Topola – wydobywanie piękna z pospolitości

topolaTopola nie należy do drzew pięknych ani szczególnie pożądanych. Taki chwast w mieście, bo przeszkadza alergikom. Szybko rośnie, więc szybko zaczyna przeszkadzać, zacieniając okna czy korzeniami wybrzuszając chodniki. Cóż w niej pięknego? Albo szlachetnego? Jest ich 35 gatunków, sporo odmian i mieszańców międzygatunkowych. Ogrodnicy poszukują odmian ozdobnym, np. topola włoska, balsamiczna czy liczne mieszańce lub klony (nie jako nazwa gatunku ale forma rozmnażania). Zawadza w mieście a i biologom przyprawia zmartwienie. A wszystko przez liczne krzyżówki międzygatunkowe. No bo jak klasyfikować takie krzyżówki? Mieszańce burzą sztywne wytyczone granice klasyfikacji czy innego szufladkowania.

Topola należy do rodziny Salicaceae, spokrewniona jest z wierzbami (te również tworzą liczne krzyżówki międzygatunkowe). Są to drzewa i krzewy dwupienne (czyli drzewo ma płeć żeńską lub męska a przez to inne kwiaty, w przypadku topoli nazywane kotkami). Topole są wiatropylne. Maleńkie nasiona topoli zaopatrzone są w jedwabiste włoski, w rezultacie łatwo unoszone są przez wiatr. Jest to przystosowanie do dyspersji charakterystyczne dla gatunków pionierskich. Gdy takie nasiono wyląduje na podmokłym gruncie to zaczyna kiełkować. Topole preferują gleby żyzne i wilgotne.

Mają przede wszystkim znaczenie gospodarcze, bo szybko rosną. Nie każdy w tej gospodarczej pospolitości dostrzeże piękno. Ale prof. Małgorzata Chomicz, spacerując po Dobrym Mieście znalazła na chodniku duży liść. Dostrzegła w nim piękno jesiennego kształtu. Zachwyciła wielkość. I dlatego liść topoli dobromiejskiej znajdzie się na dachówce, twórczo i graficznie przetworzony. Ale wcześniej „przeniósł” się na blachę (co widać na załączonym zdjęciu). Trzeba artysty by dostrzegł piękno w pospolitości i wydobył je, by pokazać zwykłemu zjadaczowi chleba. Spójrz pod nogi, tam też są rzeczy wartościowe i piękne. Na co dzień w pośpiechu mijamy je…

Jesienią liść spadł z drzewa na chodnik by… trafić na dachówkę. Gadająca dachówkę. Sądząc po wielkości i kształcie liścia należy do jakiegoś mieszańca topoli czarnej (Populus nigra). Jest więc ta dobromiejska topola taka jak my na Warmii i Mazurach – mieszańcem „wielokulturowym”. Niedostrzegana w gwarnym świecie wielkomiejskich celebrytów.

Topole wraz z wierzbami są najszybciej rosnącymi drzewami w klimacie umiarkowanym. Dlatego wykorzystywane są do produkcji energii odnawialnej z biomasy. W dzikiej przyrodzie można je spotkać w środowisku wilgotnym, w lasach nadrzecznych, głównie w lasach łęgowych oraz jako domieszkę w innych lasach liściastych. Teraz coraz liczniej pojawiają się w plantacjach, uprawianych dla potrzeb energetycznych. Topole są drzewami stosunkowo krótko żyjącymi (100-200 lat). Tylko wyjątkowo żyją dłużej. Dostarczają miękkiego drewna, używanego do produkcji celulozy, papieru, zapałek, lecz także korpusów gitar elektrycznych i bębnów. No, wreszcie coś artystycznego.

Jako drzewa ozdobne sadzone są w miastach – ale głównie te nie owocujące czyli męskie (żeby nie „pyliły” nasionami). Ciekawe co na to feministki? Ale sadzone są jako wstęp do właściwego drzewostanu w parku i przy drogach. By szybko wypełniły pustkę, a potem są zastępowane innymi, bardziej „szlachetnymi” gatunkami drzew. Topola zrobiła swoje i może odejść… Jak już wspomniałem topole tworzą liczne mieszańce i klony (organizmy powstałe w wyniki klonowania lub rozmnażania bezpłciowego, są wiernymi kopiami genetycznymi).

Gamifikacje i inne głupoty

DSCN9983Kilka dni temu, w czasie rozmowy znajomy wypowiedział trafne zdanie, że wielu wydaje się iż „każdy może uczyć każdego„. Odniósł się w ten sposób do różnych kursów szkoleniowych, studiów podyplomowych i temu podobnych warsztato-nasiadówek. Wystarczy, że ktoś coś robi (np. szyje buty, obsługuje komputer – że się posłużę prostym a bezpiecznym przykładem) a już może być wykładowcą na szkoleniu czy kursie. Zna się na swojej robocie, więc już może uczyć/szkolić innych. Stąd nudne niemiłosiernie szkolenia i wykłady. Bo zapomina się o jeszcze jednej ważnej kompetencji – komunikacji i umiejętnościach pedagogicznych. Obu się można nauczyć, tylko trzeba wiedzieć, że coś takiego jest potrzebne i krytycznie spojrzeć na siebie. Jeszcze gorzej gdy wykładowca nawet nie zna się na tym, o czym szkoli. Ot coś tam sobie przeczytał i teraz opowiada, co w  książce wyczytał. Albo czyta wprost z prezentacji, którą ktoś inny przygotował. Takim osobom wydaje się, że szkolenie polega na odczytywaniu…

Nawet na studiach kompetencje pedagogiczne zostały zepchnięte na margines. Nauczycielem zostać może dowolna osoba, jeśli skończy poza zajęciami dodatkowy kurs pedagogiczny (najczęściej płatny). Nie ma już studiów nauczycielskich, na przykład na biologii. Widocznie uznaje się umiejętności pedagogiczne jako mało ważne. Przecież to każdy potrafi. Efekt deprecjonowania zawodu nauczycielskiego.

Dlaczego w pedagogice (w edukacji) poszukuje się nowych metod? Z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że lepiej poznajemy człowieka, funkcjonowanie mózgu, funkcjonowanie społeczeństw itd. Po drugie dlatego, że świat się zmienia. Kryzys szkoły nie wynika z faktu, że źle została wymyślona lecz dlatego, że zmieniły się warunki. To jest tak jak z ubraniem dla dziecka: kupujemy w odpowiednim rozmiarze ale za jakiś czas jest ono za ciasne. Nie wynika to z faktu, że źle zostało uszyte lub oszukano nas w sklepie przy pakowaniu towaru. Po prostu dziecko urosło.

Także i edukacja wyższa (uniwersytecka) przeżywa duży kryzys. Powodów jest kilka. Po pierwsze niż demograficzny, po drugie upowszechnienie kształcenia wyższego (stało się powszechne – i nie jest to coś złego), po trzecie wykształcenie wyższe nie daje automatycznie dobrej pracy tak jak kiedyś, po czwarte korporatyzacja uniwersytetów i punktoza (ona jest obecna w całym społeczeństwie) itd. itp. Faktem jest to, że świat się zmienił. I już tylko z tego powodu stare metody edukacji wymagają refleksji i poszukiwania nowych. A przynajmniej wzbogacenia i zwiększenia różnorodności stosowanych metod kształcenia.

Wyraźnie widać spadek motywacji u studentów. I ja się im za bardzo nie dziwię. Przecież i tak pracy nie będą mieli. Oczywiście, jest ciekawość świata jako motywacja. Ta zawsze była. I będzie. Ale tylko o małego odsetka populacji (zapewne stałego niezależnie od czasów). Niezmienne pozostaje traktowanie studentów podmiotowo (a nie przedmiotowo) i własna wiedza. Z pustego i Salomon nie naleje. Nawet piękny, kryształowy kieliszek jeśli jest pusty – to dalej będzie pusty, nawet jeśli postawimy go na kosztownym obrusie..

Uważam, że nauczać wiarygodnie można tylko tego, co samemu się przemyślało, sprawdziło, doświadczyło. Dlatego tak ważne są na uniwersytetach badania naukowe, prowadzone przez wykładowców. Jednak sama głęboka wiedza i zawodowe kompetencje nie wystarczą. Potrzebne są umiejętności komunikacyjne. I chęć podzielenia się wiedzą. Empatia i podmiotowe traktowanie słuchacza są chyba punktem wyjścia do dobrej dydaktyki.

Z ciekawości czytam o różnych metodach, takich jak PBL (nauczanie problemowe) czy gamifikacja. Jeśli uważam, że jest to sensowne, to staram się samemu wypróbować. Sprawdzić, zweryfikować, doświadczyć. Ostatnio zetknąłem się z grywalizacją (gamifikacją). Spodobała mi się ta koncepcja, bo wydaje się adekwatna do niektórych sytuacji. Pod wpisem blogowym Zgamifikowana taksonomia roślin pojawił się obszerniejszy komentarz, który sprowokował mnie do niniejszego wpisu. Pozwolę sobie w tym miejscu na obszerniejsze uzasadnienie i głębszą polemikę. Autor komentarza dość jednoznacznie i niepochlebnie wyraził się o gaminifacji (notabene wszystkie nowości spotykają się z podobnymi, sceptycznie-złośliwymi komentarzami, że przypomnę tylko parowóz i kolej żelazną).

Mój czytelnik pisze z żalem na temat gamifikacji m.in. „żeby w ogóle utrzymać studentów na sali, „ Różne formy edukacyjne, w tym gamifikacja, nie są po to, żeby w ogóle utrzymać studentów na sali. Od tego mogłaby być lista obecności i obowiązkowa obecność na wykładach (przecież tak wykładowcy akademiccy robią! Ba nawet zmuszają innych żeby i oni obowiązkowo sprawdzali listę obecności na każdym wykładzie)). Cel jest zupełnie inny takich metod jak grywalizacja:  żeby wykłady były ciekawsze oraz żeby studenci robili coś jeszcze … poza wykładami. I żeby zwiększać efektywność nauczania. Gamifikacja (grywalizacja) nie zmienia przecież treści ani formy wykładów. Odnoszę wrażenie że blogowy adwersarz nie bardzo wie na czym grywalizacja w praktyce polega. Ja na swoich zajęciach, w najbliższym semestrze chcę te metodę zweryfikować (wypróbować). Właśnie pod kątem zwiększenia motywacji do dodatkowego wysiłku. Ten i podobne komentarze czytam z uwagą, bo przecież studenci na nowość mogą zareagować podobnie…

Dalej w komentarzu mój oponent pisze tak: „zamiast po prostu w interesujący sposób i rzetelnie przekazywać WIEDZĘ.” Kluczowe jest słowo „zamiast”. To błędne założenie. Nic nie jest zamiast. Jest tylko wartość dodana (czyli „i’). Sama gamifikacja nie podnosi rzetelności i atrakcyjności intelektualnej wykładu. Ani mu jej nie odbiera. Wykład dalej pozostaje taki sam. Tak samo rzetelny (albo nierzetelny jak był przed gamifikacją). W tym roku chcę zrealizować przedmiot autoprezentacja w formie zgrywalizowanej. Wykłady będą takie same jak wcześniej. Tak samo merytorycznie i z taką samą treścią (to znaczy zawsze co roku aktualizuję, zmieniam, rozszerzam treści merytoryczne!). Zaledwie w ciągu kilku wykładowych minut będzie w formie „udziwnień” grywalizacyjnych.

„Jak byłem studentem, nie oczekiwałem od wykładowców, żeby marnowali czas (w którym mogliby przekazać znacznie więcej interesujących faktów i pokazać je wizualnie) na gamifikacje i inne głupoty.” Czy grywalizacja jest marnowaniem czasu? Fakt, na samo przygotowanie już poświęciłem wiele godzin. Potem dojdzie realizacji i ewaluacja. Po co się wysilać, kiedy można robić bez wysiłku? Wychodzę z innego założenia – co roku wkładam wysiłek w wykłady i inne zajęcia (seminaria, ćwiczenia). Bo traktuję studentów podmiotowo.

Mam wrażenie, że adwersarz blogowy pisze o czymś, czego nie zna i ma bardzo mgliste wyobrażenie. Jest to więc dyskusja z wyobrażeniami a nie faktami. Na samym wykładzie nie jest zabierany czas na „inne głupoty”. Istotą gamifikacji jest to, żeby student pracował poza wykładem, w czasie dodatkowym. A tak pracują ludzie, których coś zaintryguje, zainteresuje lub bawi (intelektualnie bawi). Równie dobrze można powiedzieć, że po co na wykładzie jest rzutnik multimedialny – przecież kiedyś była kreda i tablica? I też były (czasem) wykłady interesujące. Na dodatek można wskazać wiele nudnych wykładów z rzutnikiem. Wykład jest interesujący ze względu na treści i sposób przekazania a nie czy jest lub nie ma kredy, tablicy, komputera. Pustce intelektualnej lub nieautentyczności nie pomoże ani komputer ani gamifikacja. Ale jesli jest treść, to nie przeszkadza ani kreda, ani multimedia, ani gamifikacja.

„Wykładów interesujących słuchałem z wypiekami na pysku, siedziałem od A do Z i robiłem tony notatek. Na wykłady nudne i głupie nie chodziłem w ogóle”. I znowu błędne założenie, że gamifikacja spowoduje to, że wykład będzie nudny. Grywalizacja i inne metody, np. PBL, nie są marketingowymi cukierkami dla słuchacza-klienta.

Tak jak wspomniałem grywalizuję przedmiot autoprezentacja dla biotechnologów (zobacz więcej informacji o tym przedmiocie). Na dodatek tylko w jednej grupie (student ma wiec wybór). Celem przedmiotu jest nauczenie (wdrożenie) komunikacji naukowej, z wygłaszaniem referatu włącznie (ale i posterem, e-portfolio, esejem, dyskusją w internecie). Od samego początku przedmiot autoprezentacja był innowacyjny w formie i treści, mniej lub bardziej odbiegając od stereotypów i rutyny akademickiej. Cel merytoryczny nie ulega zmianie. Zmieniają się jedynie drogi dochodzenia do celu i motywowania studentów do pracy nad sobą (bo i ja nabieram doświadczenia). Bywały spotkania w kawiarni (zamiast w sali ćwiczeniowej – też spotykało się z różnymi złośliwymi komentarzami), spotkania na trawniku (jak to, zajęcia na poważnym uniwersytecie mogą odbywać się na trawniku?!), poza typowym życiorysem pojawiło się e-portfolio. Wspólnie poszukujemy nowych form wzbudzania zainteresowania i efektywnego komunikowania się.

Wykłady i referaty mogą być inne, nawet standardowe zajęcia na uniwersytecie. Warto poszukiwać nowym metod komunikacji, bardziej dostosowanych do publiczności i aktualnego kontekstu. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Nie chodzi tu o zarzucanie tradycyjnych form i metod ale o eksperymentowanie i wzbogacanie akademickich form komunikacji i poznawania świata. Nie „zamiast” ale „i”. Chciałbym włączyć studentów w poszukiwanie nowych form upowszechniania wiedzy (komunikacja naukowa) i okazjonalne odbieganie od seminaryjnej rutyny. I chciałbym, żeby mogli uczestniczyć, doświadczać na sobie a nie tylko czytać w książkach o nowych metodach lub tylko posłuchać na wykładzie.

Zapoznanie się z metodą edukacyjną (i metodą wywierania wpływu) – gamifikacją. Poznać od środka, jako uczestnik a nie tylko daleki i bierny obserwator/czytelnik. Wtedy łatwiej o własne, przemyślane zdanie.  Celem zgamifikowania autoprezentacji jest zwiększenie motywacji i systematyczności pracy, zwiększenie motywacji do dużego i niestandardowego wysiłku intelektualnego, zmotywowanie do odważnych poszukiwań i pokonywania tremy przed wystąpieniami publicznymi. „Uczenie się jest najbardziej efektywne, kiedy sprawia radość (przyjemność)”. Fabuła grywalizacyjnej wersji autoprezentacji zawiera liczne dygresje i odwołania do literatury oraz do biologii.

Gamifikacja dużo wymaga zarówno od prowadzącego jak i od studentów. To podnoszenie poprzeczni a nie je obniżanie.

Zmora trupia głowa pojawiła się w okolicach Morąga

W swojej elektronicznej skrzynce pocztowej znalazłem wiadomość elektryzującą, niczym news na Halloween. Rzecz dotyczy istoty, która  w średniowieczu wzbudzała popłoch. Sądzono, że szepcze czarownicom do ucha imiona osób, które mają umrzeć.

Wiadomość sensacyjna dla entomologów, bo chodzi o motyla, który trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera. Być może stwierdzenie obecności tego motyla koło Morąga (w okolicy miejscowości Jurki) jest jeszcze jednym przykładem skutków ocieplenia klimatu. Jeśli coś może być groźne i niepokojące, to właśnie skutki ocieplenia klimatu ale nie sam motyl. Piękny, duży i uroczy. A to tylko nasza wyobraźnia karze nam widzieć trupią czaszkę na grzbiecie tego motyla. Inna sprawa, że zwyczaje tej ćmy są na prawdę niezwykłe.

Zdjęcie zamieszczone obok wykonał Marcin Korczakowski a zamieszczone zostało na facebookowej stronie Morąskiego Stowarzyszenia Miłośników Przyrody „Eko-Głos”.

Ale oto ten elektryzujący entomologów i przyrodników list:

„Witam Pana Profesora,

mam ciekawą informację o ponownym stwierdzeniu trupiej główki na ziemi morąskiej. Mój znajomy Edward Korczakowski po raz kolejny zanotował obecność gatunku w okolicach Morąga. Tak na marginesie trzeba mieć dużo szczęścia, żeby tego południowego migranta napotkać w swoim życiu dwukrotnie. Bardzo mu zazdroszczę. Zdjęcia zrobione przez jego syna Marcina można zobaczyć na: stronie Morąskiego Stowarzyszenia Miłośników Przyrody. Piszę do Pana w nadziei, że ta informacja troszeczkę zelektryzuje środowisko przyrodnicze naszego regionu. Pozdrawiam serdecznie, Robert Gawroński”

I zlelektryzowała. Zapewne niebawem opublikowane zostaną bardziej szczegółowe informacje (czekają na nie entomolodzy). Jest to ciekawostka naukowa, ale i przy okazji ciekawostka dotyczaca regionalnej przyrody.

Zmierzchnica trupia główka (Acherontia atropos) to ćma, motyl nocny, zamieszkujący południową część Europy. Do nas, do dawnej krainy Prusów, czasem zalatuje (pokonując tysiące kilometrów!) ale ze względu na warunki klimatycznie nie kończy zazwyczaj rozwoju (jak uda się przepoczwarczyć to odlatuje na południe, podobnie jak kilka innych gatunków motyli, migrujących). Przynajmniej tak było do tej pory. Więcej o tym niezwykle interesującycm motylu tu: O motylu co trąbi, ludzi straszy i miód pszczołom podbiera albo na stronie Radia Olsztyn.

Ostrożeń lancetowaty co kłuje ale zjeść się da

ostozenOstrożeń lancetowy, brzmi groźnie jak nazwa broni, bo nie dość że ostre to jeszcze lancetowate (lancet lub lanca). W dawnych książkach spotkać można go pod nazwą oścień, oset, ostrożeń, ostrzeń, sierpak, rogowicz. Niczym poczet broni starożytnej lub średniowiecznej. Do ostrożenia podobne są osty (rodzaj Cardus). Teraz rozróżniam, ale w dzieciństwie, wszystko co kłujące o fioletowych kwiatach to był oset. Szczególnie dotkliwy gdy suchy. Zarówno w snopku zboża, jak i w sianie, gdy w stodole chciało się wygodnie położyć. Albo, gdy bosymi stopami biegło się ścieżką przez pastwisko nad rzekę. Bardziej uciążliwy niż pokrzywa.

Ostrożeń lancetowaty (Cirsium vulgare synonim Cirsium lanceolatum ) to gatunek dwuletniej rośliny zielnej, należący do rodziny astrowatych (Asteraceae). Preferuje brzegi lasów, zarośli, miejsca ruderalne (jest to roślina azotolubna), przydroża, zręby oraz pastwiska. Występuje na siedliskach wilgotnych lub suchych. Można powiedzieć, że gatunek przywiązał się do człowieka. Dorasta do wysokości 0,5-1,5 m. Nazwę swoją ostrożeń lancetowaty bierze zapewne od kształtu liści, które są pierzastodzielne o kolczasto ząbkowanych odcinkach, w zarysie lancetowatych lub wąskojajowatych, zakończonych długim, żółtawym kolcem. Liście są owłosione. Fioletowe kwiaty zwabiają liczne owady. Można obserwować wiele gatunków motyli, korzystających z nektaru. Ostrożeń lancetowaty kwitnie od czerwca do września. Jest rośliną owadopylną.

Tworzy mieszańce międzygatunkowe z ostrożeniem warzywnym (czytaj więcej). Jakby złośliwie zacierając sztywne granice wyznaczone przez taksonomów. Ale świat przyrodniczy ciągle wymyka się ludzkim schematom. Ostrożeń lancetowaty uważany jest za roślinę szkodliwą dla zwierząt domowych, bowiem zjadana rani błony śluzowe (kolczaste oskrzydlenia liści i łodygi). W sumie po to ewolucyjnie roślina wytworzyła kolce, by zniechęcać roślinożerców przez konsumowaniem.

Jakkolwiek człowiekowi kolce ostrożenia zawadzają to jest to roślina wykorzystywana kulinarnie jako jarzyna. Człowiek nauczył się omijać kolące kolce. Zjadać można młode korzenie – po wysuszeniu zmielić na mąkę warzywną. Dawniej używana była taka mąka do wzbogacania mąki zbożowej. No cóż, z głodu to i korę jedli nasi przodkowie. Korzenie po ugotowaniu można podsmażyć na patelni. Aż mnie zaciekawiło jak to może smakować. Łodygę i liście można zjadać, gdy są jeszcze bardzo młode. Przed okresem kwitnienia można zjadać na surowo. Albo przyrządzać jak szpinak. W maju, gdy pojawiają się kwiaty, można je zrywać i gotować jak warzywa albo marynować w solance. Płatki kwiatowe używane bywały jako jadalna dekoracja sałatek oraz jako składnik past kanapkowych. Ja nie jadłem (jeszcze), ale w książce pt. Jadalne rośliny dziko żyjące” wyczytałem, że smakuje jak liście buraka. Zanim staliśmy się lekomanami, zaopatrującymi się w aptekach w różne tabletki, syropy u mikstury, wykorzystywaliśmy różne rośliny w celach leczniczych. Pośród nich jest i ostrożeń lancetowty, który ma podobne właściwości co ostrożeń warzywny. A wszystko przez znajdujące się w nim : inulinę, olejek eteryczny, żywice, związki wapnia, kwas krzemowy.

Dlaczego rozpisuje się o ostrożeniu lancetowatym? Bo niebawem znajdzie się jako motyw na „gadającej dachówce”. Odciśnie więc swoje piętno także w sztuce.

Życie seksualne sysydlaczków

podoph00Ile jest sysydlaczków w Polsce? Oczywiście nie chodzi mi o policzenie wszystkich osobników lecz o rzecz znacznie łatwiejszą do oszacowania: ile gatunków sysydlaczków żyje w Polsce. Ale i na to pytanie trudno znaleźć mi odpowiedź. Bo chyba jeszcze nikt nie policzył a specjalistów sysysaczkologów najwyraźniej brak.

W opracowaniu „Różnorodność biologiczną Polski” (Andrzejewski R. i Weigle A., red.) jest informacja, że wszystkich orzęsków (Typ Ciliophora) do tej pory naliczono 577 a spodziewać się można ponad tysiąc. Znamy więc mniej więcej połowę ( o reszcie mamy przypuszczenie, że żyją u nas, ale nikt jeszcze nie potwierdził, nie zobaczył – takie są luki w wiedzy o krajowej bioróżnorodności). W gromadzie Phyllopharyngea (do której zaliczają się sysydlaczki) w Polsce udokumentowano 56 gatunków (a nie wiadomo ile ich rzeczywiście jest). O samych sysydlaczkach dokładnej informacji nie ma. Możemy więc przypuszczać, że samych sysydlaczków (Suctoria) może być coś 40-50 gatunków. A może dwa razy więcej?

Sysydlaczki (Suctoria) są najbardziej zmienioną grupa spośród wszystkich orzęsków. Formy dojrzałe prowadzą osiadły tryb życia i zupełnie pozbawione są rzęsek (orzęsione są jedynie formy młodociane). Sysydlaczki nie mają także cytostomu jak przystałoby na orzęski. Pokarm pobierają przez rurki ssące, rozmieszczone po powierzchni ciała lub skupione w pęczkach.

Ale sysydlaczki – tak jak inne orzęski – mają dymorfizm jądrowy (coś jakby dymorfizm płciowy). Rozmnażają się przez pączkowanie, w wyniku którego powstają orzęsione larwy (ale one również nie mają cytostomu tak typowego dla orzęsków).

Sysydlaczki są drapieżne (dlatego niektórzy uważali je za zwierzęta – takie określenia można znaleźć w wielu starszych książkach). A ponieważ prowadzą osiadły tryb życia to czekają na swoje ofiary niczym jamochłony (takie jak stułbia). Co zjadają – na co polują sysydlaczki? Ich ofiarami są inne orzeski. Rurki służą zarówno do wysysania cytoplazmy ofiary jak i do wstrzykiwania do komórki ofiary ciała paraliżujące i ułatwiające trawienie. Niczym jakiś pająk lub pluskwiak z makroświata. Są wśród sysydlaczkó także formy pasożytnicze (o tym napisze kolejnym razem).

Życie seksualne sysydlaczków jest złożone i momentami dramatyczne. Rozmnażanie przez podział u sysydlaczków rzadko obserwowano. Występują natomiast aż trzy typy pączkowania, w wyniku których powstają tomity (postacie larwalne, postacie młodociane, ale najbardziej adekwatna nazwa jest po prostu tomit). Taki tomit (młodociany sysydlaczek) pływa kilka godzin a następnie osiada na podłożu, do którego przyczepia się albo bezpośrednio swoim ciałem albo wytwarza specjalny stylik (coś jakby buty na wysokich obcasach – by wyżej sięgnąć). Rzęski i kinetosomy (przydatne do planktonicznego trybu życia i aktywnego pływania) zanikają a pojawiają się ssawki – rurki ssące. Procesy stricte płciowe, tak jak u innych orzęsków, przebiegają na drodze koniugacji. A ponieważ są osiadłe (sysydlaczki a nie procesy), to w koniugacji biorą udział osobniki sąsiadujące. Czasem jednak podczas koniugacji jeden osobnik zostaje całkowicie wessany przez drugiego. Takie zjawisko zaobserwowano u sysydlaczka o naukowej nazwie rodzajowej Lernaeophrya. Zatem modliszki czy pająki wcale nie były pierwsze w konsumowaniu partnera po kopulacji (procesie płciowym z wymianą i rekombinacją materiału genetycznego).

acinet00Na fotografii obok uwieczniony jest sysydlaczek z rodzaju Acineta (źródło http://www.micrographia.com/specbiol/protis/cili/suct0100.htm). Prawda że piękny? Ale jednocześnie groźny… dla innych orzęsków z mikroświata w kropli wody. Gatunki z rodzaju Acineta budują sobie osłonkę, do której ich ciało szczelne przylega. Nasuwa się skojarzenia albo ze ślimakami albo z moimi ulubonymi chruścikami domkowymi. Rurki ssące skupione są w dwóch pękach. Acineta rozmnaża się przez pączkowanie wewnętrzne (w czasie pączkowania powierzchnia ciała zapada się tworzą komorę, połączoną tylko małym otworem ze światem zewnętrznym. Na dnie komory powstaje pączek, który następnie odrywa się i wypływa na zewnątrz). Gdzie spotkać można akinetę (Acineta)? Na powierzchni wody, to znaczy w neustonie (hyponeustonie), przyczepioną do błonki powierzchniowej, niczym nietoperz, głową w dół (o ile sysydlaczki głowę mają, powiedzmy górną stronę… ale i ta potrafi być na dole, tak to już jest w tym mikro świecie). I taka Acineta „wisi” sobie w towarzystwie innych protistów (eukariotycznych jedkokomórkowców – wiciowców, promiecnowców, korzenonówzek itd.), wrotków (Rotatoria).

Na fotografii wyżej widoczny jest sysydlaczek z rodzaju Podophyra (źródło http://www.micrographia.com/specbiol/protis/cili/suct0100.htm). Aciteta i Podophyra to dwa najpospolitsze rodzaje sysydlaczków. Jednym słowem sysydlaczki są wśród nas, w pobliżu. I w mikroświecie rozgrywają się przeróżne historie makabryczne (z pożeraniem) lub erotyczne (z rozmnażaniem). Świat podobny ale jednak całkiem innym.

Źródła:

  • Anna Czapik, Podstawy protozoologii, PWN 1976, Warszawa
  • Zdzisław Raabe, Zarys protozoologii, PWN, 1972, Warszawa

Czy sysydlaczki są zwierzętami?

acinet00Na początku sysydlaczki były zwierzętami. Czyli wtedy, gdy bliski ale ukryty świat mikro został wreszcie dostrzeżony przez człowieka. Człowiek żył przez tysiąclecia obok sysydlaczków, ale dopiero w XVII wieku zobaczył je po raz pierwszy.

Wszystko przez Leeuvenhoeka, który skonstruował mikroskop i spojrzał, co żyje w kropli wody. Wtedy właśnie ludzkość odkryła świat maleńkich istot, jak się później okazało, zbudowanych tylko z jednej komórki. Jedna komórka a cały organizm. Te maleńkie żyjątka, niewidoczne gołym okiem, potraktowano jako prymitywne istoty o prostej budowie i nazwano je Protozoa czyli zwierzęta pierwotne, pierwotniaki.

W ślad za Leeuvenhoekiem inni przez coraz doskonalsze mikroskopy zaglądali w świat kropli wody, i wszystkiego innego. Odkryty został wielki ląd, niczym Ameryka, a mikroskopowi podróżnicy co i rusz odkrywali nowe istoty, gatunki, ba nawet całe królestwa. Nauka, która bada pierwotniaki to protozoologia. Jeszcze w nazwie pobrzmiewa „zoologia” (z przedrostkiem ale jednak) a już sysydlaczki i inne pierwotniaki … przestały być zwierzętami. Bo odkryto organizmy jednokomórkowe z chlorofilem, a więc potraktowano jako rośliny (glony). Potem odkryto bakterie, też jednokomórkowe ale całkiem inne. Kolejne królestwo (ba, carstwo) w świecie istot najmniejszych. Świat organizmów jednokomórkowych, eukartiotycznych (a więc nie licząc bakterii i archeonów, archeowców – bo i bakterie teraz nie są uważane za grupę jednolitą) to świat mocno zróżnicowany, gdzie są i autotrofy i saprotrofy i heterotrofy. Pełen ekosystem. Do tego różnorodność kształtów: wiciowce, pełzaki, słonecznice, sporowce i w końcu orzęski. A ponieważ odkryto endosymbiozę oraz inne formy horyzontalnego transferu genów, zrewidowano nie tylko samo drzewo filogenetyczne, ale nawet jego koncepcję. Mówi się wręcz o kręgu życia. Sieć powiązań i wymiany w tych pradawnych mikro-ekosystemach, co uniemożliwia rysowanie linearnych i dychotomicznie rozgałęziających się drzew życia. Na razie dotyczy to jedynie początków życia i jednokomórkowców, z których wyodrębniły się bakterie, archeowce (Archaea – wiem, wiem, w szkole o tym dawniej nie było… ale teraz jest, bo biologia jest najbardziej dynamicznie rozwijająca się nauką) i eukarionty. Trzy domeny życia. Systematyka tak się rozbudowała, że pierwotnych nazw: królestwa, klasy, rzędy, rodziny) dawno już zabrakło. Pojawiają się więc nowe, dodatkowe.

Ale wróćmy do pierwotniaków, nazwy, która już nie oznacza pierwotnych zwierząt. Ale nazwa dyscypliny naukowej pozostała. Trzy stulecia zaglądania przez coraz doskonalsze mikroskopy (także elektronowe) oraz rozwój biologii molekularnej i badanie genów, sprawiło, że z dawnej grupy Protozoa (w opozycji do Metazoa) wyodrębniono pięć osobnych linii filogenetycznych. Jest jeszcze sporo znaków zapytania, więc proszę się zbytnio nie przyzwyczajać do podziału, który niżej podaję. Kolejne odkrycia mogą i ten schemat zmienić.

Po pierwsze są więc Excavata i należą tu jednokomórkowce pasożytnicze, drapieżne i fotosyntetyzujące (eugleniny, znane z podręczników szkolnych). Druga grupa to Chromalveolata (że dziwne te nazwy? Jakoś nazwać trzeba, bo świat życia bogatszy niż nasz język) – tu należą sysydlaczkowe orzęski, ale w towarzystwie fotosyntetyzujących okrzemek czy brunatnic. Są i pasożytnicze zarodźce (w tym ten od malarii). Trzecią grupą „pierwotniaków” są Rhizaria – gatunki ameb, z których większość ma pseudopodia (nibynóżki) w kształcie nitek. Czwarta jest Archaeplastida, gdzie znajdują się krasnorosty, ramienice i zielenica oraz wywodzą się rośliny zielone (te jakie znamy na co dzień). W zasadzie rośliny naczyniowe to wielokomórkowe Archaeplastida. Obraz zupełnie inny, niż pamiętamy ze szkoły. A nie pisałem już, że biologia to najdynamiczniejsza nauka w ostatnim stuleciu? Jest i piąta grupa – Unikonta, grupa eukariontów, do której należą ameby o płatowych lub rurkowanych nibynóżkach (pseudopodiach) a także… zwierzęta i grzyby.

Widać więc wyraźnie, że świat jednokomórkowców jest ogromnie zróżnicowany. A świat nie dzieli się już na jednokomórkowce i wielokomórkowce, ale na inne, filogenetyczne grupy (nazwy nam wydają się obce i nieznane, ale nasze wnuki do nich przywykną). Sysydlaczki, jako orzeski, znajdują się w jednej z nich (Chromalveolata), równie daleko od innych „zwierząt pierwotnych” co i od roślin naczyniowych czy zwierząt. Ogromną różnorodność świata żywego nazywać musimy na nowo, by uwzględnić wiedzę, jaką o życiu już zdobyliśmy. Biolodzy są jak Adam, co zobaczą – to nadają nazwę. W życiu codziennym zwierzętami będą jedynie… ssaki (a ptaki, to ptaki, owady to owady). W każdym razie sysydlaczki nie są zwierzętami w sensie systematycznym i biologicznym. Kiedyś były ale teraz już nie są. Nie są nawet zwierzętami pierwotnymi mimo, że ich badaniem zajmuje się protozoologia.

zobacz też: Sysydlaczki z Krainy Tysiąca Jezior 

Na fotografii u góry sysydlaczki, fot. Damián H. Zanette, Wikimedia Commons.

Systematyka za: Biologia (Campbell i inni), Rebis, 2012, Rozdział 28 „pierwotniaki”

Sysydlaczki z Krainy Tysiąca Jezior

Suctoria1_wikiDamin_H._Zanette_Original_uploader_was_Dhzanette_at_en.wikipediaBez rzęsek, czyli łyse. Mamy dużo jezior, to i sysydlaczków mamy dużo. Piękna nazwa, choć nikt (prawie nikt) ich nie widział. Statystycznie rzecz biorąc na kilka miliardów ludzi – tych co widzieli sysydlaczki i wiedzą o ich istnieniu to jest tak niewielu, że poniżej błędu statystycznego. Więc jakby ich nie było. A są.

Są małe, że gołym okiem ich nie widać. Ale pod mikroskopem ukazują swoje tajemnicze piękno. Tajemnicze sysydlaczki z litoralu jezior i innych wód, jakich w krajobrazie pojeziernym jest dużo. Warmia i Mazury to Kraina Tysiąca Jezior … i sysydlaczków. Ale nikt o nich nie mówi.

Miliony poszły na reklamę „Mazury Cud Natury”… ale ani grosza, ani słowa o sysydlaczkach. Co tam, praktycznie nic tam konkretnego nie było (ani chruścików, ani ważek ani o owadach lądowych, ani o ciekawych roślinach – a przecież wszystkie widoczne nawet gołym okiem!). Więc ważni panowie w garniturach o sysydlaczkach nie wspominali. Bo sysydlaczki są bardzo małe. Małych wielcy nie dostrzegają. To znaczy prawdziwie wielcy małych dostrzegają a jedynie ci, którym się zdaje, że są, to nie zwracają na małych uwagi. Bo małe istoty stanowisk nie rozdają, urzędów nie piastują, nie jeżdżą drogimi samochodami, w telewizji nie występują, w radiu wywiadów nie udzielają itd. A sysydlaczki? Ani tego zjeść się nie da, ani zapolować z flintą. Do czegóż więc sysydlaczki potrzebne, by na nie uwagę zwracać?

Sysydlaczki to nawet nie są ani zwierzęta, ani rośliny ani grzyby, ani bakterie, ani wirusy. Są eukariontami i pierwotniakami (czasem protistami zwane). Sysydlaczki, bezrzęski (Suctoria) – gromada w typie orzęsków (Ciliata). W internecie na polskojęzycznych stronach o sysydlaczkach nie można wiele znaleźć. Ot kilka zdań natury ogólnej. Że w postaci dojrzałej pozbawione są całkowicie rzęsek, zastąpionych rurkami ssącymi (naukowo to się te mikrorurki nazywają tentacule), służącymi do pobierania pokarmu. Należą do sysydlaczków różnopostaciowe pierwotniaki, przytwierdzone nóżką do podłoża. Sysydlaczki to przeważnie mieszkańcy litoralu wód słodkich, rzadziej morskich. I co w tym ciekawego?

Jeśli się wczytać w książkach papierowych (na szczęście takie istnieją, bo nie wszystkie ważne rzeczy zostały jeszcze zdigitalizowane) jest dużo informacji. A każda prawie sensacyjna. No bo niby tak, należą do orzęsków. Jak sama nazwa wskazuje orzęski powinny mieć rzęski. A sysydlaczki w swej dojrzałości są po prostu „łyse” (bezrzęskowe, co dawniej skutkowało wydzielaniem ich w osobną grupę istot). W czym są podobne trochę do ludzi, bo mężczyźni także w swej dojrzałości tracą tu i ówdzie owłosienie. Ale sysydlaczki w stadium młodocianym mają rzęski. Więc jednak coś z orzęsków mają. Młodzieńczość przesądza o (o)rzęskowatości sysydlaczków.

Zanim napiszę coś więcej o biologii tych istot niezwykłych, jeszcze kilka słów o nazwie. Wydawała mi się fikuśną i tajemniczą. Ale jeśli sysydlaczki mają ssawki, którymi ssąc pobierają pokarm, wręcz wysysają… to nazwa staje się zrozumiała. Sysydlaczki pochodzą od sysania. Polska nazwa jest stara, co najmniej XIX wieczna. Bo już wtedy funkcjonowała. Teraz nazwalibyśmy je raczej wysysaczki, ewentualnie siorbaczki. W sumie też pięknie. W tym swoim wysysaniu znowu podobne są do człowieka – boż my ssakami jesteśmy. Też to i owo ssiemy lub wysysamy. W tych czynnościach człowiek ma coś z sysydlaczka. Albo na odwrót.

Biologia sysydlaczków jest niezwykle ciekawa. Bo mimo, że są pierwotniakami, to już u niektórych gatunków występuje przemiana pokoleń. Tak jak u fotosyntetyzujących eukariontów lub Metazoa. Czytam o sysydlaczkach (rozdziały w dwóch książkach protozoologicznych) i się zachwycam. A swoim zachwytem niebawem się podzielę. Nawet nie przypuszczałem, że tyle wiemy o tej grupie organizmów i że są tak ciekawe nie tylko dla biologa. Sami się przekonacie. Nie będę tej wiedzy zatrzymywał tylko dla siebie.

Na fotografii u góry sysydlaczki, fot. Damián H. Zanette, Wikimedia Commons.

zobacz też:

Opowieści warmińskiej dachówki -bliski kontakt z kulturą i naturą

gadajca_dachowkaCzy kamienie mogą mówić? A dachówki? Mogą, ale te zrobione z warmińskiej gliny. Wypalone w piecu opalanym warmińskim drewnem z okolicznych lasów. Te drzewa dużo widziały. Mogą opowiedzieć. A i dachówki, leżąc dziesięciolecia na warmińskich domach, oborach, stodołach były świadkiem wielu wydarzeń. Tych zwykłych i tych burzliwych. I tego, jak zmieniała się przyroda. Teraz mogą opowiedzieć o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym regionu

Pomysł z gadającymi dachówkami jest z jednej strony pokłosiem pleneru w Tumianach (wtedy malowaliśmy warmińskie kamienie), z drugiej są efektem mojej obecności na stażu w małym przedsiębiorstwie z Warmii i Mazur. Projekt realizowany jest przez Centrum Innowacji i Transferu Technologii UWM w Olsztynie (Dotyczy udziału w projekcie pt. „REGIONALNY TRANSFER WIEDZY Z NAUKI DO BIZNESU – staże i szkolenia praktyczne naukowców w przedsiębiorstwach Warmii i Mazur” współfinansowanym ze środków Unii Europejskiej w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego).

Gadające dachówki to połączenie etnobotaniki z przyrodą oraz arteterapią i warsztatami rękodzieła artystycznego. Motywy jakie znajdą się na dachówkach to rośliny znajdujące się w ogrodzie i okolicznych terenach zielonych, lokalne gatunki owadów itd. Jednym słowem przyroda Warmii i Mazur, kultura i natura w jednym.

Na malowanych dachówkach umieszczone zostaną kody QR, odsyłające do wpisów na moim blogu – filozofujących opowieści o namalowanych gatunkach roślin i zwierząt czy warmińskich przyrodniczych krajobrazów. Będzie więc to łączenie przeszłości z przyszłością, dawnych technik z nowoczesnymi technologiami mobilnego internetu. I przywracanie znaczenia rzeczom wyrzuconym, niepotrzebnym. Czyli tego, co od dawna robię z butelkami i słoikami.

Ale będzie coś więcej. Będzie akcja społeczna: pomalowane i ozdobione dachówki zostaną wystawione na aukcje, a dochód przeznaczony zostanie na wsparcie zakupu autobusu dla szkoły w Lamkowie. Bo i dachówki są z Lamkowa. I jeszcze coś będzie – usługa turystyczna jako innowacja. Ale o tym napiszę dokładniej w innym terminie.

Na razie coś więcej o dachówka z Lamkowa. Ze starej stodoły – budynku gospodarczego, należącego do szkoły. Tak zaczyna się niezwykła i jeszcze nie do końca wymyślona warmińska historia. W tajnej misji łączenia dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego na razie uczestniczą: Zofia Wojciechowska, Agnieszka Pacyńska-Czarnecka, Anna Wojszel, Stanisław Czachorowski a obiecała także Katarzyna Enerlich. Kolejni uczestnicy ujawnią się za jakiś czas. Może to będzie nawet warmińsko-mazurska historia? Na pewno prowincjonalna. Ale baaaaardzo nowoczesna i technologicznie zaawansowana. Przyrodnicza, artystyczna, historyczna. Na razie akcja jest tajna, zaledwie uchylamy rąbka tajemnicy. Tak tajna, że nawet jej uczestnicy nie wiedzą wszystkiego. Nie bójmy się tego napisać: wiedzą prawie tyle co nic. Ale są kreatywni. A jak już zrobimy, to ho ho. Będzie niby tradycyjnie ale i multimedialnie. Bo to nie byle jakie dachówki. Z samego Lamkowa! Nie jedno widziały i nie jedno słyszały. I nie jeden ptak na nie siadał. Albo taka mucha. Nie. Much to było pewnie ze dwie albo i trzy. A może nawet jakiś chruścik? A co będą te dachówki opowiadać? Gdzie? I jak? Na razie to tajemnica. Powoli będziemy ujawniać. Tyle możemy możemy zdradzić, że będą to ozdrowieńcze opowieści.

Zbierajcie stare dachówki – nie dajcie im zginąć w niepamięci.

Czy chruścik może ugryźć?

oligostomis1Są pytania, które wprawiają w zdumienie. Bo są nietypowe i niestandardowe. Zazwyczaj dzieci zadają takie trudne (czasami nazywamy takie pytania „głupimi”), ale i dorosłym zdarza się zapędzić specjalistę w kozi róg. Są to pytania, których specjaliści sami sobie nie zadają. Dlaczego? Bo wynikają z zupełnie nieschematycznego punktu widzenia.

Wydawało mi się, że o chruścikach wiem dużo. Ale wczoraj dostałem list elektroniczny z bardzo zaskakującym pytaniem:

„Panie Profesorze, szukam w internecie informacji na temat dorosłej postaci chruścików. (…) Do poszukiwania informacji na temat tych owadów zmusiła mnie przykra przygoda jaka spotkała moją mamę podczas tegorocznych wakacji (…) Otóż mamę ukąsił jakiś owad. Wpadł do nogawki spodni i pewnie ze strachu zaatakował. Mama poczuła ukąszenie i odruchowo pacnęła owada przez spodnie. Wypadł ale odfrunął, bo jak mówi, był bardzo twardy. To było w sierpniu a do dzisiaj mama leczy miejsce po ukąszeniu, ponieważ powstał tam najpierw ropień a teraz martwica i czekamy na wyniki antybiogramu, bo dwa dotychczasowe antybiotyki nie działają. (…)Z opisu wynika, że ten owad miał około centymetra długości, był bursztynowej barwy i składał skrzydełka nie jak motyl, na płasko tylko wzdłuż ciała na plecach. (…) Oglądałyśmy różne zdjęcia owadów i wydaje nam się, że to dorosły chruścik. Mama spędzała wakacje nad samą rzeką więc może faktycznie. (…) I wreszcie dotarłam do właściwego pytania: czy dorosłe chruściki kąsają? W internecie nie znalazłam odpowiedzi ale ufam, że Pan ją zna, serdecznie pozdrawiam, A. C.”

Mnie osobiście nigdy dorosły chruścik nie ugryzł. Teoretycznie nie jest to możliwe. Chruściki (dorosłe, stadium imago) mają zredukowany aparat gryzący, przystosowany do zlizywania soków roślinnych. Nie miałby więc czym i jak ugryźć. Podobno dorosłe chruściki zlizują sok roślinny, z owoców i innych części. Kłopot w tym, że obserwacji o odżywianiu się dorosłych chruścików jest niewiele. Niemniej budowa wskazuje, że imago nie mogłoby ugryźć, tym bardziej boleśnie. Chruściki nie mają też żądła, a więc i użądlić by nie mogły. Nawet, gdyby chciały i w obronie własnej. Najwyraźniej nie był to chruścik. Być może jakaś błonkówka. A może jakaś krwiopijna muchówka z rodziny Tabanidae?

To nie pierwsze pytanie z prośbą o identyfikację. Niezwykle trudne, bo brakuje samego okazu. Nie ma nawet zdjęcia. Jest tylko opis nie-entomologa. Ugryźć by mogły larwy – ale te żyją w wodzie i skrzydeł nie mają. Zdarzało mi się, że wzięte w rękę larwy drapieżnych Polycentropodidae czy Rhyacophilidae, a nawet Hydropsychidae, próbowały swoimi żuwaczkami ugryźć w palec. Ale ja jestem za gruboskórny dla takich małych owadów. Mimo, że żuwaczki chitynowe, to przeznaczone dla dużo mniejszych stworzeń. Ludzka skóra jest zbyt gruba. Ale sam widok próbującego ugryźć owada może wystraszyć. A strach ma wielkie oczy.

Wracając do listu i zapytania. Coś niewątpliwie ugryzło lub użądliło. I najwyraźniej zainfekowało ranę. Na pytanie w liście odpowiedziałem, teraz jeszcze raz udzielam obszerniejszej odpowiedzi. Ale po głowie kołaczą się myśli o odżywianiu się dorosłych chruścików. Jak je podejrzeć by sprawdzić czym, kiedy i jak się odżywiają? Do jakich owoców przylatują? A może preferują inne soki roślinne?

Na zdjęciu u góry chruścik Oligostomis reticulata z Białowieskiego Parku Narodowego. Czy tak poczciwie i sympatycznie wyglądający owad mógłby ugryźć?

Szewnica bzówka czyli nigdy nie jesteśmy samotni

szewnicaPrzyroda – na co dobitnie zwraca uwagę ekologia – ma charakter wspólnotowy. Nigdy i nigdzie nie jesteśmy sami. Nawet w pustelni mamy bogate życie wewnętrzne… biologiczne życie wewnętrzne. Naukowcy wyliczyli, że liczba komórek bakteryjnych, które mamy w swoim organizmie, jest większa niż liczba naszych komórek. Na szczęście komórki bakteryjne są znacznie mniejsze wielkościowo niż nasze, eukariotyczne. Korzystamy także z genów tych „obcych” organizmów. Samodzielnie byśmy nie przeżyli. Do tego dochodzą bogate relacje z innym organizmami (gatunkami), jako zależności pokarmowe, pasożytnicze, konkurencyjne, symbiotyczne itd.

Ten wstęp był potrzebny by… kontynuować opowieść o czarnym bzie. Ten krzew tak jak i inne gatunki, nie żyje w samotności. Wchodzi w rozliczne relacje. O grzybie, uszaku bzowym, już pisałem. Teraz będzie krótka opowieść o szewnicy bzówce, która swego czasu przyleciała na ścianę mojego domu. Tuż obok liczne są krzewy bzu czarnego. W Parku im. J. Korczaka, nad Łyną. Co prawda teraz te krzewy są przysypywane gruzem i ziemią budowlaną. Ale coś może ocaleje… Szewnice na to liczą.

Szewnica bzówka – Spilosoma lutea (Hufn.) jest motylem nocnym, należącym do rodziny niedźwiedziówkowatych (Artcidae). Nocnym – to znaczy, że owady dorosłe aktywne są w nocy. Zapewne trudno jest fruwać po ciemku. Ale drapieżnikom owadożernym, na przykład ptakom, też jest trudno. Nocny tryb życia motyli nocnych (jak i chruścików) to ucieczka przed drapieżnictwem. A że w przyrodzie nie ma pustki (przynajmniej zbyt długo), to i na drodze ewolucji pojawiły się nocne drapieżniki – nietoperze. Nawigują nie wzrokiem a echolokacją. I przed tymi drapieżnikami motyle nocne próbują się skryć. Dlatego ćmy (motyle nocne) są takie włochate – co widać na powyższym zdjęciu. Taka puszysta i mechata struktura tłumi dźwięki. A skoro tak, to i nietoperzom trudniej „dojrzeć” włochate motyle.

W sumie człowiek mógłby brać przykład i w podobny sposób tłumić nieznośny hałas miejski. Że ludzie mają być bardziej włochaci? Nie, nie o to chodzi. Im więcej szorstkich powierzchni, tym lepsze tłumienie dźwięków. A więc powinno być w mieście więcej niskiej i wysokiej zieleni, więcej trawników niż betonu. A tymczasem kolejny fragment parku zamienia się w parking…

Ale wróćmy do naszej bzowej opowieści i szewnicy bzówki. Nazwa sugeruje, że owad ten ma jakieś relacje z bzem. Owady dorosłe szewnicy spotkać można w lasach liściastych i mieszanych od końca maja do końca lipca. Jest gatunkiem o rozsiedleniu palearktycznym, w Polsce pospolitym. Ale to nie znaczy że widzieliście szewnicę bzówkę. W nocy śpimy, więc żyjemy obok siebie ale się mijamy. Chyba, że przyleci do światła. Ta moja także najpewniej przyleciała do lampy przy klatce schodowej. Siedziała na ścianie, myśląc że jest dobrze skryta. Skrzydła owadów dorosłych u szewnicy bzówki są koloru żółtego. Na przednim skrzydle widoczne są niewielkie, czarne i ciemnobrązowe kropki (plamki), plamki te często układają się w ukośny rząd. Na skrzydłach drugiej pary ciemne plamki są nieliczne. Rozpiętość skrzydeł wynosi 34-40 mm. Ciekawe gdzie zazwyczaj za dnia przesiaduje, bo należy przypuszczać że opisany i zilustrowany kolor skrzydeł jest maskujący.

Odwłok jest żółty (ciut ciemniejszy niż skrzydła), z rzędem ciemnych plamek z górnej strony i po bokach. Motyle dorosłe pojawiają się w końcu maja i latają do końca lipca. Oczywiście nocami, za dnia siedzą. Spotkać je można w lasach liściastych i mieszanych, w zaroślach, parkach, sadach i ogrodach. Gąsienice żerują na pokrzywie, szczawiu, babce i mniszku. Żerują także na krzewach takich jak malina właściwa i bez czarny. Od tego ostatniego motyl wziął nazwę gatunkową. Gąsienicy szewnicy jeszcze nie widziałem. Będę musiał bacznie oglądać krzewy bzu czarnego.

W Polsce występują także dwa inne gatunki szewnicy: szewnica miętówka i szewnica pokrzywnica – owady dorosłe mają skrzydła koloru białego. Szewnice swoją urodą tak mnie zauroczyły, że namalowałem je na butelkach. Teraz stoją na wystawie w Bibliotece Głównej UWM. I myślę, że taka butelka z szewnicą bzówką znakomicie nadaje się na sok z czarnego bzu lub na nalewkę z kwiatów lub owoców bzu czarnego. Ba, nawet na wino się nadaje. Czarnobzowe oczywiście. A że – jak pisałem wyżej – gąsienice żerują także na innych roślinach, to gama trunków pasujących do tej butelki jest szeroka. Tak jak nasze relacje z innymi gatunkami.