Jak to z rymem do wiosny było?

DSCN4341Każdy pretekst jest dobry by  podyskutować o potrzebie zmian w edukacji na każdym szczeblu. Zmian na lepsze. Wczoraj ponarzekałem (Zadanie dla sześciolatka, z którym profesor biologii poradzić sobie nie może), ale wyszło coś dobrego i pozytywnie pouczającego (przynajmniej dla mnie). Wszystko na dobre można zamienić. Nawet błędy. Do tego jeszcze wrócę.

Poprosiłem studentów o podanie rozwiązania dla błędnie opisanego ćwiczenia w zeszycie do ćwiczeń dla pierwszej klasy podstawowej. I z tej studenckiej dyskusji wyniknęło coś sympatycznego i pozytywnego. Coś sobie uświadomiłem. Moje poszukiwanie opierało się na poszukiwaniu sensu biologicznego, jakiejś logiki, spójności merytorycznej. Podobnie poszukiwali niektórzy studenci i też rozważali czy sosnowa igła to liść czy nie liść w sensie botanicznym. Ale szybko przystali w dyskusji na popularne rozróżnienie na liście i szpilki drzew iglastych. Analizowali siedlisko życia zięby oraz drzew jakie w tym siedlisku rosną, by na tej podstawie wywnioskować jaka odpowiedź byłaby najbardziej poprawna z biologicznego punktu widzenia. Oczywiście, oryginalne zadanie dotyczyło utrwalania literek i zmiękczeń, ale przecież świat jest całością. Spójną całością. Logika i prawa przyrody nie przestają obowiązywać na języku polskim (nauczaniu zintegrowanym)…. Zbyt wąskie kształcenie, swoiste klapki na oczach, powoduje tworzenie takich błędnych zapisów.

Młode pokolenie cyfrowych tubylców myśli inaczej (warto to ciągle sobie uświadamiać, w przeciwnym razie będziemy uważali studentów za leniwych i głupich, bo inaczej postępują niż sobie wyobrażamy, że powinni, czyli tak jak my). Kiedy proszę mojego syna o pomoc w różnych sprawach, czasem komputerowych, to mówi mi tak „skoro Ty masz problem, to najprawdopodobniej inni ludzie wcześniej też mieli ten problem i szukali rozwiązania. Możliwe, że to rozwiązanie już jest.” I googla lub szuka w specjalistycznych serwisach. Najczęściej ma racje. W zasadzie zawsze, tylko trzeba umiejętnie poszukać. Szybko udaje się znaleźć rozwiązanie. Warto korzystać z doświadczenia innych, a pokolenie cyfrowych tubylców nauczyło się sprawnie wyszukiwać informacje. My się gubimy.

I moi studenci też tak szukali. Po kilku minutach pojawiła się odpowiedź: „Odpowiedzią podobno ma być „topoli”. Bo niby w jakiejś czytance powiązanej z tym zeszytem ćwiczeń jest tekst, w którym pojawia się zdanie „zrobiłem zdjęcie ziębie, która śpiewała na topoli”. [źródło: http://zadane.pl/zadanie/9052129%5D”. Czyli student zajrzał do odpowiednich serwisów z pomocami do zadań domowych, gdzie sobie uczniowie pomagają. Najzabawniejsze jest to, że było to zgłoszone jako zadanie do gimnazjum na język polski „Dokończ wierszyk; Kazio niesie Zuzi bazie. -To koniec zimy! – woła. Zięba śpiewa pieśń o wiośnie, zielenią się listki na… Potrzebne na dziś!”. Młode pokolenie w internecie uczy się współpracy i bezinteresownej pomocy innym. Nagrodą jest satysfakcja i wirtualny prestiż. Do takich zachować nawiązuje grywalizacja (gamifikacja), wprowadzana jako metoda do szkół i uniwersytetów.

Ale wrócimy do młodych ludzi rozwiązujących zadanie. W odpowiedzi było odwołanie się do czytanki z pierwszej klasy (w komplecie do zeszytu ćwiczeń,). Podano nawet numer strony (wyżej zdjęcie tej strony). Jeszcze zabawniejszy jest jeden z komentarzy (serwis uczniowskiej pomocy), że to proste i trzeba czytać ze zrozumieniem. Bo skoro w czytance jest o topoli… to listki zielenić się mogą tylko na topoli…. Ale moim zdaniem nie jest to uczenie się (czytanie) ze zrozumieniem, tylko na pamięć, ćwiczenie odtwórcze. I wprawa w odgadywaniu jaka odpowiedź jest pożądana (oczekiwana) przez nauczyciela. Weryfikuje się przez to, co powiedział nauczyciel lub jest w podręczniku, a nie przez eksperyment, falsyfikację, odwołanie do praw przyrody. Weryfikuje się czy uczeń „uważał” na lekcji a nie czy rozumie prawa przyrody w szerokim sensie.

Niemniej logika uzasadniania dla topoli (jako poprawnej odpowiedzi), wykorzystana przez studenta, była jak najbardziej poprawna i dobrze uzasadniona (dodatkowo poparta innymi informacjami i ilustracjami). Skoro w ministerialnej czytance jest topola, to w przygotowanym zeszycie do ćwiczeń powinna się pojawić. Był to sposób na odgadnięcia dlaczego autor ćwiczenia użył takich a nie innych słów. Czyli wyjaśnienie co być może „poeta” miał na myśli, pisząc takie polecenie dla pierwszoklasistów. Teza dobrze udokumentowana i uzasadniona.

Jeśli sprawdzamy wiedzę faktograficzną, to uczniowie i studenci szybko sobie z tym poradzą. Z wykorzystaniem internetu, nawet w telefonie komórkowym. Praktycznie sprawdzamy tylko umiejętność odszukiwania. I to jest cenna umiejętność, cenna kompetencja. Byle byśmy wiedzieli, że ćwiczymy zupełnie coś innego niż myślimy, że sprawdzamy. To nie studenci są głupi tylko nasze testy i egzaminy bywają głupie. Mimo zadęcia naukowością, przesyceniem trudnymi i specjalistycznymi słowami, czasem nic sensownego nie zawierają i niczego mądrego nie sprawdzają. Wspomniane testy i kolokwia.

I jeszcze jedna, dowcipna odpowiedź: „Zadzwoniłam do mojej mamy, która uczy akurat w 1 klasie, może coś zaradzi”. Dowcip i korzystanie z wiedzy innych ludzi, dostępnych w realu. Ten sposób myślenia jest charakterystyczny i dla mojego pokolenia. To już trzeci sposób, jedni biorą na logikę i szukają sensu, inni sprawdzają w internecie jak inni rozwiązali (bo po co odkrywać Amerykę na nowo), a jeszcze inni dzwonią do mamy. Ile ludzi tyle pomysłów.

Można na to spojrzeć inaczej. Każda odpowiedź jest ważna byle była dobrze uzasadniona. Wtedy uczymy myślenia, wiązanie faktów i wyszukiwania między nimi relacji, uczymy dyskusji i argumentowania. Może to trochę za ambitne na pierwszą klasę szkoły podstawowej, ale w starszych klasach i na studiach warto tego uczyć. Nie odtwarzania ale tworzenia, ćwiczenia w myśleniu i przekonywaniu. Szkoła polska (i w dużej części uniwersytety także) namiętnie uczy wiedzy odtwórczej: przekazuje informacje i odpytuje czy zostało należycie zapamiętane. Nie ważne czy jest sens i spójność. Ważne czy „było na wykładzie” „lub w podręczniku”. Nawet błędy można wykorzystać do tego by ćwiczyć uzasadnianie. Nie ważne jaka odpowiedź, ważne czy dobrze uzasadniona.

Kolejnym sposobem uzasaniania studentów biotechnologii było odwołanie… do literatury. Ktoś sobie przypomniał wierszyk i wskazał na dąb: Usiadła zięba na dębie:/„Na pewno dziś się przeziębię!/ Dostanę chrypki, być może,/ Głos jeszcze stracę, broń Boże,/ A koncert mam zamówiony/ W najbliższą środę u wrony. Argument równie dobry, bo przecież literacki a o naukę literek chodziło.

I jeszcze inna argumentacja: „Może chodzi o klon? Ogólnie wierszyk przepełniony jest zmiękczeniami głoski ŹET („Ź”) co po zmiękczeniu daje Zi. A w wyrazie „klonie” mamy zmiękczenie głoski EŃ czyli „ni” .

I były też kreatywne, fantazyjne odpowiedzi, bazujące na dowcipie i wiedzy biologicznej, np. w formie rymowanego wierszyka (autor zeszytu do ćwiczeń mógłby się od studentów biotechnologii nauczyć pisania prostych, rymowanych wierszyków) „Kazio taki roztargniony, chce się oświadczyć bo szuka żony. Bukietu róż z tego wszystkiego zapomniał i po bazie na brzeg szybciutko pognał. A zięba która na sośnie siedziała temu całemu cyrku podśpiewywała (…) Za nisko na sośnie siedziała, miauczenia kota nie usłyszała. Kocur był głodny, wysoko skakał i biedną ziębinę za ciałko złapał. I taki to koniec smutny ziębiny, za to Kazio był bardzo szczęśliwy! Zuzia buziaka na koniec mu dała, a sosna topolą się okazała.”

Studenci znaleźli więcej rozwiązań i wiele ciekawszych uzasadnień niż ja. A najważniejsze, że potrafią budować fabułę. A to ważne do wygłaszania referatów tak, by być słuchanym.

Wszystko na dobre można zamienić. Nawet błędy. Swoje czy cudze. Nie bójmy się popełniać (lub wyszukiwać) błędów. Bo można je poprawić, bo świadczą o poszukiwaniu, uczeniu się. A straty czasu (gdy nie próbujemy) w żaden sposób nie odzyskamy. Maszyny czasu nikt jeszcze nie wynalazł.

Zadanie dla sześciolatka, z którym profesor biologii poradzić sobie nie może

10687044_10205529265704381_2654434708872530704_nW pośpiechu i z nastawieniem na wiedzę pamięciową różne dziwne rzeczy powstają. Wyżej przykład z zeszytu do ćwiczeń, pierwsza klasa szkoły podstawowej, poważne wydawnictwo. Żona poprosiła o pomoc „może Ty, jako biolog. powiesz jaka jest poprawna odpowiedź?”. Spojrzałem i zbaraniałem. Uczciwie przyznaję, że nie wiem. A nauczyciel musi wiedzieć… lub udawać, że wie.

Wierszyk jakiś taki bez rytmu i rytmu. A o to by przecież chodziło, by ćwiczyć pamięć i kojarzenie (utrwalanie wyrazów, liter, boż to pierwsza klasa). Ale niech tam, jestem biologiem i co mi do wierszyków (tak pięknie językowo pisanych jak przez Tuwima czy Brzechwę). Z botanicznego punktu widzenie szpilki drzew iglastych to też liście. Ale niech tam, trzymajmy się popularnego podziału na liście i igły (szpilki). Zatem listki na sośnie nie powinny rosnąć. Błąd znaleźć łatwo. Nie pasuje sosna. To było proste. Ale teraz „podkreśl nazwę drzewa które pasuje do treści”. A tam albo nic nie pasuje albo jest wiele poprawnych odpowiedzi. Za to pojawiają się „mądre” zwroty, takiej jak „wers”. Nie za dużo na raz do biednej dziecięcej głowiny? Nie za szybko? Ten „wysoki poziom” jest raczej dyletanctwem.

Najbardziej pasowała by wierzba, bo to krzew i drzewo iście wiosenne, i bazie w wierszyku się pojawiają (może w oryginalnym, pierwotnym wierszyku tak i było). Ale wierzba nie może być z dydaktycznego punktu widzenia, bo ma w sobie literki, które jeszcze na tym etapie nie są znane uczniowi. Więc w zestawie wierzby nie ma. Odrzucamy jodłę i  świerk jako drzewa iglaste. Pozostaje 5 poprawnych odpowiedzi – 5 drzew liściastych, których liście mogą się zielenić. Polecenia nie rozumie nawet nauczyciel („co poeta miał na myśli”). Polecenie wskazuje, że ma być jedna prawidłowa odpowiedź. Może więc trzeba uwzględnić fenologię i zgadnąć, które drzewa pierwsze wypuszczają liście? Poprzeczka niezwykle wysoka (zadałem to zadanie do rozwiązania studentom, ciekawe jak sobie poradzą). O ile pamiętam to dęby dość późno liście wypuszczają. Więc można z dębu zrezygnować. Pozostają jeszcze 4 gatunki. Można sugerować się także rymem do „wiośnie”. Wtedy by wypadało, że „klonie” najbardziej pasuje. Ale ze względu na rym a nie sens przyrodniczy. Jedno polecenie w zeszycie do ćwiczeń a rozprawkę całą napisać można. Ambitne te nasze podręczniki do pierwszej klasy!

11130240_10205529265744382_90856046760512785_n

To było wczoraj. A dzisiaj żona pyta „rozpoznasz mi te motyle”. Bo nauczyciel musi sam wiedzieć by odpowiedzieć dzieciakom, gdy zapytają. A pytają, bo sa ciekawe świata i jeszcze nie wiedzą, że pytających się nie lubi w naszej szkole. Te podpisane ilustracje rozpoznawania nie wymagają. Tyle tylko, że w części to nie nasze motyle (nie występują w Polsce). Podobnie z tymi w dolnej części. Rozpoznać się da rusałkę osetnika (nasza ci ona). Obok zupełnie nie nasze (już lepiej z tymi, których się rozpoznać nie da, bo zawsze mogą robić za swojaka). Niektóre da się rozpoznać, bo północnoafrykańskie i czasem w południowej Europie można spotkać.

Moje pytanie brzmi – dlaczego nie ma gatunków rodzimych, takich które dziecko zobaczyć może na łące? Czy to jakiś zamysł autora podręcznika? Bo pawica atlas to chyba największy motyl na świecie a sułtanki żyją w krajach śródziemnomorskich, tam gdzie czasem dzieciaki z rodzicami na wakacjach bywają (te forsiaste). Jednak wątpię w jakiś zamysł autora (ów) tego zeszyty do ćwiczeń. Zagadkowość treści i ilustracji wynika raczej z pośpiechu i ignorancji. Motyl ma być kolorowy i tyle. Kto by się na nich znał… Sami autorzy przyrodę bardziej znają z telewizji (a tam dużo programów „zagranicznych” o Afryce i rafach koralowych) a nie z wycieczek po okolicy. A nawet jak widzą to i tak nie rozpoznają (robal, to robal). A gdzie konsultacje podręcznika? A kto by miał na to czas i ochotę. Bylejakość wkrada się wszędzie… Nie jest łatwe życie nauczyciela, co z takich podręczników i materiałów edukacyjnych, obowiązkowych korzysta.

Przykład z marcinkowską motylarnią i materiałami do projektu „w świecie motyli„. Na moje pytanie, dlaczego na plakacie jest egzotyczny motyl, a przecież edukacja poświęcona jest mazurskiej łące – otrzymałem odpowiedź „bo nie ma ładnych zdjęć z dzieckiem i krajowymi motylami”. Po prostu, nawet jak się chce, to wydawnictwa korzystają z tego co jest, a krajowych ilustracji nie ma. Autorka projektu obiecała, że wynajmie zawodowego fotografa, by samemu zrobić porządne zdjęcia z naszymi motylami. Będzie na drugi sezon. Więc jakieś światełko w tunelu.

No cóż, przyrodę coraz bardziej znamy z telewizji i internetu a nie spacerów po łące, lesie czy nad jeziorem. Ignorancja przyrodnicza więc rośnie i rośnie (nawet uniwersyteccy filozofowie piszą nazwy gatunkowe z zasadniczymi błędami). Potrzebne są dobre ilustracje, udostępniane na wolnej licencji. Wikipedystów nam po prostu potrzeba! Edukacja przyrodnicza potrzebuje wielu wolontariuszy i miłośników rodzimej przyrody. Bo nawet studenci Wydziału Biologii i Biotechnologii na swojej koszulce umieścili orła amerykańskiego… zamiast rodzimy gatunek. Zapewne łatwiej się googlają amerykańskie wzorce i materiały graficzne….

Czy rodzima bioróżnorodność ulegać ma zapomnieniu? I stanie się niebawem egzotyczna? Nie rezygnujmy! Do dzieła, pisać, fotografować, opowiadać. Nasza przyroda zasługuje na ocalenia od zapomnienia w powodzi ignorancji…

Wimlandia, Wamalandia czy Mawalandia – rzecz o nazwach i tożsamości regionalnej

wimlandaiaBez wątpienia rodzi się nowa tożsamość regionalna, ale jak nazwać region o tak burzliwej historii i ciągłych zmianach? Odwoływanie się do przeszłości: Prusy, Prusy Wschodnie, Warmia, Mazury, itd. jest ułomne i samoograniczające. Nic dziwnego, że ciągle pojawiają się nowe propozycje.

Naturalnym wydaje się odwołanie do dawnego dziedzictwa, do tradycji. Bo przecież tożsamość regionalna rodzi się z pamięci tego, co było. Kłopot tylko taki, że nasz region na przestrzeni wieków i tysiącleci był w obrębie różnorodnych tworów państwowych i pod wpływem różnych kultur i etnosów. Region wiecznych tułaczy. Pojawiają się ludzie… by po jakimś czasie dobrowolnie lub pod przymusem przemieścić się gdzieś indziej. Czy tylko odwołanie się do przeszłości, które kanalizuje, ogranicza i uwiera?

Kolejna fala migracji i procesów kulturotwórczych pozacierała dawne granice i tworzy się nowa jakość, którą próbujemy nazwać. Nie ma już nie tylko niemieckich Prus Wschodnich (podzielone, w części w Obwodzie Kaliningradzkim) ale także i Polski Rzeczypospolitej Ludowej. Jesteśmy Europejczykami, tworzącymi Stany Zjednoczone Europy. Zmienił się więc zarówno kontekst lokalny (regionalny – inni ludzie inna kultura) jak i kontekst globalny. Czy to są Mazury? Warmia, Warmio-Mazury? Nowe Prusy? Każda z tych nazw ma swój kontekst historyczny i konkretną treść, nieprzystającą już do rzeczywistości. I nie przystającą do współczesnej tożsamości. Czy mamy chodzić w czerwonych, chłopskich kubraczkach, słomianych kapeluszach i uczyć się gwary mazurskiej lub warmińskiej? Wszystko to już jest martwe, sztuczne. Zmienił się język, zmieniły się warunki życia (nie jesteśmy społeczeństwem agrarnym), zmieniła się kultura. Nie sposób tego nie zauważyć.

Poszukiwanie tożsamości poprzez odwołanie się do przeszłości jest czymś dobrym i naturalnym. Ale wymaga współczesnego odwzorowania i aktualizacji. Bo tylko wtedy będzie żywe i ciągle istniejące w kulturze. Tożsamość regionalna potrzebuje autentyczności i prawdziwości a nie skansenowego zasuszenia do umieszczenia w gablocie muzealnej – ładnie na to popatrzeć ale nie używać na co dzień.

W używanych nazwach całkowicie brak odniesienia do kultury łużyckiej czy obecności Gotów oraz Wandalów. Na pewno jakoś te ziemie nazywali, ale niestety nie zachował się przekaz słowny (pisemny). Więc nic o tym nie wiemy. Mimo, że istniała ciągłość kulturowa i coś po sobie zostawili. Możliwe, że nawet pojawi się w modnych ostatnio różnorodnych grupach rekonstrukcyjnych (Prusowie, Krzyżacy i bractwa rycerskie, wojska napoleońskie, rekonstrukcje formacji wojskowych XX wieku itd.).

Pierwsza nazwa historyczna, która się pojawia to Prusy. Odwołania do tradycji staropruskiej przybierają różnorodne formy, np. w postaci „bab pruskich”. W nazwach funkcjonuje Warmia, ale diecezja i granice współczesnej Warmii, tej historycznej, to tylko część ziem, na których żyli staropruscy Warmowie. W granicach Warmii (diecezji i potem niemalże samodzielnego księstwa) znalazły się tylko fragmenty plemiennych ziem Warmów, ponadto włączone zostały obszary innych plemion: Galindów, Bartów itd. Tak więc mimo historycznej nazwy przez wieki kulturowo przetworzony obszar ma mało wspólnego z staropruskimi Warmami. Ciągłość, kontynuacja ale i znaczne przetworzenie, aktualizacja, czy wręcz nadanie zupełnie nowej wartości. Bo współcześnie Warmia kojarzy się z kapliczkami i katolickością oraz polskością.

Długo funkcjonowała Warmia samodzielnie, także pod względem kulturowym, bo była katolicka w odróżnieniu od sąsiednich ziem protestantów i należała do Polski. Wyróżniała się kulturą i samodzielnością polityczną (teraz to nie jest aktualne bo cały regon jest polski i katolicki – z rozproszoną różnorodnością innych nacji i wyznań). Jakkolwiek dla celów turystycznych uwidacznia się gdzieniegdzie granice historycznej Warmii… to nie ma już różnic ani językowych ani kulturowych między Warmią a Nie-Warmią (np. Mazurami, Powiślem, Górnymi Prusami, Ziemią Michałowską itd.). Granica nie jest widoczna i jest martwa, jest ciekawostką historyczna i turystyczną.

Mazury nazwę swą wzięły od napływu w czasach „krzyżackich” Mazowszan (Mazurów) z sąsiedniego Mazowsza. Wyróżnia je język polski (w opozycji do żywiołu niemieckiego, ale z asymilacją częściową kultury staropruskiej) i wiara ewangelicka. Ale to już przeszłość, Nie ma dawnych Warmiaków ani dawnych Mazurów (jak ostatni Mohikanie funkcjonują jedynie w kulturze). Też historycznie wyróżnia się od ziem II Rzeczypospolitej (bo inna państwowość), jednak granice w obrębie Prus Wschodnich już były nieostre, płynne i zmienne. Warmia i Mazury, to niewątpliwie historycznie zasadniczy trzon regionu. Ale tylko w odniesieniu do XVIII i XIX wieku. A co z przeszłością i współczesnością? Wcześniej i później było zupełnie inaczej.

Po II wojnie światowej, wraz ze zmianami granic i wymianą ludności, pojawiły się nazwy: Okręg Mazurski, woj. olsztyńskie, definiowane przez nazwę stolicy. W nazewnictwie geograficznym funkcjonuje Pojezierze Mazurskie… obejmujące Warmię. I nie ma z tym żadnego kłopotu. Po prostu wielowiekowe dziedzictwo pozostawiło w nazwach różne ślady. Na szczęście nazw fizjograficznych nie trzeba zmieniać.

Jak nazwać krainę, która obecnie znajduje się w granicach administracyjnych województwa warmińsko-mazurskiego? Jest nie tylko Warmia i nie tylko Mazury (Gazeta Olsztyńska na swoich stronach www musiała to uwzględnić i pojawiło się Powiśle, Ziemia Chełmińska, Suwalszczyzna itd.). A ponadto jest to już region jednolity kulturowo i językowo, mimo swojej różnorodności i wielokulturowości wewnętrznej. Ale nie są one wyodrębnione geograficzne, to swoista mozaika.

Nastąpił (i ciągle trwa) napływ nowych osadników, nowych trendów kulturowych i nie da się ich zamknąć w nazwach z przeszłości. Skoro tyle razy nazwy się zmieniały, nadążając za zmianami kulturowymi i politycznymi, to może warto wymyślić nową, współczesną nazwę? Aby wygodnie się nią posługiwać i aby dobrze odzwierciedlała współczesną, ciągle się rodząca, tożsamość regionalną (lokalną).

Województwo warmińsko-mazurskie jest nazwą poprawną, aktualną, ale zbyt długą do powszechnego stosowania. Stąd pojawiła się nieoficjalna nazwa Wimlandia, od skrótu nazwy województwa, stosowanego głównie w adresach internetowych (np. http://wim.pl). Do „wim” dodana została tylko „landia” na uniwersalne określenie krainy. Tak jak Irlandia, Islandia, Gotlandia, Zelandia, Grenlandia. Termin krótki i zrozumiały także dla obcokrajowców (czy obcokrajowiec potrafi wymówić lub zapisać z polskimi znakami „województwo warmińsko-mazurskie”?). Ale można to być także Wamalandia (Warmia i Mazury, wykorzystywane już w różnych imprezach od dawna, np. turystyczna Wa-Ma czy kilka różnych imprez kulturalnych), czy Mawalandia (Mazury i Warmia, odwrócona kolejność) – to samo ale inna kolejność i ważność.

Mamy więc nowe twory słowne Wimlandia, Wamalandia, Mawalandia (być może coś jeszcze się uda wymyślić). Nowe słowo, a więc bez ograniczających obciążeń historycznych (bo granice są już inne i kultura inna). Landia… to coś niedopowiedzianego, nowy ląd, który trzeba dopiero odkryć, opisać. A więc nie trzeba tkwić np. w XIX wieku w poszukiwaniu tożsamości lecz uwzględnić kulturę współczesną. Nazwa ta to oczywiście nieoficjalna, nie mylić z urzędową nazwą województwa.

Jestem za Wamalandią, niemalże bajkową a przez to tajemniczą krainą, z dużymi możliwościami autokreacji kulturowej, z możliwościami uwzględnienie współczesnych osadników, poszukujących ciszy, sielskości, wielokulturowości (– landia to nawiązanie do tradycji germańskiej, jakże mocno zaznaczonej w naszym regionie, od Gotów, wandalów, poprzez Wikigów i w końcu Zakonu Krzyżackiego a potem Prus Wschodnich). Nie tworzymy słomianych pająków u powały ale za to malujemy gadające dachówki, produkujemy baby pruskie, dekupażujemy, realizujemy się w wiejskich teatrach, robimy ser kozi z pokrzywą i cydr z miejscowych jabłek. Nie trzeba wymyślać starych strojów warmińskich czy mazurskich i na siłę dzielić się na Warmiaków czy Mazurów, tylko dlatego, że ktoś mieszka w Mrągowie lub Olsztynie.

Wamalandia to jedna kraina, bez granic wewnętrznych, to coś co się dopiero tworzy i nie jest ograniczone schematami przeszłości. Owszem, to kraina czerpiąca tożsamość z przeszłości, zarówno z kultury łużyckiej epoki brązu, czerpiąca od Gotów i Wandalów, którzy tu kilka wieków mieszkali, jak i od lepiej znanych Prusów, później Zakonu Krzyżackiego, i jeszcze później Warmii, Mazur, Górnych Prus czy w ogóle Prus Wschodnich, aż po powojenną tradycję funkcjonowania w Polsce Ludowej i z PeGeeRami. Z uwzględnieniem wszelkich dawnych i współczesnych migracji Szkotów, Holendrów, Salzburczyków, arian, Ślązaków, Mazurów, Ukraińców, Rosjan, warszawiaków itd. Przyrodnicza Wamalandia jest druga Syberią, Dzikim Zachodem, drugimi Bieszczadami, krainą na krańcach „cywilizowanego” świata, kreatywną a jednocześnie mocno zakorzenioną we współczesnej, wielokulturowej Unii Europejskiej.

Wamalandczyk nie musi się określać albo jako Warmiak, albo jako Mazur (bez żadnych innych możliwości). Wamalandczyk (Wimlandczyk, Mawalandczyk), to coś znacznie szerszego, aktualnego i wpisującego się w kulturę współczesna globalnej wioski.

Wamalandia wymaga odkrycia i opisania. A nowa nazwa daje większa swobodę w samookreślaniu się kulturowym i dojrzewaniu tożsamości regionalnej. Umożliwia uwzględnienie wielowiekowego i zróżnicowanego dziedzictwa w zupełnie nowym kontekście.

Mobilny poster i kształcenie pozaformalne na konferencji w Gdańsku

posterideatorium

W czasie pobytu we Francji (przy okazji innej konferencji poświęconej zasobom wodnym) sprezentowałem „gadającą butelkę”, z QR Kodem, odsyłającym do odpowiedniego filmiku. Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu zadziałały szybko i znakomicie. Starsze pokolenie posługuje się smartfomami z dostępnym internetem a młodego pokolenie pokazało jak z tego korzystać. To znaczy jak pobrać bezpłatny dekoder kodów QR i jak uruchomić. Mobilny internet jest bardziej dostępny niż mogłoby się zdawać. A skoro przetestowałem na wystawie fotograficznej (Olsztyńskiej Dni Nauki), na wystawie prezentującej duży projekt badawczy z energią odnawialną, na dachówkach i na butelkach…. to czemu nie wprowadzić jako rozwiązanie do konferencyjnych plakatów naukowych? Tym bardziej, że uczę studentów komunikacji naukowej (referaty, plakaty  raporty, eseje). Uczyć ich rzeczy starych, przestarzałych i dostępnych w podręcznikach? Przecież uniwersytet to wspólnota poszukujących… a więc sprawdzam najpierw innowacji na sobie, by potem pokazywać studentom. I powiadać im o własnych błędach, potknięciach, krętych drogach. Niech się uczą na błędach swoich (by lepiej zrozumieć, by doświadczyć) i na błędach moim (wtedy zajdą dalej).

Po co jest poster na konferencji? To forma krótkiego doniesienia gdy w obliczu dużej liczby uczestników nie dla wszystkich jest czas by po kolei opowiedzieli o swoich odkryciach i aby uczestnicy-specjaliści spośród dużej różnorodności wybrali coś interesującego dla siebie… bez konieczności długiego oczekiwania na wybrany raport, nudząc się na tych z nieco innej działki (przecież jak na każdym „targowisku” interesuje nas w pełni jedynie fragment szerokiej oferty – ale każdego co innego). Istotą konferencji są przede wszystkim dyskusje (efektywna komunikacja). Na nie w tłumie zawsze brakuje czasu. Pretekstem (katalizatorem) dyskusji są referaty… i postery. A najciekawsze rzeczy toczą się w czasie dyskusji kuluarowych, w kameralnym nieco gronie,

Krótkie jest życie referatu (nie każdy zdąży usłyszeć), krótkie jest życie plakatu konferencyjnego (można rzucić jedynie okiem lub sfotografować i spokojnie poczytać w dowolnym czasie). Chciałoby się, aby dotarła treść do jak największej liczby odbiorców. Doniesienie żyje więc na długo przed (np. w formie publikacji), i na długo po konferencji. Streszczenia referatów, doniesień, posterów drukowane są w specjalnych tomikach konferencyjnych a od jakiegoś czasu także w formie internetowej. Umożliwia to dostęp nawet tym, którzy na konferencję nie dojechali. Organizatorzy umieszczają także na stronach konferencyjnych nawet miniaturki posterów. A wspomagając ten proces i ja umieszczam miniaturki plakatów na swoim blogu, razem ze streszczeniami.

Tym bardziej, że po powrocie będę musiał szybko przygotować zdalny e-wykład… o nowoczesnych formach komunikacji.

pozaformalne_ideatorium

Poster z mobilnym internetem czyli hybrydowe formy komunikacji w nauce

Są nie tylko media hybrydowe ale i pojawiają się nowe, hybrydowe formy komunikacji naukowej (upowszechniania wyników), łączące tradycyjny tekst, plakat naukowy z … mobilnym internetem. Wszystkie elementy techniczne są już w zasięgu ręki w większości na wolnej licencji. Komputery i elektronika zmieniły wiele. Tekst już nie musi być linearny. Hipertekstowe przekierowania w jednym dokumencie elektronicznym, jak i odwołania do innych za pomocą internetu, stworzyły zupełnie nowe możliwości. Jednak w korzystaniu z zasobów internetowych łatwo zagubić się w gąszczu pobocznych informacji i stracić kontakt z właściwym tekstem. To, co kiedyś wynikało z ograniczeń, teraz musi być osiągane siłą woli i koncentracją. Zbyt duże możliwości rozpraszają. Mobilny internet powszechnie dostępny zmienił jeszcze więcej. Media stały się hybrydowe. Prasa wymieszana została z radiem i telewizją a do tego z namiastką bezpośredniej rozmowy (aktywizujące komentarze i portale społecznościowe). Środowisko akademickie powoli odkrywa te możliwości. Zmieniają się tradycyjne formy komunikacji naukowej. Już nie tylko seminaria, referaty, publikacje i sesje posterowe (a przecież poster to naukowa nowinka, upowszechniona w naukach przyrodniczych zaledwie dociera do nauk humanistycznych). Nawet tradycyjny poster, jako połączenie publikacji naukowej z plakatem można ożywić i ozdobić filmem oraz szybkim dostępem do źródeł. Wystarczy skorzystać z QR Code lub innych aplikacji. Hybrydowe formy komunikacji w nauce stają się faktem. Dla wielu jeszcze jako mglista fantazja, dla innych – rodząca się innowacja.

Kształcenie pozaformalne jako wyzwanie dla dydaktyki akademickiej

Dokonuje się przewrót kopernikański w edukacji. Dydaktyka akademicka najwyraźniej nie bardzo za tym procesem nadąża. Zmienia się rola uniwersytetów w edukacji bo zmienia się paradygmat kształcenia. Coraz bardziej wzrasta znaczenie kształcenia pozaformalnego i nieformalnego czy nawet ustawicznego. Nie zmienia się misja uniwersytetu, zmieniają się jedynie studenci. Przekaz edukacyjny musi być dostosowany do słuchacza, jeśli ma być skuteczny (a nie tylko pustym rytuałem). Słychać głosy zaniepokojenia, że w dobie niżu demograficznego ubywa nam studentów a uczelniom grozi kryzys. Jednak chętnych do kształcenia jest równie wielu, a nawet może więcej. Zmienia się tylko forma. Powstają różnorodne centra nauki, popularne są pikniki naukowe, uniwersytety trzeciego wieku, wykłady otwarte, kawiarnie naukowe, popularyzatorskie mediach hybrydowych. To nie jest tylko rozrywka lecz formy edukacyjne. Transfer wiedzy odbywa się na wiele innych sposobów. Forma dydaktyki akademickiej musi nadążać za kontekstem miejsca i słuchacza. Zmiana formy kształcenia nie jest jeszcze dostrzegana w algorytmach finansowych, uczelnie dostają pieniądze na liczbę tradycyjnych studentów i typowe publikacje naukowe. Na razie coś ważnego jest gubione i niedostrzegane. Nie możemy patrzeć tylko na prosty efekt finansowy i zamykać tych szkół, wydziałów czy katedr w „niżu demograficznym”. Coraz częściej szkoła i uniwersytet przestają być postrzegane jako jedyne miejsce, w którym się uczymy, gdyż uczniowie/studenci/słuchacze otrzymują atrakcyjne propozycje edukacyjne spoza tradycyjnych instytucji edukacyjnych. Trzeba podjąć w dydaktyce akademickiej działalność korespondującą z edukacją pozaszkolną. Miejsce edukacji może być w każdym „tu i teraz”, a nie w tylko czterech ścianach uniwersytetu.

Bazie czyli wiosenny powiew optymizmu

bazieKwitnące wierzby, zwane baziami i kotkami, nieodłącznie kojarzą się z wiosną. Kwiaty niepozorne ale owadopylne. Nie muszą się podobać, by zwabiać, bo wiosenna konkurencja jest niewielka. A wiatr wieje nie zważając na urodę czy brak urody brzozy, leszczyny (te są wiatropylne dla odmiany). Wierzbowe kotki pojawiają się nieco później niże te brzozowe czy leszczynowe. Skoro owadopylne to muszą „poczekać” na owady.

Bazie kojarzą się nie tylko z wiosną ale i z rodzącą się biogospodarką, w której wykorzystywane są uprawy wierzby nie tylko jako biomasa dla celów energetycznych. Powoli rodząca się biogodpodarka chciałaby wykorzystać surowce biologiczne do bardziej zaawansowanych celów: leków, kosmetyków, bioproduktów technicznych. To być może miejsce pracy kreatywnej dla młodych, wykształconych ludzi. Odpowiednie badania już trwają (zobacz film).

Ale bazie kojarzą się i z trzecim rodzajem optymizmu – pojawiają się w okresie Świąt Wielkiej Nocy. Optymizm w innym wymiarze duchowym.

Bazie – odrobina radości na kilka sposobów, bo pogoda i wiosna fenologiczna, bo wiosna biogospodarki i w końcu nadzieja na zmartwychwstanie. Dla każdego coś się znajdzie. No chyba, że ktoś jest zatwardziałym marudą i pesymistą. To będzie się obawiał alergii od pyłku z krzewów i drzew, a później traw.

Czytelnikom niniejszego bloga życzę wyciszenia i spokoju w okresie przedświątecznym a potem uduchowionych na wszelkie sposoby Świat Zmartwychwstania Pańskiego.

O tym jak nie sprostałem zadaniu z E-encyklopedią

encyklopediachruscikiNo i nie mogę uwolnić się od tej nieszczęsnej internetowej Encyklopedii Warmii i Mazur. Pan prof. J. Gancewski był raczył stwierdzić dzisiaj w telewizji, że po prostu nie podołałem zadaniu – chodzi o E-ncyklopedię Warmi i Mazur (bo zrezygnowałem). Możliwe, ale teraz nie muszę się wstydzić za treści, które ponoć sprawdzili liczni naukowcy uniwersyteccy nie tylko z Olsztyna.

Żeby nie być gołosłownym (choć jako osoba emocjonalnie związana kiedyś z tym przedsięwzięciem nie jestem chyba w pełni obiektywny, dlatego też odmówiłem wypowiedzi przed kamerami). Zajrzałem do hasła o moich ulubionych chruścikach (pierwsze jakie mi przyszło do głowy z zakresu przyrodniczego). Zamieszczone zdjęcie łamie prawa autorskie (ale może twórcy mają zgodę autora?). Zamieszczam wiele treści na wolnej licencji, także i na tym blogu, ale akurat zdjęcie pochodzi ze strony, gdzie nie ma wolnej licencji, a fotka nie jest moja. Jest sporo ilustracji na wolnej licencji, więc nie trudno zamienić, by nie było prawnych kłopotów.

Przejdźmy do treści (jednak stanowczo odradzam korzystać, chyba, że do szukania błędów). Pierwsze zdanie „Chruściki – rząd owadów o przeobrażeniu zupełnym przechodzących stadium larwalne.”. Otóż u wszystkich owadów są stadia larwalne, i u tych co przechodzą przeobrażenie zupełne i u tych co nie przechodzą. Zatem informacja o larwach jest niezrozumiała, bo albo zbędna, albo wprowadza zamieszanie. Istotą przeobrażenia jest poczwarka a nie larwa. Widać, że poprawiała to osoba niezbyt znająca się na biologii, w szczególności na entomologii. Zatwierdził to pewnie jakiś naukowiec (chyba nie biolog, albo nikt nie zatwierdzał – teraz pewnie nikt się nie przyzna). Kolejne zdanie „W formie dojrzałej chruścik przypomina motyla lub ćmę.” Otóż ćma to motyl (rząd Lepidoptera). Jeśli miało to być nieformalne rozróżnienie na motyle dzienne i motyle nocne (ćmy), to chruściki motyla dziennego nijak nie przypominają. „Ma przezroczyste skrzydełka i układa je w stanie spoczynku dachówkowato, a nie jak ćmy poziomo czy jak motyle – w pionie.” Jedno zdanie kilka błędów, po pierwsze terminem biologicznym są skrzydła a nie skrzydełka (bo by oznaczały coś innego), po drugie dachowato a nie dachówkowato (bo to co innego znaczy, złożone skrzydła przypominają dach dwuspadowy a nie dachówki). Ćmy składają skrzydła tak samo, dachowato a nie „poziomo”. Ciut dalej „Larwy chruścika prowadzą wodny tryb życia. Charakterystyczną cechą tego rzędu jest budowanie domków z przędzy jedwabnej, które służą chruścikom za schronienie bądź sieci łowne.” Kolejne pomieszanie z poplątaniem. Przenośne domki robią tylko niektóre gatunki chruścików. Takie domki zbudowane są z różnych kamyczków, patyczków, części rośliny, a od środka wyścielone są przędzą jedwabną. Domek nie jest siecią. Chruściki bezdomkowe przędą z nici jedwabnych sieci łowne. Albo błąd merytoryczny albo stylistyczny.

Kuriozalne jest „występowanie” –  „Najczęściej występujące na Warmii i Mazurach gatunki chruścika to: ….”„ i tu pojawia się lista, całkowicie błędna, ani pełna, ani poprawna. Są tam gatunki rzadkie, niektóre nawet bardzo, oraz są i pospolite. Trafiają się nawet błędy w nazwach gatunkowych.

Oryginalną i ciekawym fragmentem jest informacja o jubilerze i chruścikach. Ale już w bibliografii jest błąd. Dotyczy mojej osoby, więc tym bardziej mnie razi. Stanowczo odradzam korzystania z takich haseł. Dużo bezpieczniej skorzystać z Wikipedii (podobno robiona przez amatorów, studentów itd. – ale więcej tam rzetelności i stanowczo duuuuużo mniej błędów). Oczywiście takie proste błędy łatwo wyłapać i szybko poprawić. O ile komukolwiek będzie się chciało, bo pieniądze wydane, rozdysponowane, a teraz kto z dotychczasowych autorów chciałby to robić za darmo? I kto za darmo z ekspertów miałby sprawdzać, recenzować, korygować? Ale nie te błędy (poprawialne) są główną wadą omawianej internetowej encyklopedii. Zła jest koncepcja i całkowite zamknięcie na aktywność społeczną i budowanie zespołu wolontariuszy, którzy przez lata rozbudowywaliby i poprawiali taką encyklopedią. Nawet dobry Leksykon Kultury Warmii i Mazur jest praktycznie martwy po kilku latach od ukończenia. Praktycznie nic tam się nie dzieje, nie jest uzupełniane, rozbudowywane. W pogoni za hasłami zgubiono rzecz najważniejszą. A teraz ani hasła nie są kompletne, ani wyczerpujące, ani nie ma zbudowanej społeczności wokół encyklopedii.

Szczegółowo E-ncyklopedii nie przeglądałem (jakoś mnie nie korci). Na pewno jest tam sporo haseł dobrze zrobionych. Wątpię jednak, żeby ta encyklopedia miała szansę stać się żywą i uzupełnianą przez wolontariuszy. W tej mierze popełniono kardynalne błędy koncepcyjne. Nie wiem czy się to da naprawić.

U góry skan z hasła o chruścikach, stan z dnia 22 marca 2015 (mam nadzieję że szybko poprawią).

E-encyklopedia Warmii i Mazur z której muszę się tłumaczyć

gazeta_encyklopediaW sprawie E-encyklopedii Warmii i Mazur zostałem wywołany (wbrew swej woli) do tablicy. Ze współpracy w tym projekcie definitywnie zrezygnowałem na początku lutego 2014 roku, po ponad 9. miesiącach zmagań. Dla mnie sprawa była zamknięta – no cóż, po prostu się nie udało. Ale gdy ukazał się artykuł w Gazecie Wyborczej z moim zdjęciem i gdy rozdzwoniły się telefony, to muszę się wypowiedzieć. „Nie chcem ale muszem” :).

Wielokrotnie konsultowałem (nieodpłatnie) pomysł E-encyklopedii z panem wicedyrektorem M. Kapłonem z CEiIKu, doradzałem w zakresie całej konstrukcji jak i części przyrodniczej. Mocno nalegałem na aspekt społeczny, żeby wokół projektu stworzyć grupę autorów piszących. Było to – w moim odczuciu – ważne dla trwałości projektu (po zakończeniu finansowania). Dzieliłem się swoimi doświadczeniami przy pracach z Wikipedią i wiki-projektach. Zapewne dlatego zaproszono mnie na otwierającą projekt konferencję prasową i dlatego znajduję się na zdjęciu (i zdjęciach w innych media z tego okresu). Potem poproszono mnie o odpłatne (miała być umowa) zorganizowanie grupy osób piszących hasła przyrodnicze oraz nadzór merytoryczny (recenzowanie, nanoszenie poprawek, dobór haseł itd.). Z ochotą zabrałem się do pracy, angażując absolwentów kierunku biologia jak i pracowników naukowych UWM. Od samego początku pojawiły się problemy organizacyjne, techniczne i koncepcyjne. Wydawało mi się, że w końcu się „dotrze” i że się uda pokonać piętrzące się różnorakie trudności. Po 9. miesiącach zmagań, wyjaśnień, dyskusji ostatecznie zrezygnowałem. Nie potrafiłem zmienić sposobu zarządzania projektem ani zaakceptować powstającej jakości. Jak się okazało pracowałem za darmo i bez umowy. Należałem do tych „frajerów”, którzy zbyt zaufali w dobre intencje.

Nie żałuję że się zaangażowałem, pomysł wydawał mi się dobry i warto było zaryzykować. Najbardziej wstyd mi było przed absolwentami. Nie wiem czy wszystkie osoby, które poleciłem, dotrwały do końca i czy miały wypłacone honoraria za pracę. Jednym z problemów było kwestionowanie mojego wyboru gatunków, że niby nie są związane z regionem (np. niprzyrówka rzeczna, erotyka bałtycka, sysydlaczki itd.). Aby pokazać, że można ciekawie pisać o gatunkach mocno związanych z regionem, a jednocześnie mało znanych i „nieoklepanych”, zaangażowałem się we wsparcie innej Encyklopedii Przyrody Warmii i Mazur. I znaleźć tam można sporo ciekawych tekstów, pisanych w ramach wolontariatu i na dodatek przez ludzi miejscowych. Ten projekt jest żywy i ciągle aktywny. To mnie cieszy i na tym się skupiam.

W związku z medialnym zamieszaniem co do jakości E-encyklopedii (tej z CEiIKu) chciałbym zaznaczyć, że nie otrzymałem ani grosza za pracę tam włożoną (ani koncepcyjną, ani techniczno-korektorską). Ponadto nie odpowiadam ani za dobór ani za jakość zawartych tam haseł (są na pewno i dobrze opisane, ale i jest sporo naruszeń praw autorskich) – z mojej pracy nie skorzystano.

Po negatywnych doświadczeniach chciałem zapomnieć o E-encyklopedii… ale jakoś rzeczywistość nie daje. Dlatego muszę się wytłumaczyć, aby nie było niejasności. Z E-encyklopedią Warmii i Mazur tworzoną przez CEiIK nie mam nic wspólnego. Ostateczny efekt, na który wydano prawie pół miliona zł, jest rozczarowujący delikatnie rzecz ujmując. Graficznie słaby, wiele hasłem ma bardzo niską jakość i co najważniejsze – nie rokuje na społeczne zaangażowanie i włączenie się wolontariuszy. To jest chyba projekt martwy, będzie leżał na serwerowych półkach i porośnie kurzem. Oczywiście wolałbym się mylić.

Dzień wody

dzien_wodyŻyjąc w krainie tysiąca jezior, gdzie wody mamy teoretycznie pod dostatkiem, trudno sobie wyobrazić, że dobrej wody pitnej i tej dla rolnictwa zaczyna brakować. Niedawno byłem na konferencji w Welskim Parku Krajobrazowym. Ten globalny problem dotarł już do nas. Obniża się poziom wód gruntowych a więc trzeba kopać coraz głębsze studnie głębinowe. To są koszty. Zaczynają się pierwsze „kłótnie” o wodę. Do środowiska naukowego docierają prośby o zbadanie sytuacji, rozpoznanie rzeczywistych przyczyn oraz wymyślenie działań zaradczych.

Po raz pierwszy namacalnie z problemami deficytu wody zetknąłem się 5 lat temu w Hiszpanii, w czasie wyjazdu studyjnego, organizowanego przez Warmińsko-Mazurską Agencję Rozwoju Regionalnego. Później, będąc we Francji widziałem deszczownie nawadniające pola… we wrześniu. By zasiane ziarno mogło w ogóle wzejść. Powoli te problemy docierają i do nas. A globalne zmiany klimatu przyczynią się w wielu miejscach naszej planety do coraz poważniejszych problemów z dostępem do czystej  wody pitnej.

Pojezierze Mazurskie z młodym krajobrazem polodowcowym to kraina obfitująca w wodę: setki jezior, liczne rzeki, tysiące małych zbiorników wodnych, liczne bagna i torfowiska. Krajobraz i zbiorniki wodne intensywniej przekształcane były przez aktywność człowieka głównie w ostatnich wiekach (XVIII – XX w.). Zasoby wodne zmieniały się w wyniku wylesiania dużych obszarów, osuszania torfowisk i jezior, odwadniających melioracji. W ostatnich dziesięcioleciach dotknęło nas nie tylko zanikanie siedlisk wodnych ale i pogarszanie się jakości: zanieczyszczanie wód, eutrofizacja jezior.

Do tej pory tymi procesami martwili się tylko przyrodnicy i ekolodzy bo wymierały liczne gatunki związane ze środowiskiem wodnym, w tym owady wodne, a pośród nich chruściki (Trichoptera). Teraz problemy z wodą dostrzega także biznes i szerokie kręgi społeczeństwa: coraz dotkliwiej odczuwalne są problemy braku wody dla rolnictwa, turystyki (zanieczyszczanie jezior), obniżanie się poziomu wód gruntowych co powoduje konieczność budowania coraz głębszych studni głębinowych. Problemy z zasobami wody dla gospodarki widoczne są w skali lokalnej, a na to nakładają się problemy globalne (ocieplenie klimatu, retencja wody jako przeciwdziałania np. podnoszeniu się poziomów wód w oceanach i zalewaniu terenów niżej położonych).

W związku z powyższym potrzebne są badania naukowe, które nie tylko rozpoznają stan obecny (opis stanu zasobów wodnych i różnorodności biologicznej organizmów wodnych), ale zdiagnozują przyczyny i pomogą znaleźć praktyczne rozwiązanie. (przeciwdziałanie negatywnym skutkom zarówno dla gospodarki jak i ochrony przyrody).

Tegoroczny Dzień Wody będę obchodził we Francji (27 marca), na konferencji naukowej oraz wizycie studyjnej. Będzie to dyskusyjne poszerzenie kontaktów oraz zastanowienie się czy można coś razem zrobić. Rysujący się problem badawczy to pytanie jak to się zmieniają się lokalne zasoby wodne, w tym w jeziorach, rzekach, stawach rybnych itd. oraz jak zmienia się przyroda (różnorodność biologiczna organizmów wodnych). Interesujące jest także czy i jak zbiorniki antropogeniczne (np. stawy rybne, oczka ogrodowe, wyrobiska żwiru, zbiorniki pokopalniane) mogą przyczyniać się do ochrony bioróżnorodności oraz poprawy bilansu wodnego.

Potrzebne są badania interdyscyplinarne (biologia, geografia, nauki społeczne itd.) w skali europejskiej, np. z wybranymi obiektami we Francji (np. Park Brenn – zbiorniki antropogeniczne), Polsce (Pojezierze Mazurskie – jeziora naturalne) i ewentualnie porównawczo i inne tereny (Łotwa, Litwa, Niemcy itd.). W obiekcie zainteresowań może znaleźć się także mała retencja na terenach leśnych jak i rolniczych, oraz kultura i styl życia, wpływające na konsumpcję i sposób użytkowania zasobów wodnych i związanej z nim różnorodności biologicznej. Bo o zasobach wodnych decydujemy nie tylko w formie wielkich inwestycji ale i w codziennych czynnościach, np. retencjonując wodę w mieście lub pijąc wodę z kranu.

Relację z konferencji oraz kolejnej wizyty studyjnej zamieszczę po powrocie.

O innowacyjnych dachówkach, które gadają

jazanioeminnowacyjnociW czwartek 19 marca br. miało miejsce sympatyczne zakończenie stażu w małym przedsiębiorstwie z branży turystycznej. Sympatyczne, bo na zakończenie półrocznego stażu w małym przedsiębiorstwie z woj. warmińsko-mazurskiego otrzymałem statuetkę – anioła innowacyjności (czytaj więcej o innowacji z dachówkami).

Innowacja – pomyśleć inaczej niż wszyscy do tej pory. Niezależnie od technologii innowacja zaczyna się w głowie. Najważniejszym przyrządem do tworzenia innowacji jest ludzki mózg. Słowo innowacja wywodzi się z języka łacińskiego – innovare to tworzenie czegoś nowego. Innowację definiuje się jako proces, polegający na przekształceniu istniejących możliwości w nowe idee i wprowadzenie ich do praktycznego zastosowania. Znaczące jest owo praktyczne zastosowanie, co być może odróżnia innowację od twórczości jako takiej.

Często innowacje utożsamiamy z techniką i nowymi technologiami… Nowinki technologiczne – to i mało było czasu, aby ludzie o różnych zastosowaniach pomyśleli. Łatwo być odkrywcą na nowym lądzie. Ale i na starym kontynencie, od dawna zamieszkanym, można odkryć zupełnie coś nowego. Trzeba tylko wyjść z utartych kolein myślenia. Innowacja rodzi się z nieschematycznego myślenia.

Gadające dachówki to nowe wykorzystanie rzeczy dostępnych, złożenie w nową i oryginalną całość. Jak bukiet z kwiatów zerwanych na łące. Rośliny już tam były – nowa jest kompozycja i przeznaczenie. Stare dachówki, już niepotrzebne, wyrzucone na śmietnik. Ale w swoistym recyklingu kulturowym nabierają nowego znaczenia i nowej wartości. Kolejnym elementem są artyści lokalni (kapitał ludzki istniejący na miejscu). Trzecim elementem były opowieści o bioróżnorodnosći i lokalności, umieszczone na blogu (e-leraningowe, krótkie wykłady – czytaj o edukacji pozaformanej). I w końcu włączenie nowoczesnej technologii QR Kodów, wykorzystanie mobilnego Internetu i powszechnych smartfonów. I jeszcze dwa elementy związane z wiedzą i dostrzeganiem potrzeb. Pierwszy to ekologia człowieka (i etologia): Homo sapiens jest istotą społeczną. Potrzebuje kontaktu, iskania się. Rozmowy nawet o niczym to utrzymywanie więzi i swoistego społecznego iskania się, w czasie którego ręce mogą zajmować się czymś innym. Na przykład malowaniem (dawniej było to wspólne darcie pierza, łuskanie fasoli itd.).

Ludzie chcą się z innymi spotykać.. a współczesny świat wszystko automatyzuje, komputeryzuje. Patrzymy w monitory komputerów tam, gdzie kiedyś załatwialiśmy sprawy z ludźmi. I usługa turystyczna w postaci Gadających Dachówek (bo przecież o cały proces chodzi a nie tylko o finalny produkt w postaci pomalowanej dachówki) wychodzi naprzeciw tym dostrzeżonym potrzebom. Odpowiedź na potrzeby ludzkie i… przemysłu turystycznego, który ma infrastrukturę na Warmii i Mazurach w dużym stopniu niewykorzystaną. Dwa letnie miesiące to trochę za krótko by zarobić na cały rok. Gadające dachówki stwarzają okazję do całorocznego… przeżywania przygód. Innowacja daje unikalną przygodę we współczesnym świecie. Dachówka jest tylko pamiątką tej przygody.

Zamieszczona wyżej fotografia jest autorstwa Zofii Wojciechowskiej. O seminarium i rozdaniu statuetek można dowiedzieć się więcej w materiałach filmowych:

i linki do filmików z dachówkowych warsztatów w Mrągowie i Pluskach:

Dzieci w kapuście i kurze jajka na pomidorach

Scienze_FanpageWspółczesna biologia dużo zmienia. Unieważnia dawne sądy i interpretacje. Bo czyż nie uważaliśmy, że tylko małym dzieciom mówi się – gdy pytają skąd się wzięły na tym świecie – że dzieci znajduje się w kapuście? Jeszcze do niedawna mówiliśmy to z przymrużeniem oka. Przecież wszyscy wiedzą, że dzieci się rodzą. Ale czyż daleka jest droga od zapłodnienia in vitro, manipulacji genetycznych, poprawianiu genotypu…, do znajdywania dzieci w kapuście? Może nie dosłownie, ale przecież nic już nie będzie takie jak dawniej. Przez ciekawość naukowców i przez nauki biologiczne.

Kiedy kilka dni temu zobaczyłem to zdjęcie (obok) na portalu społecznościowym w grupie kochających polską przyrodę, skojarzyło mi się z kurzymy (ptasimi) jajkami…. rosnącymi na bylinie (a przynajmniej roślinie, może być jednoroczna). Ktoś wrzucił te zdjęcia z zapytaniem o nazwę gatunkową tej rośliny. A mnie do głowy przyszedł wielkanocny dowcip popularnonaukowy. Najpierw wykorzystałem jako zadanie dla studentów biotechnologii, uczestniczącym w eksperymencie grywalizacyjnym (W Krainie Niziołków to nie kury znoszą jajka). Poprawna odpowiedź pojawiła się bardzo szybko. Sam jestem zaskoczony szybkością wyszukiwania informacji w przepastnych zasobach internetowych. Nie wiem jak oni (cyfrowi tubylcy, studenci) to robią, ale są bardzo szybcy i skuteczni. I z przyjemnością dołączyli do zabawy ćwiczącej kreatywność i dowcip (http://druzynalasera.blogspot.com/2015/03/to-nie-dzieci-rosna-w-kapuscie-tylko.html). To mnie dodatkowo cieszy jako nauczyciela akademickiego.

Ale wróćmy do jajek co wyrastają na krzaku pomidorów. Szaleństwo? Fantazja? A czyż handlowcy od dawna nie marzą o sześciennych czy prostopadłościennych jajkach? Taki kształt ułatwiałby transport i przechowywanie (układanie na półkach i w pojemnikach). Ileż to razy i ja musiałem ratować turlające się po stole jajko, by nie spadło na podłogę. Jak na razie kury i biotechnolodzy nie radzą sobie z odejściem od ewolucyjnie ukształtowanej formy jajka (wytrzymałe na zgniatanie, oszczędne w formie, funkcjonalne). Nie da się tak łatwo poprawić przyrody dla wygody handlowców. Większość pomidorów, które kupujemy w sklepie, jest zmodyfikowana genetycznie. Jedną z modyfikacji jest… zwiększenie grubości skórki pomidorów. Przede wszystkim ku wygodzie handlowców, bo to ułatwia transport i zmniejsza straty. Dla konsumentów nie jest to wygodne, bo psuje jakość owoców miłości (pomidory przecież tak się nazywają).

Obecności obcych genów jest powszechniejsza niż nam się kiedyś wydawało. I to na skutek naturalnych procesów. A teraz dodatkowo biotechnolodzy dokonują różnorodnych modyfikacji i udoskonaleń. Nie wszystkie są sensowne ale pomysłowości im nie brakuje. Dlaczegóż by więc nie miałyby się z czasem pojawić i.. jajka rosnące na roślinie? Odpadłyby wielkie fermy z pozamykanymi w ciasnych klatkach kurami. W jakimś sensie przecież jesteśmy już na tej drodze (ferma z klatkami, automatycznym podawaniem pożywienia, odbieraniem nieczystości i jajek, itd.)… Jakaś kropka nad i w postaci fotosyntezy i hydroponicznego dostarczania odpowiednich, molekularnych „prefabrykatów”. Zamiast szczęśliwych kur z wolnym wybiegiem byłyby szklarnie z rosnącymi na roślinach jajkami. Obrońcy praw zwierząt nie mieliby się do czego przyczepić. Na razie to fantazja. Ale kto wie co będzie za lat kilka czy kilkanaście?

DSCN8325

Za sprawą studentów szybko się wyjaśniło, że zdjęcie wyżej zamieszczone przedstawia roślinę Solanum melongena – czyli psianka podłużna, a konkretnie odmiana Golden eggs. Czyli zwykły bakłażan, oberżyna. O naszym rodzimym gatunku z rodziny psiankowatym, psiance słodkogorzkiej już wcześniej pisałem (Psianka słodko-gorzka czyli o krajowym pomidorze oraz o dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym Warmii i Mazur) Jakby nie było i bakłażan i nasza rodzima psianka są krewniakami pomidora, rosnącego w przydomowym ogródku. Stąd już skojarzeniami blisko do warzywniaka z kapustą. Skoro bakłażan (znałem tylko te fioletowe), to przypomniałem sobie, że już takie białe oberżyny widziałem rok temu we Francji na wyjeździe studyjnym (Relacja z wizyty studyjnej we Francji). Dlaczego wtedy nie miałem skojarzeń z jajkami rosnącymi na krzaku pomidora czy dyni? Inne ułożenie i iluzja jajek na roślinie jest mniejsza. Kontekst sytuacyjny wiele zmienia w widzeniu (dostrzeganiu) zjawisk. I to, że widziane było w naturze. Na górnym zdjęciu skojarzenie z jajkami rosnącymi na pędzie pomidora było większe. Zawsze można tak dobrać sposób pokazania, by wywołać zamierzony efekt.

Bakłażany uważane były za afrodyzjak więc już tylko krok (myślowy) do dzieci znajdywanych w kapuście. A wiadomo, że afrodyzjaki pomagają w poczęciu się dzieci. Psianka podłużna znana jest także pod innymi nazwami, nawiązującymi do miłości i erotyki, np. gruszka miłosna. Inna nazwa to jajko krzewiaste. Czyli nie tylko ja miałem skojarzenia z jajkami, wyrastającymi na krzewie rośliny zielnej. Współczesne odmiany bakłażanów mają owoce owalne, okrągłe lub w kształcie gruszki, a ich skórka może przybrać fioletową, żółtozieloną lub białą barwę. Owoce mogą ważyć nawet 500 g – znacznie większe od kurzych jajek. Już raczej jakaś gęś lub nawet struś. Bakłażany można zbierać 6 miesięcy po zasiewach. Psianka podłużna pochodzi najprawdopodobniej z Indii. Odmiana Golden eggs ma piękne jajowate owoce, najpierw białe, a potem żółte. Jest uprawiana także jako roślina doniczkowa.

Psianka podłużna już sześć wieków przed nasza erą była znany w Chinach jako roślina lecznicza. Odmiana Golden eggs jest rośliną jednoroczną, wysokości do 50 cm, nadaje się do uprawy w pojemnikach, głównie w doniczkach. Jej ozdobą są jajowate owoce, najpierw białe potem żółte.

W roku 2015 zdjęcie psianki podłużnej, odmiany Golden eggs może być dowcipem popularnonaukowym, o jajkach rosnących na roślinie. Ale za sprawą wytrwałości naukowców i ich fantazji… za lat kilkanaście lub kilkadziesiąt mogą stać się codziennością i czymś oczywistym. A wtedy inaczej będziemy odbierali opowieści o dzieciach znajdowanych w kapuście….