji jednocześnie. Tę złożoność dostrzegamy także w coraz to nowych dziedzinach. Dostrzegamy także wspólnotowość i kontekstowość. Niemniej zaskakują mnie odkrycia w książkach naukowych terminologii ekologicznej… w zupełnie nowym kontekście i zastosowaniu.

Bo co to jest ekosystem inwestycyjny ? Kalka słowna z nauk przyrodniczych czy inspiracja metodologiczna?

Skumulowany wzrost gospodarczy w latach 2010–2012 wyniósł ok. 10 proc., a ekosystem inwestycyjny rozwijał się m.in. dzięki przedsięwzięciom realizowanym w ramach przygotowań do Euro 2012, projektom samorządowym oraz środkom z unijnej perspektywy finansowej 2007–2013.” „Z odmienną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Rok 2013 to niski wzrost gospodarczy, klif inwestycji publicznych, który zaczął się po Euro 2012, wygasające fundusze unijne i brak dużych projektów, które byłyby kołem zamachowym aktywującym ekosystem inwestycyjny.” (Nowy sposób na inwestycje – Debata „Rz” przed Forum Ekonomicznym).

Albo książka pod tytułem „Nowa ekologia mediów”. Konwergencja a metamorfoza” Karola Jakubowicza. Od dłuższego czasu czytam te książkę. Bez wątpienia zaintrygował mnie tytuł. Czytam do poduszki. Utknąłem w drugiej połowie….

Poza gazetowymi „kolorami ekologicznymi, muzyką ekologiczną, pralniami ekologicznymi itd., pojawiają się więc ekosystemy inwestycyjne i całkiem nowe ekologie mediów. I to w poważnych książkach naukowych. Ciekawe zjawisko proszące się o dokładniejsze zbadanie.

Zgamifikowana taksonomia roślin

1654323_10204192088875796_1927600315156531452_nDobrzy ludzie sami nas znajdą. Wystarczy wyjść na rozstaje dróg. Nawet tych wirtualno-blogowo-facebookowych. Ledwie napomknąłem coś o swoich grywalizacyjnych pomysłach i próbach a już dwie przesympatyczne osoby (z Olsztyna i Gdańska) zaoferowały pomoc i podsunęły interesującą literaturę do poczytania. Grywalizacyjna i zgamifikowana przygoda się rozpoczyna.

Po inspirującej, wieczornej  lekturze w nocy wymyśliłem pomysł na zgamifikowane zajęcia z autoprezentacji w przyszłym semestrze. A budziłem się kilka razy. To przez komórkę (telefon komórkowy), która co jakiś czas piskiem żałosnym sygnalizowała, że bateria jej się rozładowuje. Po którymś razie nie wytrzymałem, wstałem i podłączyłem do prądu. Nie wiedziałem, że „proście a  będzie wam dane” odnosić się może do telefonów komórkowych… Ewentualnie moja komórka (ta telefoniczna a nie somatyczna) też brała udział w grywalizacyjnym spisku.

Mam już zarys fabuły. Wcześniejsza koncepcja zajęć okazała się bardzo łatwa do zgrywalizowania. W zasadzie była to jakaś ukryta gra, o czym sam nie wiedziałem. Ale teraz dopracuję. I będzie to Wiedzmińska wyprawa Drużyny Lasera przeciw Nudziolom. Bo bawić się będą nie tylko studenci ale i ja (a może uda mi się namówić do udziału także współpracowników?). Przecież chodzi także i o moją motywację. Żeby każde zajęcia były jak pierwsze, z tą przygodą nieznanego, odkrywczego i zaskakującego.

A odważyłem się gdy zobaczyłem pomysły na wykłady z taksonomii roślin na kierunku biologia (pomysł i realizacja prof. Joanna Mytnik-Ejsmont). Z kodami QR i mottem „Nauka jest najbardziej efektywna, kiedy sprawia radość”. Dodałbym od siebie, że jest to radość zarówno studentów jak i wykładowców. I odwagi nabrałem jeszcze bardziej, gdy dowiedziałem się, że w grywalizacje bawią się nauczyciele w szkole podstawowej.  Wielką radość sprawia także o to, że odkrywa się istnienie ludzi z dowcipem i dystansem do siebie na akademickich katedrach i uniwersyteckiej celebrze. I ludzi, którzy ocalili w sobie coś z dziecka. Jeszcze świat do końca nie zwariował, gdy zajęcia wymyśla Stara Szamanka (ale przecież nie taka znowu stara!). Edukacyjne odloty od rutynowej nudy na siedmiu poziomach. Poczucie nie-samotności dodaje skrzydeł i ochoty… do walki z korporacyjnymi Nudziolami.

Za jakiś czas zdam relację jak idą prace nad zgamifikowaniem autoprezentacji dla biotechnologów oraz seminarium dyplomowego. Jestem ciekaw czy uda się zmotywować moich studentów do większego wysiłku i odwagi próbowania nowego i nowoczesnego komunikowania wiedzy. Na razie obserwuję jak rozwija się pomysł na „naukę w puszce” czyli odkrywanie ogólnej teorii puszkowatości świata.

Grywalizacja a sprawa uniwersyteckiej punktozy

10250067_10204152504646215_6889277368622067219_nStudiuję poradnik do grywalizacji Fundacji Orange (publikacja dostępna na licencji Creative Commons – zachęcam więc do zajrzenia). Poza ciekawymi inspiracjami, które chcę wykorzystać w zajęciach dydaktycznych na moim rodzimym uniwersytecie, szukam pomysłów do opracowywanej innowacji (w ramach odbywanego stażu w małym przedsiębiorstwie). Przy porannej lekturze znalazłem kilka ciekawych zdań, odnoszących się do obecnej sytuacji na polskich uczelniach. A w szczególności do „punktozy” (nazwa sugeruje jakąś chorobę i ja się z tym zgadzam).

Grywalizacja (zwana także w polskim piśmiennictwie gryfikacją lub gamifikacją – to ostatnie to od angielskiej nazwy gamification) – wykorzystanie mechaniki gier do zachęcania ludzi, by robili rzeczy, na które zazwyczaj nie mają ochoty lub nie wiedzą, że mogą to zrobić inaczej. Grywalizację wymyślali ludzie od dawna, nie znając teorii i nazwy (tak jak w sztuce: mieszczanin nie wiedział, że mówi prozą). Zwłaszcza dla urozmaicania nudnej pracy. Grywalizacja nadaje się do edukacji (by nauka nie była nudna) jak i do motywowania ludzi do wykonywania ważnych społecznie prac. Na przykład do recyklingu czy zbierania po swoich pieskach odchodów, pozostawionych na trawniku. W państwach totalitarnych i policyjnych sięga się raczej po zastraszanie, kary i rozkazy (wierząc w ich magiczną siłę). W społeczeństwach demokratycznych  i wolnych trzeba motywować. Technika grywalizacji bazuje na przyjemności, jaka płynie z pokonywania kolejnych wyzwań, rywalizacji, współpracy. Grywalizacja pozwala zaangażować ludzi do zajęć, które są zgodne z oczekiwaniami autora projektu, nawet jeśli są one uważane za nudne lub rutynowe (dla wykonujących je ludzi). Jako metoda głęboko sięga w różnorodne teorie psychologiczne i pedagogiczne. Bo to nie tylko reguły postępowania w wymyślaniu grywalizacji ale i podbudowa teoretyczna, pozwalająca poznać mechanizmy działania ludzi w różnych sytuacjach.

Zatem przechodzę do ciekawego fragmentu z podręcznika do grywalizacji:

„Większości ludzi grywalizacja kojarzy się intuicyjnie z przydzielaniem punktów za różne aktywności. Również projektanci mają skłonności do opierania o nie systemów grywalizacji. Tymczasem jak mówi nauka o motywacji – wykorzystanie nagród do zwiększania zaangażowania jest jednym z najsłabszych i najmniej trwałych bodźców. Owszem, sprawdzają się jako skutecznie motywujący czynnik, ale tylko w określonych warunkach – kiedy są uzupełnieniem dla innych bodźców zwiększających zaangażowanie lub kiedy motywują do wykonywania algorytmicznych czynności, w trakcie których nie ma miejsca na kreatywność lub inwencję graczy.” (wyróżnienia S.Cz.)

W życiu codziennym podobnie fetyszyzujemy nagrody pieniężne. Pieniądze są takimi uniwersalnymi punktami, które mają motywować.Czasem rzeczywiście motywują, czasem nie (powyższy cytat wyjaśnia dlaczego). Czasem takie behawiorystyczne podejście prowadzi do znaczących patologii i wypaczeń. W szkole takimi punktami są oceny, plusy, słoneczka i cyfrowe punkty. Punkty w szkole i oceny kształtują kujonów. Nie zrobią nic, co nie przekłada się na punkty. A później na pieniądze. A my staramy się opunktować wszystko. Oceny, punkty, pieniądze wspomagają. Jeśli stają się wyłącznym lub głównym mechanizmem motywacyjnym, to doprowadzają do wypaczeń społecznych, zarówno w edukacji jak i w życiu społecznym.

Uniwersytety też przeżywają modę na punkty – mają zmotywować do pracy. Istna punktoza. Coś, co było miernikiem (uzupełniającym, dodatkowym) skuteczności publikowania, stało się miernikiem wartości naukowej. Już nie tylko cyfrowy (z założenia ułomny i ograniczony) miernik bibliometryczny do publikacji (cytowalności) – z informacją dla bibliotek, które czasopisma kupować przy ograniczonym budżecie (tak to jest, jak bez pełnego zrozumienia używa się narzędzia zaprojektowanych do zupełnie innej rzeczy). Na punkty przekładamy każdą działalność uniwersytecką, dodatkowo  uzależniając nie tylko awans zawodowy i procedury nadawania stopni i tytułów naukowych, ale i pensje. Jesteśmy punktowo oceniani co roku. W intencji punktowych lobbystów ma to podnieść wydajność polskiej nauki. Pobieżna obserwacja wskazuje jednak na narastanie różnorodnych patologii (plagiaty, dopisywanie do publikacji, mnożenie współautorów itd. Trudno ocenić skalę tych wypaczeń. Nie wiadomo czy ich jest więcej, mniej czy tyle samo co dawniej. To trzeba byłoby starannie zmierzyć i policzyć. Na pewno przyrost widoczny w polskiej nauce widoczny jest… w puntach i wskaźnikach. Czy przełoży się to na rzeczywisty wpływ na naukę światową (też przezywa punktozę i też ta punktoza jest coraz mocniej kontestowana) i na postęp cywilizacyjny? Wątpliwe. Bo na to wskazują badania nauk o motywacji. Punkty motywują „do wykonywania algorytmicznych czynności, w trakcie których nie ma miejsca na kreatywność lub inwencję.” Nauka opiera się natomiast na kreatywności i innowacyjności. O wiele bardziej motywuje ciekawość, poczucie spełnienia i misja społeczna.

Efektem uniwersyteckiej punktozy będzie raczej spadek kreatywności i inwencji badawczej. Dla kujonów nauka jako proces dochodzenia do prawdy jest nudna. Wytrenowani są do zdobywania punktów a nie zaspokajania ciekawości i rozwiązywania problemów (zwłaszcza wymagających długotrwałego wysiłku). Jak na razie punktoza na polskich uniwersytetach rozwija się w najlepsze. Najgorsze jeszcze przed nami. Mimo, że czasem jakieś dziecko krzyknie, że król jest nagi, dworski orszak idzie dalej i śpiewa pieśni pochwalne  nowych szatach króla.

ps. punktoza to uboczny efekt skrajnej specjalizacji. Ekspert (profesor lub inaczej utytułowany) z fizyki, chemii, biotechnologii, geodezji uważa się za eksperta od motywowania i procesów społecznych. Gdzieś brakuje samokrytyki i samoograniczania… Stanowiska kadry zarządzającej powierzamy ekspertom… od nauk w danym instytucie, a więc historykom, polonistom, zoologom, geofizykom itd.

Czego szuka entomolog w Ogrodach Zdrowia?

Fot._A.Skrago

Chciałbym podziękować Pani Zofii Wojciechowskiej za zaproszenie do udziału w pierwszej edycji Horti Festiwalu w Mrągowie (29 września 2014 r.) – mieście festiwalowym. Pierwsza edycja to jeszcze niewielkie przedsięwzięcie – ale nawet daleka podróż rozpoczyna się od małych kroków. Idea tego festiwalu ma duży potencjał i jest potrzebna naszemu regionowi, gdyż znakomicie wpisuje się w koncepcję rozwoju z wykorzystaniem zarówno turystyki jak i promocji zdrowia i zdrowego stylu życia. Ogrody zdrowia to dobre nawiązanie do dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego regionu, które warto rozwijać na Warmii i Mazurach. To jest pierwszy, instytucjonalny, powód mojej obecności na tym festiwalu. Chciałbym jednocześnie zapewnić, że Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym włączy się w rozwijanie i promowanie tej pięknej i praktycznej idei Ogrodów Zdrowia. Postaramy się, w miarę naszych możliwości, zaangażować potencjał uniwersytetu w rozwój Festiwalu.

Można oczywiście zadać pytanie co w seminarium poświęconym ogrodom robi ekolog i entomolog, specjalizujący się w owadach wodnych. Tam gdzie są rośliny są i owady. Ogrody są swoistymi ekosystemami antropogenicznymi, ważnymi dla ochrony zagrożonej różnorodności biologicznej. I mam na myśli nie tylko różnorodne odmiany roślin ozdobnych (w tym stare odmiany roślin użytkowych). Ochrona dziedzictwa i bioróżnorodności odnosi się także do roślin dzikich i tak zwanych chwastów. Są to gatunki zagrożone wyginięciem w agrocenozach, ze względu na inny sposób uprawy (inne maszyny i sposoby uprawy, chemizacja i środki ochrony roślin, brak wypasu itd.). Gatunki te mogą przetrwać właśnie w ogrodach, traktowanych jako swoiste banki genów. Wraz ze zmieniającą się świadomością przyrodniczą coraz więcej osób zaczyna uprawiać „chwasty” polne w ogródkach, ciesząc się nie tylko bogactwem barw i zapachów ale wartością przyrodniczą i unikalnością wielu gatunków.

Ogrody właściwie utrzymane to także miejsce życia wielu owadów, a zwłaszcza owadów zapylających, w tym dzikich pszczołowatych. Te gatunki w zmieniającym się środowisku także są zagrożone. Dlatego w ramach różnorodnych działań zaczynają się pojawiać, zwłaszcza w ogrodach miejskich, „domki dla biedronek” i „hotele dla pszczół”, powstają motylarnie i łąki (ogrody) dla owadów. To zupełnie nowe spojrzenie na ogrody, nie tylko jako miejsce radości dla ludzi ale jako miejsce ochrony dziedzictwa przyrodniczego i swoista funkcja usług ekosystemowych. W takich ogrodach pojawiają się także małe oczka wodne i stawy przydomowe. Są to ważne siedliska życia dla płazów jak i owadów wodnych. W niektórych regionach antropogeniczne zbiorniki wodne są niezwykle ważne dla przetrwania wielu gatunków owadów wodnych (np. ważki, chrząszcze wodne, chruściki), gdyż pierwotne siedliska w zbiornikach naturalnych (jeziora, stawy naturalne, oczka polodowcowe) ulegają zniszczeniu (wysychanie, eutrofizacja, zasypywanie śmieciami) i znikają z krajobrazu. W tym kontekście ogrody są ogrodami zdrowia … dla ekosystemów.

Ale jest jeszcze jeden powód mojej obecności na festiwalu, bardzo osobisty. Wykonuję trudny zawód, w którym nie za bardzo widać efekty pracy. Przez wiele miesięcy pracuję w terenie, zbieram dane, liczę owady, oznaczam gatunki, potem analizuję i piszę publikacje. Na efekt końcowy trzeba czekać bardzo długo (wiele miesięcy lub nawet lat). A to jest frustrujące i grozi szybkim wypaleniem zawodowym. Inaczej jest z pracą w ogrodzie – niektóre efekty widoczne są od razu: skopane grządki, zasadzone rośliny, przycięte żywopłoty. Moim ogrodem jest jedynie skrzynka na balkonie i trawnik przed domem.

Dla mnie relaksem jest malowanie na szkle. Nauczyłem się tej techniki od nauczycielki pracującej w szkole przy szpitalu psychiatrycznym. Od samego początku malowanie na szkle było dla mnie aktywnością społeczną (pomijając momenty samotnego i relaksującego malowania w domu). Malowanie na szkle daje mi więc relaks i angażuje prawą półkulę (to równowaga dla mózgu) i ma wymiar społeczny. Jest więc swoistą arteterapią indywidualną oraz społeczną (w formie warsztatów z dorosłymi lub dziećmi). A jako biolog maluję prawie wyłącznie lokalną bioróżnorodność: rośliny, owady, pajęczaki, mięczaki. Motywy malarskie nawiązują więc do ogrodów.

W otaczającej rzeczywistości przyrodniczej dostrzegam nie tylko zależności przyczynowo-skutkowe, prawidłowości i obiekty badawcze, ale także piękno. Motywem malowania jest chęć czynienia świata piękniejszym, nawet jeśli to piękno jest ulotne. Podstawowym surowcem są odpady cywilizacji nadmiernej i szybkiej konsumpcji – szklane butelki i słoiki (zbędne opakowania). Butelki i słoiki zbieram w dzikich zakątkach przyrody Warmii i Mazur, w litoralu jezior, na brzegu rzek, w lasach i przydrożnych wiejskich drogach. Tam są szpecącymi odpadami i pułapkami, w których giną owady (łatwo wejść do butelki, trudno wyjść). Zebranym śmieciom – poprzez ich pomalowanie – nadaję nową wartość. Jest to filozoficzny podtekst nadawania rzeczom zbędnym, także i ludziom wykluczonym, spisanym na straty, zapomnianym, nowej ważności i wartości. Nie ma rzeczy zbędnych tak jak nie ma ludzi zbędnych – trzeba tylko spojrzeć inaczej i dostrzec tę wartość. Jest to nieco inne spojrzenie na ogrody zdrowia.

Moje malowanie, jako recykling rzeczy i znaczeń, to promocja postaw przyjaznych środowisku i ludziom. Malowanie butelek jest jak nauka – ma służyć ulepszaniu świata. Jest dla mnie jak chasydzka przypowieść, by za pomocą drobiazgu, jaką jest przywrócona do życia butelka, opowiedzieć o rzeczach ważnych i większych – za pomocą części pokazać całość. Bo o konkretnych gatunkach roślin i owadów można długo opowiadać. Ku mojemu zaskoczeniu pani Zofia Wojciechowska już wykorzystała moje malowane bioróżnorodnością słoiczki, jako specyficzne „lalki” do pracy z dziećmi i opowieści o mazurskiej łące.

Lubię malować z ludźmi w przestrzeni publicznej, by wspólnie odzyskiwać ją dla społecznego życia. Nauka jest ważną częścią kultury. Wyjaśnianie złożonej rzeczywistości wymaga wytrwałości. Malowanie na szkle także. Ludzie dzielą się wiedzą (ale i sztuką, miłością) nie tylko ze względu na korzyści finansowe, lecz coraz częściej po to, żeby uczynić świat miejscem lepszym do życia. Swoisty trend dzielenia się (ang. sharing economy/collaborative consumption – ekonomia dzielenia się) obserwowany jest zarówno w sieci (zwłaszcza w mediach społecznościowych czy dziennikarstwie obywatelskim), jak i w świecie realnym (np. bookcrossing). Dzielenie się jest również podstawowym elementem nauki: jej postęp i rozwój ściśle związany jest z wymianą informacji, spostrzeżeń, wyników badań. Rozdaję swoje butelki ludziom i instytucjom by przeciwdziałać wykluczeniu i rozmyślać nad nowym urządzeniem cywilizacji, nową odpowiedzią jak żyć. Na co dzień. Sztuka jest polem działania dla intuicji. Nauka jest polem działania racjonalności. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów. W wymiarze osobistym malowanie jest relaksem i wyjściem z wąskich ram życia zawodowego.

Ogrody zdrowia leczą pracą i wysiłkiem fizycznym. W tym drugim procesie wydzielają się w naszym mózgu endorfiny, co daje mam poczucie radości i szczęścia. Rośliny to olbrzymie fabryki najróżniejszych związków chemicznych od dawna wykorzystywanych w medycynie. Zostało jeszcze wiele do odkrycia jak te związki wpływają na nasz metabolizm i w konsekwencji na zdrowie. Przebywanie w ogrodzie to także kontakt z substancjami lotnymi, które wdychamy. Są to bez wątpienia wrażenia estetyczne, związane z odczuwanie zapachów. Ale te związki lotne to także związki biologicznie czynne, np. fitoncydy unieszkodliwiające wiele mikrooganizmów (bakterie i grzyby). Ogrody leczą tak jak i inne zbiorowiska roślinne (np. las). Współczesna medycyna nie tylko poznaje skutki ale – tak jak biologia molekularna – próbuje precyzyjnie rozpoznać mechanizm tego oddziaływania.

I jeszcze kilka słów w kontekście drugiego elementu Horti Festiwalu – cukrzycy. Na człowieka można spojrzeć jako na złożony ekosystem. Na skutek różnych błędów genetyczny pojawiają się braki w szlakach metabolicznych. Przykładem jest witamina C, które nasz organizm nie potrafi syntetyzować (ale inne zwierzęta potrafią, np. szczury). W zasadzie oznaczałoby to śmierć, ale człowiek pozyskuje ten ważny metabolicznie związek z pokarmu. Własne więc niedoskonałości naprawia poprzez relacje z innymi gatunkami (w tym przypadku zależność troficzna). Inne defektem jest cukrzyca, gdy organizm traci zdolność do endogennego wytwarzania insuliny. Ten fizjologiczny deficyt staramy się zrekompensować dostarczaniem insuliny z zewnątrz. Ale także staramy się wykorzystać inne gatunki organizmów żywych (np. modyfikowane genetycznie), w ten sposób próbujemy „naprawić” naturę. Na przestrzeni lat obserwujemy duży postęp w leczeniu cukrzycy z coraz wygodniejszym dla pacjenta podawaniem insuliny. Marzeniem byłoby skonstruować w laboratorium mikroorganizmy, która na stałe osiedliłyby się w naszym organizmie i dostarczały organizmowi niezbędnej insuliny (jak probiotyki wydzielane do gleby). To na razie wyzwanie przyszłości. Już teraz jednak dostrzegamy potencjał genetyczny i metaboliczny mikroorganizmów, żyjących w naszym przewodzie pokarmowych, na skórze i w innych tkankach. Wiemy, że jesteśmy złożonym ekosystemem, niczym ogrodem z wieloma współbytującymi gatunkami. I że nasze zdrowie zależy od obecności konkretnych mikroorganizmów w najbliższym naszym otoczeniu.

Mrągowo jako miasto festiwalowe jest dobrym miejscem dla rozwoju Hori Festiwalu. Ogrody zdrowia to zdrowie człowieka (psychiczne i fizyczne) i zdrowie ekosystemu. Uniwersyteckie Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym z wielką przyjemnością wspierać będzie w przyszłości tę cenną inicjatywę.

zdjęcie u góry: moje malowanki jako pomoc dydaktyczna, w czasie Horti Festiwalu, fot. A. Skrago, Radio Olsztyn (http://ro.com.pl/horiterapia-czyli-ogrody-ktore-lecza/01158170)

Nie cytują? I całe szczęście.

chrusiki_z_ostoiJak tu się cieszyć, gdy ktoś nie cytuje mojej pracy (publikacji)? Wbrew logice? Jakiś czas temu koleżanka z Lublina podesłała mi publikację z ewidentnymi zapożyczeniami z mojej chruścikowej publikacji. Jak przeczytałem, to nawet się ucieszyłem, że brak cytowania. W zasadzie naukowcom (i pisarzom) bardzo zależy na cytowaniu (powoływaniu się na) ich prac. Bo to jakiś dowód, że własna praca ma sens, że komuś się przydaje, że wywołuje rezonans intelektualny. Ba, cytowanie jest obecnie miarą wartości naukowej i ujęte jest w różnego typu komputerowe algorytmy, indeks Hirsza i temu podobne wynalazki bibliometryczne. Ba, nawet wysokość pensji od tego zależy.Dlatego naukowcy – niczym karkonoski Liczyrzepa – starannie liczą, wpisują do baz danych i pilnują. Czasem forma przerasta treść, ale „takie czasy, panie, takie czasy”….

Wróćmy do nieoznaczonego cytatu. W zamieszczonym fragmencie z publikacji wydanej z pieniędzy Unii Europejskiej bez trudu rozpoznałem daleko idące zapożyczenia  z mojego opracowania. Fakty naukowe nie są objęte prawem autorskim ale trzeba podawać źródło informacji (cytować). Łatwo rozpoznałem zarówno niektóre sformułowania jak i podane liczby (we wcześniejszych publikacja ich nie było – zapożyczenia i plagiaty można rozpoznać i bez komputera). Kłopot tylko taki, że zaczerpnięto informacje niezbyt starannie i pojawiło się sporo błędów. I właśnie z powodu tych błędów cieszę się, że nie zacytowano mojej oryginalnej pracy (klucza do oznaczania larw) jak i nie podano nazwiska. Zanim bym się wytłumaczył, że to nie ja wprowadziłem te błędu, sporo by czasu upłynęło.

Przytaczam ten fragment:

„Przystanek 2 Współrzędne: N49°30’40,79″; E20°11’55,22” Temat: Wodoochronna i gleboochronna funkcja lasów, Chruściki (….). Chruściki (Trichoptera) – dla naukowców do poł XX wieku „chróściki”, regionalnie nazywane kłódkami (od kłoda, mała kłódka), klajdukami, obszywkami – to włoskoskrzydłe owady spokrewnione z motylami. W Polsce liczbę Chruścików szacuje się na 300 gatunków, w Europie zaś ponad 900, a na całym świecie opisano ponad 11 tysięcy gatunków, co nie oznacza że jest to liczba zamknięta. Istnieją przypuszczenia, że współcześnie na Ziemi może występować nawet do 50 tysięcy gatunków chróścików. Chruściki podobnie jak raki czy porosty, są niezwykle istotne w bioindykacji czyli procesie badania reakcji organizmów żywych na zmiany stanu środowiska. Badania głównie dotyczą poziomu zanieczyszczeń, a w przypadku chruścika bioindykatorem są larwy żyjące w górskich potokach. Ciekawostka : 11.12 ogłoszono dniem Chruścika Ciekawostka: Trichopterologia – to dział entomologii zajmujący się wyłącznie Chruścikami . W Polsce istnieje ok. 350 aktywnych trichopterologów.”

Nie wiem kto jest autorem tego „dzieła” (chyba szkodliwego bo w części wprowadza fałszywe informacje) ale kilka drobnych spraw wymaga sprostowania. Chruściki obecnie piszemy przez u otwarte a nie ó kreskowane. Ponadto tak jak inne polskie nazwy gatunkowe piszemy mała litera (chruściki a nie „Chruściki”). W Polsce aktywnych jest około pięciu trichopterologów. Liczba 350 w mojej publikacji odnosiła się do trichopterologów na całym świecie. A że moja publikacja ma już kilka dobrych lat to liczba znanych i opisanych gatunków chruścików na całym świecie przekroczyła już liczbę 13 tysięcy gatunków. Podobnie jest z liczbą gatunków znanych z Europy. Jest ich sporo więcej niz 900. Co do liczby gatunków w Polsce to można podać bardziej precyzyjną liczbę – około 280. Wiemy po prostu więcej niż dawniej. I jeszcze jeden typowy błąd „w przypadku chruścika bioindykatorem są larwy żyjące w górskich potokach” . Jakiego chruścika? Dlaczego liczba pojedyncza? Powinno być „w przypadku chruścików” – bo dotyczy wielu gatunków a nie jednego czy nawet jednego osobnika.

No cóż, nie wszystko co napisano i wydrukowano ma bezdyskusyjną wartość. Najlepiej weryfikować różne źródła. Żyjemy  w czasach nadmiaru źródeł, wręcz hałasu informacji. Trzeba umieć więc odróżnić ziarno od plew by wyrobić swoje, samodzielne zdanie na dowolny temat.

A na koniec jeszcze pierwsza strona tegoż opracowania. Skoro ja znalazłem błędy przy chruścikach to możliwe że naukowych „baboli” jest tam więcej.

OstojaGorczanska_Strona_1

Dlaczego chruściki są potrzebne światu?

10606184_10204152473445435_1053726848173522273_nNa zaproszenie pani Ewy Romanow-Pękal z kwidzyńskiego Stowarzyszenia Eko-Inicjatywa (www.ekokwidzyn.pl) uczestniczyłem w spotkaniu edukatorów, którzy pracują nad publikacją – zbiorem scenariuszy zajęć z zakresu szeroko pojętej edukacji ekologicznej. Szukali osoby, która zainspirowałaby edukatorów do innowacyjnego, niestandardowego i twórczego spojrzenia na edukację przyrodniczą/ekologiczną. Wstępnie pani Ewa Romanow-Pękal zaproponowała mi wykład oraz zajęcia warsztatowe pt. Dlaczego chruściki są potrzebne światu? Spodobało mi się takie prowokacyjne podejście i z radością podjąłem się tego wyzwania. I przypomniały mi się refleksje z sierpniowej konferencji w Centrum Nauki Kopernik „Pokazać – Przekazać” oraz dyskusji panelowej „Naukowa podróż – czyli o przenikaniu przez ściany klas”.

Spotkanie odbyło się w uroczym w Młynie Klekotki, niedaleko Morąga. Ale najpierw kilka słów ogólnego wprowadzenia. Redukcjonizm i fragmentacja wiedzy zaowocowały ogromnym postępem cywilizacyjnym, ale i wielością coraz bardziej szczegółowych i wąskich dyscyplin (rosnąca specjalizacja: biologia, zoologia, entomologia, trichopterologia). W szkole wydzielono osobne przedmioty. Ale pojawia się problem jak integrować tę poszufladkowaną wiedzę. Od dawna środowiska nauczycielskie wskazują na niedomagania syntezy i ponownego składania w całość. Bo świat wokół nas jest spójną całością (mechanizmem).

A skoro świat jest spójną całością, to można za pomocą chruścików opowiedzieć o całym świecie i prawach przyrody. Dlatego chruściki są potrzebne światu. Ale ta grupa owadów wodnych jest tylko przykładem. Równie dobrze można to zrobić za pomocą dowolnej grupy organizmów czy zjawisk przyrodniczych. Nauka jest jak hologram, w każdym okruchu widać całość, choć niewyraźnie. Im więcej tych kawałków, tym wyraźniejszy obraz całości. Edukacja to mnożenie doświadczeń i przykładów by coraz wyraźniej i pełniej widzieć obraz całości. Spotkanie w Młynie Klekotki było bardzo inspirujące dla mnie, wydobyło wcześniejsze refleksje i przemyślenia oraz dostarczyło nowych pomysłów. Odświeżyłem ponadto znajomość języka rosyjskiego. I poznałem urokliwe miejsce.

W dyskusji sporo miejsca poświęciłem edukacji pozaformalnej. Być może różnego typu centra nauki, zielone szkoły oraz przewoźne eksperymentatoria będą sensownym i systemowym wsparciem powszechnej edukacji. Przynajmniej w odniesieniu do nauk przyrodniczych. Ale wróćmy do dnia codziennego w oświacie. Ostatnia reforma jest jedną z prób wychodzenia z przerostu analizy nad syntezą wiedzy: wydzielono w ramach gimnazjum przyrodę, integrującą dziedziny nauk ścisłych (chemię, fizykę, biologię, geografię). Niemniej nauczyciele mocno podkreślają niezadowolenie z braku korelacji międzyprzedmiotowej. U polskich uczniów wiedza jest mocno poszufladkowana i nie rzadkie jest zdziwienie ucznia, że te same pojęcia, zjawiska opisywane są przez fizykę i chemię lub biologię. To poszufladkowanie wiedzy widoczne jest także na uniwersytetach. Tę specjalizację widać także w sposobie uczenia przyrody (gimnazjum), bo łatwo poznać po wiedzy ucznia (zasób informacji i sposób myślenia), czy ten przedmiot nauczał geograf, biolog, fizyk czy chemik. Tak mówią nauczyciele. I chyba wiedzą co mówią. Jest to bezwład przeszłości, bo na studiach ci nauczyciele studiowali bądź fizykę, bądź chemię, biologię bądź geografię. Nawet po wielu latach trudno im jest odejść od dyscyplinowego poszufladkowania wiedzy (pomijając niesymetryczność posiadanej wiedzy i konieczność uzupełniania). W czasie spotkania w Klekotkach wielokrotnie padały postulaty by wprowadzić obowiązkowe kształcenie ekologiczne dla studentów innych kierunków. Bo potem absolwenci wchodzą na rynek pracy i nie bardzo rozumieją zależności w przyrodzie: projektują niefunkcjonalne drogi i miasta, projektują złe urządzenia.

Nauczyciele wyedukowani w starym systemie muszą inaczej kształcić swoich uczniów. I to jest swoista bariera a przynajmniej trudność. Na domiar złego zrezygnowano z kształcenia nauczycielskiego – nie ma już kierunków pedagogicznych na biologii, fizyce, chemii – są tylko kursy pedagogiczne dla chętnych (na dodatek odpłatne). Instytucjonalnie nie przykładamy wagi do kształcenia kadr nauczycielskich. Wydaje się, że każdy może być nauczycielem. Skutki widać w przeciętnej szkole, powszechnym narzekaniu i nieufności co do systemu edukacji. W Warszawie i innych dużych miastach wyrazem tej nieufności jest rozwój nauczania domowego (tak jak dawniej, z udziałem guwernantek). Na dodatek nauczyciele są coraz bardziej ubezwłasnowolnieni, niesamodzielni – mają tylko realizować odgórny program i podręczniki. Jak robotnik przy taśmie fabrycznej. Ale tak to można tylko uczyć wiadomości nie zaś rozumienia. Przekazujemy naukę jako produkt a nie proces. A powinno być odwrotnie.

Trudność w szybkiej syntezie zaobserwować można na wszelkich konferencjach naukowych czy dyskusjach panelowych: dobrze analizujemy (czepiamy się szczegółów), słabiej syntetyzujemy czy uogólniamy, słabiej znajdujemy ogólne podobieństwa między jednostkowymi zjawiskami, informacjami. Nie potrafimy znaleźć wspólnych elementów i zawzięcie się kłócimy, obstając przy swoich koncepcjach i nie potrafimy znaleźć kompromisu. Przy braku czasu na uporządkowanie i przemyślenie pojawiają się kłopoty z szybkim podsumowaniem dyskusji w grupach, zarówno z utrzymaniem czasu wyznaczonego na relację i podsumowanie jak i samodyscypliny w klarownym myśleniu. Zamiast podsumowania tego, co się rzeczywiście wydarzyło, paneliści wygłaszają z góry i wcześniej przygotowane mądre myśli. Bo boją się, że nie potrafią dokonać syntezy. A żeby ładnie i mądrze wyglądało, to się wcześniej przygotowują. Przynoszą gotowce… tak jak uczeń na klasówkę.

Jest to dobre zilustrowanie problemu, z jakim szkoła musi się zmierzyć. Przecież dyskutanci (nauczyciele, edukatorzy, naukowcy itd.) wyrośli w starym systemie, nastawionym głównie na analizę i redukcjonizm, w systemie klasowo-lekcyjnym. Na dodatek w systemie korporacyjnej rywalizacji i uczenia się dla ocen. Często z podsumowaniami lepiej radzą sobie popularyzatorzy niż rasowi naukowcy. Kompetencje, nabyte w pracy we współczesnych mediach, okazują się bardzo przydatne do szybkiej i czasowo poprawnej syntezy dyskusji w grupie (zwłaszcza, gdy któś pracuje w radiu lub telewizji i przyzwyczajony jest do bezwzględnego rygoru czasowego). Wskazuje to na potrzebę integrowania różnych kompetencji, nie tylko integrowanie różnych dziedzin nauk ścisłych (fizyka, matematyka, biologia, chemia, geografia) ale także integrowania kompetencji twardych (wiedza faktograficzna) z umiejętnościami komunikacji i pracy zespołowej (kompetencje miękkie). Nawet wśród naukowców widoczne są braki w umiejętności adekwatnej do sytuacji i odbiorców komunikacji. Potrafią zazwyczaj operować jedynie swoim, żargonowym językiem, adresowanym do innych specjalistów tej samej dyscypliny naukowej.

10703663_10204152503766193_1749510943906405715_nMetoda projektu częściej stosowana w praktyce szkolnej (ale i na uniwersytecie!) wydaje się dobrym narzędziem w przedmiotach przyrodniczych, niejako jest naturalna dla tych dziedzin (obserwacja i eksperyment, wdrażanie do nauki jako procesu poznawczego). Metoda projektu (w świecie akademickim jest modna pod nazwą PBL) może dobrze integrować także i inne kompetencje poprzez ćwiczenie „opowiadania, relacjonowania” różnym odbiorcom. Nie tylko rozwiązywanie testów (w tym testów kompetencyjnych), czy pisanie prac klasowych, ale także pisanie raportów, sprawozdań, wystąpienia ustne, blogi itd. – czyli różne formy komunikacji w nowych mediach (w tym formy krótkie, wymagające zwięzłych podsumować i krótkich komunikatów), ze zróżnicowanym odbiorcą a nie tylko nauczycielem (oceniającym sędzią). Blogi i relacje na mini konferencjach czy piknikach naukowych, olimpiadach, konkursach mogą takie kompetencje skutecznie rozwijać. Wystarczy tylko tworzyć sprzyjające okoliczności.

Korzystając z szerokiego, pozauniwersyteckiego doświadczenia staram się coraz mocniej wdrażać swoich studentów do tych „dziwacznych” form wypowiedzi: krótkie eseje na blogu, Facebooku, opracowanie notatki prasowej jako uzupełnienie standardowych raportów (sprawozdań) z ćwiczeń itd. Bo wiem, że jest to niezwykle potrzebne. W czasopismach branżowych a nawet naukowych coraz więcej jest np. infografik. Chciałbym, aby moi studenci potrafili posługiwać się także i takimi formami wypowiedzi, zwłaszcza wypowiedzi syntetycznych. Nie ma więc pytania czy integrować ale jak integrować… pofragmentowaną i izolowaną w mentalnych szufladach wiedzę. I nie tylko raz, ale i wielokrotnie: spirala nieustannych procesów od ogółu do szczegółu (analiza) i od szczegółu do ogółu (synteza). Na każdym poziomie kształcenia. Mimo różnych niedostatków systemowych i ograniczeń w danej szkole, zawsze jest jakaś możliwość integrowania. Nie trzeba więc czekać na rewolucje i dekonstrucje obecnego systemu, można działać od zaraz w konkretnym miejscu. Tu i teraz. W szkolnej edukacji integrowanie wiedzy powinno następować wielokrotnie, jak wchodzenie po spiralnych schodach, coraz wyżej, ale ciągle pozornie pojawianie się w tym samym miejscu (ale zawsze coraz wyżej). To nie jest ta sama analiza (bo coraz dokładniej) ani ta sama synteza. Wiedza nie jest sumą informacji ale ma postać całościowego, spójnego, koherentnego systemu. Edukacja polega między innymi na kolejnych dezintegracjach pozytywnych – rearanżacji i budowaniu nowego systemu wiedzy (indywidualnego) z wykorzystaniem starych faktów i informacji, ale w nieco innych relacjach i konfiguracjach.

Proces ważniejszy jest niż produkt. Tak jak wędka (i umiejętność łowienia) zamiast ryby. Dlatego wpis ten ukazuje się w tym samym czasie, gdy mam wykład dla studentów biotechnologii. Pisanie na blogu traktuję także jako miniwykłady w ramach edukacji pozaformalnej.

Więcej zdjęć z Młynu Klekotki i warsztatów dla edukatorów.

P.s. A dlaczego chruściki potrzebne są światu? By poznać i zrozumieć otaczającą nas przyrodę … i siebie samych, by się zachwycać pięknem natury i by o tym opowiadać.

Metoda projektu czyli podziękujmy dobrym nauczycielom za ich mozolną pracę

10675529_10204152490685866_779907861717134786_nNa naukę można spojrzeć jako na proces lub jako na produkt. Proces to poszukiwanie czegoś nowego, to opowieść, uczenie odkrywania. Produkt to fakty w podręczniku. Do tego ostatniego sprowadza się zazwyczaj edukację, niestety nawet i na uniwersytetach. To próba skopiowania i indywidualnego wyposażenia absolwenta w podręczną encyklopedię (niezbędnik inteligenta, inżyniera, magistra). Kłopot tylko taki, że tej wiedzy jest zbyt dużo (nie zmieści się w indywidualnej głowie, nawet ta z wąskiej dyscypliny) oraz jest znacząco łatwy dostęp z dowolnego miejsca do światowego repozytorium wiedzy. Zatem znacznie ważniejsze jest uczyć planowania i wykonywania eksperymentów, myślenia niż zapamiętywania faktów.

Dlaczego uczniowie nienawidzą szkoły i nienawidzą myślenia? Przecież uczenie się samo w sobie jest przyjemne. Uczenie się w sensie odkrywania, poznawania a nie w sensie zakuwania. Oczywiście, nic co dobre nie przychodzi łatwo, potrzeba wysiłku.

W zakresie edukacji ważne jest pytanie: współpraca czy rywalizacja w klasie? Zapewne ważne jest i jedno i drugie. Kłopot tylko taki, że uczymy rywalizacji i nic więcej. Bo praca w grupach nie jest pracą zespołową. Preferujemy w systemie edukacji egoistów i kujonów, od przedszkola aż po studia doktoranckie. Korporatyzacja życia we wszystkich wymiarach nie powinna więc dziwić.

Dobrym rozwiązaniem są różnego typu projekty pozaszkolne. Umożliwiają nie tylko pracę zespołową ale także integracją międzypokoleniową. Bo przecież w normalnym, pozaszkolnym świecie żyjemy nie w jednowiekowych klasach ale zróżnicowanym także i wiekowo społeczeństwie. Od dawna staram się realizować jak najwięcej zajęć ze studentami metodą projektu, skupiając się na nauce jako procesie a nie produkcie. Od razu pojawiają się kłopoty z ocenianiem. Bo muszę stawiać oceny cyfrowe a nie opisowe (a czy lekarz stawia nam diagnozy indywidualne czy stawia cyfrowe? Co byśmy z informacji, że zdrowie mamy na 4 zrozumieli i potrafili zastosować?). Encyklopedyczną i faktograficzna wiedzę bardzo łatwo oceniać – przymierzając odpowiedzi (ustne czy pisemne) do ”wzorca z Sevres” czyli wiedzy egzaminatora – Pan Bóg wie wszystko ale wykładowca akademicki wie lepiej). A jak oceniać indywidualnie na miarę możliwości i wysiłku pojedynczego studenta? Gdy zależy nam na rozwoju każdej osoby a nie osiąganiu górnych stanów wiedzy? I jak oceniać rozumienie procesu metodologii naukowej? Jak oceniać umiejętności pracy zespołowej lub kompetencje miękkie? Ocena opisowa, zindywidualizowana miałaby sens… tyle tylko, że na uniwersytetach jej nie ma. W indeksie lub USOSie musi być cyfra. A system komputerowy pozwala tylko na wybierania „pól wyboru” – czyli nic, niestandardowego nie jest możliwe.

Postęp cywilizacyjny wynika z ciężkiej pracy zespołowej, w lokalnej i globalnej skali. Klasa to zamrożenie ról i pozycji społecznych. Podobnie z grupami zajęciowymi na studiach. W praktyce szkolnej i uniwersyteckiej lepiej więc tworzyć krótkotrwałe grupy i zespoły zadaniowe. A to możliwe jest w czasie realizacji dowolnego projektu.

Szkolni olimpijczycy i laureaci konkursów są narzędziem w indywidualnej karierze nauczycieli, nierzadko zaspokajają ich egoizm. Podobnie na studiach: prymusi są łakomym kąskiem dla wykładowców i promotorów – bo można się nimi chwalić w indywidualnej karierze. Jest to instrumentalne, przedmiotowe traktowanie studentów. To jest korporacyjna rywalizacja a nie misja szkoły czy uniwersytetu (cele wspólnoty są mniej ważne od celów osobistych). Powszechna staje się nauka dla ocen, nawet na studiach doktoranckich. I to mnie przeraża. Ale ta nauka dla ocen, punktów itd. jest efekt rywalizacji. Oceniamy egoizm, indywidualizm a trudno oceniać współpracę, bo jak? Oceny? Pochwały? Dyplomy i wyróżnienie? Inna forma oceniania bo i inne kompetencje.

Nauczyciele traktujący uczniów i studentów podmiotowo skazani są na brak sukcesów. Ich wysiłki najczęściej nie są widoczne w systemie nagród i ocen. Muszą mieć silną motywację i silny charakter. Muszą czerpać potwierdzenie sensu swoich działań z systemu pozaszkolnego. A że w edukacji prawdziwe efekty widoczne są dopiero po latach, to narażeni są na zwątpienie, frustrację i wypalenie zawodowe. W projekcie również ewaluacja i „ocena” wynika z silnej motywacji oraz umiejętności odczytywania sygnałów ze społecznego otoczenia. Trzeba samemu dostrzec swoją rzeczywistą pracę i wysiłek, swoje sukcesy i porażki w pracy zespołowej. Projekt dąży do celu. Nagrodą, dającą satysfakcję, jest osiągnięcie celu a nie ocena w dzienniku czy indeksie.

Piję… i jestem z tego dumny!

20141006_163655Piję wodę z kranu już od wielu lat (w zasadzie od dzieciństwa). A teraz jestem z tego dumny. Nawet się publicznie obnoszę z tym piciem kranówy. Bo cała sprawa warta jest zachodu. To nie tylko styl życia ale i wpływ na stan planety (zasobów przyrody i biosferę). Nawet wielki ocean składa się z małych kropel. I ja chcę być taką jedną kroplą.

Picie wody z kranu jest czymś oczywistym. Przecież po to są wodociągi, uzdatnianie wody i kontrola jakości. Dlaczego więc ludzie taszczą zgrzewki wody w butelkach z supermarketów, gdy mają taką samą lub lepszą w domu?Bez wysiłku i na dodatek dużo taniej? Dlaczego myją owoce przed jedzeniem wodą z kranu… ale tej wody się nie napiją? Dlaczego droższe ze sklepu (jak podatek) bardziej nam odpowiada niż to w kranie? Przestaliśmy myśleć czy myślimy schematami i reklamami?

Jako dziecko nie lubiłem ubrań szytych na miarę. Bo mama była krawcową. Nużyły mnie przymiarki i różne przeróbki. To ze sklepu wydawało się jakieś lepsze, bardziej nobliwe, bardziej światowe. W każdym razie wystandaryzowane. A to szyte na miarę… jakieś takie indywidualne, domowe, … biedne. Po roku 1989 wyraźnie się wzbogaciliśmy i luksus ze sklepów stał się dla nas dostępny. Stał się niejako stylem życia: dużo, dużo konsumować…

Domowe ubrania szyte na miarę doceniłem za sprawą moje żony (kobiet w ogóle). One się zachwycały indywidualnością, niepowtarzalnością  sukienek, spódnic i temu podobnych fatałaszków. I jeszcze wykończenie. Drobny, niewidoczny szczegół ale decydujący o wygodzie i jakości. Ja także doceniłem garnitury szyte na miarę. Św.p. teść (krawiec) jak uszył garnitur, to prawie się go nie czuło. Teraz od lat chodzę w kupowanych (ciągle coś uwiera, bo w pamięci mam wygodę ręcznej roboty!). Już nie ta jakość. Wszystko szyte na kilka rozmiarów, pod sztancę, w sumie mało wygodne. Indywidualne i solidne rękodzieło dopiero doceniłem po latach. Droższe? ale za ceną idzie jakość!

Myślę, że podobnie jest z kupowaniem wody w plastikowych butelkach. To ze sklepu wydaje się jakieś takie „ważniejsze”, nobliwsze… i wszyscy tak robią. Zwłaszcza w reklamach. Więc naśladujemy. I nie zastanawiamy się nad sensem i skutkami.

Kiedyś piłem wodę ze studni, to było coś normalnego. W tamtym czasie wszyscy piliśmy wodę z kranu. Jak był kran w szkole czy w domu. W sklepie wody nikt nie sprzedawał. Chyba że jakąś mineralną, leczniczą. Albo oranżada. Ale wodę? Po co kupować to, co w domu jest za darmo? Pamiętam studnie w polu, gdzieś w Rumunii. I kubeczek zawieszony przy studni. Dla swoich i dla podróżnego. Woda była za darmo. Czy ktoś kiedyś w Polsce odmówił komuś napicia się wody ze studni? Dlaczego więc teraz dobrowolnie opodatkowujemy się i sprzedajemy/kupujemy dobra, dostępne dla wszystkich? Może nam się wydaje, że ta w butelce plastikowej jest lepsza, zdrowsza?

10262170_10203437896181450_2920608028019413771_nOd wielu lat bardzo często wożę ze sobą wodę z kranu. Bo pustej butelki plastikowej (po wodzie) wlewam z kranu  i już. Wygląda jak kupna. A przede wszystkim lekka jest butelka. A teraz chcę mocniej zamanifestować picie wody z kranu. By ośmielić innych. By się ludzie nie wstydzili zabierać w podróż wody z kranu lub przegotowanej z czajnika.

Butelka na zdjęciu wyżej jest ze specjalnego tworzywa i nie zawiera bisfenoli. Te w wielu plastikowych butelkach z napojami są obecne. I są szkodliwe dla zdrowia.

Czasami zabieram wodę w butelce szklanej, ale szklana butelka jest cięższa. Ostatnio wykorzystuję stare oranżadówki (na zdjęciu obok), maluję je i zabieram w nich wodę na pikniki na trawie. Tak do tej pory propagowałem picie wody z kranu. Teraz będę miał butelkę z napisem. To swoista manifestacja.

Jakiś czas temu spotkałem swoją, starszą już, sąsiadkę z bloku. Ma kłopoty z chodzeniem. I dźwigała całą zgrzewkę wody z dyskontu. Gdy opowiedziałem jej, że równie dobra jest nasza z kranu, to powiedziała „O Boże, czemu ja nie wiedział i męczyłam się z noszeniem tej ze sklepu?”

Dlaczego picie wody z kranu jest ważne? To nie ze skąpstwa lecz z poczucia odpowiedzialności i z rozsądku w konsumpcji.

1. Bo jest to ekonomiczne. Po co pracować na zbędne wydatki? Lepiej ten czas przeznaczyć na życie rodzinne lub towarzyskie. Ile kosztuje zbędny wydatek? Sporo. Można wyliczyć lub sprawdzić w internecie ile kosztuje te elementy dodatkowe, które wodą nie są.

2. Bo jest to ograniczanie zbędnego transportu i dodatkowej emisji spalin oraz gazów cieplarnianych. To problem globalny, ale rozwiązywalny lokalnie. Po co wozić z polskich gór wodę na Mazury?

3. Bo ogranicza to zbędne odpady i śmieci. Ileż tych krótkotrwałe użytkowanych, jednorazowych butelek wala się po rowach, lasach, jeziorach, wysypuje się z miejskich koszy do recyklingu? A co potem się z nimi dzieje? Koszty utylizacji są spore i za wszystko płacimy (w opłatach i podatkach).

4. Bo w wielu plastikowych butelkach znajdują się szkodliwe bisfenole. Jakie są skutki przedostawania się do organizmu bisfenoli? Proszę sprawdzić. Lepsza byłaby woda w szklanych butelkach, ale to większy ciężar. Czy zatem na pewno woda sklepowa w plastikowych butelkach jest lepsza i zdrowsza?

Problem wody jest problemem globalnym. I ciągle narastającym. W wielu miejscach już jej brakuje. Czystej wody, zdatnej do picia. A jednocześnie wożenie jej tam i z powrotem to emisja gazów cieplarnianych i pogłębianie ocieplenia klimatu z negatywnymi skutkami, widocznymi coraz bardziej. W niektórych krajach zakazuje się sprzedaży wody w butelkach. Można kupić puste butelki. I sobie nalać.

Picie wody z kranu z butelki wielokrotnego użytku jest oznaką nowoczesności i świadomości. To picie wody z jednorazowych butelek plastikowych jest zacofaniem. Oczywiście, we wszystkim warto znaleźć umiar. Są sytuacje, gdy woda butelkowana jest wygodniejsza. Zatem nie chodzi mi o żadem zakaz, jakąś skrajną ortodoksję. Po prostu – tam gdzie możesz i kiedy możesz pij wodę z kranu. Butelek wokół siebie masz bardzo dużo. Skorzystaj, to nie wstyd (w młodzieżowym slangu zwany obciachem).

Magiczna moc czarnego bzu czyli o produkcie regionalnym słów kilka

10649971_10204087998553603_6036671924687903581_nSkoro zwierzęta korzystają leczniczo z różnych ziół (roślin), to najpewniej hominidy też tak czyniły. Homo sapiens z pewnością wykorzystywał na jeszcze większą skalę, bo potrafił znacznie precyzyjniej i skuteczniej porozumiewać się . Najpierw tylko przez naśladownictwo, potem już przez mowę, a później pismo i inne, współczesne kanały komunikacji. Dla naszych przodków bez czarny był jedną z wielu roślin, wykorzystywaną kulinarnie. Przetwarzanie umożliwiło wykorzystanie tego produktu znacznie szerzej, bowiem w procesie obróbki pozbyć się można substancji szkodliwych i nieprzyjemnych. Tak jak z grzybami (no niektóre bezpiecznie zjeść można dopiero po ugotowaniu).

Ale z całą pewnością roślina ta była wykorzystywana także leczniczo. Najpewniej ta funkcja była nawet ważniejsza. Pozostałości archeologiczne (obecność nasion) wskazuje, że był wykorzystywany czarny bez już w epoce kamienia (a najpewniej jeszcze wcześniej). Jest więc jedną z najstarszych roślin leczniczych. A że dawniej świat realny mocno splatał się ze światem duchowym, to na pewno wokół tej rośliny narastały różnorodne mity i praktyki magiczne. Bo przecież leczenie polegało na magii – tak wtedy postrzegano świat. Mało prawdopodobne, aby udało się odtworzyć te praktyki magiczne z dawnych wieków. Możemy się tylko domyślać, nieudolnie odtwarzać z fragmentarycznych informacji. Lub fantazjować. Dla produktu turystycznego fantazjowanie też jest ważne.

Przyroda mocno związana jest z kulturą – te sfery nieustannie na siebie wpływają. Zatem do opowieści o leczniczych i kulinarnych właściwości bzu czarnego warto dołożyć trochę mitologicznych opowieści. Nie ręczę, że wszystkie zebrane niżej informacje są prawdziwe. Sam nie potrafię oddzielić faktów od mniej lub bardziej poetyckiej kreacji (wyobrażania sobie dawnych społeczeństw). Najczęściej podawane są gotowe interpretacje. Z naukowego punktu widzenia ważne są natomiast metody i jasne oddzielenie obserwacji od interpretacji i domysłów. Niech więc to będzie opowieść łącząca literaturę faktu z literaturą fikcji.

Podobno jeszcze nie tak dawno polskich Kresach Wschodnich istniał przesąd, że wykarczowanie hyczki (bo tak nazywano bez czarny) to czyn świętokradczy i może sprowadzić rychłą śmierć. Może tak wierzono a może tylko próbowano w ten sposób ochronić przed niepotrzebną dewastacja leczniczego krzewu. W wielu krajach dawniej nie wolno było palić bzem w piecu, „bo mogło to wywołać u całej rodziny parch na głowie i na twarzy, a w najlepszym wypadku wrzody na różnych częściach ciała”. Być może taki przesąd chronił te delikatne krzewy przed spaleniem w piecu. Może uzasadnienie magiczne (i obłożone klątwą) było skuteczniejsze niż przemawianie do rozsądku, że roślina ta cenniejsza jest jako lek niż materiał energetyczny, że jak się w piecu spali to na wiosnę nie będzie leczniczego kwiatu a jesienią smacznych i leczniczych jagód. No bo ileż ognia z takich delikatnych gałązek? A czy my współcześnie czasem nie straszymy swoich dzieci, że jak będą niegrzeczne to tamten pan zabierze (tudzież Cygan, kominiarz, policjant itd.).

Jeszcze w XVII i XVIII w. w wielu miejscach obowiązywał zakaz ścinania i wyrywania krzewu czarnego bzu, wierzono bowiem, że w jego korzeniach żyje wąż, strażnik świata podziemnego (w odniesieniu do Słowian mógł to być Żmij, ewentualnie jakiś Kłobuk). W tym czasie bez czarny już był bardzo powszechnie wykorzystywany jako roślina lecznicza i surowiec do produkcji wina z czarnego bzu (o czym pisałem już poprzednio). W tym miejscu przyda się mała dygresja – jeśli w jakimś kraju spotkasz się z potrawą, której spożyć nie jesteś w stanie a nie wypada odmówić gospodarzom… wystarczy powiedzieć, że religia zabrania ci jedzenie (picia) tegoż. Uszanują. Może i kiedyś moce magiczne były lepszym zabezpieczeniem niż ogrodzenie z drutu kolczastego…. I chyba nie jesteśmy bardziej racjonalni a mniej magiczni niż nasi przodkowie sprzed wieków… tylko nasze zabobony są nieco inne, inne wierzenia i inne słownictwo.

Jak pamiętamy czarny bez intensywnie pachnie (zwłaszcza w okresie kwitnięcia) i jest rośliną ruderalną, rosnącą gdzieś na przychaciu, przypłociu na przydomowym śmietnisku (a więc w pobliżu obejścia w miejscu niezbyt reprezentacyjnym). Nie budzi zdziwienia etnograficzne odnotowanie zwyczaju, że miejsce pod krzakiem bzu miało moc magiczną i dlatego matki zanosiły tam nieuleczalnie chore dzieci, wierząc, że demony dopomogą w ich uzdrowieniu. Natomiast krzew. który zmarniał wiosną z niejasnej przyczyny, wróżył niechybnie suszę na polach i w studni. Czyli jakieś nieszczęście. Pewno zły duch z korzeni czarnobzowych wyniósł się i zamieszkał gdzie indziej (jak w studni – to wyschła).

Szacunek dla czarnego bzu czy to ze względu na lecznicze właściwości czy to powiązanie z mocami duchowymi (dawniej było to jedno) widoczny był i w tym, że wieśniacy jeszcze na początku XX w. zdejmowali nakrycia głowy, przechodząc koło krzaka bzu, gdy ten rósł niedaleko domu (wg „Magia ziół” Andrzeja Skarżyńskiego). Trochę więcej dawnych wierzeń i zwyczajów zachowało się dla Celtów. Wcześniej zetknęli się z piśmienną kulturą i więcej udało się dla potomnych zachować. Dla Celtów czarny bez miał właściwości demoniczne (bo lecznicze właściwości interpretowano siłami duchowymi a nie jak my teraz witaminą C, flawonoidami czy sambunigryną – ale czy ktoś widział flawonoidy? Wierzymy, że tam są, gołym okiem nie widać) – spalony w stanie zieloności, ściągał na otoczenie nieszczęście. Wierzono też, że czarny bez miał moc zapobiegającą małżeńskiej wiarołomności. Być może ten zwyczaj (przekonanie, wierzenie) było bardziej powszechne w dawnej Europie, bowiem w czasie ślubu panna młoda wplatała kwiat czarnego bzu we wianek. W każdym razie kwiat ładny i aromatyczny – na pewno urodzie dużo przydawał.

Dla Celtów czarny bez był krzewem świętym, oznaką nieskończoności życia. W kalendarzu druidów był trzynastym i ostatnim drzewem roku. A skoro koniec roku to jednocześnie koniec i początek, śmierć i narodziny. Z kolei Germanie otaczali czarny bez szczególną troską i składali mu ofiary z chleba, mleka i piwa. Ewentualnie jako roślina azotolubna wyrastał w miejscach składania takich ofiar. Istny dylemat co było pierwsze: jajko czy kura. Niemniej niemiecka nazwa tego krzewu „holunder”, nawiązuje do bogini Holdy, matki bogów, czczonej jako opiekunka ogniska domowego, patronka ludzi i roślin. Może stąd się wzięła kresowa nazwa hyczka?

Znając od wieków właściwości lecznicze krzewu bzu czarnego, przypisywano mu również znaczenie magiczne, wierząc, że krzew ten jest siedliskiem bogów, czarodziejek, elfów, ale i czarta. Z demonami trzeba się umieć obchodzić, by pomogły a nie zaszkodziły. A czyż w nowej formule nie możemy odnieść tego do leków? Trzeba znać proporcje i sposób stosowania, by pomogły a nie zaszkodziły. Podobno w mitologii Słowian (ale nie wiem czy jest to w pełni prawda czy tylko kreacja, uzupełniająca braki w pożądanym opisie dawnego świata) czarny bez był uznawany za święte drzewo duchów podziemia i przypisywano mu zdolność pośredniczenia pomiędzy światem żywych i zmarłych. Niewiele się to różni od zwyczajów Celtów i Germanów. Ale to nic dziwnego, bowiem mieszkaliśmy w jednej Europie a kultura, także ta niematerialna, mocno się mieszała.

Jak już wspomniałem, zrywanie, łamanie gałęzi itd. bzu czarnego obarczone było różnym tabu. Ale przecież do leczenia stosować trzeba, lub do wyrobu instrumentów muzycznych (o czym pisałem poprzednio). Na wszystko jest rada. Wedle śląskiego zwyczaju przed odłamaniem gałązki należało złożyć dłonie, uklęknąć przed rośliną i poprosić ją o wybaczenie słowami: „Pani bzowino, daj mi trochę swego drzewa, a ja Ci dam trochę mego, gdy w lesie wyrośnie.” Jak w każdej regule były i wyjątki oraz grupy uprzywilejowane. Tylko wdowom i sierotom można było ścinać dziki bez (bez tego cwanego, chłopskiego obiecywania gruszek na wierzbie i drzewa w lesie).

Myślę, że trochę magii przyda się i we współczesnym świecie… jako element marketingowy dla produktu regionalnego. Rozwijanie barwnych opowieści i zwyczajów przyda się zarówno sprzedawcom na targu jak i nobliwym hotelom ze zdrową żywnością. Goście poszukują niezwykłości, lokalności, oryginalności. Opakowanie także jest ważne. Zachwalając właściwości kulinarne czy medyczne, wymieniać można nie tylko skład chemiczny ze wszystkimi witaminami, flawonoidami, garbnikami i co tam tylko w metabolomie się znajdzie, ale i legendy, zwyczaje czy etnograficzne opowieści. To jest dodatkowe opakowanie potencjalnego, regionalnego produktu. Czarny bez jako jedna z kilku roślin znakomicie nadaje się na produkt regionalny z zastosowaniem kosmetycznym, kulinarnym leczniczym i… magicznym.

c.d.n.

zobacz też:

1. Czy wino lub nalewka z owoców bzu czarnego mogą być szkodliwe?

2. Bez czarny – zdrowie, uroda i biomuzyka

3. Jesień czarnym bzem się zaczyna

O stażu w małym przedsiębiorstwie i o innowacyjności

Gosciniec_MolomaleZnowu jestem na stażu w małym przedsiębiorstwie. Wymyślam innowacyjność w branży turystycznej a jednocześnie się uczę. Bo człowiek uczy się całe życie… zwłaszcza jak chce innych uczyć. Doświadczam miejsca pracy, do jakiego trafia większość naszych absolwentów. Poznaję realia z jakimi się borykają. A małemu jest znacznie trudniej.  Poznaję warunki pracy, do jakich trafiają absolwenci biologii, biotechnologii czy dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego.

Przygotowałem wystawę o bioróżnorodności na Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki. Chciałem, żeby wystawa potem podróżowała po regionie. I na razie się to udaje. Jest w Mrągowie. Ale nie są to zwykłe zdjęcia. Jest to interaktywna wystawa. Wystarczy mieć mobilny internet, by korzystając z kodów QR i własnego smartfona czy tabletu, zobaczyć więcej. To przykład wdrażania małych innowacji (czytaj więcej o tym pomyśle).

Pod koniec września byłem w Mrągowie na pierwszym Horti Festiwalu, i była tam już moja wystawa. Ale okazuje się, że na tym się nie skończy. Bo będzie wystawa w Gościńcu Molo, a potem 18 października br. będzie towarzyszyła koncertowi zespołu Pro Musica Antiqua. Mam nadzieję, że pojedzie także w inne miejsca naszego regionu.

Po Horti Festiwalu taki dostałem list:

Witam Drogi Panie Profesorze,

ogromnie dziękuję za wsparcie naszego przedsięwzięcia, pierwszej edycji Horti Festiwalu. Horti Festiwla. Jego koncepcja jeszcze kilka lat temu była tylko zalążkiem idei – dziś z radością widzę, że może się ona rozrosnąć, dzięki pasji i zaangażowaniu innych. Opracowana jako pogram długofalowych działań mojej firmy Zielony Promień, ma szansę stać się realnym sposobem na budowanie kapitału społecznego Instytutu Hortiterapii, a także jego potencjału ekonomicznego.

Jestem i działam od wielu lat jako NGO’S – teraz chciałabym to łączyć z biznesem tzn. społecznie odpowiedzialnym. Trudno małej firmie,  taka jak moja, wdrażać wszystkie zdobycze idei CRS, w miarę moich możliwości dzieje się tak od zawsze. Partnerstwo jest ważne, trzeba o nie dbać – wierzę, że czasem z destrukcji wyłania się nowa jakość.

Nauka na staże w MŚP jest szansą dla małych przedsiębiorców jakich jest dużo w naszym regionie. Chętnie będę propagować nasz wspólny staż, z zaznaczeniem roli naukowca i profesora jako szanowanego i bardzo cennego mentora, znawcę w wielu sprawach ale jednocześnie w tym eksperymencie, na styku nauki i podmiotu pozauniwersyteckiego, rodzi się pytanie – na ile jest to trwały projekt, czy można taką współpracę umacniać i rozwijać dalej poza zaprogramowane parametry programu „Regionalny Transfer Wiedzy z Nauki do Biznesu”? Wdrożenie i komercjalizacja efektów stażu budzi we mnie zastanowienie, jak to zrobić by staż i szkolenia praktyczne innowacyjnych przedsiębiorstw oznaczały stałe wsparcie dla współpracy sfery nauki i przedsiębiorstwa. Warmia i Mazury to szczególny region, o dużym potencjale jednakże ilość drobnych gospodarstw, podmiotów agroturystycznych i przede wszystkim odpływ ludzi młodych, w tym absolwentów studiów UWM wymusza na nas poszukiwanie wspólnej drogi, by tak się się nie działo. Moją intencją rodzącego się Horti festiwalu jest stała innowacja i konsolidacja by MŚP stało się dodaną wartością.

Mrągowo przyjęło Horti Festiwal z życzliwością – jest to efekt wielu lat ciężkiej pracy uświadamiania współobywateli mojego miasta – czym jest hortiterapia. Istotne jest także czym może dla naszego makroregionu. Transfer nauki do MŚP stanowi bodziec do dalszego rozwoju. Ważne jest dla każdego człowieka, by nie traktowano przedmiotowo MŚP, podejmujących wyzwanie zmierzenia się w swojej codzienności z nauką, w środowisku akademickim postrzeganą jako doskonałość.

Tytuł naszego festiwalu staje się mottem „Hortiterapia -Natura i psychologia” – wiem dobrze, że kontakt z przyrodą potrafi wzmocnić, niezmiernie dodając sił w walce z problemem, ogród jako środowisko z bogatą różnorodnością biologiczną rozwija przez doświadczanie cudów przyrody. Obserwacja oraz sensoryczne doznania stymulują by być pełniej i lepiej funkcjonować wśród ludzi, by lubić samego siebie.

Horti Festiwal był prawdziwym spotkaniem myśli, warsztatem tworzenia synergii, przez zastosowanie nowych narzędzi komunikacji nauczył mnie wiele. Dziękuję za Pana obecność oraz udostępnienie wystawy „Krajobrazy Warmii i Mazur – dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze”. Miło mi tym bardziej, że możemy gościć wystawę dłużej w Mrągowie. Gościniec Molo przygotuje ekspozycję. W dniach od 6.10 do 10.10 będzie można oglądać ją w głównej sali. Jednocześnie dziękuję za zaszczyt powierzenia mi roli komisarza wystawy, mam przyjemność poinformować mieszkańców miasta Mrągowa o możliwości spotkania z autorem – zapraszam więc w trakcie wystawy do rozmowy z mieszkańcami i na pyszną uchę (zupę rybną) „warzoną” przez kucharza Gościńca Molo.

Panie Profesorze, przesyłam link do nagrania wyemitowanego przez Polskie Radio Olsztyn, dokumentujące działania Horti Festiwwalu Ukazały się liczne informacje w Polskim Radio PR 3 m.in w „Zagadkowej Niedzieli” i porannym programie red. Piotra Łodaja. Radio Zet Gold, Gazecie Olsztyńskiej, Kurierze Mrągowskim i internetowym radio w Programie Pomost oraz w socjal mediach. Uprzejmie proszę o zapoznanie się z publikacją. (…)

Drogi Panie Profesorze,

przede wszystkim już teraz proszę przyjąć moje zaproszenie do Rady Horti Festiwalu – temat jaki utrzymamy to” Natura i psychologia” – bardzo będzie mi miło jeśli wyrazi Pan zgodę, uprzejmie proszę o rozważenie, czy zechce Pan uczynić mi ten zaszczyt i służyć dalszą radą i wsparciem? Serdecznie pozdrawiam

Zofia Wojciechowska 

List uświadomił jeszcze bardziej jak ważne jest wsparcie uniwersytetu dla małych przedsiębiorstw naszego regionu. Są zbyt małe by samodzielnie inwestować w innowacyjność. Ale od czego jest uniwersytet i jego misja? Przecież w nazwie jest „warmińsko-mazurski”. I jest to zobowiązanie wobec regionu.

p.s. innowacyjność, nad którą pracuję, a która zgodnie z umową stażową będzie własnością małego przedsiębiorstwa, nie dotyczy wprost Horti Fesiwalu. Dotyczy czegoś innego, ale jest adresowana do wielu małych przedsiębiorstw z regionu: hoteli, pensjonatów, restauracji, gospodarstw agroturystycznych itd. Wiąże że się z turystyką i dziedzictwem przyrodniczym naszego regionu. Niebawem napiszę więcej. Mam nadzieję, że będą to wdrożenia. Na razie trwa faza badawcza i eksperymentowanie.